Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Cierpliwość niezbędna dla miłości

„Miłość poznaje się po cierpliwości”- powiedział mi niedawno pewien ojciec.

  • Czy będę budzić się dla malucha kilka tygodni?
  • A może 3 miesiące?
  • A jeśli będzie mnie budzić 6 miesięcy?
  • A czy będę cierpliwa, gdy rok będzie mnie potrzebować dziecko również w nocy?
  • A 3 lata cierpliwości to nie za dużo?

Czy mamy prawo do cierpliwości, czy niecierpliwości?

„Miłość jest cierpliwa,

łaskawa jest,

nie zazdrości”.

Nie zazdrości też tym rodzicom, których dziecko nie budzi się w nocy zachowując się jak dorosły.



Zakonserwowanie dzieci, dzieci eksperymentalne

W jaki sposób zakonserwować sobie dziecko?

  • od pierwszych dni myć je mydełkami dla dzieci, szamponami;
  • nacieranie kremami, oliwkami z supermarketów;
  • używanie wszelakich próbek,preparatów, emolientów, kremów, itd.

Jeśli przyjrzymy się składowi tychże preparatów bez większego trudu dojdziemy do wniosku, że niemal wszystkie zawierają liczne konserwanty. Są to: różne alkohole, kwas cytrynowy, różne parabeny (rakotwórcze- ale kto by się tam tym przejmował), itp. I chyba jeszcze alkohol jako konserwant jest tu najbezpieczniejszym konserwantem, aczkolwiek można się zastanawiać nad zasadnością jego stosowania u dzieci.

Właśnie wzięłam sobie jeden krem rekomendowany przez Polskie Towarzystwo Alergologiczne (He he!)- moją próbkę badawczą- i policzyłam liczbę składników, które użyto do wytworzenia tego kremu. Otóż poza wodą krem ten, który polecany jest dla młodych osób „od pierwszych dni życia”, zawiera 28 składników. Aż 28! Wyobraźmy więc sobie, że pod wpływem używania tego kremu na skórze dziecka powstaje alergiczny wykwit. Hm, który z 28 składników uczula nasze dziecko? Jak to ustalić? Jest to niesłychanie trudne, jeśli nie niemożliwe.

Dlatego wielu rodziców wraca do prostoty naszych babć i prababć:

  • szare mydło;
  • kąpiel w krochmalu bądź płatkach owsianych przy problemach skórnych;
  • kąpiele ziołowe przy problemach, ale też przy zwyczajnych potówkach, które przydarzają się chyba każdemu maluchowi: napar z rumianku, korzenia żywokostu, pączków sosny, lawendy, nagietku;
  • nacieranie po kąpieli oliwkami tłoczonymi na zimno, np. budwigowym lnianym lub oliwą z oliwek, w niektórych kulturach naciera się skórę różnymi dostępnymi masłami (osobiście nie polecam krowiego masła ze względu na liczne uczulenia na białko krowie).

Nie warto robić z własnego dziecka królika eksperymentalnego stosując na nim zbyt wiele składników naraz. Zwłaszcza noworodki i niemowlęta mają skórę niezwykle wrażliwą, podatną na różne oddziaływania.

Trzeba więc je myć, pudrować (mąka ziemniaczana- nie łączymy jej z tłuszczami, np. oliwką), natłuszczać niezwykle delikatnie, oszczędnie, żeby skóra sama miała możliwość nauczyć się właściwego funkcjonowania, radzenia sobie ze środowiskiem zewnętrznym. Trzeba pamiętać np. że po kąpieli nie wycieramy dziecka pocierając go ręcznikiem, ale wyciera się je jedynie dotykając nim, otulając.

Jest ogromna słabość tych naturalnych składników: psują się o wiele szybciej, trzeba je przechowywać np. w lodówce (olej lniany, masło). Jest też ich ogromna zaleta: zawierają o wiele więcej witamin, wartościowych składników, ponieważ nie są wielokrotnie przetwarzane i nie trzeba dodawać w związku z tym żadnych sztucznych substytutów (zamienników) tychże.

