Wtorek wieczorem w Lublinie

uwolnic porod

 

To rzeczywiście trzeba obejrzeć.



Poród- cudowne doświadczenie

Poród może być doświadczeniem dobrym, pięknym, niezapomnianym. Choć nieraz niezwykle trudnym, to zarazem niezwykle pozytywnie wzruszającym, pełnym mocy i świętości.

Nie oglądałam co prawda filmu „Poród w ekstazie”, który ukazuje to wydarzenie właśnie w ten sposób: poród wręcz jako wydarzenie orgazmiczne. Matka otwierając się na dziecko w naturalnym porodzie jest w stanie przeżywać coś niemal mistycznego, gdy jej się nie przeszkadza, daje natomiast wyciszenie, zapewnia intymność, udziela wsparcia, podtrzymuje na ciele i duchu.

Jak wejść w tą ekstazę, którą zapewnia w czasie porodu szereg hormonów (od oksytocyny, poprzez endorfiny, prolaktynę, adrenalinę)?

  • Poprzez skupienie się na dziecku: jak ono się czuje? jak zachowuje? pamiętanie, by oddychać dla niego dobrze;
  • Poprzez modlitwę: jedynie prawdziwy Bóg daje pokój, a on jest niezwykle istotny w czasie porodu; za każdy skurcz warto być wdzięczną: każdy jest kolejnym kroczkiem ku spotkaniu z dzieckiem po drugiej stronie brzucha; wiele kobiet mówiło mi, że ten czas przeżyły stale się modląc;
  • Intymność:  tak jak nie przeżywa się ekstazy w zatłoczonym autobusie pełnym obcych osób, tak trudno bez intymnych warunków doświadczyć jak błogosławionym doświadczeniem może być poród;
  • Odpoczynek: spędzanie czasu między skurczami macicy na rozluźnianiu się; niekiedy kobieta nie ma siły przeć, ponieważ wcześniej w czasie między skurczami niepotrzebnie wydatkowała energię, skakała, biegała; to jest czas błogosławienia, zamykania oczu, oddawaniu się rozmyślaniom lub marzeniom sennym; nawet w czasie skurczy nie zawsze wskazana jest aktywność: ciało ma swój rytm rozwierania się, ma swoje tempo i ekonomię; gdy myślę o porodzie Ani- przypominam sobie jak było dla niej istotne, że od czasu do czasu kładła się albo nieruchomiała i wyciszała skurcze; intensywny częsty odpoczynek dał jej siłę na długie godziny rodzenia, których potrzebował jej synek okręcony pępowiną (natura wtedy oszczędza dziecko-słabsze skurcze mniej zaciskające pępowinę, ale zwalnia tempo rozwierania, może bardziej zmęczyć matkę); odpoczynku i regeneracji sił dostarcza też posiłek- jeśli matce rodzącej chce się jeść, to zwyczajne powinna móc zjeść;
  • Trzeba widzieć swój poród jako wydarzenie piękne i rozwijające; ono jest jak wchodzenie na górę: jest to co prawda męczące; im bardziej przybliżamy się do wierzchołka, tym większego wysiłku potrzebujemy; ale jest to wysiłek ubogacający wewnętrznie, który można ofiarować Panu Jezusowi np. w intencji tego rodzącego się dziecka; można co prawda ominąć ten wysiłek- i mieć cesarkę- ale to tak jakby na górę wleciało się helikopterem.

Prawda jest taka, że trudno o intymne warunki zwłaszcza w polskich szpitalach. Jednak siła skupienia i wyciszenia przez siłę ducha matki może ją otoczyć takim wewnętrznym warownym murem, gdzie przestaje się liczyć to, co na zewnątrz.

Poród nie będzie na pewno wydarzeniem ekstatycznym, jeśli przeżyjemy go w lęku pt. „O, ja biedna!”, „O, jak mnie boli!”, „To zbyt straszne!”, „Nie wiem, co się dzieje i muszę zacisnąć zęby!” Skupienie się na własnym bólu- potęguje ten ból. Nawet nie skupiając się na nim- jest on odczuwalny mocno zazwyczaj. Skupianie się na nim w niczym nie pomaga, zwiększa obawy, negatywne odczucia. To dziecko potrzebuje skupienia i uwagi, ból tego nie potrzebuje. Poradzi sobie i bez tego.

