Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


Jakie powinno być usypianie?

Różne patenty mają różne rodziny na usypianie swoich dzieci.

Zazwyczaj można je streścić tak:

Poczucie bezpieczeństwa+nuda+spokój rodzica+odpowiednie zmęczenie dziecka= udane zasypianie. Kiedy się co rusz nowego wypróbowuje akurat podczas zasypiania, to takie eksperymentowanie na pewno sprzyja rozbawianiu/zabawianiu dziecka, a nie usypianiu.

Kiedyś niespodziewanie sąsiadka poprosiła mnie o uśpienie swoich dzieci (rodzice utknęli gdzieś w popsutym samochodzie bodajże, a babcia musiała opuścić swoje wnuki, żeby pójść zażyć lekarstwo). Pomimo że dzieciaki były zmęczone, nie poszło lekko:

  • bo maluch postawiony w takiej sytuacji bez przygotowania ma niedobór poczucia bezpieczeństwa; nie rozumie, dlaczego nie ma mamy, znanego sposobu usypiania;
  • skąd mogłam wiedzieć, jakie zwyczaje mają te dzieci i ich rodzice podczas usypiania; uff, na szczęście jednak nieco wiedziałam i to ułatwiło mi nieco zadanie;
  • ani za duże zmęczenie ani za małe nie sprzyja uśpieniu; w tym przypadku tamta trójka dzieciaków była przemęczona całym dniem, stęskniona za rodzicami; a czasem jako rodzice staramy się uśpić dzieci, którym jeszcze nie chce się spać- to też źle rokuje; niekiedy nie nadążamy za swoimi dzieciakami: usypiamy je jakby były mniejsze niż są w rzeczywistości (przyzwyczailiśmy się do wcześniejszego rytmu/długości spania;
  • usypianie przez inną osobę niż ta, co zazwyczaj jest jednak zbyt ciekawe/absorbujące/wyjątkowe, żeby było nudne; a usypianie powinno być nudne, jeśli ma być skuteczne.

Nie mam więc, jak widać z powyższego, patentu na usypianie cudzych dzieci. Co więcej moje własne, też „wystają” mi z tego schematu. Bo życie jest ciekawsze niż jakieś tam spanie 🙂

 



Karmienie piersią niosące życie i niosące śmierć

Kiedy karmimy piersią, dzielimy się z naszym dzieckiem naszym życiem. Albo niestety śmiercią, gdy karmi my bez miłości, z niechęcią, niecierpliwością, złością. Potrzebujemy je przezwyciężać na co dzień, aby nie miały szansy rosnąć.

Nie wiem jak się wkłada serce w karmienie butelką, więc o tym nie piszę- zostawiam to tym mamom, które wykarmiły swoje dzieci z butelki, za to rękami pełnymi miłości. Raz co prawda popełniłam artykuł o karmieniu butelką, ale myślę, że nie jestem w tym dobra.

W obecnych czasach karmienie piersią nie jest takie proste ze względów społecznych. Dawniej wszystkie (lub niemal wszystkie) kobiety karmiły swoim mlekiem do 2-3 lat bądź dłużej. Wspólnie cieszyły się nim, rozmawiały przy tym, pracowały wspólnie. Teraz pierwsze 3 miesiące są uznane przez większość, a potem zaczynają się nierzadko przytyki: jeśli nie po 3, to po 6 miesiącach, jeśli nie po 6, to po 12, itd.

A dzielenie się życiem kosztuje- koszty duchowe, fizyczne. Co prawda matki zbytnio się na to nie oglądają, ale jednak je czują- stąd potrzebują wsparcia, radości, nie wątpliwości.

Gdy pozwalamy, by te wątpliwości w nas rosły i rosły, karmimy co prawda niekiedy dalej, ale zaczyna brakować w tym karmieniu serca. Najpierw troszeczkę odmawiamy go swoim dzieciom, potem coraz bardziej i bardziej. Rośnie to pęknięcie i rana w sercu. Tak jakbyśmy nie miały prawa do końca karmić, pielęgnować, zajmować się naszymi dziećmi z miłością na każdym etapie życia, w każdej dziedzinie.

