Odbijanie- ulewanie- rozpaczanie

W naszym społeczeństwie paradoksem jest, że kobiety mając mleka wręcz za dużo (świadczą o tym: nawały, zastoje, zapalenia piersi, zbyt szybkie wypływy, dławienie się itd.) odstawiają niejednokrotnie z przeświadczeniem, że „nie mają pokarmu, mają go za mało”, „dziecko nie chce piersi, bo się awanturuje, wygina”.

Radą na to nie powinno być odstawienie, ale zrozumienie samego karmienia, ale także zachowania dziecka przy karmieniu. Wyjście poza jednolitą interpretację: płacze, bo jest głodny. Trzeba sobie to jasno uświadomić, że dziecko ma wiele powodów do płaczu i przypisywanie mu wyłącznie motywu głodu jest bardzo nierozsądne tak jakbyśmy uważali, że młody człowiek składa się wyłącznie z układu pokarmowego.

Najczęściej mamy mają problemy ze zbyt szybkim wypływem mleka. Łykają przy tym dużo powietrza. Wyginając się i prężąc,  krzycząc w niebo głosy chcą to połknięte powietrze wyrzucić z siebie. Niestety nie mogą, bo nie potrafią sobie usiąść, podnieść się.
Gdy tylko widziałam, że dziecko zaczyna ssać niespokojnie próbowałam podnieść go do góry i opukać plecki. W nocy zaś (nie lubię siedzieć nocą jak chyba każdy) kładłam malucha na jego i moim brzuchu. W pozycji na brzuszku dziecko jest w stanie odbić połknięte powietrze.
Smoczek nie rozwiązuje problemu, tylko go tłumi. Dziecko nie mogąc pozbyć się połkniętego powietrza będzie ssać niechętnie, odpychać się. Ponadto jeśli mama ma szybki wypływ, dziecko nie potrzebuje ssać aż tak długo. Jednak może potrzebować robić często przerwy właśnie na odbicie bądź pomasowanie brzuszka.
Czasem jedno karmienie więc może być podzielone na raty: karmienie- odbicie-odbicie-karmienie-odbicie. Lub nieco inaczej. Innym razem dziecko woli takie właśnie króciutkie karmienie i po nim odbicie, chwilę przerwy i znowu odbicie. Częstsze krótkie karmienia z jednej piersi (aż do jej rozluźnienia) mogą być bardziej odpowiednie. Krótkie i częste karmienia sprawiają, że wypływ nie jest jak z fontanny.
Używanie smoczka-uspokajacza nie daje szansy nauczenia się odczytywania sygnałów, które wysyła dziecko. Niespokojny płacz to zazwyczaj nie jest sygnał o głodzie, ale właśnie o tym, co dziecko drażni, przeszkadza mu. Maluchowi połknięte powietrze dokucza bardzo mocno- tak jakby nam się zbierało na wymioty. Niektórym dzieciom się ulewa widocznie, innym z kolei ulewa się w sposób niewidoczny (tylko podchodzi im do gardła)- to też jest powiązane z odbijaniem połkniętego powietrza. To normalne, że dziecko będzie wariować, jeśli karmimy je wtedy, kiedy ono chce odbić- to tak jakby ktoś nas chciał karmić, kiedy mamy odruch wymiotny. Będziemy się przed tym bronić z całych sił- podobnie dziecko. Może się wówczas zachowywać, jakby nie umiało ssać, odpycha się, wariuje, a nierzadko mama wraz z nim nie wiedząc, dlaczego to dziecko nie chce ssać. Męczarnia dla dwojga, a wystarczyłoby podnieść do odbicia bądź położyć na brzuszku bądź na swojej ręce w pozycji antykolkowej.