Niekiedy kobiety przeżywają dwa porody w jednym: najpierw poród drogami natury przez wiele godzin, a następnie kończy się to cesarskim cięciem. Za jednym zamachem przeżywają dwa typy porodu: i fizjologiczny (choć nie do końca), i operacyjny. Choć ich dziecko nie doświadcza do końca porodu drogami natury, ale ta bogata mieszanka hormonów matki pomaga mu po wydobyciu z brzucha zacząć oddychać, zaadoptować się do nowego środowiska. Dzieci po cesarkach robionych „na zimno” częściej mają kłopoty z oddychaniem.

Nieraz słyszałam zarzuty, że nie trzeba zbyt wiele myśleć o własnych pięknych przeżyciach (i np. nie rodzić w domu), bo ważniejsze jest zdrowie dziecka. Myślę, że osoby, które tak mówią nie rozumieją jednak czegoś istotnego. Otóż jednoczenie się w modlitwie z dzieckiem, jego Aniołem Stróżem, spokojne otwieranie się (dosłowne: szyjka macicy zmienia średnicę od 0 do 10 cm) w cudzie rodzenia to również bezpieczna, spokojna droga na świat dla dziecka. Zdrowiu dziecka służy poród natury w harmonii z samym dzieckiem, jego tempem rodzenia. Bez popędzania go, wypychania, zmuszania do rodzenia.

Nasuwa mi się tu wspomnienie porodu J. Nie zgodziła się ona w szpitalu na podanie sztucznego przyśpieszacza porodu- kroplówki z syntetyczną oksytocyną, pomimo przedłużającego się porodu, pomimo słabych i nieregularnych skurczy. (A lekarze kusili!) Pomimo że było to jej najmłodsze trzecie dziecko i można się było spodziewać, że będzie się rodzić szybciej. Skurcze powoli i delikatnie zaciskały macicę na rodzącym się dziecku, na jego pępowinie- dawały mu wiele czasu na oddech. Jakież było ich zdziwienie, gdy dzieciątko urodziło się z węzłem zupełnym na pępowinie (czyli nie obkręcenie szyi czy innej części ciała pępowiną, ale zwyczajny węzeł). Dzięki mamie, jej cierpliwości (która z pewnością od Pana Boga)- całe i zdrowe się urodziło, 10 punktów w skali Apgar.

Ta cierpliwość, spokojne wspieranie, delikatna troska ma sens w naturalnym porodzie. Tak jak ma sens pomoc lekarska, gdy naturę trzeba uzupełnić, gdy ona sobie nie radzi, działa wadliwie.

Poród może też być cudownym doświadczeniem dla dziecka. Wystarczy zobaczyć twarz dziecka urodzonego w domu: rozluźniona, błoga. Potrafiąca się uśmiechać w kilka minut, godzin po porodzie. Dziecko potrafi aktywnie płakać nawet po łagodnym porodzie, ale nie ma w tym wydźwięku rozpaczy, rozdarcia. Łatwo załagodzić taki płacz. Przytulenie, okrycie, pierś wystarczą.

W taką twarz można się wpatrywać i wpatrywać. Jest najpiękniejsza na świecie. Człowiek, który niedawno wyszedł spod ręki Stwórcy.

Kohelet mówi, że jest na wszystko jest czas wyznaczony pod niebem. Jest też czas na przecięcie pępowiny. Jeśli nie ma konfliktu serologicznego (wtedy należy szybko przecinać pępowinę), to w domu i wśród mądrych lekarzy czeka się aż pępowina przestanie tętnić. Cierpliwość jest dobrym doradcą. Dziecko dzięki temu jest lepiej dotlenione: najpierw zaczyna oddychać przy pomocy płuc, potem ma chwilę, by jeszcze przez pępowinę dotlenić się równocześnie z pierwszymi oddechami, następnie pępowina jako już niepotrzebna przestaje działać. I wtedy jest czas na jej przecięcie. Spokój matki, cierpliwość położnej jest nagrodzona: dziecko może dzięki temu otrzymać nawet do 10% krwi obwodowej więcej (jakie zabezpieczenie przed anemią!). Bywa że pępowina bardzo długo tętni, jeśli dziecko nie zaczyna oddychać powietrzem. Jak życiodajna okazuje się wówczas ta cierpliwość!