A takie prawo mamy. Nawet jeśli karmimy tylko raz  dziennie, to mamy prawo robić to z miłością, życzliwie, serdecznie, cierpliwie, nie dla pochwały, a dla tego konkretnego dziecka. Potem już nie będzie to karmienia mlekiem, ale inne sprawy- i w każdej mamy prawo odnosić się z miłością do swojego dziecka.

„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą”

ks. J.Twardowski

I żeby nie było wątpliwości, nie zawsze może to być miłość prosta, łatwa i przyjemna, czasem jest to miłość trudna, bo z krzyżem. Ale zawsze jest możliwa, skoro pierwszym dobrym uczynkiem jest uśmiech. Możemy uśmiechnąć się już dziś 🙂



W objęciu brata

Zafascynował mnie ten film:

przytulenie

Tyle ciepła i pokoju w tych nowo narodzonych dzieciach.

„Z Twoim światłem we włosach każde życie zaczyna się”.

Karmiąc dwulatka i dwumiesięcznego człowieka też mam radość oglądać ich czułość wobec siebie. Tandem- jak ktoś chce nie mieć świętego spokoju, to polecam 🙂

 



Jego Kolkowatość

Świeżo narodzony człowiek z kolką (czyli notorycznymi bólami, płaczami o nieznanym pochodzeniu) właściwie ma rację.

Jego Kolkowatość żali się na ten świat, że nie pozwala mu żyć jak przystało. Żył sobie do niedawna wygodnie zapakowany, owinięty bezpiecznie ze wszystkich stron aż tu nagle rozwiera się przed nim jakaś straszliwa niekończąca się wielka otchłań i przepaść.

Jego Kolkowatość żył sobie spokojnie w świecie, gdzie pełno było głośnych szumów, bulgotów, znajomych dźwięków, a tu repertuar mu zmieniono niemal całkowicie.

Szanowny młody człowiek z kolką żył sobie dotąd luksusowo nie musząc się niepokoić tak przyziemnymi sprawami jak jedzenie, będąc na stałe przymocowany do jedzonka przez pępowinę.

Ponadto do niedawna nie zniżał się do takich czynności jak wydalanie – a teraz w brzuszku bulgoce, przekręca się, gromadzi. 15 minut rozdzierającego serce krzyku przed pozbyciem się takiego bulgocącego balastu to norma. Norma? Ale dla każdego rodzica norma trwająca o 15 minut za długo.

Co więcej Jego Kolkowatość nie musiał do tej pory pamiętać o jakimś dziwnym oddychaniu, co więcej powietrze nie wchodziło równocześnie do jego żołądka. Można się na poważnie przestraszyć, kiedy się nagle zapomni, że jednak warto oddychać. Mam wrażenie, że Jego Kolkowatości się to zdarza, a wtedy ze wzmożonym „Aaaaa” obwieszcza światu, że jednak zdecydował się na oddychanie.

Sprawa powietrza w żołądku nie wygląda lepiej. Niedojrzałe połykanie sprawia, że mikroskopijny człowiek ma też od czasu do czasu „wielkie odbicia”. Połknięty pęcherzyk powietrza może też wyrzucić na zewnątrz połknięte mleko, bo wpust do żołądka jest jeszcze często nie wykształcony- to tzw. ulewanie. Dorosłemu też się takie „zwroty” zdarzają, pomimo szczelności- można więc sobie wyobrazić jak może czuć się dziecko.

Jak pokonać zmorę- kolkę? Żeby dziecię płakało tę minutę krócej, co dla zmęczonych płaczem rodziców jest nie lada osiągnięciem.

