Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


Psy, króliki i patyczaki

To jest jakiś znak czasów. Młode małżeństwo. O co się może starać? O pieska. O co się najpierw troszczy? O pieska. Ponieważ ostatnio parę razy byłam u weterynarza z naszym chorym Pasztetem (królik), spotkałam tego typu egzemplarze. „Ach, nasz Pimpuś połknął kawałek plastyku!”, „Ach, nasza Pusiunia taka niespokojna! Czy można jej dać coś na uspokojenie?” Nie jestem miłośniczką tego typu „rodziny”. Młode małżeństwo, według mojego wyczucia, powinno móc najpierw poznać siebie, o siebie nawzajem nauczyć się troszczyć, a nie ogniskować od razu swoje uczucia i uwagę na piesku- substytucie dziecka.Pieska lepiej mieć potem.

Stąd jakiś czas temu byłam wredną ciotką, co to się wtrąca i odradza młodej parze pieska na nową drogę życia. No i wredna ciotka dostała po nosie- a dobrze mi tak!

Jednak to nie tak, że jestem przeciwniczką posiadania zwierzaków, co to to nie! Wręcz przeciwnie. Dlatego wiem, że o wiele lepiej dogadują się dzieci i pies, gdy najpierw są dzieci, a pies lub inny zwierz potem. Wtedy pies uczy się szalonych, nieprzewidywalnych zachowań dzieci- i nie boi ich się, a więc jest o wiele spokojniejszy w kontakcie z dziećmi, co więcej, traktuje ich jak kompanów do zabawy, a nie jako potencjalnych zbrodniarzy czyhających na jego psie życie i zdrowie.

Najpierw dzieci, potem pies pokazuje też właściwą hierarchię. Niezmiernie istotną. Zwierzę je odczytuje bezbłędnie, gdy przybywa do rodziny po dziecku. Niemal każdy rodzic daje odczuć zwierzęciu (a więc daje mu się nauczyć), że dziecko musi mieć fory, pierwszeństwo.

Spotkałam wiele sytuacji, gdy małżeństwo z pieskiem po urodzeniu dziecka po prostu oddaje psa i to niekoniecznie z powodu alergii: bo pies zaczyna terroryzować dziecko, bo trudno sobie radzić z niemowlęciem i psem, bo dochodzi strach o dziecko w kontakcie z psem itd. Kiedy do domu, w którym jest już pies dołącza dziecko, pies jako starszy „uważa”, że może i powinien „uczyć” tego krnąbrnego ludzkiego szczeniaka. No i z tym nie zawsze się zgadzają rodzice tegoż. Konflikt na pokładzie gotowy.

Jako nastolatka miałam pieska. Potem po ślubie został on z moimi rodzicami i bratem. Jednak rodzice potem wyjechali do innego miasta i musiałam się zająć naszym psem. Dobra była psina, ale niezbyt cierpliwa. Cóż, szacowna matrona nie będzie się zbytnio zabawiać z maluchem, a na pewno nie da sobie zbytnio dokuczać. Dało radę wytrzymać, ale po co wytrzymywać, jak można sobie ułatwiać życie, a nie utrudniać.

Potem mieliśmy drugiego zwierza. I ten wariant o wiele bardziej sobie chwalę. Pies przybył do nas „na gapę”. I szczeniak dorastał sobie z dziećmi: nic go nie potrafiło zaskoczyć w zachowaniu dzieci. Był raźnym kompanem naszej dzieciarni.

Ostatnio dwie osoby zapytały mnie. Właściwie po co w domu (lub ogrodzie) pies? Jedna z osób nieco mnie zdziwiła: dlaczego właściwie o to pyta, skoro już się zdecydowała z mężem na psa (mając już dzieci)? Już ma psa, a dopiero teraz o to pyta.