Nasza służba zdrowia zapomina też o zupełnie naturalnym wartościowym kremie, jakim jest maź płodowa. Po porodzie nie należy jej zmywać, spłukiwać, niszczyć- powinno się pozwolić jej wchłonąć, bo jest naturalną skuteczną barierą dla skóry. Jednak to nie medycy i położne są odpowiedzialne za nasze dzieci- to my przede wszystkim powinniśmy być odpowiedzialni jako rodzice. Skoro my jako rodzice składamy całą odpowiedzialność w ręce opieki zdrowotnej- nie dziwmy się, że ją weźmie opiekując się naszymi dziećmi zazwyczaj tak jak jej wygodniej, jak standardy nakazują, jak przełożeni nakazują itd. Niektóre dzieci rodzą się z dużą ilością mazi płodowej, inne z kolei z suchą skórą (gdy mało jest wód płodowych). Te które mają jeszcze maź płodową- warto pielęgnować na tyle oszczędnie, by maź płodowa miała szansę się wchłonąć. Niektórzy rodzice jej po prostu nie zmywają.

Nie ma wyborów idealnych. Coś za coś.



Zanim zaszczepisz…

Zanim zaszczepisz, zastanów się.

Zanim cokolwiek zrobisz, zastanów się.

Większość osób szczepi dzieci, bo inni tak robią, bo to na zdrowie, bo lekarz tak zaleca. Bez chwili refleksji. Idziemy po prostu za stadem i to nam wystarcza.

Może warto dwie strony medalu poznać przed podjęciem tej decyzji:

O bezpieczeństwie szczepionek

Autorka tego artykułu wbrew pozorom nie jest zajadłą przeciwniczką szczepień, jest natomiast naukowcem, który szczególnie zajmuje się neurologicznymi skutkami podawania związków rtęci.

Jej wnioski i podsumowanie wklejam w punktach, które utworzyła. Może ktoś skorzysta:

Propozycja zmiany programu szczepień w Polsce, oparta na analizie programów w innych krajach UE (Euvac.net) oraz konsultacjach z pediatrami – jest następująca:
• wyeliminowanie wszystkich szczepionek z thimerosalem; • zrezygnowanie ze szczepienia noworodków szczepionkami Wzw B (szczepienie tylko noworodków z grupy wysokiego ryzyka, czyli od matek zakażonych żółtaczką). Zaoszczędzone na tych szczepionkach pieniądze przeznaczyć na higienę szpitali, by nikt się w nich nie zarażał.
• zrezygnowanie ze szczepienia noworodków BCG (stosować tylko u dzieci z regionów, gdzie odsetek chorych na gruźlicę wynosi powyżej 40 na 100 000);
• w pozostałej grupie dzieci rozpoczęcie szczepień od 4 miesiąca życia;
• zrezygnowanie ze szczepionki krztuścowej pełnokomórkowej;
• zrezygnowanie z podawania więcej niż trzech rodzajów szczepionek w jednym dniu;
• zrezygnowanie z podawania szczepionek zawierających żywe wirusy lub podawanie ich pojedyńczo w bezpiecznych odstępach czasu;
• udostępnienie szczepionek monowalentnych;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do przeprowadzenia wstępnego wywiadu z rodzicami odnośnie alergii, astmy i innych chorób typu autoimmunologicznego oraz powikłań poszczepiennych u członków rodziny, co pozwoli przewidzieć, czy u danego dziecka mogą wystąpić groźne reakcje poszczepienne. Takie dziecko powinno mieć opracowany indywidualny, bardzo ostrożny program szczepień;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do monitorowania stanu zdrowia dzieci po szczepieniach, by w porę uchwycić stany zagrażające życiu lub zdrowiu dziecka;
• stworzenie narodowego programu obowiązkowej rejestracji powikłań i zgonów poszczepiennych. Dane te powinny być raportowane do WHO (a nie są) i informacje o powikłaniach powinny być zamieszczane w książeczkach zdrowia dziecka.”