Jest wiele sposobów przeciwdziałania:

  • metoda buszmeńska: dzieci w prymitywnych plemionach podobno płaczą bardzo niewiele; nie jest to żadnym problemem; matki za to noszą je nieustannie, na zmianę z innymi członkami grupy; karmią je też co chwilę nosząc je właśnie przy piersi; kiedy mamy dostęp do tak wielu rozmaitych chust noszenie może stać się i dla nas prawdziwą przyjemnością; maleńkie dziecko można nosić w długiej wiązanej chuście; starsze w długiej wiązanej, kółkowej, Mei-taiu, nosidle ergonomicznym itd., itp.; dziecko nie tyle się przyzwyczai do noszenia, co raczej rodzi się przyzwyczajone do niego; 3 pierwsze miesiące po narodzinach to tzw. czwarty trymestr ciąży, kiedy dziecko czuje się najlepiej, gdy traktujemy je właśnie tak jakby było nadal w brzuchu: podłączenie do kroplówki możliwie częste i notoryczne noszenie koją wiele bóli istnienia; wszelkie bujanie, kołysanie odnosi się do tej metody;
  • metoda porodowa: gołe dziecko kładziemy sobie lub małżonkowi na gołej klacie; ciepło, ruch rodzica, kontakt skóra-do-skóry sprawiają, że część dzieci znajdzie ukojenie;
  • metoda pokarmowa– trzeba pamiętać, że statystycznie przy karmieniu piersią z kolkami wielogodzinnym płaczem) mamy do czynienia o wiele rzadziej; jednak jeśli karmione piersią dziecko długo i często się żali można się zastanowić nad pewną korekcją diety mamy karmiącej; najczęstszym winowajcą bywa białko mleka krowiego; wyrzucenie więc ze swojej diety mleka, jego przetworów, wołowiny, cielęciny potrafi przynieść maluchowi wyraźną ulgę; znając jednak naszą ludzką słabość, pewne wręcz uzależnienie od różnych produktów- zazwyczaj lepiej karmić piersią i nie zmieniać diety niż przestawić dziecko na mleko modyfikowane (które przecież jest mlekiem krowim w proszku! -poza nielicznymi wyjątkami); z płaczów kolkowych dzieci i tak zazwyczaj dzieci wyrastają po 3-4 miesiącu po urodzeniu; z jakiejkolwiek alergii dziecko ma większą szansę wyrosnąć, gdy jest wychowywane na piersi swojej mamy; żeby się przekonać, czy dany produkt szkodzi- trzeba go odstawić na co najmniej 2 tygodnie;
  • metoda ogrzewania: ciepły okład na brzuszek, termofor czy ciepła woda; ciepła kąpiel czasem czyni cuda; młody człowiek, który wyszedł ze świata o temperaturze 36,6 stopni ma wielką potrzebę ciepła- można to wykorzystać; zresztą noszenie w chuście, karmienie piersią czy metoda klata na klatę też tą potrzebę ciepła wykorzystują;
  • odwołanie się do dźwięków: rodzice Jego Kolkowatości chwalą sobie niekiedy urządzenia elektryczne typu pochłaniacz, odkurzacz, suszarka do włosów; nam dźwięki wydawane przez nie wydają się niezbyt miłe, a na osobę, która dopiero co wyszła ze świata bulgotów, szumów, stuków zdają się niekiedy działać usypiająco; tonący brzytwy się chwyta- zdesperowani rodzice wręcz potrafią tego typu „muzykę” nagrywać na płyty; szum morza, szeptanie do uszka też czasem przynosi ulgę;
  • metoda odgazowanej butelki: gdy mama ma szybki wypływ mleka z piersi, a dziecko niedojrzale połyka wraz z mlekiem duże ilości powietrza, niekiedy wznosić potrafi długotrwałe lamenty po  każdym niemal karmieniu; pomocne bywa w tej sytuacji szybkie bujanie góra-dół czyli szybkie i krótkie podskoki.