Spróbuję na to odpowiedzieć z punktu widzenia maluchów. Dzieci często bardzo lubią zwierzęta lub wręcz przeciwnie mają wyraźną awersję do nich. Wiele dwulatków(lub półtoraroczniaków) przerażeniem reaguje na zwierzaki czarne. Pamiętam jak moje dzieci przestrachem reagowały na czarną zabawkę-kruka. Właśnie w tym wieku mniej więcej. Ignaś zaś nie cierpiał małp, zwłaszcza człekokształtnych. Z drugiej strony dzieci przepadają za przytulankami: misiami, pieskami, kotkami itd. Toż to wszystko zwierzaki!

Po co im zwierzęta?

Dużo by gadać, dlatego sobie wypunktuję:

  • Zabawa. To jest to, co dzieci lubią najbardziej, ale nie tylko dzieci. Psy np. również uwielbiają zabawę. Dzieci w zabawie czasem nie chcą grać czarnych charakterów, np. złego wilka z czarnego kapturka- ale gdy ma się psa, można go zatrudnić jako aktora grającego wilka. Albo Szarika, albo tygrysa, albo smoka, albo jako inną dowolną postać.
  • Zwierzak-przyjaciel w domu to wzrost pewności siebie dla dziecka. Rodzice, rodzeństwo się często denerwują, gdy dziecko się bije, szczypie innych, zachowuje się nerwowo, domaga się ciągle uwagi. A pies (taki jak do dogoterapii czyli wytresowany z dziećmi, dla dzieci) przyjmuje uszczypnięcia, zaczepki, bójki jako zachętę do dobrej zabawy- akurat mamy taki egzemplarz;
  • Kiedy dziecko pokona swój strach przed zwierzęciem, a mieszkając z nim pod jednym dachem następuje to szybko, zaczyna uczyć się jego zachowań. Jeśli pomożemy dziecku, to może ono łatwo nauczyć się rozumieć bezbłędnie zachowanie psa lub innego zwierzaka. Sama obserwacja jest zazwyczaj bardzo frapująca np.: Kto kogo naśladuje?
  • Kontakt fizyczny: zwłaszcza jak zwierz jest futerkowy, to dziecko nadmiar swojej energii życiowej, „nienaprzytulalność” może wyładować na nim (o ile zwierz się na to zgadza- i taka nauka też jest cenna). Do oswojonego z dzieckiem psa można się przytulać, wziąć go za łapę, ogon, na większych egzemplarzach można nawet pojeździć- to dziecku daje dużą satysfakcję, jest zafascynowane takim stworzeniem;
  • Nauka odpowiedzialności: dziecko dobrze pokierowane jest uczone dbałości o potrzeby podopiecznego, dobrego odnoszenia się do zwierzęcia tak, aby mu nie dokuczyć. Zwierzaka zazwyczaj trzeba karmić, czesać, jak chory leczyć, stosować zabiegi profilaktyczne- w to wszystko dzieci się włączają lub są włączane. Żeby o zwierze dbać, trzeba je zrozumieć- polecam „Okiem psa” Fishera!
  • Więcej ruchu: zwierzak o ile nie jest na uwięzi (uwaga! pies na uwięzi nie jest bezpieczny dla dzieci- bo gdy ma dość zabawy, nie ma gdzie i jak uciec), prowokuje dzieci do ruchu: biegania, skakania, szukania; każde dziecko potrzebuje dużo radości i dużo ruchu do rozwoju, a te dwie rzeczy jakby się wzmacniają; najszczęśliwsze są dzieci wyskakane i wybiegane, nieprawdaż?
  • Itd., itp.

Na koniec historia z życia wzięta. Wieczorną porą, moje biedne 3-letnie dziecko pochodzące z domu gdzie są „tylko” dwa króliki, kot i bycze szczenię z pretensją w głosie przemawia do swej matki:

„Mamo, ale dlaczego ja nie mam zwierzątka? Ja chcę mieć zwierzątko!”

„Synku, ale przecież masz i psa, i kota, i króliki.”

„Tak, ale ja chcę konia!”

Koń by się uśmiał 😉



Kiedy mentorki się spotykają…

Nie byłoby mnie bez moich rodziców. Nie byłoby też tego co we mnie bez moich mentorek. A kiedy spotkają się dwie mentorki, to może wyniknąć coś tak cennego: zachwyt nad życiem, nad godnością człowieka od początków.