Cudowne przeżycie w czasie porodu nie jest więc celem samym w sobie, ale odkrywamy je mimochodem, gdy wgłębiamy się w ten plan natury dla rodzenia się człowieka.

„Poród jest głęboko emocjonalnym i duchowym, z niczym nieporównywalnym doświadczeniem życiowym, niezmiernie inspirującym rozwojowo  i każdy poród każdej kobiety jest inny, a jego przebieg i przeżycie nie do przewidzenia.(…) Misteria życia, przez które każdy z nas przechodzi to naturalne etapy, a nie przypadki medyczne (…).”

Piękne prawda? Cytat z: „Świadek Prawdy. Włodzimierz Fijałkowski” D. Kornas- Biela.



Bardzo dobre, bo odkupione przez tak wielkiego Odkupiciela

O karmieniu piersią słyszy się, że jest doskonałe, najlepsze dla dziecka, wspaniałe dla matki, piękne itd. Jednak można też usłyszeć, że jest niezdrowe (np. w sytuacji choroby dziecka – galaktozemii), uciążliwe dla matki, zbyt trudne dla niektórych dzieci i matek.

I te, i te stwierdzenia są na takim stopniu ogólności, że w zasadzie są prawdziwe.

Ale nie od początku tak było. Na początku Pan Bóg stworzył wszystko dobrym. Człowieka natomiast został stworzony jako bardzo dobrego. udało Mu się więc stworzyć bardzo dobrze:

  • poczęcie człowieka;
  • jego rozwój w łonie matki;
  • i poród;
  • i karmienie piersią;
  • i dojrzewanie;
  • itd.

Udało się więc Panu Bogu, było od początku do końca bardzo dobre. Bez wyjątków. Choć były to sprawy delikatne, kruche, piękne, to bardzo dobre.

Grzech i zło jednak je skruszył, zniszczył, choć niezupełnie. I choć w zamyśle Pana Boga nadal pozostają bardzo dobre, to po drodze tak łatwo kruszą się, ulegają uszkodzeniu na tak różnych etapach.

Uszkodzeniu ulegają przez różne zło: chorobę, śmierć, różnorodne braki miłości, niecierpliwość, nienawiść, zazdrość itd.

Jednak Zmartwychwstanie wszystko zmienia. Odnawia całego człowieka: z jego duszą i ciałem, z jego poczęciem, porodem, karmieniem, dojrzewaniem itd.

Wystarczy przyjść do Zbawiciela i oddać mu w sakramencie Pokuty swoją niecierpliwość, a dostać w zamian cierpliwość. Przy Zmartwychwstałym można odkryć, że ten poród został stworzony jako bardzo dobry. Karmienie piersią na każdym swym etapie jest bardzo dobre: gdy się zaczyna, gdy trwa. I jego zakończenie też się Panu Bogu udało: dziecko wspierane ku dojrzałości pięknie z niego wyrasta przechodząc na następny etap.

********************

Inspirowane wykładem ks. Piotra Kieniewicza z 21.03.13 na KUL, konferencji poświęconej prof. Fijałkowskiemu.



Przytulony Baranek

Takim obrazem chcę się z Wami podzielić.

Msza Święta w poranek wielkanocny. Mała dziewczynka podchodzi do ołtarza. Wchodzi po schodkach, wącha po drodze kwiatki. Potem widzi płaskorzeźbę z barankiem z przodu ołtarza- podchodzi do niej i przytula się do Baranka.

To było coś pięknego- ciekawa byłam, co się dalej wydarzy. Jednak mama od razu zabrała ją.

Oczami wyobraźni widziałam, że to Baranek Zmartwychwstały wychodzi do niej pierwszy i pierwszy ją przytula.

Tego przytulenia od Prawdziwego Baranka- Jezusa Chrystusa życzę Wam z serca:

  • żeby rosło w nas Jego życie, radość, ufność.

 

 



Świadek Prawdy

Miałam szczęście być na konferencji zorganizowanej z okazji 10 rocznicy śmierci profesora Włodzimierza Fijałkowskiego: obrońcy dzieci poczętych, propagatora szkół rodzenia, itp. Przywiozłam stamtąd cenny dla mnie łup: książkę „Świadek prawdy. Włodzimierz Fijałkowski” Doroty Kornas-Bieli.