Ciąża = wysiłek dalekkosiężny

Profesor Włodzimierz Fijałkowski uważał, że nazwa „ciąża” jest niewłaściwa, ponieważ kobiecie, która się cieszy z noszonego dziecka, nic nie ciąży. Radość ją tak uskrzydla, że dziecko nie jest ciężarem, tylko szczęściem.

Mam ogromny szacunek do profesora, jednak wydaje mi się, że jest to nieco wyidealizowany obraz, bo sama też byłam w stanie błogosławionym. I tak się składa, że tak jak chyba każda kobieta doświadczałam obok radości i tego trudu, ciężaru noszonego dziecka, również nabytych wówczas kilogramów nie zawsze będących zasługą noszonego dziecka, czasem też własnych skłonności. Jest radość, ale jest i trud, krzyż, który nikogo nie omija. Czasem nie o kilogramy chodzi i nie o samopoczucie fizyczne, tylko psychicznie jest trudniej, bo występuje rozchwianie, nieradzenie sobie ze sobą, z faktem istnienia dziecka. Ten krzyż przychodzi prędzej czy później, tak czy inaczej. Krzyż nie omija ani nas, ani naszych dzieci. I ma sens.

Jednak pomimo posiadanego sensu, często radości, nie odejmuje to trudu, fizycznych i psychicznych niedogodności.

Dlaczego matki noszące dziecko nierzadko czują się śpiące, zmęczone, rozchwiane emocjonalnie? Patrząc na to pod kątem fizjologii, jest to czas, kiedy ciało kobiety zdobywa się na wysiłek przystosowania się do potrzeb rozwijającego się dziecka. Jest to też wysiłek dalekosiężny: ciało matki gromadzi wówczas zapasy również na okres karmienia piersią. Jest to zresztą odczuwalne niemal od początku życia dziecka: czasem jednym z pierwszych objawów ciąży jest właśnie odczucie zmian w piersiach, drażliwości brodawek, powiększania się piersi, zwiększenia siatki naczyń krwionośnych itd.

Warto sobie uświadomić, że to właśnie w czasie ciąży organizm kobiety działa na najwyższych obrotach, dlatego czasem „wychodzą” mimochodem różne choroby- bo nie jesteśmy w stanie im podołać. Tryb karmienia piersią to natomiast tryb oszczędzania się dla organizmu, natomiast tryb ciążowy to i wyzwanie sprostania potrzebom dziecka, swoim oraz odkładanie zapasów na później, na czas wykarmienia dziecka.

W ciąży gromadzimy zapasy energetyczne, budulcowe, ale także zapasy żelaza, wapnia i innych makro- i mikroelementów, witamin rozpuszczalnych w tłuszczach itd.

Dlatego bardziej obciążające dla organizmu są częste ciąże- co rok, dwa niż nawet długie karmienie piersią. W ciąży zużywamy np. ogromne ilości żelaza: budując układ krwionośny dziecka, ale i starając się o gromadzenie go na potem.

Każde dziecko ma prawo być kochane, a więc przyjęte przede wszystkim. Jednak Pan Bóg dał nam rozum po to, byśmy się nim posługiwali dla dobra całej rodziny, dla swojego małżeństwa, dla dziecka.

W bardziej naturalnych społecznościach, gdzie nie ma nadmiaru pożywienia,  intensywne karmienie piersią odracza poczęcie kolejnego dziecka o 2-3 bądź 4 lata, niejednokrotnie aż do ukończenia karmienia piersią (od 2,5 do 7 lat w zależności od zwyczajów danego ludu). Dopóki kobieta karmi piersią płodność ma prawo nie wracać, nie musi miesiączkować. Gdy pożywienia jest ubogo, dzieje się tak częściej niż w naszym społeczeństwie przesytu, ponieważ natura jest mądra.

Można w niej odczytać również pewien sens zawarty przez Stwórcę: to urodzone dziecko też potrzebuje zadbania, czułości, opieki. Potrzebuje również matczynego mleka co najmniej 2-2,5 roku.

