|
|
|
Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’
6 grudzień
Czemu właściwie nie wystawić własnych jasełek w domu?
Żeby pobawić się z własnymi dziećmi, pośmiać. Czy tylko szkoła, kościół ma wyłączność na „takie rzeczy”? Nie ma jak rodzina wielodzietna- dla każdego znajdzie się jakaś rola.
Ponieważ dziś świętego Mikołaja dzień, gdyby ktoś nie dostał prezentu, to ja się dzielę prezentem własnoręcznie wczoraj zrobionym (trochę nieudolnie, ale cóż, na własne potrzeby zabawy i uświetnienia wieczerzy wigilijnej wystarczy). Na kolanie nabazgrane, przed śniadaniem:
JASEŁKA
Narrator:
Do stajenki przychodzimy
wszelkiego dobra wam życzymy,
by w dzień Bożego Narodzenia
spełniały się serca życzenia.
Anioł:
Oto dziś ogłaszamy radość wielką:
narodził się Święty Mesjasz Król,
ukoi On każdy ludzki ból,
potrzebę zaspokoi wszelką.
Kolęda (wszyscy):
Gdy się Chrystus rodzi…
Józef:
Maryja czule trzyma Dzieciątko,
chwali snem Boga to niemowlątko.
Czego rodzić się musi w stajence
dziecko, co poczęło się w świętej Panience?
Maryja:
Zachowaj w sercu rzeczy te Boże,
Bóg nam we wszystkich sprawach pomoże.
Zrzuć więc na Niego swoje zmartwienia,
przyłącz do mego serca wielbienia.
Anioł:
Teraz zabeczy owieczka na chwałę małego Jezuska.
Owieczka (półtoraroczna):
Beeee.
Piosenka z pokazywaniem:
Miłość Twa od najwyższych gór wyższa jest…
Józef:
Spójrz, ktoś do nas szybko idzie drogą,
dobrzy ludzie pewnie nam pomogą.
Kolęda:
Przybieżeli do Betlejem…
Pasterz I:
Święci Aniołowie nas zbudzili,
niezwykłe sprawy swe oznajmili:
Bóg Wszechmocny, dobry i wielki
zesłał nam Syna tu do stajenki.
Pasterz II:
Każde kolano zgiąć się więc musi
przed tym Jezusem, któremu słano
w żłobie i biedzie tę tu kołyskę,
choć On miłością napełnił wszystkie
serca spragnione- czy Mu otworzą
domy i dusze swe upokorzą?
Żeby z Jezusem z krzyża królować
i zmartwychwstania też zakosztować.
Maryja:
Włączam Was w miłości tajemnicę,
Bóg spełnia niezwykłą obietnicę
i znów przychodzi w Chleba łamaniu,
cichy i prosty jest w swym kochaniu.
Anioł śpiewa zwrotkę kolędy:
Gdy śliczna Panna…
Maryja refren:
Li li li li laj…
Anioł:
Jak miłosierne jest Dziecię Jezus
i jak wyciąga do nas rączęta,
garną do Niego się też oślęta.
Niech każdy człowiek o tym pamięta.
(Do 1,5 rocznego Osiołka):
Jak dla Pana Jezusa zaryczysz osiołku?
Osiołek:
I-aaa, i-aaa.
Kolęda:
Z narodzenia Pana…
I tu nastąpią gromkie brawa, owacje i gratulacje 🙂
Może ktoś jeszcze skorzysta z pomysłu, tekstu- proszę bardzo, chętnie się podzielę 🙂
29 listopad
Dużo piszę o tym karmieniu piersią głównie dlatego, bo lubię, również aby służyć Wam pomocą. Nie po to jednak, żeby jakoś się koncentrować na nim, wręcz przeciwnie. Im więcej piszę, tym w życiu osobistym mniej na nim się koncentruję. Zbyt wiele ciekawych rzeczy przynosi życie, żeby skupiać się na tych tak oczywistych i trywialnych jak karmienie piersią.
Od czasu do czasu słucham, co inni mówią na ten temat.