Ogromne wrażenie na mnie zrobiły relacje jego bliskich i autorki z umierania profesora.

„W pewnym momencie Profesor powiedział: Odchodzę, umieram – wtedy zmienił mu się wzrok, szukał ręki, trzymał moją dłoń długo (…)

Odchodzisz… Co mam robić dalej?

Odpowiedział: Nie trzeba nic, tylko trwać.

I po chwili dodał: Nic, Dorotko, nic, tylko trwaj.

To był testament.”

Tak jak profesor był miłośnikiem porodów naturalnych, również porodów domowych, tak zechciał żegnać się z tym światem we własnym domu, w atmosferze skupienia, modlitwy, przylgnięcia do Pana Jezusa,  nie medycznej obstawy. Nie było to łatwe. Medycyna lubi zawłaszczać sobie obecnie dar rodzenia, ale również umieranie człowieka traktując jako szpitalne wyłącznie doświadczenie.

„Wprawdzie Profesor wiele razy mówił o tym, że człowiek ma prawo godnie rodzić się i godnie umierać- bez jarzeniówek, sprzętu i zabiegania lekarzy, którzy nic nie mogą już pomóc, jednak decyzja o zabraniu Profesora ze szpitala do domu nie była łatwa. Syn Paweł (…): Tata przechodził już na tamtą stronę. Wracał na chwilę. Lekarze mówili, że nie mają z nim kontaktu. Ja miałem stuprocentowy. Łapałem te jego krótkie zdania, słowa, nigdy nie był gadułą (…) Wiedział, że odchodzi. Chciał do domu. Wszystko przygotowałem. (…)

Tato, pod szpitalem czeka samochód, wnętrze nagrzane. Ale musisz mi pomóc. Daj wyraźny znak, bo lekarze nie chcą ciebie wypuścić. Grożą, że oskarżą mnie o eutanazję. Słyszysz jak dyskutują na korytarzu. Wyszedł na korytarz i po chwili dało się słyszeć głośne zawołanie profesora: Do domu! Do domu! Lekarze osłupieli, żona zbladła. Syn owinął ojca w kurtkę, na to koc, owinął dla bezpieczeństwa taśmą, wziął go na ręce i jak kiedyś ojciec wyniósł go w beciku ze szpitala, tak on dziś po czterdziestu latach zabrał go ze szpitala na rękach.”

Czyż wymaga to komentarza?



Dlaczego?

Józef Flawiusz, żydowski historyk napisał, że ukrzyżowanie było „najbardziej wstrętną ze śmierci”.

(…)

Jezus schodzi aż tak nisko. Po nas!

(za: „Gościem Niedzielnym”)



Do więzienia z nim!

Świętego ojca Pio teraz by wsadzili do więzienia, gdyby żył w Polsce. Oczywiście ci od poprawności politycznej.

Taką historię o tym świętym czytałam (z książki „Radość i uśmiech ojca Pio”). Otóż przyszedł do niego pewien ksiądz i wyznał, że ma problemy z codziennym odmawianiem brewiarza, zdarza mu się go opuszczać. Ojciec Pio zachował się wówczas okropnie: nie dość, że spoliczkował delikwenta, to jeszcze nakrzyczał „okradasz Kościół!”. O dziwo, ów ksiądz od tego czasu przestał już opuszczać swój brewiarz.

Pomyślałam sobie o tej historii w kontekście „mądrości” sądu, urzędników socjalnych odbierających dziecko rodzicom (Bajkowscy), dlatego że ci popierali i stosowali kary fizyczne i przyznali się do tego nieuczciwym terapeutom.

Nie to, żebym specjalnie popierała metody wkładania dzieciom do głowy przy pomocy paska, ale jednak… Jednak i rodzice, i ich dzieci są grzesznikami i nie raz robią rzeczy, których się później wstydzą, za które potrzebują potem się nawzajem przepraszać. Nie jest to powód do odbierania rodzicom dzieci. Zwłaszcza jeśli ci przychodzą po pomoc, szukają jej.