My i ty to my

W czwartek o 10.30 na żywo, ale i w dowolnym momencie na:

niezależnylublin.pl

 



Co jest czym

Opowiem Wam bajkę.

Dawno, dawno temu, a może nie tak całkiem dawno ją usłyszałam. W każdym bądź razie ząb czasu ją nadgryzł, a moja pamięć mogła niejeden uszczerbek w jej treści uczynić. Niemniej spróbuję podzielić się tą bajką-niebajką, a przynajmniej jej sensem.

Była sobie pewna uboga kobieta. Stwórca przydzielił jej w życiu zadanie podlewania kwiatów w ogródku. Dał jej do tego kilka dzbanów, żeby nimi nanosiła wody ze studni oddalonej kawałek drogi i przykazanie, żeby wszystkich dzbanów używała. Nosiła więc wodę, by podlewać rośliny. Jednak jeden z dzbanów sprawiał jej ogromne trudności: był bardzo dziurawy, tak że gdy dochodziła od studni do ogródka, to zazwyczaj okazywało się, że wody w dzbanie już prawie nie ma. Kobieta dziwiła się, złościła, okazywała niezadowolenie: po co ma nosić tym dziurawym dzbanem wodę, skoro efekty są tak mizerne? Wolała zawsze używać dzbanów pełnych, niepopsutych- dzięki nim kwiaty w ogródku były dobrze i sprawnie podlane.

Pytała się Stwórcy, po co ten dzban dziurawy ma używać, ale zawsze dostawała odpowiedź, że dowie się potem. Dopiero gdy poszła do nieba otrzymała odpowiedź. Zobaczyła z góry ogród i całą okolicę. „Zobacz- powiedział Stwórca- całe dzbany posłużyły do nawodnienia ogródka ze zwykłymi kwiatami, ale dzięki dzbanowi dziurawemu wyrosły najpiękniejsze kwiaty wzdłuż drogi. Podlewałaś ich nasiona niosąc wodę uszkodzonym dzbanem.”

Różne trudności przeżywamy z naszymi dziećmi, z sobą samą. Jak je nazwiemy? Możemy je potraktować jako problemy i boczyć się na siebie, na dzieci, na Boga, że dał nam coś tak bezsensownego w życiu- taki trud, z którym, zdaje się, nie radzimy sobie.Taki ból, który przygarbia ramiona, odbiera radość życia.

Ale możemy też te trudy potraktować jak wyzwanie: i korzystać z tej szansy wydobycia tego boleśniejszego piękna, dobra, ukrytego głębiej, wymagającego nauczenia się czegoś więcej.

Chodziła ta opowiastka za mną i chodziła. A ja się opierałam jej urokowi i opierałam, myślałam o niej, że w przepaściach mojej pamięci zgubiłam jej piękno. Aż w końcu P. swoim dzisiejszym mailem sprowokowała mnie do podzielenia się nią- bardzo Ci dziękuję za niego!

Różne cechy dzieci sprawiają trudność- czy potraktuję je jako wyzwanie, dar? czy jako powód do narzekania, wiercenia dziury w brzuchu sobie, mężowi, dziecku?

„He he- zapewne powiesz-mam docenić upór moich dzieci, ich kłótliwość, nieposłuszeństwo? Mam docenić swoją skłonność do depresyjności, swoją samotność, swój gniew?”

Tak, ponieważ tylko w ten sposób wydobędziesz z nich: wytrwałość, współpracę i dogadywanie się oraz wolność swoich dzieci. Tylko dzięki twórczości w tej dziedzinie odkryjesz własną refleksyjność, samodzielność myślenia, własną pewność siebie.

Wyobrażacie sobie, że umiecie docenić te swoje trudne cechy? A tak właśnie patrzy na nas Stwórca i przez te nasze „dziury” wpuszcza jeszcze więcej łaski, jeszcze więcej dobra niż gdyby ich nie było.