„Karmić własna piersią swoje maleństwo, „nasze dziecko”, to zarazem realizować plan Boga, który tak kobietę stworzył.”– pisze Wanda Półtawska w „Eros et iuventus”. Dopisałabym jeszcze: który tak dziecko stworzył- z ogromną potrzebą ssania, tulenia, bycia blisko mamy, bardzo powolnego oddalania się od niej. Przy niecierpliwości współczesnych kobiet: zbyt dla nich powolnego, my zbyt łatwo wypychamy własne dzieci, odpychamy od siebie w czasie, kiedy one jeszcze potrzebują się karmić naszą bliskością, przytuleniem.
„Karmienie piersią jest obecnością matki przy dziecku. Jest układem ludzkiej miłości, jest jej wyrazem, dowodem. Atmosfera miłości jest jedyną dla prawidłowego wzrostu osoby ludzkiej. Okresu karmienia nie da się zastąpić. Dziecko karmione piersią matki ma lepszy start w życie niż dziecko tego pozbawione.” Tak sobie myślę- obyśmy tych profitów wynikających z dobrego początku nie utracili zbyt szybko.
„Odkryć prawdę o karmieniu piersią znaczy zanurzyć się w treściach, które zmuszają do refleksji”– to spojrzenie doktor Wandy Półtawskiej na Matkę Bożą Karmiącą i jej wzrok na Dzieciątko Jezus. Uczenie się od Niej.
I jeszcze o matce: „Dziecko nie jest jej, ale Boga. Karmienie nie jest celem, tylko środkiem do utrzymania życia dziecka. Dziecko nie jest dla niej, ale ona dla dziecka.”
Takie oczywiste prawdy piszę dr Półtawska, ale dla mnie cenne. Widzę, jak szybko przekonujemy się, że karmienie jest dla dziecka:
- jest nie takie, jak się spodziewaliśmy;
- stwarza różne dyskomforty zwłaszcza na początku (fizjologiczna bolesność nieprzyzwyczajonych do ssania brodawek, nieprzyjemne odczucia wynikające z wypływu pokarmu, nawału pokarmu, wiele różnych perypetii przydarzających się na początku, w trakcie karmienia itp.);
- dziecko ssie częściej/rzadziej, dłużej/krócej niż tego oczekiwaliśmy;
- dziecko rozwija się wolniej niż tego się spodziewaliśmy, jego rozwój wymaga przede wszystkim naszej cierpliwości, mądrej cierpliwości; uczenie się siebie wymaga ponoszenia kosztów tego.
Cenię sobie dr Półtawską, z jednym jednak nie mogę się zgodzić. Powiela ona jeden z bardzo rozpowszechnionych mitów w temacie laktacji:
„Wiadomo, że niepokój matki może wręcz zniszczyć jej pokarm. Kobieta napięta i rozdrażniona przestaje wytwarzać pokarm.”
Nie jest to prawda- inaczej ssaki dawno by już wyginęły z powodu braku mleka. Również w życiu zwierząt nie brakuje napięć: czające się drapieżniki, zagrażająca woda (powodzie), pożary, płoszenie się z wielu powodów. Nie jestem biologiem, ale takich zagrożeń można by wiele wymieniać. Jednak zwierzęta nie tracą pokarmu z tego powodu- chyba, że młode zdycha albo jest tak chore, że nie ma siły ssać, wówczas jego ilość rzeczywiście się zmniejsza stopniowo aż do zaniknięcia.
W tym micie jest jednak cząstka prawdy- pewnie dlatego jest tak bardzo rozpowszechniony. Kiedy jesteśmy mocno zdenerwowane, zaniepokojone, roztrzęsione- pokarm nie zanika, ale za to adrenalina (hormon stresu, ucieczki) blokuje wytwarzanie oksytocyny (hormonu odpowiedzialnego za wypływ mleka). Oksytocyna jest natomiast odpowiedzialna za wypływ pokarmu. Kiedy jesteśmy więc bardzo zdenerwowane- pokarm pomimo swej obecności, może nie wypływać bądź wypływać mniej. Adrenalina- hormon stresu nie ma jednak zazwyczaj znaczącego wpływu na wytwarzanie prolaktyny – głównego hormonu odpowiedzialnego za wytwarzanie mleka, poza zupełnie ekstremalnymi sytuacjami. Jest to logiczne: kiedy przeżywamy stres, poczucie zagrożenia- musimy najpierw zapewnić sobie i dziecku bezpieczeństwo, poszukać schronienia, bezpiecznego miejsca, uspokoić się, a nie go karmić.