Podręczniki medyczne często piszą o tym, że karmienie piersią jest ciągiem dalszym procesu rozmnażania człowieka, jest jego ważną częścią, potrzebną i służącą zdrowiu zarówno dziecka jak i mamy. Jaka szkoda, że lekarze praktycy tego nie wcielają w życie- zachowując się często jak przedstawiciele handlowi firm produkujących żywność dla niemowląt- oblepiając swoje gabinety w reklamy sztucznej żywności, wręczając ulotki, naklejki. Zamiast pomagać w rozwiązywaniu problemów laktacyjnych- pomagają tymże firmom w zwiększeniu obrotów, sugerując odstawienie od piersi, dokarmianie sztucznymi mieszankami, wcześniejsze wprowadzanie obiadków jako jedyny sposób na problemy z laktacją, z dzieckiem czy matką. I powiedziałabym, że jest to statystycznie najczęstszy sposób „pomagania”.

Nie chcę tu w żaden sposób podważać wartości posiadania licznego potomstwa z małą różnicą wieku. Znam takie rodziny i uważam za ogromny skarb. Warto jednak docenić również pełne wykarmienie piersią: bez nerwowego, pośpiesznego odstawiania od piersi, z cierpliwym odnoszeniem się do potrzeby ssania dziecka. Warto nauczyć się cieszyć tym darem od Stwórcy- zobaczyć jego znaczenie dla dziecka. Być wdzięczną za ten dar.

Jest głęboko zakorzenionym mitem, że dziecko nigdy nie przestanie ssać bez siłowego odstawiania go od piersi, że im dłużej ssie, tym trudniej skończyć. Nieprawda! Dziecko wyrasta z karmienia piersią jak z za małych majtek. Wystarczy delikatnie pomóc dziecku, jeśli nie zrobi się z niego najpierw owocu zakazanego bądź zwyczajnie cierpliwie zaczekać.

Nie warto pośpiesznie przerzucać tego daru karmienia na krowę, bo odbija się to na całym społeczeństwie licznymi chorobami cywilizacyjnymi (liczne korelacje czyli współwystępowanie chorób cywilizacyjnych u matki i dziecka powiązane z karmieniem sztucznym pokarmem).

Podkreśla się zwłaszcza korzyści dla dziecka z karmienia piersią. Jednak wykazano, że kobiety karmiące piersią również wiele zyskują:

  • stosunkowo rzadsza zapadalność na raka jajnika i piersi;
  • na zawały serca, nadciśnienie tętnicze;
  • stwardnienie rozsiane;
  • w okresie menopauzalnym: rzadsze złamania kości udowej, osteoporozy;
  • zapewne wielu jeszcze powiązań nie odkryto- czekają na poznanie.

Owszem karmienie piersią  to również trud, ale warty podjęcia.

Mamy wielkie pragnienie posiadania kolejnego potomstwa? To świetnie: ale musimy też być płodni duchem. Rodzić te nasze starsze dzieci: do coraz większych wymagań, do wysłania ich w świat, do dzielenia się wartościami duchowymi z nimi. Jeśli ograniczamy naszą płodność do wymiaru wyłącznie duchowego, to tak jakbyśmy się uważali za aniołów- „jestem tak cudowna, że umiem być jako żona i matka płodna wyłącznie duchowo. Jeśli ograniczamy naszą płodność do wymiaru wyłącznie fizycznego: to sprowadzamy się do roli zwierzątek hodowlanych.

Trzeba dać sobie czas i otwartość i na płodność duchową, i na płodność ciała. Jedna wówczas wspomaga drugą. Przynosi dobre owoce.



Dni obchodów

Dzień Matki, Dzień Dziecka, Dzień Ojca- wszystkie te dni na psu budę bez jedności. Bo matka potrzebuje ojca, ojciec matki, dziecko rodziców, rodzice dziecka.

Kto oglądał „Fire proof” (Ognioodporni)? Prawie zawsze jest szansa na owocną pracę nad sobą.

