|
|
|
10 styczeń
W takie dni jak dzisiejszy: pochmurne, zamglone czasem trudno się zdobyć na jakąś niezbędną aktywność.
Dlatego w takim czasie można zacząć od jednej małej rzeczy: „wstawię tylko pranie”. Od małej rzeczy zaczynają się rzeczy większe. I za małą rzecz można być wdzięcznym Panu Bogu, że dał nam ją do wykonania. Pan umie sam się uniżyć i docenia te nasze małe kroczki:
„Byłeś wierny w rzeczach małych, nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości swego Pana”.
Przygotowujemy się do I Komunii Świętej z jednym z dzieci czyli całą rodziną. Czytamy więc razem książeczki księdza Pawlukiewicza (polecam!). W jednym z pierwszych zamieszczonych tam opowiadań zamieszczona jest refleksja, czemu czasem tak się i dzieciom, i dorosłym nie chce iść na Mszę Świętą. Otóż to, co złe przychodzi nam łatwo i szybko: zdenerwować się na kogoś, zepsuć czyjąś pracę, nabałaganić- nic prostszego! Ale coś stworzyć, przygotować, doglądać, pielęgnować ogród- tu się trzeba napracować! Sama wiem, jak błyskawicznie bez doglądania rosną chwasty, jak wolno i mozolnie cenne rośliny dające plony, owoce itd.
To, co byle jakie nie wymaga trudu, to co cenne jest też zarazem wymagające.
Ech, do pracy 🙂
2 styczeń
Jeśli czytuje jeszcze ktoś tego bloga, to proszę o modlitwę, żebym mogła skończyć pewne rzeczy pozaczynane, pourywane, które może byłyby komuś przydatne… Dziękuję od razu.
Zaczynamy Nowy Rok z Matką Bożą Rodzicielką. To nie przypadek. Jeszcze dodatkowo mam to szczęście zaczynać z profesorem Włodzimierzem Fijałkowskim, myśli o nim towarzyszą mi. O nim właśnie pisze w „Miłujcie się”.
„Płodność uzdalnia do kochania ludzi, ubezpłodnienie do ich używania”- pisał profesor. Płodność po porodzie na sposób fizyczny wyraża się właśnie w karmieniu piersią dziecka, jest to część procesu rozrodczego. Zaniechanie tego potrafi się mścić i na dziecku, i na mamie.
Eufemizm, który kochają firmy produkujące żywność dla niemowląt po prostu zarabiają na chwaleniu karmienia piersią, bo dzięki temu nie muszą pisać, że mieszanki i inna żywność podawana przed ukończeniem przez dziecko pół roku jest zwyczajnie szkodliwa dla niego. Niesie wiele ryzyk, o których wielokrotnie pisałam: bieżące choroby, ale i w przyszłości narażenie na otyłość, cukrzyce i inne choroby cywilizacyjne. Wybór sztucznego żywienia stwarza dla mamy zwiększone ryzyko raka piersi i jajnika, osteoporozy i innych.
Także dar karmienia ma nas uzdalniać do większej miłości, większego zrozumienia naszych dzieci. Do większej cierpliwości, łagodności, wybaczania, wytrwałości. „Dając otrzymujemy, umierając rodzimy się na nowo”.
29 grudzień
To, że Bóg stał się mały i słaby, daje do myślenia.
Przecież mógł przyjść jako wielki mocarz, przed którym każdy by drżał.
Zechciał jednak być dzieckiem. Zapragnął być potrzebującym miłości, nagim i bezbronnym. Kruchym i delikatnym, wrażliwym jak tylko dziecko być może.
Boże Narodzenie przemienia zawsze moje myślenie o sobie, o dzieciach, o miłości Bożej, która chce być kochana.
24 grudzień
Jest szansa:
- na sens w naszym życiu,
- na nową głębszą radość,
- na zgodę w naszych rodzinach,
- na pokój w naszym kraju i na świecie
bo dla Boga nie ma nic niemożliwego, skoro Wiekuisty narodził się jako małe Dziecię.