Niektórzy rodzice uważają, że należy stosować kary fizyczne, bo jest o tym napisane w Biblii, w Starym Testamencie. No cóż, jest też napisane o tym, że należy kamienować za niektóre grzechy. Jednak nasze dzieci potrzebują karcenia, choć niekoniecznie w postaci klapsów czy innych kar fizycznych. To jest meritum sprawy, że dzieci potrzebują korekty zachowania, bo rodzą się grzesznikami i są nimi. A Pan Bóg za wychowawców wybrał im właśnie również grzeszników- ich rodziców.

Niektórym paniom terapeutkom albo innym osobom prowadzącym kursy dotyczące efektywnego wychowania, terapie zdaje się, że zjadły wszystkie rozumy, że metoda Faber i Mazlish (bez karania, bez kar fizycznych itd), itp., załatwia wszystkie sprawy, jest idealna dla wszystkich i zawsze. Jestem tu pewną kontestatorką. Od początku uważałam, że owszem jest to metoda przydatna. Jednak życie jest ciekawsze, nie wszystkim ludziom da się zmienić wszystkie przyzwyczajenia, rodzinne uwarunkowania- i wcale to nie musiałoby być najlepsze. Owszem warto sobie pomóc w wychowaniu, ale czasem nawet zdawałoby się zupełnie kiepskie metody okazują się o wiele lepsze od tych „idealnych”.

W sytuacji wymienionej na początku- współczesny terapeuta nauczałby ojca Pio, że powinien użalić się nad biednym kapłanem: „Ach tak, to naprawdę sprawia Ci trudność. Ten brewiarz to dla ciebie rzeczywiście problem. To budzi twoje poczucie winy i smutek”. Na szczęście ojciec Pio okazał się ojcem dla tego kapłana i otrzeźwił go, zajął się nim po ojcowsku dając terapię wstrząsową. Zdaje się, że wbrew poprawności politycznej niekiedy i dzieciom potrzebna jest dawka wstrząsowa jakiejś nauki póki nie jest za późno.

Nigdy bym nikogo nie zachęcała do dawania klapsów, ani policzkowania nikogo. Jednak dostrzegam, że ze względu na to, że jesteśmy tylko słabymi ludźmi, nie jesteśmy idealni, jesteśmy czasem bezradni, bezsilni, nieracjonalni również jako rodzice- takie zachowanie zdarzają się nawet wspaniałym rodzicom.

Rozmawiałam na ten temat z pewną mamą dorosłej już gromadki młodych ludzi- oświadczyła mi, że jej w obecnych czasach powinni zabrać wszystkie dzieci. Wydaje mi się, że promuje się współcześnie pewien mit idealnego rodzica i idealnego dziecka podczas gdy nie ma ani jednego ani drugiego na tej ziemi. Nawet po przejściu wszystkich możliwych szkoleń na teat wychowania. Ale mimo wszystkich swych grzechów Pan Bóg wybrał właśnie tych rodziców dla tych dzieci. Konieczna jest modlitwa o Ducha Świętego- wtedy Pan Bóg jest w stanie nami kierować ku lepszemu, ku lepszym metodom, ale niekiedy wykorzystuje nawet te nasze błędy, porażki rodzicielskie ku pożytkowi dzieci. A niekiedy te nasze „błędy” wcale nie bywają błędami, jak z zewnątrz by się wydawało.

Odbieranie rodzicom dzieci powinno być ostatecznością. Nawet dzieci w domach dziecka pochodzące ze zdeprawowanych, alkoholowych, patologicznych rodzin, gdzie istnieje zagrożenie ich zdrowia i życia bardzo często uciekają właśnie z powrotem do tych rodziców. Nauczone życiem spodziewają się znaleźć tam więcej uczucia niż w instytucji domu dziecka. Niestety w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia dziecka taka decyzja bywa uzasadniona i sensowna. Oczywiście urzędnikom socjalnym trudniej wybrać się do takich rodzin, bo jest ryzyko otrzymania butelką w głowę.

Zrównywać zwyczajnych rodziców, „którym nie wychodzi” z taką patologią to zaczyna być rodem z horroru. Nie zachwalam metody klapsa, ale też nie potępiam rodziców stosujących ją. Będąc z zewnątrz o wiele łatwiej jest osądzić. Będąc w skórze drugiego człowieka mogłoby się okazać, że nie umielibyśmy sobie w ogóle poradzić z tymi dziećmi.