Pewien psychoterapeuta dzielił się ze mną swoim spostrzeżeniem, że warsztaty dla rodziców i wychowawców (wg Faber i Mazlish) w obecnym świecie okazują się niewystarczające, są ślizganiem się po powierzchni. Okazują się nieskuteczne.

Zastanawiam się dlaczego.

Te warsztaty są bardzo dobre. Czy sięgają jednak duszy? Czy nie relatywizują jednak i wartości, i autorytetu rodzicielskiego?



Te niedoseski kochane

Od sympatycznego sąsiada dwudziestoparoletniego studenta dowiedziałam się, że na kocięta odłączone za wcześnie od matki, jej mleka mówi się niedoseski. Zachowują się one nieco inaczej od kotów i kociąt odłączonych we właściwym wieku, gdy są już na to gotowe. Przed spaniem niedoseski  przebierają łapkami jak małe ssące kocięta, wtulają się, bardzo są spragnione obecności innych. Można by jeszcze dokładniej opisywać takie zachowania. Mamy taką właśnie kociczkę, którą dostaliśmy, gdy miała zaledwie 6 tygodni- i te cechy rzeczywiście występują u niej mimo upływu wielu lat.

Zróbmy analogię do dzieci. Czy dzieci też nie są zbyt często odłączane za wcześnie? Od piersi, od swojej mamy, która wraca do pracy, od domu, od rodziny?

I wcale nie chodzi o to, by skupiać się na tym karmieniu piersią, na swojej obecności w domu, skoro dalej się karmi, czy jest w domu, pomimo że inni już dawno skończyli. O wiele lepiej się karmi, gdy robi się to mimochodem, zwyczajnie, dziecko potrzebuje, to karmię. W końcu w życiu dziecka i jego rodziców jest tak wiele do odkrywania wspólnych przygód, etapów rozwojowych. Dzieci mają tak wiele zasad do odkrycia, tak wiele do nauczenia, że nie warto się nadmiernie zajmować tym, co i tak prędzej czy później wygaśnie, skończy się, straci na znaczeniu.

Podzielę się z Wami pięknym przysłowiem chińskim, które znalazłam.

„Źdźbło żyta nie urośnie wyżej, jeżeli będzie ciągnięte na siłę do góry, trzeba mu pozwolić rosnąć.”

Osobiście rzeczywiście nadmiernie skupiam się na karmieniu piersią zwłaszcza w internecie zaprzeczając temu, co w tym momencie piszę. Z racji własnych szkoleń, pomagania innym czasami w tej akurat dziedzinie. Jednak prywatnie odkrywam, jak dobrze się karmi, gdy robi się to będąc skupionym bardziej  na innych zadaniach. A karmienie piersią zostaje po prostu jako jeszcze potrzebne. Skracanie na siłę procesu odstawiania od piersi, zakańczania karmienia to takie właśnie „ciągnięcie źdźbła do góry”. Nie tylko nie pomaga, ale narusza ono korzeń, narusza dotychczasowy spokój dziecka, jego równowagę. Bywa trudne i dla dziecka, ale dla mamy również- trudno o nową równowagę po gwałtownej zmianie.

Nie pamiętam, czy pisałam kiedyś o 9-letnim chłopcu, który przez godzinę, kiedy go obserwowałam (mimochodem) większość czasu gryzł palce, ssał je, ciągnął. Czy nie warto było dać ssać takiemu delikwentowi w czasie, który był na to odpowiedni nawet gdyby to miało trwać przez cały wiek przedszkolny (he he, o zgrozo!- powiedzieliby niektórzy) niż mieć na całe życie bądź na wiele lat takie „oseskowate” zachowania?

Takie moje zastanawianie. I myśli zbieranie.



Recepty na płakanie?

Dzieci afrykańskie nie płaczą, bo matki „czytają” swoje dzieci, a nie książki.

Jednak karmione piersią przez mamy, które mają szybki wypływ płaczą więcej– a tak jest w naszym zachodnim społeczeństwie, jeśli nie umiemy sobie radzić z tym szybkim wypływem, odbijaniem, odczytywaniem potrzeb dziecka  itp.