Dziecko się wygina, wariuje, bo chce odbić połknięte powietrze. Jest zasmoczkowane- więc w dalszym ciągu nie może się pozbyć bąbelka powietrza z żołądka. Karmisz znowu, więc problem narasta- bo kolejny raz dziecko nie może się pozbyć problemu tylko jedząc z piersi i ssąc uspokajacz. Nie trzeba się bać płaczu dziecka- ono nam w niczym nie zagraża, wszystkie dzieci płaczą, bo to ich mowa. Zanim przystawimy do piersi- najpierw posłuchajmy czy dziecko płacze spokojnie (głodne) czy z niepokojem, rozdrażnieniem (tu: podniesienie, wzięcie na ręce bądź przewrót na brzuszek może pomóc). Czasem niemowlę potrafi płakać przed zrobieniem kupki: to też normalne. Jest to dla niego trudne, uczy się tego. Masaż brzuszka, leżenie na brzuszku, noszenie w chuście, pozycja antykolkowa niekiedy wystarczy. Jeśli maluch ma miękki stolec, załatwia się co najmniej co 10 dni (po okresie noworodkowym), ogólnie jest pogodny, to nie trzeba podejrzewać jakiejś patologii.

Bywa u maluszków z powodu zbyt szybkiego wypływu dławienie się, krztuszenie. Jest kilka sposobów, żeby temu zaradzić, trochę załagodzić, choć niedojrzałe połykanie jest charakterystyczne dla noworodka:
-odciągnięcie przed karmieniem trochę pokarmu;
-karmienie pod górę na leżąco albo na podwyższeniu (dziecko na Tobie, powyżej piersi) albo dziecko bardziej spionizować;
-karmienia podzielone na raty czyli częste i krótkie; pomiędzy nimi podnoszenie dziecka do góry albo na brzuszek zamiast wkładania smoczka; krótkie i częste karmienia sprawiają, że piersi aż tak się nie przepełniają; tak rzadkie karmienia- co 2-3 godziny sprawiają, że piersi są „przepełnione” mlekiem;
-dzieci często się krztuszą, ale do niebezpiecznych zadławień nie do chodzi często.
Jeśli mama z powodu tego niepokoju maluszka po karmieniu, podaje mieszankę modyfikowanego mleka, to skutecznie ogranicza produkcję własnego mleka. Może też nauczyć niewłaściwego sposobu ssania.

Laktację sobie sama zmniejsza podając dziecku mieszankę modyfikowaną zamiast piersi. To jest dopiero paradoks- mama, która by wykarmiła i trojaczki (tak szybko i dużo jej z piersi leci) podaje dziecku butelkę i wmawia sobie, że ma za mało pokarmu, bo jej dziecko płacze po karmieniu. Poznałam kiedyś mamę, która płacz po karmieniu w ten sposób interpretowała: że dziecko dalej głodne, więc podawała jeszcze mieszankę. „Osiągnęła” w ten sposób „fantastyczny” przybór masy ciała: 2,5 kg na miesiąc. To się nazywa za mało pokarmu!

Laktacja jest elastyczna: zmniejsza się bądź zwiększa w zależności od częstości i siły ssania. Dziecko ssie raz na dobę- więc ma 1 posiłek mleczny. Ssie 20 razy na dobę- ma 20 mlecznych posiłków na dobę. Przystawiamy dziecko do piersi według jego potrzeby, pamiętając, że dziecko ma wiele różnorodnych potrzeb. Płacze i z powodu zrobienia kupki, i dlatego że mu zimno, i dlatego że chce się przytulić, rozdzieerająco płacze, gdy chce beknąć (czyli odbić połknięte powietrze), i płacze, gdy jest bardzo głodne. Jak jest tylko trochę głodne, to rozgląda się za mamą w odruchu szukania rozdziawia paszczę, dziobie naokoło jak dzięciołek- wtedy najlepiej je przystawić do piersi, również najłatwiej, bo dziecko jest wtedy chętne do współpracy.

Uczymy się rozpoznawać potrzeby dziecka próbując różnych rzeczy: nie bojąc się wypróbować i podniesienia, i poklepania, i pomasowania, i przystawienia do piersi, i ponoszenia (na rękach, w chuście- wolne ręce) itd.
To nie prawda, że nie może być karmione z piersi dziecko, które płacze po karmieniu. Może być karmione- ale kiedy tylko zaczyna się niepokoić przy piersi- podnosimy je do odbicia. Czasem odbijać trzeba nawet kilka razy po jednym krótkim karmieniu przy szybkim wypływie, czasem nawet godzinę po karmieniu. Małe niemowlęta często się budzą właśnie z powodu chęci odbicia połkniętego powietrza.
Najlepiej się karmi piersią, jak się zwyczajnie wyrzuci wszelkie smoczki. Jak nie stracić pokarmu?- właśnie wyrzucając smoczki i karmiąc bezpośrednio z piersi.
Najskuteczniejsza metoda na zwiększenie laktacji? Częstsze karmienia (lub odciągania- ale tego nie polecam, gdy jest możliwość bycia z dzieckiem, gdy nie ma rzeczywistej małej ilości pokarmu).