Życia tą wiarą, nadzieją i miłością życzę Wam serdecznie na te Święta Bożego Narodzenia i na całe życie.
23 grudzień
Gdyby dziś Pan Jezus urodził się w stajence:
- wezwanoby policję: „Jakim prawem to dziecko urodziło się w stajence czy grocie zamiast w szpitalu?”
- zrobionoby dochodzenie: „Dlaczego to Dziecko leży w żłobie?”, w związku z tym groziłoby Maryi i Józefowi odebranie praw rodzicielskich;
- nie zabrakłoby współczesnych Herodów, którzy udowadnialiby, że konieczne jest zabicie tego Dziecka już tuż po poczęciu, a potem po narodzinach;
- tak się zastanawiam, czy przyszliby do niego robotnicy obudzeni przez Anioła, czy woleliby spać dalej koniecznie przy pomrukach włączonego telewizora interpretując obecność Anioła jako telewizyjny majak;
- czy my wpuścilibyśmy Jego Rodziców do swojego domu, czy odprawilibyśmy z kwitkiem mówiąc, że jeszcze tyle przygotowań do Wigilii?
22 grudzień
Jeśli nie zgłosiłeś jeszcze protestu przeciwko temu, co chce zrobić premier- zrównać w prawach małżeństwa i konkubinaty, to się pośpiesz.
Czas masz do Wigilii:
Fundacja Mamy i Taty
22 grudzień
Od najmłodszego wieku nasze dzieci nasiąkają tym, że mają prawa. Trąbią o tym media, trąbi o tym szkoła.
Rodzice, jeśli chcą też wychowywać swoje dzieci, powinni je wdrażać od najmłodszych lat na równi z liczeniem się ze swoimi prawami, również do wypełniania obowiązków. Najpierw w formie zabawy- wszak wrzucanie pluszaków do celu jest fascynującą zabawą dla młodych osób.
Dla dziecka rocznego i dwuletniego uczestniczenie w pracach domowych wraz z mamą i tatą jest czymś naturalnym. Naturalną więc rzeczą jest też podanie maluszkowi ściereczki, gdy coś rozleje i ścieranie wraz z nim drugą ścierką. Prosta nauka, którą trzeba nasiąkać: ponoszenie naturalnych konsekwencji swojego zachowania.
Gdy tego zabraknie, rodzice przecierają oczy ze zdumienia, że tego się wymaga np. w przedszkolu i mądre przedszkolaki potrafią odkładać zabawki na półki.
22 grudzień
Modne książki Tracy Hogg „Język niemowląt” oraz o dwulatku (tytułu w tym momencie nie pamiętam) robią zamieszanie w głowach wielu rodziców.
Żeby zrozumieć typ rad dawanych przez tą panią, warto zapytać się kim jest autorka. Otóż Tracy Hogg to pielęgniarka i opiekunka w domach bogatych ludzi.
Książka „Język niemowląt” sprawia powierzchowne wrażenie zrozumienia dziecka, odczytywania jego potrzeb. Po gruntownej analizie można jednak dostrzec jej drugie dno. Otóż warto zapytać się, po co ta pani chce rozpoznawać potrzeby dziecka. Robi to w tym celu, żeby było łatwiej opiekunce, rodzicom, żeby dziecko było łatwiej obsługiwać, żeby żyło się wygodniej, przyjemniej, a dziecko nie sprawiało kłopotów, a rodzice, opiekunowie mieli dużo czasu na swoje potrzeby.
Czy to jest dobra motywacja do wychowania małego dziecka? To jest motywacja utylitarna, czysto użytkowa. Wygodnicka, bardzo idąca z prądem współczesnego światowego myślenia.
T.Hogg uczy więc rozumienia języka dziecka nie po to, żeby na ten język odpowiedzieć z wrażliwością właściwą miłości, ale żeby wytresować niemowlę, dopasować je wygodnie do świata dorosłych.
Ta pani wiele mówi o szacunku do dziecka, ale ten szacunek podszyty jest brakiem miłości do dziecka. Miłość bowiem na tym etapie życia wyraża się oddaniem dziecku.