Czasem zastosowanie tych „metod” nie przynosi porządanych efektów- człowiek jak płakał, tak płacze, pręży się, czerwienieje aż do barwy buraczkowej. Zdesperowani rodzice niekiedy wyruszą więc do lekarza po poradę. Cóż, czasem może to przynieść jakiś rezultat (gdy ich intuicja wyczuje rozwijającą się chorobę), ale zazwyczaj lekarze są równie bezradni co do kolki jak i rodzice, ukrywając tę bezradność pod pięknymi sloganami o „niedojrzałości układu pokarmowego bądź nerwowego” lub przepisywaniem leków, które niczego nie leczą, a za jakiś czas okażą się szkodliwe dla dzieci.

Jeśli chcieliśmy mieć dzieci niepłaczące, należało kupić sobie lalkę. Stąd zawsze w cenie jest cierpliwość.



Jak dobrze nam…

Dobrze się karmi razem czy to piersią, czy butlą czy obiadem. My mamy jesteśmy wbrew pozorom istotami społecznymi. Choć częsta samotność chciałaby udowodnić inaczej.

Akurat z Moniką razem na zmiany karmiłyśmy piersią, obiadem. Karmi się wtedy jakby nigdy nic. Normalka. Taka kolej rzeczy, że dzieci najpierw mleka są nienażarte, a potem lodówkę trzeba na kłódkę zamykać. Tendencja jest jednak taka, że prędzej czy później ludkowie mili (i potworni) będą woleli się przyssać do lodówki, przyjaciółki, przyjaciela. I wtedy będziemy wspominać stare dobre czasy, jak to jednak przyjemnie i (względnie) bezproblemowo było przytulić własne dziecię i dać mu coś z siebie mlecznego.

zdjecie 5

(Tu się piszącej, wstawiającej obrazki zakręciło w głowie)

Nawet  z perspektywy drugiego młodszego potomstwa łatwiej wrzucić na luz. Zostajemy wreszcie swoimi własnymi przyjaciółkami- same w sobie wreszcie też znajdujemy wsparcie, o które wcześniej było trudno z całą własną niepewnością, nieporadnością rodzica jedynego dziecka.

Cóż, jak kto może, to zachęcam i do starań o czwarte, piąte, itd. dziecko w rodzinie. Z perspektywy jedynaka zdaje się rodzicom, że w takim dziecku niemal każda dziedzina życia jest problemem wymagającym uwagi rodzicielskiej, towarzyszenia czy troski. Mając kolejne dzieci okazuje się, że taki człowiek ma mnóstwo pokładów radzenia sobie z własnymi problemami, wyzwaniami.

Umie np. sam się domagać, by dać mu spać, choć starsze rodzeństwo trzeba było do łóżka spychaczem zgarniać. Ma świetne pomysły na nudę, na znalezienie sobie zajęcia, choć jedynak stale domagał się uwagi itd.

To jest wspaniałe doświadczenie mieć wiele dzieci, bardzo inspirujące, doświadczające i rozwijające. Każde dziecko uczy nas czegoś nowego, każde dziecko to nowe odkrycia, nowa radość. Nowa podróż.

Kampania „Pomyśl o dziecku”

Pomyśl o dziecku zanim będzie za późno.

Pomyśl o dziecku, nie bój się- jest przy Tobie Chrystus. I tak zawsze boimy się nie tyle tego, co się naprawdę wydarzy, a własnych wyobrażeń o przyszłości. Rzeczywistość potem okazuje się o wiele ciekawsza, wartościowsza, choć oczywiście nierzadko trudna i wymagająca.



Moc w słabości się doskonali

Jaka to radość, gdy poczyna się nowy człowiek!

I nawet jeśli rodzice nie wiedzą, nie akceptują go- to jestem pewna, że w niebie trwa wielka radość z tego konkretnego człowieka, bo Bóg go zaplanował już przed założeniem świata, zachwycił się nim i zapragnął go. Widział go oczami swojej twórczej miłości.