Zauważam, że nasza kultura predysponuje nas do tego, by podejrzewać to nasze karmienie piersią o niestworzone historie, matki o wszelkie możliwe patologie, zamiast zwyczajnego zrozumienia oferuje imitację karmienia na wszelkie problemy laktacyjne.

A imitacja karmienia w postaci smoczek i butelek zazwyczaj tylko utrudnia zrozumienie własnego dziecka.



Przewracanie i podnoszenie

Jest coś wzruszającego w nieporadności małego dziecka. W raczkowaniu, którego maleństwo się dopiero uczy, w kroczkach tak chybotliwych, że każdy z nich grozi przewróceniem. Dziecko zachowuje pion, ale tak jakby lada moment miało wylądować na ziemi. Ten widok rozczula rodzica, jest powodem do dumy, bo dziecko nie poddaje się, mimo upadków idzie, cieszy się tym. Na szeroko rozstawionych nogach, niezdarnie, ale naprzód. Gdy takie maleństwo przewraca się, nie jest to powód do gniewu dla mamy i taty, a raczej do radości, że i z upadkami sobie młody człowiek radzi- wstaje.

Pan Bóg też tak na nas patrzy- ze szczególną czułością, miłością rozumiejącą naszą małość. W Sakramencie Pojednania liczą się dla Niego nie tyle nasze upadki, co wola powstawania, kroczenia dalej z Nim. O ile uznajemy upadek za upadek, a nie powód do samozadowolenia.

Uśmiałam się do łez:

Kabaret Moralnego Niepokoju



Mocne

Zrobiło to na mnie duże wrażenie:

Jak się bronić

Właściwie wiele z tych rzeczy wiedziałam już wcześniej, czytałam, ale zebrane razem daje do myślenia.



Dzień dzisiejszy jest najlepszy

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu o czekaniu.

Czekanie adwentowe zakłada zarazem, że żyjemy chwilą obecną- każda chwila nas przybliża do nieba, do spotkania ze Zbawicielem, więc jest cenna. Żadnej więc nie należy uronić, upuścić.

Znałam pewną mamę, która niecierpliwie czekała aż jej dzieci  pójdą do przedszkola, skończą być niemowlętami. Miałam wrażenie, że odbierało jej to całą radość z bycia mamą małych dzieci albo przynajmniej zubożało o te bezcenne chwile. Wkładała je więc do chodzika, żeby już chodziły, dawała do trzymania butelkę z mlekiem, żeby już były samodzielne.

Wydawało mi się, że przez to jakby sama się okradała z tej ulotnej radości dnia codziennego.

Jest w nas tendencja, by nie doceniać tego, co teraz na korzyść tego, co ma dopiero przyjść bądź już było. Nie możemy się doczekać, kiedy dziecko będzie siadać, a nie doceniamy wagi przekręcania się z plecków na brzuszek, z brzuszka na plecki. Nie możemy się doczekać, kiedy maluch zacznie stawać i chodzić, a ważniejsze jest by dawać mu czas na rozwijanie pełzania, raczkowania. Stawianie na nóżki i oprowadzanie za rączki zamiast pełzania i raczkowania może (choć nie musi) skutkować  w tak odległych problemach jak trudności z czytaniem i pisaniem. Dzieje się to za sprawą niewłaściwego stymulowania mózgu, koordynacji.

Przewracanie się z brzuszka na plecy i odwrotnie, pełzanie i raczkowanie jest najlepszym przygotowaniem zarówno mózgu jak i stawów, mięśni, kości do nauki stania, chodzenia, a w dalszej perspektywie do nauki czytania, pisania.