Ciekawe, że w sytuacji wojny, kiedy nagle okazywało się, że mleko krowie, zastępcze nie jest dostępne-nagle wszystkie kobiety „miały pokarm” dla swojego dziecka. I to pomimo przeżywania ogromnych stresów.
Oczywiście wiele kobiet daje sobie wmówić, same też sobie wmawiają „cudowny brak pokarmu” albo jego zanik. Oczywiście ilość jego wytwarzania nie zależy tylko od nich. Przy dziecku słabym, chorym, nie ssącym skutecznie mocno może się okazać, że rzeczywiście tego pokarmu jest za mało- bo ono zwyczajnie nie ma siły go wystarczająco silnie i długo ssać. Wówczas świadoma mama będzie alternatywnymi sposobami (kubeczkiem, łyżeczką, zestawem łyżeczki, sns-em, pipetą itd.) dokarmiać aż do momentu odzyskania przez dziecko siły.
Stres jest jednak tak popularnym elementem życia, że ssaki umieją radzić sobie zazwyczaj z jego obecnością i karmieniem młodych. Kobiety świadome czym jest karmienie- zazwyczaj również. Nierzadko tłumaczenie o zaniku pokarmu jest wygodną wymówką dla świadomej lub nieświadomej niechęci do dalszego karmienia piersią. Bo ono jest wymagające. Dziecko również jest wymagające i to coraz bardziej. Potrzeby dobrze rozwijającego się człowieka zwiększają się, a nie zmniejszają.
Jak wytrwać przy dziecku? Chwycić się tej Miłości, która jest jedyną cierpliwą, łaskawą, która nie zazdrości i nie szuka poklasku i nie szuka swego.
28 listopad
Mam wrażenie, że wiele z kobiet uważa, że niecierpliwość mieszka w piersiach.
Jakich więc rad udzielają sobie i innym, gdy mają kłopoty z własną niecierpliwością wobec dziecka? Odstawić od piersi, to cierpliwość nie będzie potrzebna. Zmienić dziecko- siebie nie zmieniać.
Otóż prawda nie jest tak prosta. Kiedy się odstawi od piersi, problemy zostaną te same- straci się tylko pokarm dla dziecka, który zarazem dawał dziecku wiele wyciszenia, wiele zdrowotnych walorów.
Czy rzeczywiście niecierpliwość mieszka w piersiach i jak się odstawi, to będzie to rozwiązanie problemów z dzieckiem? Oczywiście, że nie. Niecierpliwość mieszka w sercu człowieka– taki banał, ale momentami jakbyśmy o tym zapominały i próbowały zwalać niecierpliwość na zewnętrzne okoliczności.
Gdy ktoś nie ma cierpliwości do dziecka karmiąc go piersią, to prawdopodobnie nie będzie też jej miał po odstawieniu od piersi. Bo cierpliwość nie jest nam dana raz na zawsze- trzeba nad nią pracować, trzeba pracować nad sobą.
Byłam niedawno u mamy dwutygodniowego człowieka- nie miała cierpliwości go karmić piersią. „Za często co 30 minut, ja już nie mam cierpliwości. Wolałabym zrobić butelkę”.
Cierpliwość jest też naszym wyborem, jest ćwiczeniem się. „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”.
Niedawno przeczytana przeze mnie książka „Karmieni miłością. Podstawy kształcenia talentu.” Autorstwa pana Suzuki. Niezła dawka lekcji cierpliwości. Co możemy własną cierpliwością osiągnąć, mądrym ćwiczeniem się w niej? Bardzo dużo. Niezła dawka optymizmu, zadanej cierpliwości i wytrwałości.
Lektura ta jest generalnie o kształceniu muzycznym, jednak ma ona ogólny wydźwięk. Kształcenie dobrego charakteru i cierpliwości dziecka głównie przez kształtowanie własnej cierpliwości i systematyczności, nauki poprzez zabawę i radość dają wspaniałe rezultaty.
Zwykle żeby dostać się do szkoły muzycznej, dziecko się przesłuchuje, bada jego słuch muzyczny. Suzuki nie robił tego- przyjmował do swojej szkoły wszystkie dzieci w bardzo młodym wieku. Jego rezultaty były zadziwiające, o wiele lepsze niż w klasycznych szkołach. Zresztą przeczytajcie i przekonajcie się.