Zazwyczaj jednak rodzice się cieszą, wiwatują na cześć, że ich miłość zaowocowała 🙂 A w niebie owacje i nadzieje jeszcze większe!

Ale my matki potrafimy przespać ten czas skupiając się na uciążliwościach, niedyspozycjach, zamiast na towarzyszeniu swojemu dziecku. A przecież ma ono prawo do radości swojej mamy i taty, nawet, jeśli by to miała być radość przez łzy. Szkoda marnować dni i miesiące na zamartwianie się, czy przypadkiem nie chore, nie takie, nie owakie, czy poradzimy sobie itd., skoro Pan Bóg miał w tym swój plan, skoro On się z niego cieszy.

Jestem mamą dzieciątka, które straciłam przez poronienie. Myślę sobie, że było ono szczęśliwe z nami, bo nasz wspólny czas tu na ziemi upłynął na radości z niego. Teraz gdy piszę „straciliśmy”, gdy ból już minął- właściwie myślę „zyskaliśmy” w niebie.

Nawet gdy później radość z kolejnego dziecka była trudniejsza, to jednak warto było o nią walczyć, wybierać. Bo każdy człowiek chce być kochany, a nie „żeby się martwić z jego powodu na zapas”.

Nasze zmartwienia i tak są zawsze nieadekwatne: martwimy się nie o to, co się wydarzy, ale o własne wyobrażenia przyszłości.

Martwimy się np. czy sobie poradzimy z tym czy owym i potem okazuje się, że zupełnie co innego nam sprawia trudność, że zmartwienie było na zapas.

Właściwie to jesteśmy bezradne względem tych naszych zmartwień, one za bardzo nad nami panują, prześladują nas.

Dlatego warto oddać je Panu Bogu. Jeśli go o to poprosimy weźmie je od nas.

Prośmy o Ducha Świętego- On oblecze nas mocą z wysoka, poprowadzi nas przez to rodzicielstwo jak przez fascynującą przygodę. Wystarczy zaufać, prosić z wiarą. Właściwie można od razu dziękować za wysłuchanie tej prośby- ona jest zgodna z wolą Bożą 🙂

Pan Bóg chce, żebyśmy czerpali od Niego siłę- otwiera się na oścież, żeby się nią z nami dzielić. To dopiero wspaniała nowina! Wraz z powiewem Ducha Świętego- Bóg nam daje nową moc, nową siłę do kochania, nową radość, do których same z siebie nie jesteśmy zdolne. Wystarczy otworzyć serce…



Czas bezradności i siły

Bardzo lubię słuchać o porodach. Podobno zawsze gdy dwie kobiety, które rodziły, spędzają ze sobą więcej czasu- to prędzej czy później opowiedzą sobie historię swoich porodów.

To jest fascynujące!

Niektóre kobiety są zawiedzione swoimi porodami, niespełnione w nich.

Ale również te, które są zadowolone, szczęśliwe ze swoich porodów przeżywają je jako czas pewnej bezradności. Czas zapotrzebowania na wsparcie, pomoc, podtrzymanie na duchu i ciele, ale też ogromnych sił, których się po  sobie nie spodziewały.

Czasem matce rodzącej już na początku porodu wydaje się, że to ponad jej siły, że przerasta jej możliwości, a mimo wszystko dotrwa do końca porodu.

Innym razem nie wytrwa, nie ma siły na urodzenie (trzeba to zrobić za nią), ponieważ już w czasie skurczy początkowych, a nawet wcześniejszych przepowiadających tak się wymęczy, zestresuje np. zdaje jej się, że powinna tak dużo się ruszać, nie spać, że potem nie ma sił na finiszu. Może nie mieć siły, bo zamiast starać się jeszcze normalnie funkcjonować, ona już nie śpi, biega, skacze, nie je- a potem brakuje jej energii, czasem chodzi o fizyczną energię, a czasem bardziej psychiczną i duchową.

W szpitalu też często wprowadzone są rygory w tym zakresie, np. nie pozwalając matce rodzącej jeść. O spanie też trudno w tym miejscu oświetlonym jarzeniówkami.