„Moje dziecko nie lubi i nigdy nie lubiło leżenia na brzuchu, żeby ćwiczyć obroty, pełzanie”- tłumaczą często rodzice sytuację braku pełzania, raczkowania, obracania się. Nasuwa się tu pytanie:  A jak często dawaliśmy szansę na polubienie tej pozycji?. „Nie lubi i już!” Wychodzą na jaw nasze niewłaściwe oczekiwania: oczekujemy, że dziecko ma leżeć przez długi czas na brzuszku, podczas gdy jemu niekiedy wystarczy i pół minutki, ale częściej.

Dziecko przede wszystkim jest człowiekiem i rzeczywiście może któregoś razu wręcz nie cierpieć leżenia na brzuchu, ale godzinkę później może przyjąć taką pozycję z widocznym zadowoleniem. O ile damy mu taką szansę.

Niecierpliwe pytania: „Czy już siedzi? Stoi? Chodzi?”- nadają niekiedy kierunek naszym oczekiwaniom i staraniom sprawiając, że tracimy z oczu to, co tu i teraz powinniśmy wspierać, doceniać.

Zarówno psycholodzy jak i fizykoterapeuci, terapeuci integracji sensorycznej podkreślają często, że niewłaściwą i niekorzystną rzeczą jest stawianie na nogi dziecka, które samo nie potrafi wstawać, prowadzenie za rączki dziecka, które nie potrafi samo chodzić, zakładanie „protez” takich jak chodzik dziecku, które chodzić samo nie potrafi.

Uważam, że z „emocjonalnymi” zdolnościami jest podobnie, np. dziecko, które samodzielnie nie potrafi zasnąć nie powinno być uczone samodzielnego zasypiania. Co nie znaczy, że jestem zwolenniczką ekstremum w drugą stronę. Trzeba być wrażliwym na wykształcenie tej zdolności u dziecka: dać szansę i wspierać jej rozwinięcie bez zmuszania. Podarowanie łóżeczka, a czasem tylko nowej pościeli w królewny czy dinozaury może być takim bodźcem do podjęcia tej nauki. Dziecko wystarczająco dojrzałe do samodzielnego zasypiania zazwyczaj bez trudu jak nową przygodę podejmie takie wyzwanie.

Doceńmy nasze tu i teraz- to bezcenny prezent od Pana Boga. Również okazja do nawrócenia: bo Kościół to najlepsze miejsce dla grzeszników. „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię”- mówi Pan Jezus.



Tętniąca pępowina

Uzasadniając poprzedni wpis nie mogłam sobie odmówić wklejenia linku:

Kiedy przeciąć pępowinę?



Pępowina=czekanie ma sens

Wiele nas w tym świecie odwodzi, zniechęca do czekania:

  • sklepy robiąc Boże Narodzenie już w listopadzie poprzez dekoracje, muzykę itp;
  • lekarze nie kochając naszych dzieci i proponując poród w wyznaczonym dniu, odstawienie, kiedy karmienie zaczęło być trudne;
  • psycholodzy serwując nam papkę typu: „Twoje uczucia są trudne, to postępuj zgodnie z nimi, zgodnie ze samym sobą”- robiąc bożka z ludzkich uczuć, z własnego „ja”;
  • inni ludzie nietaktownym dopytywaniem: kiedy się wreszcie urodzi? kiedy w końcu go odstawisz od piersi?
  • ale chyba przede wszystkim własna niecierpliwość, niezgoda na trud czekania, na niewiadomą, jaką ono przyniesie.

Czekanie jednak ma wielki sens, choć często uwiera, trudzi i boli (niekoniecznie fizycznie):