Słyszałam młodego skrzypka uczonego tą metodą Suzuki- nie wygrał pierwszego miejsca (ech, te stosunki i stosuneczki), ale owacje zebrał największe, grał rzeczywiście najlepiej. Uczenie z pasją i miłością daje najlepsze rezultaty. Każdy człowiek zasługuje na to, by być uczonym z pasją i miłością ze względu na godność dziecka Bożego. Jeśli nawet ktoś nie wierzy, to powinien docenić samą ludzką godność.
Oczywiście łatwiej o tym pisać niż to robić 🙂
No cóż, ja się cierpliwie ćwiczę w pisaniu 🙂
21 listopad
Kiedy dziecko się poczyna albo rodzi- słyszymy różne komentarze.
Mimo woli albo całkiem celowo bliskim i dalekim osobom wymykają się też oceny naszego macierzyństwa, rodzicielstwa. I o ile tatusiowie częściej są lepsi w pewnych siebie odpowiedziach, o tyle mamy nierzadko gryzą się tym, co usłyszą.
Nam kobietom zwyczajnie trudno być od nich niezależnymi, bo zależy nam na ludziach, przywiązujemy wagę do ich zdania.
„Jak ty sobie poradzisz, moje biedactwo!”- czasem takie życzliwe komentarze potrafią podciąć skrzydła. Zwłaszcza gdy bliska osoba tak załamuje nad nami ręce.
Jeśli się wierzy Bogu, który jet Emmanuelem – Bogiem z nami, jest jednak czego się trzymać. Po ludzku to może i byśmy sobie nie poradzili. Ale mamy dzieci, dlatego że obdarzył nas nimi Pan Bóg. To On miał tyle zaufania, miłości do nas, że powierzył nam to konkretne dziecko, te konkretne dzieci. Mógł wybrać im innych rodziców, mógł nam wybrać inne dzieci bądź bezdzietność. A jednak…
Przewidział nasze rodzinne życie, jego rozwój wraz z dziećmi. Nasze wzloty i upadki.
I tego można się trzymać zwłaszcza gdy ciężko.
14 listopad
Czasem pisząc ten blog zastanawiam się, czy jest w ogóle dla kogo.
Komentarze?
Dostaję niemal sam spam plus od czasu do czasu kilka komentarzy przyjaciółki.
Ostatnio miałam kilkugodzinne zetknięcie z naszą służbą zdrowia: położnymi i ginekologiem podczas porodu jako doula.
Myślę sobie więc, że skoro położne i lekarze bardzo niechętni by kobiety rodziły w pozycjach wertykalnych (pionowych), mimo wszystko zaczynają to robić, to jest to pewne światełko w tunelu. Trzeba za tym iść, swoją pewnością, zdecydowaniem po prostu tego wymagać, uczyć ich tego.
To, że położnej czy lekarzowi nie chce się schylać do stołeczka porodowego, materaca- to jest jego problem. Problem nieżyczliwości? Niekompetencji? Nie wiem i nie chcę oceniać.
Trzeba się jednak trzymać swojej pewności, wiary i nadziei.
Kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym spadaniem- mówi łacińskie przysłowie. Jeśli my rodzące będziemy rezygnować z rodzenia w pozycjach, które są zwyczajnie dla nas i naszych dzieci zdrowsze, to ta kropla nigdy nie wydrąży kamienia.
Mam jednak nadzieję, że maleńka kropla daje nadzieję.
Jestem prawdziwie szczęśliwa będąc z rodzącą mamą, służąc swoimi trywialnymi czynnościami. Podziwiając jej oddaną miłość, trud i poświęcenie w bólach rodzenia. Myślę, że ta miłość matki rodzącej do jej dziecka przejawiająca się właśnie w czasie rodzenia bardzo chce być kochana. Zanurzona w miłości, otoczona nią.
A lekarze i położne rezygnując z niej, ze swojego życiowego powołania do miłości wiele tracą.
Wiele modlitwy za nich potrzeba, aby się zmienili, aby przypomnieli sobie po co się jest położną, po co się jest lekarzem.
1 listopad
Jeśli pożycza Ci książkę przyjaciółka mówiąc, że napisała ją jej przyjaciółka, to na pewno będzie to deser dla duszy, dla serca.
Z początku podeszłam do tej książki bez pośpiechu, bez emocji. Leżała, czekała, dojrzewała.