Podsumowując polsku: częste noszenie + karmienie piersią według potrzeby + wspólne spanie = mniej płaczu.

Wspieranie mamy to też mniej płaczu, kultura sprzyjająca macierzyństwu to też bardziej zrelaksowana mama, a więc bardziej zrelaksowane dziecko.

Piękne mi powyżej wyszły równania, jednak z własnego doświadczenia wiem, że mimo noszenia, karmienia, odczytywania sygnałów wysyłanych przez dziecko może się ono żalić i płakać w sposób nieutulony. Najmłodszy okaz naszej rodziny jest tego przykładem (na szczęście po 2 miesiącu życia z tego wyrósł). A więc tolerancja dla płaczu dziecka musi być wpisana w nasze życie. Dziecko ma prawo być dzieckiem, a więc również płakać, gdy je coś boli, gdy czuje się niezrozumiane, smutne.



Powody do radości

Tyle mamy powodów do zmartwienia jako rodzice:

za późno podnosi głowę, za wcześnie chodzi, choruje, buntuje się, nie słucha, marudzi w nieskończoność itd. Tych powodów nierzadko sobie znajdujemy mnóstwo, nawet jak ich nie ma w rzeczywistości.

Tymczasem  jeśli wierzę Bogu, zawsze mamy powód do radości nieskończenie większej niż doraźne kłopoty:

„Ciesz się, wszelkie stworzenie, ponieważ ty jesteś bliższe Bogu w jego nieskończonym miłosierdziu niżeli niemowlę w sercu matki.” s. Faustyna Kowalska

To jest szaleństwo Bożej miłości. Wystarczy się w niej zanurzyć. Zwłaszcza Sakrament pojednania jest takim zanurzeniem. Jego potrzeba wzrasta, gdy my wzrastamy.



Pierwsze trzy miesiące życia dziecka są szczególnie ukryte. Często za porannymi mdłościami, wymiotami, sennością, czasem nawet za nieświadomością matki i ojca. Dziecko mówi do swojej matki przez te sygnały jej ciała: potrzebuję twojego odpoczynku, zatrzymania się, zwrócenia uwagi na to, co jesz, co robisz po to, żeby w tej sferze zaprowadzić pewien porządek, zadbać o zdrowie. Potrzebuję zacisznej kołyski w Twoim łonie, twojej ciszy, czułości.

Czasami te wymioty, osłabienia są tak dojmujące, że matka zza nich niemal nie widzi dziecka, tak jakby była tylko ona i jej wymioty, jej gorszy nastrój. I to błąd. Bo to jest pierwsza lekcja jej oderwania się od swojego „ja”, od swojego tylko „chcę”.  Lekcja niezbędna, choć wymagająca, czasem bardzo trudna. Po urodzeniu dziecka nie da się dalej żyć tylko swoim „chcę”, bo „potrzebuję” maleństwa jest o wiele głośniejsze, bardziej żywiołowe, częstsze niż to planujemy. Taka pierwsza zaprawa do późniejszych zmagań ze swoim egoizmem, egocentryzmem.

Gdy w tym pierwszym trymestrze często się źle czujemy, wymiotujemy, jesteśmy rozdrażnione, to nasze dziecko też potrzebuje pocieszenia. Nie zostawiajmy go wtedy samego! W tym czasie, kiedy wszystkie narządy jego ciała intensywnie się tworzą, potrzebuje tym większego wsparcia. Gdy nam bardzo niedobrze, przytulmy nasze dziecko, pogłaszczmy je. Po tym się poznaje kochające serce: że umiemy się cieszyć nawet z naszego „niedobrze”, jeśli oznacza to dla ukochanej osoby „dobrze”. Te poranne (i nie tylko) wymioty oznaczają zazwyczaj dostatecznie wysoki poziom progesteronu, hormonów ciążowych- więc właściwie, jeśli dobrze życzymy naszemu dziecku, możemy być za nie wdzięczne. I zadowolone z własnego „niedobrze”, bo dzięki temu nasze dziecko jest z nami, organizm si go nie pozbywa.