Stąd metody proponowane przez nią zapewne już niejedną mamę zachęciły do odstawienia od piersi, do podejrzewania swojego dziecka o wyjątkowo złe zamiary już od pierwszych dni życia.
Usystematyzowanie pseudo-charakterów (poprzeczniak, aniołek itd.) wygląda raczej na etykietowanie dzieci, przypinanie im łatki. Owszem sprawia, że myślenie o swoim dziecku jest ułatwione, uproszczone, ale zarazem zakłada rodzicowi pewne klapki na oczy.
Rady tejże pani w sprawach laktacji dowodzą jej niezrozumienia tej kwestii, popieraniu sztucznego karmienia.
„Wrażliwość” tej autorki na prawdziwe zrozumienie dzieci wyraża jej rada dotycząca wychowania dziecka w drugim roku życia: proponuje rodzicom rozkrzyczanych dzieci wkładanie zatyczek do uszu! Ta rada, powiedziałabym, obnaża podejście tej pani.
Stąd- odradzam!
Gdy trudno nam wytrzymać z własnym dzieckiem, lepiej wziąć się za prace domowe 🙂 Czy zrobiłyście już pierniki, drogie panie?
Muszę się pochwalić, że u nas ładny stosik pierniczków już zrobiony w większości przez dzieci, a oprócz tego będziemy mieli pierwszy raz w tym roku choinkę patriotyczną 🙂 A to dzięki sąsiadce, od której dostaliśmy pięknego piernikowego orzełka z jagiellońską koroną z krzyżem 🙂
21 grudzień
Przedwczoraj zaopatrzyłam mojego ośmiomiesięcznego młodzieńca w zapas witaminy D3- czyli dużo przebywania na słońcu. Łapiemy takie słoneczne dni jak radosne podarunki przed długą zimą.
Nam mamom też niejednokrotnie brakuje tej czy innej witaminy, jakiś mikroelementów. Zamartwiamy się i o dzieci, i o siebie. Że włosy nam wypadają (po 3-4 miesiącach od urodzenia zazwyczaj wypadają w większej ilości), że się odwapnimy, że zgrubiejemy, że schudniemy nadmiernie, że kształt piersi będzie zmieniony itd., itp. Lista jest o wiele dłuższa. No i mając na uwadze jakiś ideał zdrowia i urody psioczymy na to karmienie piersią, że czegoś nam samym może zabraknąć, że coś może nam popsuć ta laktacja.
Są też mamy inne. Np. afrykańskie, cierpiące suszę i głód, a karmiące z wdzięcznością swoje dzieci. Często nienajedzone, ale zadowolone, że mają czym karmić swoje dziecko. Same spragnione, ale noszące blisko przy piersi swoje dziecko, żeby chociaż ono mogło natychmiast zaspokajać swoje pragnienie.
My jesteśmy najedzone, a karmimy często tak jakbyśmy żałowały naszym dzieciom własnego pokarmu. One są głodne, więc lepiej rozumieją małe dzieci, czym jest głód. Są spragnione, więc zaspokajają pragnienie swoich dzieci, jak tylko mogą, nie czekając aż będą płakać z pragnienia. Wystarczy im, że zauważą jak dziecko szuka piersi, kręci głową, tuli się- śpieszą mu z pomocą. My najedzone, napite mamy często czekamy aż dziecko zacznie płakać, nerwowo szarpać nas za ubranie, żeby podać mu pierś.
Mój proboszcz opowiadał ciekawą historię jakiś czas temu.
Pewien młody człowiek wstąpił do zakonu. Przydzielili mu w nowicjacie zadanie palenia w piecu, musiał to robić przez długi czas. Był tym zajęciem zmęczony, znudzony i rozgoryczony: „Czy po to wstępowałem do zakonu, żeby palić w piecu? Przecież miałem się modlić, rozwijać jako zakonnik, a nie uczyć się na palacza!” Podzielił się tymi rozterkami z Karolem Wojtyłą, wówczas jeszcze biskupem, który wizytował jego klasztor i zapytał o radę.