Autorka zaczyna od opowieści o swojej pracy we Francji, gdzie opiekowała się staruszką. Opisuje również nocne wstawanie i podawanie metalowej kaczki do załatwiania się. No cóż, oddajmy jej głos. Przed Wami Katarzyna Cedro ze swoją smakowitą książką: „Bagietki i jagodzianki”:
„I tak co noc, czasem nie raz w nocy. I wtedy miałam tę myśl, że jak się ma małe dzieci, to się nie śpi w nocy. Powiedziałam sobie: co to, to nie. To wstawanie do dzieci to nie będzie dla mnie. Nie spać w nocy? niewyobrażalne. Cóż, za mną 70 miesięcy karmienia piersią, budzenia się każdej nocy po trzy, cztery razy. Bo kiedy się służy, wstępuje moc w ręce i umysł człowieka. I wtedy odwiedza Cię Miłość i wszystko przetrzymasz.”
Tak pisze kobieta pięćdziesięcioletnia, matka kilku synów z perspektywy czasu o swoim doświadczeniu. Czyż nie pięknie?
Tą książkę czyta się, jakby się odwiedzało przyjaciół i w ich domu czuło się równie dobrze jak w swoim:
„Lecę do spiżarni. Ileż pyszności! Ile oranżady w butelkach specjalnie zamykanych. Dwie, może trzy skrzynki. Pasztety, kiełbasy, a ile jeszcze pochowanych pyszności! Baranki wielkanocne, kurczaczki, to wszystko szykowała zupełnie sama moja babcia. Czy jedzenie jest tak ważne w życiu człowieka? Bardzo ważne, ale przecież tu nie chodzi o obżarstwo. Za każdym upieczonym mazurkiem, odpowiednio doprawioną zwykłą pomidorową czy rosołem stoi czyjaś miłość. To była zawsze miłość mojej babci do nas.”
Widzę w tym analogię do innych myśli lub jak kto woli bliskość duchową:
„Świętość nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych. Polega na przyjmowaniu z uśmiechem tego, co zsyła nam Jezus. Polega na przyjmowaniu woli Bożej i podążaniu za nią.”
„Nie powinniśmy żyć w obłokach, w sposób powierzchowny. Powinniśmy się oddać zrozumieniu naszych braci i sióstr. Żeby lepiej zrozumieć tych, z którymi żyjemy, konieczne jest żebyśmy najpierw zrozumieli samych siebie”.
Jak bardzo odnosi się to do naszego życiowego powołania: bycia żoną, matką.
„Jest niezwykle znaczące, że zanim Jezus objaśniał słowa Boga, zanim objaśnił tłumom błogosławieństwa, współczuł ludziom, nakarmił ich.
Dopiero kiedy ich nakarmił ich, zaczął ich nauczać.”
Matka Teresa z Kalkuty „Myśli wyszukane”
Czytając ten maleńki zbiorek cytatów mam wrażenie, jakby matka Teresa zebrała go dla mnie, podzieliła się ze mną na naszą rodzinną drogę. Jej myśli towarzyszyły nam dziś na cmentarze. Niby jest po drugiej stronie życia, ale te jej przemyślenia tak bliskie życia, tak aktualne i pomocne, jakby je właśnie dla nas wypowiedziała.
Święci są żywi i chętnie pomogą w wychowaniu siebie samych, dzieci, zmienianiu świata. Wystarczy nawiązać z nimi nić porozumienia. Mają w niebie całodobowy telefon zaufania. Jaki numer? Modlitwa=rozmowa.
31 październik
Po pobycie u Kasi zaczęłam oglądać filmy, chociaż generalnie tego nie robię, bo zabiera to zbyt dużo cennego czasu.
Jednak wzbudziły moje zainteresowanie poprzez:
- to, że ich bohaterka jest cudowną bajarką- Tworzy niepowtarzalny klimat wokół swojej opowieści;
- zachętę do tworzenia wartościowej diety;
- naukę rozpoznawania, docenienia ziół, przypraw, elementów diety poprzez zachwyt nad nimi, barwne opowieści;
- dzielenie się swoimi opowieściami o radzeniu sobie ze zwykłymi dolegliwościami, bolączkami.
Może ktoś poogląda ze mną:
Stefania Korżawska?
24 październik
Często niepokoi matki to, że kilkutygodniowe niemowlę zaczyna brać do buzi paluszki, ba, nawet całą pięść i próbować je ssać. Obawiają się, że przerodzi się to w nawyk ssania palców, że dziecko będzie miało zły zgryz od tego itd.