Michel Odent pisze w jednej ze swoich książek, że dopóki kobieta ma możliwość i chęć jedzenia, to znaczy, że ona jeszcze nie rodzi. Uważam, że nie jest to prawda.Nie jest to raczej 7 cm rozwarcia ani parcie, jeśli ma ochotę na jedzenie, ale może być częściowe rozwarcie szyjki macicy.

W pierwszej połowie porodu (może do 5 cm rozwarcia?) ważne jest, żeby móc zaspokoić swój głód: przecież poród wymaga dostarczenia ogromnej energii, zwłaszcza jego końcówka. Jeśli dziecko rodzi się w dzień- to ważne jest zachowanie swoich normalnych zwyczajów, np. zjedzenie obiadu czy śniadania. Jeśli nie można już go zjeść, nie ma się na to ochoty, może to znaczyć, że poród jest w bardziej zaawansowanej fazie lub matka jest za bardzo zaaferowana, przejęta tym, że rodzi.

Normalne jedzenie, jeśli matka ma na nie ochotę jest więc bardzo ważne dla postępu porodu, żeby kobieta nie była pod koniec wycieńczona, opadła z sił, niezdolna do rodzenia.

Widzę nasze matczyne życie jako nieustanne rodzenie człowieka. Trzeba urodzić potem dziecko jako człowieka, który jest zdolny obyć się bez trzymania za rączkę podczas chodzenia, jako człowieka, który może pójść sam do sklepu itd. Czas wypuszczania dziecka z siebie: swojej troskliwości, opiekuńczości, żeby stawała się ona bardziej dyskretna, zezwalająca na samodzielność, na życie na swój rachunek.

Niektórym mamom lepiej przychodzi rodzenie noworodka, innym z kolei dziecka przedszkolnego, np. wypuszczenie go w świat kolegów, przyjaźni, innym rodzenie nastolatka- nawiązanie z nim dojrzalszej więzi.

I znów trzeba być również dla siebie dobrą, brać wsparcie od innych, dbać również o zaspokojenie własnych potrzeb, żeby mieć na to nie tylko siły, ale jeszcze czerpać radość z tego rodzenia-uniezależniania się coraz starszego dziecka.



Edukacja w domu- z czym to się je?

Po dzisiejszym sympozjum o edukacji domowej kilka świeżych, jeszcze pachnących KUL-owskim powietrzem  refleksji.

Dlaczego nauczanie w domu może się sprawdzać i generalnie sprawdzało się przez wieki:

  • bo buduje się od fundamentów: wychowania, w szczególności wychowywania religijnego; bez Opatrzności Bożej ani rusz;
  • dynamizuje to życie rodzinne; posyłając dzieci do szkoły, rodzice często inwestują w szkołę: swój czas, siły, materiały, pojęcia tłumaczą dzieciom „dla szkoły”; niekiedy inwestują pieniądze; edukując dzieci w domu- inwestują w swoją rodzinę, o nią bardziej dbają; to dodaje sił, przysparza pomysłów; wychowanie w szkole służy najczęściej szkole- wychowanie w domu służy Bogu, samemu uczniowi i jego rodzinie;
  • nauczanie w domu kształtuje jednostki umiejące samodzielnie myśleć, wyciągać wnioski, myśleć logicznie i realistycznie; szkoła coraz bardziej natomiast skłania się do testomanii odwracając od pogłębionego myślenia;
  • „między miłością a prawdą jest wewnętrzna więź”– jeśli nauczyciele nie są wierni swojemu powołaniu wierności prawdzie i nie kochają swoich uczniów- to, cóż jest warte ich nauczanie; któż więc potrafi lepiej nauczyć niż kochający rodzic, który szuka Prawdy.

Myślę, że edukacja domowa nie nadaje się dla wszystkich, nie jest też idealnym rozwiązaniem. Rozpowszechnia się jednak zwłaszcza ze względu na widoczny upadek polskich szkół w wielu różnych płaszczyznach.