Projekcja filmu „Uwolnić poród” w Lublinie- zapraszam!

IFMSA czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny i Fundacja Rodzić po Ludzku organizują projekcję filmu „Uwolnić poród” 9 kwietnia o godzinie 19.00 w SPSK4 na ul. Jaczewskiego 8 w sali kinowej na 5 piętrze. Wstęp wolny, po wyświetleniu filmu przewidziana jest dyskusja. Zostałam zaproszona do dyskusji, zamierzam się więc stawić, ponownie obejrzeć film i rozmawiać 🙂

Dla mnie zdumiewającą rzeczą jest, że akurat takiego dnia jest to przewidziane. W dzień takiej drugiej rocznicy, która cudownie pasuje do takiego filmu 🙂

Zachęcam do obejrzenia filmu, do podyskutowania. Ciekawe, jakie będą pytania w takim miejscu jak szpital na Jaczewskiego. Mi się osobiście ono kojarzy bardziej z trybem więziennym niż szpitalem. Chociaż niektórzy tak lubią- dopiero co rozmawiałam z mamą, która sobie bardzo chwaliła to, że nie ma odwiedzin na salach w tym szpitalu (jest tylko jedna sala widzeń- dla wszystkich położnic).



Jeszcze raz Duchowe położnictwo

 „Jeśli przez całe życie nie robiłeś nic ciężkiego, są takie przejścia w życiu, które są ciężkie. Na przykład narodziny dziecka są jednym z nich. Jeśli będziesz kompletną ofermą przez całe życie, poród dziecka cię znokautuje, bo będziesz na to zbyt tchórzliwy. Ale jeśli robisz coś, co buduje twój charakter zawczasu, będziesz miał wystarczającą siłę charakteru, żeby mieć dziecko, i będzie to dla ciebie piękne i duchowe przeżycie.

-Stephen”

To ciekawa diagnoza. Diagnoza hipisa, męża hipiski- a mi się zawsze wydawało, że hipisi to tacy ludzie „wyluzowani”, nastawieni na życie „lightowe”, bez wysiłku. Ciekawe. Zgadzam się z powyższym cytatem w 100% przypominając sobie różne porody: i swoje własne, i te, którym mogłam towarzyszyć.

Jeśli kobieta całe życie z powodu miesiączki, „leczy się” środkami przeciwbólowymi (które w rzeczywistości nic nie leczą), jeśli każde przeziębienie, każda pospolita choroba również musi być znieczulona- to poród tym bardziej będzie czymś niewyobrażalnym bez znieczulenia. To gdy spotka nieokiełznane siły rodzenia, spanikuje i poprosi o cesarkę, znieczulenie itd.

Ina May Gaskin autorka zachęca, by wyzbywać się postawy narzekania. Jeśli nie zaczęło się tego wcześniej- ciąża jest takim ostatnim dzwonkiem na naukę. Jeśli bowiem całe życie narzekamy: na drożyznę, na polityków, że koleżanki, mąż nie tacy jak powinni, że pogoda pod psem, to poród będzie jednym wielkim powodem do narzekania i pasmem narzekania. To nie będzie on czasem otwierania się radosnego na dziecko i świętowania, ale jakąś niezrozumiałą bliżej męczarnią.

Pracujemy więc na swój poród wiele wiele czasu zanim on nastąpi.

W obecnych czasach, gdzie tak mało cierpliwości i zrozumienia, że dziecko ma swój własny czas rodzenia, gdzie tak wiele indukcji porodów (bo medycyna „wie lepiej”, kiedy jest termin porodu od samej natury)- niestety wielu kobietom jest on odebrany już na początku. Wtedy staje się zasługą lekarzy, położnych, to oni rodzą zamiast kobiety. Czują się z siebie dumni- jak ważni! Matka nie miała możliwości przekonać się, jak wielkie są siły rodzenia drzemiące w niej, uznano ją za niezdatną do porodu.  Znam takie sytuacje, gdy lekarz po szczęśliwym fizjologicznym(10 pkt w skali Apgar) acz trudnym porodzie komentował: „Pani w ogóle nie umie rodzić!” Jednak takie stwierdzenie i takie „wzmocnienie” kobiety świadczy przede wszystkim, że to lekarz nie umie rodzić, towarzyszyć w porodzie i nie umie właściwie pomagać.