Maluszki w kościele

Dzieci broją. Czyli zachowują się zupełnie naturalnie.

Ksiądz Twardowski, znakomity poeta cudownie opisuje zachowanie dzieci w kościele. Jak to tylko im się nie nudziło: bo bawiły się sznurowadłami, wszystkim co tylko znalazły w zasięgu ręki. Tryskały pomysłowością, żywiołowością i radością.

Czy ta radość i szczere serce może się nie podobać Stwórcy, który przecież tak je stworzył?

Jednak przeszłam wiele etapów postępowania z dziećmi w kościele: od biegania za nimi w kościele (ta faza uczy dziecko, że rodzic powinien biegać za nim), po zabieranie dziecka do kościoła zawsze aż do zabierania czasami. Spotkania z ludzkimi reakcjami też były różne: więcej jednak zwracania uwagę na ich niegrzeczne zachowanie, rzadko kiedy ktoś zwraca uwagę i dzieli się tym, że dziecko postępuje dobrze, uważnie w kościele. Takie doświadczenie.

Ale przychodzi czas, że trzeba dziecko przygotować do Komunii Świętej. Ksiądz zachęca, by dzieci przychodziły jak najczęściej na różaniec. I tu podzieliłam się moimi wątpliwościami: „Może wystarczy ten różaniec w domu. Co wtedy gdy to młodsze rodzeństwo dokazuje ?”

Odpowiedź księdza: „Ależ proszę pani! To bardzo dobrze- to znaczy, że one się dobrze czują w kościele i tak ma być. Spokojnie przychodzimy z maluchami. One są tu potrzebne i na swoim miejscu.” Ta bijąca radość i akceptacja obecności dzieci- co za ulga dla mojego matczynego serca 🙂



Przedszkole? a może dom i podwórko wystarczą?

Przedszkole to nie jest instytucja wymyślona dla wygody, potrzeby dzieci, ale dla dorosłych chodzących do pracy, nie mających co zrobić na ten czas z dziećmi. Jest taki mechanizm racjonalizacji „słodka cytryna”: człowiek sobie tłumaczy, jaki to wspaniały wynalazek, chociaż podskórnie czuje, jak dziecko cierpi w takim miejscu.

Dorosły sobie więc tłumaczy, żeby się usprawiedliwić:

  • jak to dziecko potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi;
  • jak to wspaniale rozwija się w przedszkolu społecznie, poznawczo;
  • jakie piękne wierszyki recytuje, piosenki śpiewa w tym przedszkolu.

Jeśli dziecko z zaniedbanego środowiska, patologicznej rodziny trafi do przedszkola, to być może będzie to korzystne dla niego.

Jednak gdy z normalnej rodziny trafi do przedszkola, to zazwyczaj musi to mocno odchorować dosłownie i w przenośni:

  • trudno się dziecku dobrze rozwijać, gdy ciągle choruje, a taki jest zwykle pierwszy rok „chodzenia” do przedszkola;
  • po 8-godzinnym dniu pracy dorosły człowiek jest wymęczony: a cóż dopiero dziecko, którego układ nerwowy jeszcze nie jest dojrzały! to utrudnia dobry rozwój, a nie ułatwia.

Generalnie różne są dzieci. Takie miejsca jak przedszkola, jak na mój gust, powinny pełnić rolę pomocniczą- bywają naprawdę potrzebne, czasami rodzić rzeczywiście potrzebuje takiej „taniej” opiekunki z dostępem do innych dzieci.

Szczególnie mocno ludzie potrafią naciskać na wysyłanie do przedszkola rodziców jedynaków, żeby taki młody człowiek się uspołecznił w takim miejscu. Wydaje mi się jednak, że od konkretnej przedszkolanki, konkretnych kolegów i koleżanek zależy czy to będzie uspołecznienie czy „od-społecznienie”. Jedynak w domu ma stosunkowo dużo czasu, by móc być sam bądź z niewielką liczbą domowników (chyba, że rodzina wielopokoleniowa)- w przedszkolu więc może się potwornie męczyć tłumem dzieci, od których trudno się uwolnić, od których nie można odpocząć przez wiele godzin.