Polecam: Marzena i Paweł Zakrzewscy „Edukacja domowa w Polsce”. Mogę nawet pożyczyć 🙂

Minusy jakie się rysowały z powyższej konferencji w edukacji pozaszkolnej to:

  • obciążenie dużymi obowiązkami rodziców;
  • brak podręczników do dobrego nauczania w domu (te które są, nie są zadowalające np. dla rodziców będących katolikami);
  • brak współdziałania, ruchu zrzeszającego rodziny edukujące w domu;
  • trudność pogodzenia obowiązków w gospodarstwie domowym z nauczaniem dzieci, np. w przypadku wielodzietności.

Dla mnie wychodzi więcej plusów dla edukacji domowej.



Ku rozwadze

Kto ma finanse na reklamy?

Kto rozsyła taką masę SPAMu, że nie zdąża się tego usuwać?

Na pewno jedną z tych grup są firmy farmaceutyczne. Gdy wchodzę na ten blog nigdy nie mam dużej ilości komentarzy, raczej pojedyncze i rzadko, za to niemało SPAMU reklamującego najróżniejsze specyfiki z branży farmaceutycznej.

Dlatego na pewno zastanawiający jest ów brak dyskusji w branży i zwalczanie przejawów wolnego myślenia.

Do przemyślenia artykuł i badania prowadzone przez panią Majewską, decyzje krajów skandynawskich dotyczących szczepionek:

Jakie szczepionki i czy w ogóle szczepionki?

 

 



Bardzo dobre, bo odkupione przez tak wielkiego Odkupiciela

O karmieniu piersią słyszy się, że jest doskonałe, najlepsze dla dziecka, wspaniałe dla matki, piękne itd. Jednak można też usłyszeć, że jest niezdrowe (np. w sytuacji choroby dziecka – galaktozemii), uciążliwe dla matki, zbyt trudne dla niektórych dzieci i matek.

I te, i te stwierdzenia są na takim stopniu ogólności, że w zasadzie są prawdziwe.

Ale nie od początku tak było. Na początku Pan Bóg stworzył wszystko dobrym. Człowieka natomiast został stworzony jako bardzo dobrego. udało Mu się więc stworzyć bardzo dobrze:

  • poczęcie człowieka;
  • jego rozwój w łonie matki;
  • i poród;
  • i karmienie piersią;
  • i dojrzewanie;
  • itd.

Udało się więc Panu Bogu, było od początku do końca bardzo dobre. Bez wyjątków. Choć były to sprawy delikatne, kruche, piękne, to bardzo dobre.

Grzech i zło jednak je skruszył, zniszczył, choć niezupełnie. I choć w zamyśle Pana Boga nadal pozostają bardzo dobre, to po drodze tak łatwo kruszą się, ulegają uszkodzeniu na tak różnych etapach.

Uszkodzeniu ulegają przez różne zło: chorobę, śmierć, różnorodne braki miłości, niecierpliwość, nienawiść, zazdrość itd.

Jednak Zmartwychwstanie wszystko zmienia. Odnawia całego człowieka: z jego duszą i ciałem, z jego poczęciem, porodem, karmieniem, dojrzewaniem itd.

Wystarczy przyjść do Zbawiciela i oddać mu w sakramencie Pokuty swoją niecierpliwość, a dostać w zamian cierpliwość. Przy Zmartwychwstałym można odkryć, że ten poród został stworzony jako bardzo dobry. Karmienie piersią na każdym swym etapie jest bardzo dobre: gdy się zaczyna, gdy trwa. I jego zakończenie też się Panu Bogu udało: dziecko wspierane ku dojrzałości pięknie z niego wyrasta przechodząc na następny etap.

********************

Inspirowane wykładem ks. Piotra Kieniewicza z 21.03.13 na KUL, konferencji poświęconej prof. Fijałkowskiemu.