  • Daje szansę na rozwój; na rozwój fizyczny, ale też na rozwój duchowy; ostatnie 2-4 tygodnie pod sercem mamy to rozwój mózgu o ok. 1/3, niesamowite zmiany w korze nowej. Zgadzając się na wywoływanie porodu, ryzykujemy niedojrzałość własnego dziecka, niekoniecznie dostrzegalną gołym okiem. To, że dziecko radzi sobie z oddychaniem, nie oznacza, że było dojrzałe do urodzenia. Zazwyczaj skoro się nie rodzi, to najzwyczajniej w świecie nie było dojrzałe do tak dużej zmiany w swym życiu.  Pracując swego czasu w szpitalu zdarzało mi się widzieć dzieci, które zmuszono do narodzin z błahych powodów („bo już jest termin, bo na USG wystarczająco duże”), a które potem okazywały się wcześniakami albo nie wykazywały gotowości do ssania bądź spały tyle, co wcześniaki itd. Dla współczesnych rodziców niejednokrotnie lekarz jest bożkiem, przed którym drżą i liczą się z każdą jego opinią. A czy nie warto przemyśleć tego, co nam mówi? Jest to tylko omylny człowiek, często zresztą niekochający naszego dziecka. Człowiek wyszkolony w patologii czyli stanach chorobowych, nieprawidłowościach, bojący się tej patologii, nie nauczony natomiast, jak wspierać fizjologię, jak pomagać, gdy wystarczy nie przeszkadzać, dodawać ducha, dzielić się spokojem i czekać. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przed porodem przez łożysko przekazywane są dziecku bardzo liczne ciała odpornościowe. Wielu ginekologów  jakby się zatrzymało w rozwoju w wieku XIX- wtedy powstała reguła Naegelego, w której liczy się termin porodu na podstawie ostatniej miesiączki. Zakłada ona, że dziecko się poczyna 14 dni od pierwszego dnia miesiączki, co jest tak zgodne z prawdą jak to, że wszystkie kobiety mają cykle 28-dniowe. Znam dzieci, które cało i zdrowo przychodziły na świat naturalnie 40 dni bądź jeszcze inaczej po terminie liczonym wg Nagelego. Dlaczego? Bo się poczęły tuż po owulacji, a nie 14 dni po pierwszym dniu miesiączki, bo każde dziecko potrzebuje nieco innego czasu na rozwój. Np. jedno potrzebuje 7 miesięcy, by samo wstać na nóżki, a inne potrzebuje na to cały rok- i jedno, i drugie są to zdrowe dzieci. Jedno potrzebuje 10 miesięcy, by zacząć chodzić, inne z kolei aż 18 miesięcy, choć żadne nie ma zaburzeń rozwojowych. Po narodzinach możemy podziwiać jak indywidualny rytm ma rozwój dziecka- natomiast co do terminu porodu sztywno się trzymamy wyliczeń, jakby dzieci rozwijały się opierając się na tabelkach i wyliczeniach, a nie na własnym potencjale. Owszem takie wyliczenia są potrzebne, tyle że od daty owulacji oraz zakładanie marginesu błędu czyli bycie elastycznym. Dawniej za taki margines przyjmowano: + /- 3 tygodnie. Dziecko rodzi się więc w „terminie”, gdy przychodzi na świat samoistnie 3 tygodnie przed tym umownym terminem, ale równie dobrze 3 tygodnie po tym terminie. Ze świecą szukać takich lekarzy, którzy będą wspierać kobietę w cierpliwym czekaniu na naturalny poród zamiast proponować łatwych rozwiązań sztucznej indukcji porodu „urodzimy za panią”.
  • Podobnie jest z porodem. Znam mamę, która rodziła swoje dziecko 3 dni: całe Triduum Paschalne. Cóż za symbolika! To był dla niej prawdziwy krzyż, ale przyjęła to z wielkim pokojem nie chcąc go skracać. Szczęśliwie urodziła w poranek Zmartwychwstania. Dobrze wspomina swój poród pełny długiego czekania i trudzenia się nad rodzeniem. Bynajmniej nie jestem za tym, by nie pomagać kobietom, które nie dają rady dłużej rodzić- oczywiście, że pomoc w takich sytuacjach jest jak najbardziej uzasadniona. Ale niepokoi mnie tendencja, że to, co dzieje się w medycynie prowadzi do tworzenia w świadomości kobiet przekonania, że one w ogóle nie są zdolne do urodzenia dziecka. Że kobieta nie ma prawa rodzić dłużej niż przeciętnie, bo lekarzowi kończy się zmiana. Nasza niecierpliwość sprawia już zamieszanie na etapie przedporodowym, kiedy skurcze przepowiadające bierzemy za poród. Jadąc często z takimi skurczami do szpitala albo oczekując, że po nich szybko się urodzi to proszenie się o kłopoty. Lekarze, gdy matka przyjeżdża z takimi skurczami do szpitala zwyczajnie zostawiają ją tam „na obserwacji”. A kobieta nie jest dzikim zwierzątkiem, żeby ją obserwować. Obserwowanej, notorycznie badanej trudniej się otworzyć na dar rodzenia. Tak samo jak trudno byłoby nam inne zwieracze (odbytu, cewki moczowej) otwierać będąc pod lupą, w miejscu publicznym. Szyjka macicy jest