Była już mowa o wspaniałych przedszkolankach- ponieważ one występują nie tylko w mitologii, to właśnie one są sensem przedszkola. Moim zdaniem oczywiście. Potrafią takie miejsce przemienić w coś do czego dziecko będzie tęsknić. Bo za kochającym człowiekiem drugi człowiek tęskni.

 

Są dzieci towarzyskie- te dobrze się poczują w takim miejscu jak przedszkole, a są takie, które są raczej nieśmiałe, mniej towarzyskie- te lepiej zazwyczaj czują się, gdy nie muszą tak wiele przebywać z liczną grupą.

Niestety przez ostatnie kilkadziesiąt lat komunizmu i obowiązkowych szkół i innych placówek przymusowego terroru instytucjonalnego tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nawet nam się trudno przestawić na inne myślenie, że można inaczej, że nie musimy oddawać dzieci na wychowanie obcym.

Ech, życie… Ech, wybory… Chyba żadne nie są doskonałe.

Mogłabym tak wychwalać uczenie i wychowanie w domu, ale prawda jest taka, że nie ma lekko.

Na forum budowlanym kiedyś pisano: „Czemu masz mieć lepiej ode mnie? Buduj się!”

To i ja im zawtóruję: Czemu macie mieć lepiej ode mnie? Wychowujcie (uczcie)  dzieci w domu!



Noszaki-dzieciaki

Lubię nosić me dziecię na plecach. Chusta wiązana tkana spełnia swoją rolę.

Siedzi sobie człowiek na plecach, widzi, co chce, czuje mamę, ma darmowy transport. Jak chce, to się wtuli i sobie zaśnie. Jak mu się znudzi, że jest noszony, zgłodnieje etc., to od razu umie pokazać, żeby go zdjąć.

Od czasu do czasu ktoś daje wyraz swojej litości nade mną i nad moim dzieckiem: jak to ciężko tak nosić! jak to dziecku niewygodnie/ciasno/zimno/ciepło (wstaw dowolny przysłówek)! No i nawet nauczyłam się już nie dziwić tymi uwagami zbytnio. Dlaczego? Bo ludzie patrzą przez pryzmat swojego doświadczenia: zazwyczaj wożenia dziecka w wózku, noszeniago na rękach.

A co się takiego dzieje, kiedy nosimy na rękach:

  • rzeczywiście jest nam ciężko: wysiada prędzej czy później kręgosłup (czasem skutki czujemy dopiero po latach), boli kręgosłup, ręce;
  • mamy zajęte ręce, niewiele możemy zrobić, nie możemy się zająć starszymi dziećmi, ciężko ugotować obiad, rozwiesić pranie mając dziecię w objęciach itd.;
  • obniżają się narządy dna miednicy, skutki tego również mogą się pojawić dużo później, m.in. mimowolne popuszczanie moczu, wypadanie moczu; im więcej dzieci, im więcej noszenia na rękach, im większe predyspozycje ku tym przypadłościom, tym większe szanse na te „atrakcje”;
  • noszenie dziecka kojarzy nam się jako utrudnienie codziennego funkcjonowania, przy każdej okazji staramy się odłożyć malucha, ulżyć sobie.

Te utrudnienia nie występują podczas noszenia w chuście, zwłaszcza na plecach: kręgosłup nie boli, można większość rzeczy w domu zrobić, narządy dna miednicy wracają po porodzie na swoje miejsce, zaprzyjaźniamy się z dzieckiem i z chustą jako pomocnym narzędziem. Dziecku oczywiście nie jest ani niewygodnie, ani za ciepło, ani zimno, bo ciało matki nie jest kanciaste i dostosowuje się do potrzeb noszonego dziecka tak jak dostosowywało się podczas noszenia go 9 miesięcy pod sercem (czyli nie zauważając tego: np. obniżając albo podwyższając swoją temperaturę tak, żeby to było korzystne dla dziecka).