Duchowe położnictwo czyli to, które otwarte jest na wymiar fizyczny, ale i duchowy szuka wzajemnego zaufania, szuka tych sił matczynych, wierzy w ich obecność i je wspiera. I wie dobrze, że nie są to tylko siły fizyczne, że wsparcie ducha rodzącej jest równie ważne.

Ina May Gaskin zachęca swoje rodzące, by mówiły w trakcie porodu swoim mężom, że ich kochają. Zauważyła, że wyznanie miłości czy słowami czy gestami czy słowami ma taką moc, że otwiera dosłownie kobietę. Pewnego razu badała kobietę ginekologicznie, kiedy ona wymawiała te słowa do swojego męża „kocham cię”- jak wielkie było jej zdumienie, że w trakcie badania szyjka rodzącej poszerzyła się o kilka centymetrów.

Kiedy nasze szpitale staną się miejscami, gdzie będzie miejsce na takie zaufanie między personelem a rodzącą parą, na taką prawdziwą intymność dla rodzącej?



Wolność w przeżywniu rodzicielstwa

Czasem się spotykam z takim stwierdzeniem: „Odstawiłam od piersi- wreszcie czuję się wolna”.

Gdzie jest nasza wolność? Czy w niezależności od dziecka? W tym, że nie musimy mu służyć sobą, swoją obecnością? Jaki to rodzaj wolności?

To może najbardziej wolni są ci rodzice, którzy najszybciej się pozbędą dzieci z domu i nie decydują się w żaden sposób im pomagać? A jeszcze bardziej wolne osoby samotne- nie mające dzieci?

Jakie to puste i płytkie pojmowanie wolności: otrząsanie się z drugiego człowieka-dziecka jak z uciążliwego balastu.

Można być wolnym i czuć się wolnym karmiąc piersią- bo dziecko nie jest balastem, kimś, kogo należy się pozbyć możliwie szybko, ale darem miłości. Karmienie piersią jest takim naturalnym darem- przydatnym na pewnym etapie rodzicielstwa. Otrząsanie się z tego daru karmienia piersią z niecierpliwością i bezrefleksyjnie bywa nierozsądne.

Niekiedy mamy karmiące dzieci powyżej roku skarżą się, że nie mogą nigdzie wyjść bez dziecka- bo ono płacze bez piersi. Myślę, że tu problem nie leży w karmieniu piersią, ale w czymś innym, ponieważ takie dziecko zazwyczaj jada już inne jedzenie, potrafi się z innymi dorosłymi bawić, wytworzyć więź.

Częściej problem leży:

  • w nieumiejętności zaufania osobom, z którymi zostaje dziecko;
  • w braku pokornego spojrzenia, że z nami matkami dziecko również płacze i to nierzadko- jest w końcu dzieckiem;
  • w tym, że za mało dbamy, by nasze dziecko miało też dobrą, bezpieczną relację z innymi osobami; to też wymaga naszego zaufania im;
  • w nas samych- niekoniecznie i nie zawsze w dziecku.

Gdzie leży nasza wolność? W tym, że umiemy wybrać dobro, choć ono niekiedy kosztuje wiele trudu. Dobro nie zniewala, ono uwalnia, uzdalnia do dawania, przyjmowania, czerpania radości z daru.

Taką prawdziwą  wolność daje Chrystus- wolność dziecka Bożego.

Mentalność- „nie muszę robić tego i tego, i wtedy jestem wolny”, „nie karmię piersią- więc jestem wolna, nie pomagam swojemu dziecku, więc jestem wolna”- to mentalność niewolnika. W tym wypadku rodzica-niewolnika, który jest tak zniewolony, że aż mu się nic nie chce, jak nie musi. Taki rodzic-niewolnik tylko czeka na oswobodzenie, kiedy wreszcie „nie będzie musiał” czegoś robić.

Matka w wolności wychowująca swoje dziecko- chce być matką, ciesząc się przemijającymi chwilami tej roli. Daje sobie ten czas i spokój, żeby obserwować jak dziecko dojrzewa, co mu jest potrzebne w tym  rozwoju, a z czego już wyrosło.

Szukam więc wyzwolenia w Ranach Chrystusa- i je znajduję. Poszukajcie i Wy 🙂