właśnie mięśniem zwieraczem. Jej skuteczne otwieranie wymaga więc przede wszystkim intymności, spokoju, dyskretnego wspierania. Podczas porodu rozwija się matka poprzez znoszenie trudu dla kochanej osoby- dziecka. Rozwija się też podczas porodu dziecko: duża ilość różnorodnych hormonów, które zaczynają krążyć w jego organizmie przygotowuje je do samodzielnego oddychania, utrzymywania stałej temperatury w zmiennym otoczeniu, do ssania, przygotowuje również jego mózg. Przechodzenie przez drogi rodne matki daje dziecku możliwość zasiedlenie prawidłową florą bakteryjną. Okazuje się, że nawet spożycie przez dziecko mikroskopijnej ilości kału matki ma sens: zasiedlają dzięki temu jego przewód pokarmowy mikroorganizmy produkujące witaminę K. Niemowlęta urodzone drogami natury rzadziej cierpią na niedobór tej witaminy. Cierpliwość czekania ma więc również wiele przyziemnych sensów. Jak chociażby to, że dziecko któremu nie odcina się natychmiast tętniącej jeszcze pępowiny ma szansę dostać 30% więcej krwi, co zapobiega niedokrwistości również w późniejszym czasie. Inna sprawa, że ma szansę na to, że weźmie pierwszy oddech spokojnie, a nie z powodu duszenia się, odcięcia dopływu tlenu. Obserwowanie natury może uczyć mądrości, jeśli wyciąga się wnioski. Czytałam o sytuacjach, że pępowina tętniła 4o minut: dziecko dopiero po tak długim czasie zaczerpnęło powietrza do płuc. Wówczas przestała tętnić. Co by było, gdyby lekarze od razu przecięli temu dziecku pępowinę? Czy udałoby się je reanimować? Możemy postawić tylko retoryczne pytanie. Z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, którym tej pępowiny nie odcina się szybko nie płaczą tak rozdzierająco. Niekiedy kwilą cicho, choć temperament innych sprawia, że głośno wołają, ale bez przerażenia w glosie. Moje dzieci po porodzie nabierały tchu pięknie: Daniel spokojnie i cicho, Tosia stanowczo i głośno, Ignaś: zdecydowanie „nareszcie się urodziłem”. Ale żadne nie miało tego przerażenia w głosie, jaki słychać na szpitalnych traktach porodowych. Jeśli lekarze, położne nie czekają, bo nie kochają naszych dzieci- to my możemy stanąć po stronie własnego bezbronnego potomstwa. Jeśli ojciec i matka nie upomni się o godne, cierpliwe powitanie dla swojego dziecka, to kto się upomni? Fundacja? Może i tak, ale mało skutecznie, jeśli to my rodzice nie będziemy działać oddolnie i stanowczo.
  • Karmienie piersią i czekanie aż dziecko dorośnie by zaprzestało pić mleko. Jest pewna schizofrenia w sprawie żywienia dzieci mlekiem w naszej kulturze (cywilizacji?). Z jednej strony odstawianie przeprowadza się pośpiesznie, bez zwracania uwagi na potrzeby dziecka, na to, co komunikuje swoim zapotrzebowaniem na ssanie, a z drugiej strony udowadnia się, jak to nawet dzieci szkolne potrzebują mleka.  Są to dwa błędy, które się mszczą na zdrowiu dzieci. Ani nie powinno się dzieci odstawiać wbrew ich zapotrzebowaniu, ani karmić mlekiem dzieci szkolnych, bo to im zwyczajnie szkodzi albo przynajmniej nie jest potrzebne. Jednak karmienie piersią według potrzeb dziecka czyli tak długo jak tego potrzebuje kosztuje wiele matkę. Przede wszystkim wiele starań o własną cierpliwość, zrozumienie. Gdy dzieci mają rok czy półtorej, matki często odstawiają je również z powodu własnej niecierpliwości. Trzeba natomiast wiedzieć, że te półtorej roku karmienia piersią to jest co dopiero co najwyżej połowa karmienia mlekiem, którego potrzebują dzieci. Wskazuje na to również ich zachowanie: wtedy jest częstokroć szczyt, punkt kulminacyjny ssania dzieci. Co robimy przez naszą niecierpliwość? Odcinamy mleczną pępowinę, kiedy dziecko nie jest nawet odrobinę gotowe do wyłącznie bezmlecznych posiłków i pozwalamy zastąpić się krowie w obdarzaniu mlekiem naszego dziecka. Kiedy ta mleczna pępowina zaczyna być gotowa do przecięcia? Kiedy samoistnie zaczyna tętnić rzadko, coraz rzadziej. Łatwiej jest ją przeciąć, gdy dziecko ssie już tylko raz lub dwa na dobę. Odstawianie, redukowanie karmień w okolicy 18 miesięcy to jak przerywanie ciąży tuż po półmetku jej trwania. Jest trudne i niekorzystne dla dwojga.
  • Czekanie ma sens ze względu na Tego, na kogo się czeka. Jak się kogoś ceni, to się go nie popędza w przychodzeniu. Także dzielmy się pokarmem adwentowo, nośmy nasze dzieci adwentowo. Kochajmy adwentowo: to, co jest wartościowe wymaga czekania i wzrostu. Czekajmy z radością!