Nosząc w chuście nie widzimy potrzeby, żeby ulżyć sobie, a więc dostrzegamy, że noszenie przynosi ulgę dziecku w różnych sytuacjach i służy zaspokojeniu jego potrzeb fizycznych, emocjonalnych, poznawczych.

Jedno z moich dzieci lubiło zasypiać z główką schowaną do chusty („Czy aby się nie udusi?”), a pod koniec spania zwieszać ją swobodnie do tyłu („Proszę pani, główka dziecku wisi!”).

Niedawno zaczepiła mnie nieznajoma siostra zakonna, kiedy najmłodsze dziecię spało sobie spokojnie wywiesiwszy głowę:

-Czy ta główka dziecku nie odpadnie?

-Nie, nie odpadnie. Dobrze przymocowana przez Stwórcę. – i posłałam siostrzyczce radosny uśmiech i dalej konwersowałyśmy.

Nauczyłam się nie przejmować zwisaniem głowy dziecka, gdyż:

-dzieci mnie nauczyły, że im się tak wygodnie śpi;

-specjalistki od noszenia: matki w Afryce, Azji, tam gdzie się nosi dzieci w chustach od pokoleń też się tym nie przejmują, pozwalają dzieciom na takie spanie, a dzieci tam mają kręgosłupy dobrze zbudowane po takich doświadczeniach.

Ludzie mają z tym jeszcze problem, gdy zarzucam człowieka na plecy. Jako objaw życzliwości i troski przyjmuję, gdy chcą mi wtedy pomagać. Jest z tym jednak problem, że nie ma tu w czym pomagać: dziecko jest bezpieczne, nic mu nie grozi, ja z kolei umiem wrzucić sobie człowieka na plecy do chusty. Czuję się więc niezręcznie: doceniam życzliwość, a muszę odmówić, bo ewentualna pomoc raczej mi przeszkadza niż pomaga (kiedy mnie stresuje czyjś badawczy wzrok, robię więcej „niedociągnięć” w motaniu się chustą).

Ogłaszam więc konkurs na ciętą ripostę: Co odpowiedzieć takiemu życzliwemu, żeby nie poczuł się urażony, że odmawiam? A zarazem, żeby zrozumiał, że się to robi samodzielnie (no, może poza sytuacją, kiedy się dopiero uczy- czyli kilka pierwszych razy) i pozostało po tym doświadczeniu dobre wspomnienie.



W ofensywie

Ratowanie rodziny, normalności odbywa się na różnych poziomach. Tak jak niestety niszczenie trwa na różnych poziomach.

Internetowe oazy ratowania normalności, zachęcam do przyłączenia się:

Ratuje rodzinę przede wszystkim Pan Bóg dając ogromne bogactwo sakramentu małżeństwa: wielką moc z niego płynącą. Moc do wzajemnej miłości, codziennego przebaczania, moc miłości w wychowaniu dzieci.

Ale ktoś powie: Jaką moc? Przecież mi się nie udaje i w małżeństwie, i w wychowaniu, pomimo że jestem po ślubie kościelnym. Dlaczego tak bywa? Bo Pan Bóg łaski daje, wyciąga rękę, prosi: „Weź!”, otwiera swoje serce: „Pragnę zalać światłem Twoją duszę!”, a my potrafimy się od Niego odwrócić i powiedzieć, że wiemy lepiej. Że obędziemy się bez modlitwy, bez przebaczania albo że zrobimy po swojemu.

Jako rodzice w dzisiejszym świecie tak łatwo zrzekamy się swojego prawa do wychowania zwalając je na instytucje. Mam już dosyć, jestem zmęczona, no to wyślę do przedszkola/szkoły/zajęcia dodatkowe/harcerstwo itd., itp.- będzie spokój. Jednak nawet korzystając z pomocy przedszkola/szkoły- dalej mamy główny udział w wychowaniu. A szkoła ma nam w tym pomagać- takie mamy prawo.