Co usłyszał? „Rób, to co robisz dalej, ale wkładaj w to swoje serce.”
Często jesteśmy znużone naszą codziennością. Jednej mamie doskwiera najbardziej karmienie czy piersią czy butelką, zupką, innej przewijanie, innej starsze dzieci dają się we znaki. No i jednak często zaczyna nam brakować tej najważniejszej witaminy M jak miłość.
Dołożenie witaminy M do obowiązków rodzicielskich sprawia, że stają się mniej uciążliwe. Radość uskrzydla 🙂
Tyle że my jesteśmy grzesznikami i zawsze na jakimś etapie naszego życia tej witaminy M brakuje, choćbyśmy się nie wiem jak spinali, starali, wychodzili ze skóry. No i wtedy łatwiej zauważyć, że Bóg pokornie puka z pomocą. Stoi u naszych drzwi. Gotowy zaspokoić ten wielki brak naszego serca, wybaczyć i wlać nową miłość, nie tak powierzchowną jak wcześniej graniczącą z egoizmem.
15 grudzień
Dzieci rosną- taki truizm. Ale my powinniśmy wraz z nimi rosnąć jako rodzice podejmując nowe wyzwania, zadania, pracując razem. Bez zafiksowania na wcześniejszym etapie życia, na wcześniej nabytych umiejętnościach.
Z obserwacji rodziców dzieci szkolnych wyciągam wnioski, że jakoś podatni jesteśmy na zafiksowanie na jedzeniu, karmieniu, kontrolowaniu tego, tak jakby dzieci same miały tendencje do zagłodzenia się. Mamy skłonności do podejrzewania ich, że zjedzą za mało, że będą słabe, głodne, jeśli nie będziemy nalegać, zachęcać, dogadzać.
Czasami wygląda to żałośnie. Mama uznaje konieczność istnienia sklepiku szkolnego z samymi śmieciami żywieniwymi, „bo jej synek nic innego nie zje, jak nie kupi sobie czekoladowego rogalika i chipsów”. Wygląda to dość niedojrzale, gdy ojciec ośmioletniego chłopaka dobrze rozwiniętego, wcale nie chudego domaga się szczególnej opieki nad jedzeniem syna (dzieciaki same sobie nakładają na stołówce). Czy rzeczywiście zdrowy nader dobrze rozwinięty ośmiolatek tego potrzebuje? Nie sądzę. Jakoś widzę zafiksowanie na tym etapie w gruncie rzeczy niemowlęcym, kiedy to jedzenie, spanie, przytulanie jest rzeczywiście niesłychanie ważne dla dziecka. Później już coraz mniej, choć w okresie poniemowlęcym ma dalej dość duże znaczenie, ale jednak stopniowo się zmniejszające zwłaszcza po 18 miesiącach.
Osobiście zafiksowana jestem na karmieniu piersią szkoląc się w tej materii od dłuższego czasu. Docenienie jednak tego daje mi jednak pewne dowartościowanie zdolności dziecka do tzw. samoregulacji. Karmiąc piersią nie mierzymy, nie odmierzamy, nie kontrolujemy ilości zjedzonych mililitrów, częstości, długości karmień, a dzieci rosną wspaniale (a przynajmniej nie ma powodu, by to robić, gdy dobrze rosną). Dlaczego i w późniejszym czasie miałyby tego nie robić?
Dążąc do kontroli nad tą sferą życia, zamiast do oddawania jej dziecku, w pewnym momencie dojdziemy do etapu, że będziemy biadolić nad niedojadaniem i nastolatka, a potem dorosłego. Skoro przez osiem lat ten problem spędza nam sen z oczu, to dlaczego kolejne osiem lat nie mielibyśmy się się tym zamartwiać? Po prostu jest ryzyko, że pewne sposoby myślenia wejdą nam w krew.
W wychowaniu ważniejsze jest dążenie do samokontroli niż do kontroli. W różnych dziedzinach życia schodzi nam to z oczu.
|