Warto przeczytać

Pisałam kiedyś o „Polityce karmienia piersią”. Teraz wywiad z jej autorką. Polecam:

Matki nabite w butelkę



Kto pierwszy, ten lepszy?

Pewna znajoma podsunęła mi książkę „Filozofia w szkole” Matthew Lipman, A.Sharp, F.Oscanyan. Raczę się właśnie tą jakże ciekawą lekturą wspominając arcyciekawe wykłady na studiach z takimi znakomitościami jak prof. Szostek, prof. Zieliński, dr Weksler-Waszkinel. Do tej pory wspominam ich niektóre powiedzonka, przemyślenia. Z sentymentem, nie powiem.

No i napotykam się np. na takie teksty: „Podręcznik powinien być przygodą wypełnioną odkryciami.”

Kształtujemy ciało przez ruch, pożywienie, higienę, żeby było zdrowe. A w tej książeczce napotykamy się z refleksją nad kształceniem myślenia, nad dziecięcą potrzebą zrozumienia. Czytam i czytam, i ta książka nie daje mi spokoju, bo budzi się we mnie dziecko, które przez tyle lat szkoły starano się oduczyć myślenia wymagając niejednokrotnie wyłącznie zapamiętywania, gotowych odpowiedzi. Jakimś cudem jednak to dziecko przetrwało i teraz cieszy się z tego, że tak wiele potrafi się dziwić, tyle pytań ocaliło w sobie.

Mam ostatnio to szczęście kontaktować się z matkami dzieci w wieku „trudnym” mniej lub bardziej. Kilkanaście miesięcy, dwa lata bywają wiekiem buntu, nieopanowanej złości, wypróbowywania granic aż do poczucia bezsilności rodziców. Dzieci tak nas testują i w tym czasie, że nierzadko dają nam wgląd w nasze najlepsze zakamarki duszy, ale też i najgorsze niestety. W chwilach relaksu nasze pociechy stają  się odkrywcami, penetrującymi dom, świat, nasze zdolności. Jednak w chwilach zmęczenia, osłabienia nierzadko zamieniają się w zupełnie nieracjonalne potworki, dzikie i co najmniej nieokiełzane. W chwilach zdenerwowania, zmęczenia dzieci funkcjonują na jakby niższym poziomie rozwoju, jakby cofnęły się o parę lat bądź miesięcy w rozwoju.

Cóż więc jako rodzice mamy robić z takim rozdwojeniem? Traktować je tak dojrzale jak potrafią się zachować, gdy są w najlepszej formie i takiego zachowania wymagać i oczekiwać? Czy jako zupełnie nieracjonalne istoty? Myślę, że koncentracja na którejkolwiek skrajności nie jest rozwiązaniem. W ogóle nie mam rozwiązania. Z trudem coraz więcej zdobywam pytań, coraz mniej gotowych prostych odpowiedzi. Dla każdego dziecka odkrywa się nowe rozwiązania.