„Rodzice, ponieważ dali życie dzieciom, w najwyższym stopniu są obowiązani do wychowania potomstwa i dlatego muszą być uznani za pierwszych i głównych jego wychowawców.”

Ponieważ jednak tego typu instytucje zawodzą czasem na całej linii, powstają takie zjawiska obywatelskiego oporu jak w/w linki, jak nauczanie domowe.



Czym się różni przyjazd pracownika socjalnego od przyjazdu mamy?

Zaniemogłam ostatnio i to któryś raz z kolei. Na pomoc przybyła odsiecz.

I parę refleksji się stąd wywodzi.

Jeśli do rodziny przyjeżdża babcia. Prawdziwa kochająca. I widzi, że bałagan, że dzieci usmarkane po pachy albo dokazujące jak horda najgroźniejszych piratów. To zakasuje rękawy, bierze szczotkę, szmatę, chustkę higieniczną, uzbraja się w najbardziej babciny z uśmiechów i staje do dzieła. Przytula dzieci i pomaga możliwie wszechstronnie chorym i zdrowym członkom rodziny.

Gdy przychodzi pracownik socjalny, rozgląda się z wysokości swego stanowiska. Ocenia łaskawie stopień skażenia środowiska naturalnego, bada możliwe zagrożenia. Wychodzi z łupem w postaci oceny.

Jak zmora dla rodzin wielodzietnych brzmią sygnały o sytuacjach zabierania dzieciom rodziców, a to z powodu biedy, a to z powodu, że ktoś tam wie lepiej jak się wychowuje dzieci niż kochający rodzice.

Dlatego powstają TAKIE INICJATYWY, jak Darmowy Telefon Wsparcia Rodziców. I bardzo dobrze.

Oby i pracownicy socjalny jednak jak najczęściej rozwijali w sobie te cechy duchowego macierzyństwa, ojcostwa, które przychodzi z pomocą rodzinie, scala ją. Mam nadzieję, że takich jest więcej, że dobro wygrywa.

Kto się modli za pracowników socjalnych? Może najwyższy czas.



Dzieci tylko dla bogatych?

Uczestniczyłam niedawno w ciekawej dyskusji, która zeszła na grząski grunt dotyczący liczby dzieci i pieniędzy.

W prasie można obecnie wyczytać rozpiski, ile pieniędzy wydaje się na jedno dziecko, na dwoje, troje… itd. I niektórzy ludzie biorą to sobie do serca, twierdząc na tej podstawie, ile mogą mieć dzieci czy ile inni powinni/nie powinni mieć dzieci.

Ta logika mnie poniekąd przeraża. Ponieważ uzależnia miłość małżeńską i rodzinną właśnie od pieniędzy, a raczej wyobrażenia o nich. Ato, że dzisiaj mamy mało pieniędzy nie znaczy, że jutro też będziemy mieć ich tyle samo. To, że dzisiaj mamy ich dużo, nie oznacza, że jutro albo za trzy dni (niedosłownie) nie splajtujemy i nie zostaniemy z niczym.

Uzależniając swoją decyzję wyłącznie od pieniędzy, wielkości mieszkania, swoich obaw pozostajemy niewolnikami tychże pieniędzy, metrów kwadratowych mieszkania, swoich wyobrażeń o przyszłości.

A Kościół rodziców zachęca do wielkoduszności w dziedzinie przekazywania życia, do otwarcia i swojego rozumu, ale też swojego serca na głos Boga. Bo Pan Bóg się nie myli. Jeśli ubogiej rodzinie dał dużo dzieci, to miał w tym plan, to jest to Jego dar miłości. Czy jesteśmy mądrzejsi od Niego, że uważamy, że wiemy, kto powinien, a kto nie powinien mieć dzieci,  tę lub inną ich liczbę.

Uczestnicy tej dyskusji w pewnym momencie stwierdzili, że oni mogliby odpowiedzialnie mieć tylko troje dzieci, gdyż wtedy by ich było stać na studia dla nich. Nietrudno sobie wyobrazić, jak łatwo życie może spłatać psikusa w takiej sytuacji. Założywszy optymistyczną wersję, że Pan Bóg rzeczywiście tym ludziom da trójkę dzieci, nie da się już teraz przewidzieć, czy one choćby zechcą studiować.