Czy więc z tym walczyć?
Hm, zanim odpowiem na to pytania, może warto się zastanowić, skąd to się bierze, czemu to służy.
Czy nie cieszy wielu rodziców słodki widok rosnącego w macicy maleństwa, które ssie sobie palce? Które wkłada sobie rączkę do buzi? Czy to źle, że dziecko ma najwięcej zakończeń nerwowych właśnie na wargach, a w następnej kolejności na opuszkach palców? No cóż, tak po prostu jest. Na zdjęciach USG widzimy, że dziecko trenuje tą drogę usta-palce bardzo wcześnie- od 4 miesiąca od poczęcia bodajże. Jednak przychodzi ono na świat i trochę jakby o tym zapomniało, choć trenowało to przez wiele miesięcy.
Nie wiem dokładnie z czego to wynika. Czy z powodu odwróconego widzenia- dziecko po urodzeniu widzi wszystko do góry nogami, czy z powodu dominowaniu odruchowych zachowań, w każdym bądź razie nie jest to bardzo czytelne po urodzeniu, a wraca dopiero po kilku tygodniach z większą jakąś siłą.
Z perspektywy neurologii należałoby się z tego wyłącznie cieszyć: podstawowe połączenie nerwowe jest nieuszkodzone. Od tego właśnie rozpoczyna się mnóstwo poznawczych procesów: od poznawania własnego ciała, ust, palców. Bez tego nie ma ani dobrego trzymania, ani nawet umiejętności wkładania sobie czegokolwiek do buzi, np. w celu poznania, ale też potem w celu zjedzenia.
Można zauważyć, że dziecko zaczyna intensywnie wpychać paluszki do buzi pewien czas przed tym, jak rozpoczyna naukę dotykania przedmiotów, przytrzymywania ich, żeby w końcu całkowicie trzymać je w ręce. Palce z perspektywy dziecka są niezmiernie ciekawe: jest to zabawka ruchoma, wieloczęściowa, będąca dostępna w dowolnym czasie, znikająca i pojawiająca się w zasięgu wzroku, miła w dotyku, pod względem emocjonalnym dwufunkcyjna: i emocjonująca, i uspokajająca w zależności od potrzeby.
Nałogowe ssanie palców nie bierze się z potrzeby poznania własnego ciała. Droga do tego kompulsywnego ssania palców wiedzie którędy indziej:
- braki w noszeniu dziecka, przekładaniu go, masowaniu, dotykaniu czyli byciu w kontakcie z ciałem dziecka; co w zależności od rodzaju noszenia, dotykania może być bądź uspokajające bądź pobudzające;
- braki w ssaniu odżywczym i nieodżywczym, które jest zdolny zaspokoić pobyt przy piersi;
- zostawianie dziecka samotnego w sytuacji zmęczenia (chyba, że jest starsze i potrzebuje odpocząć od nas), usypiania;
- samotne spanie maleństwa;
- gwałtowne lub zbyt szybkie, zakończenie przez rodziców ssania czy to przez przedwczesne odstawienie od piersi czy to przez zabranie smoczków dziecku karmionemu sztucznie.
Nie znam dziecka, które śpiąc z rodzicami, będąc noszone w chuście (a więc wystarczająco często), będąc karmione według potrzeby piersią wystarczająco dlań długo, bez jakiejś ogromnej traumy ssałoby własne paluszki w sposób kompulsywny, nałogowy, trwający jakoś szczególnie długo.
Pora więc docenić niemowlęce zabawy paluszkami. Czy potem sami nie potrzebujemy tego wykorzystywać w dalszym rozwoju dziecka.
Polecam: Dagny Ślepowrońskiej „Teatrzyk paluszkowy”. Coś dla przedszkolaka na poprawienie nastroju!
9 październik
Zadziwiająca książka.
Książka dla tych, którzy nie umieją się modlić, nie umieją kochać, a mimo to szukają i kochają.
„Przez trzy czwarte swego życia będziesz się czuł tak, jakbyś nie umiał się modlić. Oczywiście, że nie umiesz! Czy wydaje ci się, że jesteś aniołem, który może mówić Bogu przez całą wieczność „Chwała, chwała, chwała”? Nie jest możliwe, żebyś modlił się tak, jak myślisz, że powinieneś.