Podziwiam jednak tą pewną naturalność filozofowania u dzieci. To, że są zagłębiem pytań, to, że potrafią sformułować coś w zupełnie odkrywczy sposób.

-Mamusiu, poczytaj mi o ognistych chłopcach.- powiedziała któregoś wieczoru Tosia.

No więc czytaliśmy o trzech młodzieńcach w piecu ognistym z Księgi Daniela.

Co jeszcze u mojej Tosieńki 5-letniej w dzień jej urodzin, a zarazem święta patronalnego sióstr Pasterzanek i w Międzynarodowy Dzień Życzliwości?

Trochę chorobowo. Ale pomimo choroby można chodzić w zielonej koronie po domu. Zachwyca mnie czasami zrozumienie jakie ma ta istota w stosunku do swojego brata:

-No, już płacz, płacz, żeby mama dała Ci piersi- przemawia czule do niego, choć obudził się radosny, uśmiechnięty.



Prawo rodzica

Właśnie uświadomiłam sobie swój kardynalny błąd. Pisałam już nie raz o prawach dziecka. Obawiam się natomiast, że więcej powinno się pisać o prawach rodziców, zwłaszcza w obecnych czasach.

Czcij ojca swego i matkę swoją, abyś długo żył i aby ci się powodziło- z tego przykazania danego najpierw Izraelowi, a potem chrześcijanom wynika pewne pierwszeństwo rodziców w stosunku do dzieci.

Poznałam niedawno pewną wyjątkową mamę piątki dzieci. Piszę >wyjątkową<, ponieważ jej sposób postępowania wobec dzieci był tak oryginalny, a zarazem ciepły i niewyszukany, że doprawdy można by jej pozazdrościć rodzicielskiej mądrości. Opowiedziała mi o karze, którą wymyśliła dla swojego dziecka zwracającego się do niej niegrzecznie. Żeby zapamiętało, że jako matka jest dla dziecka jak królowa  zadała mu, by do końca dnia zwracał się do niej „Wasza wysokość”. Radości przy tej „karze” było co nie miara, ale czy przez to ta ważna lekcja nie zostanie lepiej zapamiętana?

Czytam o Szwecji czasem, tamtejszym prawie i za każdym razem przecieram oczy ze zdumienia. Tam bożkiem uczyniono właśnie prawa dziecka, natomiast prawa rodziców do wychowania dzieci systematycznie się niszczy. Skutki są opłakane: rodziny w rozkładzie, dzieci oddawane z błahych powodów do domów dziecka, rodzin zastępczych, np. z powodu krzyku rodzica.

Niestety w Polsce nie tak dawno również te prawo ograniczono powiększając zakres odpowiedzialności pracowników socjalnych. Czy oni będą bardziej kochali te dzieci? Wątpię szczerze.



Zachwyt obowiązkowy

Te nasze dzieci ciągle a to głodne, a to spragnione, a to wymagają przebrania, zwrócenia uwagi na nie.  A nawet jeśli najedzone, napojone, czyste, to głodne miłości, czułości, bliskości.

Panu Jezusowi dziwnie bliski każdy z tych skarbów, skoro mówi: „Byłem głody, a nakarmiliście Mnie.” „Byłem spragniony, a napoiliście Mnie.”

Niektóre dzieci przybywają do nas jak goście umówieni, oczekiwani od dawna bądź niedawna. Inne zaś przychodzą bez zapowiedzi, nie proszone przez nas, choć zawsze z Serca Kochającego Boga. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”.

To stworzenie wynikające z Bożej miłości wprawia w zachwyt. Nie można się nie zachwycać nad kimś, kto wyszedł prosto z rąk Bożych. A z braku tego zachwytu i pokornego klękania przed tajemnicą rodzą się koszmary typu in vitro, dzieci płaczące godzinami w łóżeczku, osamotnione do granic możliwości.

Jeśli dzieci przyjmujemy jako oczywistość, jako naszą własność, to rodzi się z tego ich ból.

„Ty głupku, jak ty się uczesałeś”- usłyszałam kiedyś od pewnej matki słowa skierowane do jej syna. Czy powiedziałaby tak, gdyby pamiętała, że ma to dziecko powierzone tylko na pewien czas? Dziwne jest nasze serce zranione grzechem.