Duchową przewodniczką dla mnie jest tu Matka Teresa z Kalkuty, która powiedziała kiedyś, że jeśli zabierzemy ubogim ludziom ich dzieci, to zabierzemy im ich największy skarb. Innego nie mają. Patrząc na postępowanie niektórych ludzi bogatych nie zawsze można powiedzieć, że rzeczywiście ich dzieci są ich największym skarbem.

Podziwiam oddanie kobiet z ubogich krajów z jakim karmią piersią swoje dzieci. Nie martwią się, że dzieci wyjedzą im z organizmu drogocenny wapń, mikroelementy, że jeszcze bardziej same schudną. Drogocenne pozostają dla nich dzieci.

Małe dzieci w tej kwestii pozostają mądrzejsze od wielu dorosłych: kochają swoich rodziców najbardziej na świecie, nie oglądając się na pieniądze.

Biedni też mają prawo do dzieci, nie ze względu na swoje pieniądze, ale ze względu na Boga-Stwórcę i miłość, jaką mają do swoich dzieci. Pan Bóg jedyny wie niekiedy, dlaczego dał to, a nie inne dziecko takiej rodzinie.



Niecierpliwi cierpliwość

Karmię sobie w spokoju ducha mój tandem czyli dwóch facetów dwulatka i trzymiesięcznego. Aż tu przychodzi X. i czuję wyraźnie jak niecierpliwi ją moja cierpliwość wobec starszego synka.

W gruncie rzeczy nic mi do tego. Nie oczekuję żadnej szczególnej aprobaty, wiedząc i doświadczając na co dzień jak to karmienie mlekiem jest jeszcze bardzo potrzebne dwuletniemu szkrabowi. Zwłaszcza, że wyraźnie odrzuca on nabiał.

Jednak zastanawia mnie: dlaczego niecierpliwi kogoś cierpliwość?

Zauważyłyście, że do tej cierpliwości karmienia się dorasta? Czy i Wam się wydaje, że kolejne dzieci karmi się dłużej? Cierpliwiej, spokojniej?
Pewna mama dziewięciorga dzieci powiedziała mi kiedyś, że dopiero przy dziewiątym dziecku nauczyła się cieszyć swoim macierzyństwem, dojrzała do niego.
Oczywiście nie jest to żadna reguła, ale jednak coś jest na rzeczy. Życie jak zwykle bardziej zawiłe niż regułki, ale jednak ten czas i doświadczenie zmienia rodziców w pewnym kierunku (o ile poddają mu się).
Gdy się nie ma w ogóle dzieci: wydaje się człowiekowi, że sam by lepiej umiał wychowywać dzieci niż ci, których obserwuje.
Gdy się ma jedno dziecko, wydaje się człowiekowi, że to dziwne, że inni nie postępują tak samo ze swoimi dziećmi, a przecież tak wiele się już wie o ich wychowaniu, pielęgnacji.
Gdy się ma dwoje dzieci, to człowiek odkrywa, że nie ma dwóch ludzi identycznych, że od kolejnego dziecka można się tak wiele nauczyć.
Gdy ma się troje dzieci, to okazuje się, że reguły odkryte u starszych dzieci niekoniecznie muszą się potwierdzać u najmłodszego i że życie niesie coraz więcej niespodzianek, że już się nie ma patentu na dobre wychowanie dla innych rodzin. Nie mówiąc już o swoich dzieciach.
Gdy się pojawia na świecie czwarty potomek, pojawia się w domu pewna równowaga i harmonia, choć nie wiadomo skąd.
Gdy się rodzi piąte dziecko, w ogóle człowiek głupieje i wie już, że nic nie wie, ale za to, jaki jest szczęśliwy mając to właśnie najmłodsze za potomka.

Trochę to z przymrużeniem oka piszę, ale coś jednak jest na rzeczy.

Co Wy na to?