Cuda się zdarzają. Wystarczy popatrzeć na dziecko. Cud miłości. Nie dziwię się, że szatan tak nienawidzi kobiet w stanie błogosławionym. Raz, że przypominają mu Wyjątkową Matkę, która urodziła Zbawiciela. Druga sprawa, że nienawidzi on każdego z cudów miłości i nadziei. On się zwyczajnie boi dziecka, bo jego Anioł Stróż w dzień i w nocy wielbi nieustannie Boga.

Niektóre matki i ojcowie starają się jednak o poczęcie bezskutecznie. Zastanawiam się nad sensem tego bolesnego czekania, tej tęsknoty. I myślę, że Pan Bóg stworzył nasze ciało, ale też naszą duszę stęsknioną za dzieckiem, za dziećmi, żebyśmy byli w pełni rodzicami. I tym, których nie obdaruje fizycznym darem macierzyństwa, ojcostwa jest gotów dać duchowy dar rodzicielstwa. Ta tęsknota za dzieckiem nie jest więc czymś przypadkowym, nieprzydatnym, gdy dziecko się nie rodzi wbrew staraniom. Tylko trzeba się na dar duchowego rodzicielstwa otworzyć, że Pan Bóg chce dać nam więcej niż Go prosimy.

Moje dzieci co prawda już większe, ale ta refleksja z myślą o Paulince, o której się dowiedziałam, że nosi pod sercem skarb. Również z myślą o cierpieniu pewnej mamy czekającej na dziecko bezskutecznie.

I jeszcze nie odmówię sobie podzieleniem się moją lekturą, która jest paląca i żywa:

„Bóg jest hojny i nikomu łaski swojej nie odmawia – więcej daje, aniżeli my Go o to prosimy. Wierność w wypełnianiu natchnień Ducha Świętego – to najkrótsza droga.”

Polecam gorąco: „Dzienniczek” s. Faustyna Kowalska.



Zwycięska noc

Dlaczego ta noc od innych większa?

Dlaczego mamy prawo zawsze się cieszyć głęboko w sercu?

Dlaczego możemy ufać zawsze nawet wbrew nadziei?

Bo Zbawiciel dla nas zdobył już zwycięstwo:

Litania zwycięstwa

Alleluja!- życia tym zwycięstwem na co dzień i od święta życzę Wam serdecznie, drodzy Internauci!

I na koniec podzielę się z Wami takim ładnym cytatem z „Dzienniczka” siostry Faustyny:

„Tulę się do serca Boga, jak niemowlę do serca matki”. Pan Jezus rozdzierającą swoją śmiercią wręcz zachęca i zaprasza każdego osobiście do tego czułego tulenia, odpowiedzenia na tę Jego pokorną ukrzyżowaną Miłość.

Gdyby link się nie otwierał. Tekst litanii zwycięstwa:

Wielbię Chrystusa za Jego Krew
Ona uzdrawia moje ciało
Ona koi moją duszę
Ona leczy mój umysł.
Chwała i moc Barankowi Bożemu, który za nas wśród mąk przelał Swą krew.
Jego Krew ma moc oczyszczenia
Jego Krew ma moc przebaczenia
Jego Krew ma moc wyzwolenia
Jego Krew ma moc odnowienia
Jego Krew ma moc ocalenia
Jego Krew ma moc odnowienia
Jego Krew zwycięża
Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy w moc Krwi Baranka.
Wielbię Baranka, bo Jego Krew obmywa mnie z win, aż jak śnieg biały się staję.
Wielbię Baranka, bo Jego krew wyzwala mnie z pęt grzechów i przywiązań.
Wielbię Baranka, którego Krew jest mocniejsza niż moja.
Ona kształtuje mnie na obraz i podobieństwo Boże.
Wielbię Baranka, który przez Krew zwycięża wszelkie przytłaczające mnie wrogie moce.
Ona chroni mnie od chytrych zakusów wroga.
Ona przygotowuje mi weselne szaty.
Przez nią Bóg czyni wszystko nowym.
Alleluja! Amen.