Modlitwa to stałe przebywanie w obecności Boga. Jesteś tam prowadzony. Doświadczenie pustyni zaprowadzi cię tam szybciej. Nagle będziesz wiedział, że On zawsze jest obecny. Nie możesz się modlić? On jest obecny i wcale Mu to nie przeszkadza. Modli się za ciebie (Rz 8, 26). (…)
To Miłość nas wzywa, Bóg, nasz Oblubieniec. Wzywa nas do tego, czego każdy z nas najgłębiej pragnie: do życia, które będzie rodzić owoce.”
Cytaty te pochodzą z „Dusza mojej duszy” Catherine de Hueck Dohert.
Najchętniej zacytowałabym całą książkę, żeby się nią z Wami podzielić. Są takie książki, które zapadają w serce, a ta zapada również głęboko w duszę.
I coś dla matek konkretnego:
„Jak mamy żyć w tym dzisiejszym świecie? (…) Obowiązek chwili jest tym, co powinieneś czynić w danym czasie tam, gdzie Bóg cię postawił. Jeśli masz dziecko, twoim obowiązkiem chwili może być zmiana brudnej pieluchy. Więc to robisz. Ale nie tylko zmieniasz pieluchę- zmieniasz ją, jak najlepiej potrafisz, z wielką miłością zarówno do Boga, jak i do dziecka. W tym dziecku widzisz Chrystusa. (…) >Jedyna ważna rzecz< jest tym, co każda chwila przynosi. To, co zdarza się w każdej chwili naznaczone jest wolą Boga. (…)
Jestem wdzięczna, zwłaszcza w najtrudniejszych momentach, za obowiązek chwili. Jednym z największych darów Bożych dla ludzi jest to, że wyznaczył nam szereg obowiązków do wykonania w ciągu dnia. Obowiązek chwili jest jak solidny kij zabrany na długą wędrówkę. Jest mocny i w ciemności na szlaku jest jak trzecie oko.”
I jeszcze jedno:
„Drobne rzeczy stają się wielkimi,kiedy dotyka ich Bóg; kiedy jesteś światłem, kiedy jesteś pełen entuzjazmu, radosny, zadowolony, szczery, pokorny, bezpośredni. Drobnych rzeczy nie można oddzielić od miłości. Czy możesz poddać się uczuciu monotonii, kiedy jesteś zakochany? (…)
Herezja głosząca, że wszelkiego rodzaju praca służebna jest poniżająca, jawi się jako brak pokory. Dominuje przekonanie, że jeżeli ktoś ukończył studia uniwersyteckie, nie powinien wykonywać prac służebnych. Ta herezja zakorzeniła się tak głęboko w młodzieży, mężczyznach i kobietach, że po prostu nie wiem, jak się jej pozbyć. Ale utrzymuje się ona wśród nas i zrywa więzy miłości, chwilami wywołując zamęt i chaos.„
8 październik
Znam mamę, która zrezygnowała z karmienia piersią, ponieważ nie odpowiadało to ojcu dziecka. Oczywiście, że najważniejsza jest zgoda między mężem i żoną, jedność między nimi- zburzenie tej wartości nie jest warte świeczki, nawet tak ważnej jak naturalne karmienie. Jednak to my żony jesteśmy odpowiedzialne, choćby po części, za to jaki obraz karmienia piersią i karmienia w ogóle będzie miał nasz mąż.
Tak się zastanawiam, jaki obraz karmienia piersią przekazuje żona mężowi, kiedy:
- narzeka, jak jej trudno karmić piersią;
- żali się, że nocne karmienia ją wykańczają;
- walczy z własnym dzieckiem i stara się je karmić czymkolwiek innym, gdy ono akurat domaga się piersi;
- okazuje poczucie własnego uwiązania karmieniem piersią; itd., itp.
Czy dla mężczyzny nie będzie naturalne wówczas podanie prostego i krótkiego rozwiązania:
„No to odstaw, i będzie po sprawie!”
Jednak dzieląc się z naszym mężem tym własnym trudem, zazwyczaj wcale nie oczekujemy gotowych rozwiązań, a raczej przytulenia, umocnienia w tej sytuacji, zrozumienia własnych uczuć, potwierdzenia ich. Zapewnienia, że jako mama wykonuję kawał dobrej roboty, więc mam prawo być zmęczona. Oczywiście zawsze trzeba rozmawiać, a więc i tę kwestię wyjaśnić mężowi. Jednak mając takie oczekiwania wobec męża postępujemy dosyć nierealistycznie- nie jest on bowiem ani naszą przyjaciółką, ani inną mamą karmiącą, której łatwiej wczuć się w naszą sytuację.
Kiedy dajemy mężowi wyłącznie takie komentarze jak powyższe, zapala mu się lampka: Karmienie jest dla mojej żony za ciężkie. Jest ona przemęczona nim- powinna więc od niego odpocząć. Karmienie piersią w ogóle przestaje być praktyczne dla dzieci oraz matek. Moja żona potrzebuje mojej pomocy w zerwaniu z tym. Zarówno więc moja żona, jak i dziecko lepiej by na tym wyszli, gdyby już zrezygnowali z karmienia piersią.
Warto więc szukać takich osób, miejsc, gdzie będziemy zaakceptowane i przyjęte z naszym „wygadywaniem się” na karmienie piersią, gdzie nauczymy się opowiadać o naszych trudach, też trudnych emocjach dotyczących karmienia piersią, ale gdzie również otrzymamy wiele pozytywnych emocji w tym temacie, które będziemy mogły przekazać mężowi.
Jaki obraz karmienia piersią przekazujemy mężowi, gdy mówimy o nim jako o:
- czymś, co jest dla nas piękne, wzruszające, wartościowe;
- czymś, co sobie cenimy;
- czymś, co widzimy, że jest ważne dla naszego dziecka;
- czymś, z czego potrafimy się cieszyć, co świadomie chcemy kontynuować;
- czymś, dla czego warto znosić pewne nawet trudy;
- czymś, co służy zarówno matce jak i dziecku;
- czymś, w czym jesteśmy zwyczajnie bardzo dobre, jesteśmy ekspertkami.
Taki przekaz, którym się będziemy dzielić z naszymi mężami poniekąd powinien ich zaszczepić przed naszym narzekaniem, dzieleniem się tymi trudami właśnie z nimi. No, chyba, że dla męża ważniejsze jest zdanie mamusi- ale wtedy to raczej kwestia do terapii niedojrzałego synka się nadaje. Dla dojrzałego mężczyzny istotniejsze powinno być zdanie żony, nie mamy.
Dlatego tak gorąco zapraszam na spotkania grupy wsparcia dla mam karmiących pragnąc je uczynić miejscem, gdzie będzie czas na podzielenie się tymi trudami, ale też stawaniem się ekspertkami w tej właśnie dziedzinie. Prowadzę takie spotkania w Lublinie, ale w gruncie rzeczy w każdej miejscowości zwykła mama karmiąca, która chce się dzielić swoją radością, trudami karmienia- może „skrzyknąć” inne mamy, które chciałyby się spotykać w tym temacie.
Moim zdaniem, warto jednak też pogłębiać własną wiedzę na ten temat. Za każdym razem jest to dla mnie zaskakujące, że i mamy karmiące piersią powielają mnóstwo mitów na ten temat. Nie dziwię się więc, że i całe społeczeństwo powtarza ich ogromną ilość, skoro same zainteresowane nie są na tyle zainteresowane, żeby mówić sensownie na temat tego, co robią często i z uczuciem.
Myślę, że to o czym piszę ma zastosowanie również do innych osób, nie tylko do męża.
Zwłaszcza jeśli karmimy naturalnie dłużej niż przeciętnie warto poczuć się dobrze z tym, czerpać z tego nie przygnębienie i zniechęcenie, a radość i pewność siebie. W końcu wykonuje się kawał dobrej roboty.
Żenujące są działania producenta mlek modyfikowanych, który zaczął już produkować mieszankę na czwarty rok życia dziecka. Oczywiście „wzorując się” na mleku matki. Oczywiście to wzorowanie się jest kuriozalne, śmieszne- tak jak śmieszne byłoby przerabianie krowy na człowieka.
Dlaczego my mamy karmiące dłużej niż statystyczna niejednokrotnie czujemy się zawstydzone zamiast być dumne? To, że powstają takie mieszanki dla tak podrośniętych dzieci świadczy o tym, że mleko matki doceniają nawet jego najzagorzalsi wrogowie właśnie ze względów merytorycznych.
|