Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Gdy się skończy wino…

 

Przychodzi taki czas w małżeństwie, że jest trudno.

Jakby wyczerpała się miłość, żar osłabł, problemy dopadają. „Nie mają już wina”- zauważyła Maryja na weselu w Kanie Galilejskiej. Wina czyli symbolu życia, miłości, radości. Gdy radość i miłość się wyczerpuje, trzeba sięgnąć do stwórczej mocy sakramentu małżeństwa.

Kiedy uczynimy wszystko, co nam mówi Syn Boży- Jezus Chrystus, a więc napełnimy nasze serca tą zwykłą codziennością -wodą, żeby Jemu ją oddać- stanie się cud. Sakrament małżeństwa ma tą wielką moc: moc obecności Bożej między dwojgiem ludzi. Obecności tak twórczej i kochającej.

Jan Paweł II w Szczecinie:

>praca, jak uczył niezapomniany kardynał Stefan Wyszyński, ma dwa cele: „Udoskonalenie rzeczy i udoskonalenie człowieka pracującego… ma być tak wykonywana, by w jej wyniku człowiek stawał się lepszy”<

I po tym cudzie miłości małżeńskiej okazuje się, że zwykłe sprzątanie albo gotowanie obiadu może dawać szczęście.



Maluszki w kościele

Dzieci broją. Czyli zachowują się zupełnie naturalnie.

Ksiądz Twardowski, znakomity poeta cudownie opisuje zachowanie dzieci w kościele. Jak to tylko im się nie nudziło: bo bawiły się sznurowadłami, wszystkim co tylko znalazły w zasięgu ręki. Tryskały pomysłowością, żywiołowością i radością.

Czy ta radość i szczere serce może się nie podobać Stwórcy, który przecież tak je stworzył?

Jednak przeszłam wiele etapów postępowania z dziećmi w kościele: od biegania za nimi w kościele (ta faza uczy dziecko, że rodzic powinien biegać za nim), po zabieranie dziecka do kościoła zawsze aż do zabierania czasami. Spotkania z ludzkimi reakcjami też były różne: więcej jednak zwracania uwagę na ich niegrzeczne zachowanie, rzadko kiedy ktoś zwraca uwagę i dzieli się tym, że dziecko postępuje dobrze, uważnie w kościele. Takie doświadczenie.

Ale przychodzi czas, że trzeba dziecko przygotować do Komunii Świętej. Ksiądz zachęca, by dzieci przychodziły jak najczęściej na różaniec. I tu podzieliłam się moimi wątpliwościami: „Może wystarczy ten różaniec w domu. Co wtedy gdy to młodsze rodzeństwo dokazuje ?”

Odpowiedź księdza: „Ależ proszę pani! To bardzo dobrze- to znaczy, że one się dobrze czują w kościele i tak ma być. Spokojnie przychodzimy z maluchami. One są tu potrzebne i na swoim miejscu.” Ta bijąca radość i akceptacja obecności dzieci- co za ulga dla mojego matczynego serca 🙂



Szczęście czy przekleństwo?

Karmienie piersią jest prawdziwym szczęściem dla dziecka i dla mamy.

To zostało dobrze wymyślone:

  • dziecko i matka kontynuują tę bliskość jaką miały poprzez pępowinę, łono matki; pierś staje się taką zewnętrzną pępowiną;
  • karmienie piersią to nic innego jak dobre przytulenie i utulenie: prawidłowe przystawienie właśnie po tym można poznać; nosek i bródka dotykają piersi, brzuszek do brzucha mamy dotyka; dziecko zaznaje szczęścia, bo czuje dalej mamę jako źródło pokarmu, ciepła;
  • można karmić przez sen (dłużej śpi i mama, i dziecko); starsze dziecko- kilku, kilkunasto miesięczne może nauczyć się nawet przystawiania samodzielnego do piersi nie budząc szczególnie mamy;
  • karmienie piersią uczy macierzyństwa: a więc cierpliwej miłości, dyspozycyjności, łagodności w stosunku do dziecka; wczucia się w jego potrzeby; uczy zaufania, usuwa lęk przed dzieckiem, istotą nieznaną: trudno się bać kogoś, kto jest tak bliski i ufny, wtulony w nas;
  • karmienie piersią to dzielenie się swoim życiem i zdrowiem, odpornością, zaradnością; nawet gdy mama choruje (np. grypa), to jej dziecko jest stosunkowo dobrze zabezpieczone przed zachorowaniem, bo ciała odpornościowe matki w pierwszym rzędzie są przekazywane dziecku (pierś leży tuż przy węzłach chłonnych).

Naszym zadaniem jako żon jest nauczenie swoich mężów pozytywnego stosunku do karmienia piersią, tak żeby mogli stać się za nie odpowiedzialni, żeby nas w nim podtrzymywali. Nie nauczymy ojców naszych dzieci przychylnego stosunku do karmienia naturalnego narzekaniem na dziecko, narzekaniem na to karmienie piersią, żaleniem się na nie. Reakcja przeciętnego mężczyzny na takie nasze zachowanie będzie następująca: „To odstaw! Będzie po kłopocie.”

Na trudy karmienia piersią stanowczo lepiej żalić się przyjaciółce, a męża zapoznawać przede wszystkim z jego walorami. Wtedy jego reakcją będzie ochranianie tego dobra, które dzięki nam pozna: jak dobre jest ono dla dziecka, jak dobre dla nas jako mam, jak dobre dla rodziny (oszczędność, tatuś wyspany, nie budzimy go do karmień itd.).

„Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem brzemienności”– to Boże błogosławieństwo dla Ewy przed opuszczeniem  raju. Bóg nie przeklina, Jego słowa są zawsze pełne życia. Karmienie piersią jest częścią tej brzemienności, płodności. Ten trud to jest błogosławieństwo czyli szczęście dla nas. Szczęście, które trzeba umieć wydobyć, rozpoznać. Nikt nie kwestionuje, że szczęściem jest dla alpinisty zdobycie wymarzonego szczytu z powodu trudu, jaki musi w to włożyć. Nikt nie powinien kwestionować wartości karmienia piersią z powodu tego trudu, jaki matka musi wziąć na siebie.

W momencie, kiedy karmienie mlekiem zwala na ojca- przekazuje mu swoją matczyną rolę. Oczywiście ona się w tym nie wyczerpuje, ale jest istotną jej częścią.

Jedna z matek napisała o karmieniu piersią, że to przekleństwo. Tak wiele rzeczy je w nim męczy: nocne częste budzenie, dzienna dyspozycyjność itd. Jednak pokrzepiona, pocieszona słowami innych mam karmiących napisała, że będzie jej się teraz łatwiej karmić: po prostu chciała się wyżalić, wypłakać ten trud, poskarżyć się. Gdy inne matki wyjaśniły jej zachowanie jej dziecka jako normalne, potrzebne (częste nocne budzenia i karmienia służą rozwojowi mózgu dziecka), odetchnęła z ulgą.

Kiedy Pan Bóg mówi, że kładzie przed nami błogosławieństwo i przekleństwo, życie i śmierć, to przekonuje zarazem, żeby wybierać błogosławieństwo i życie.  Bierzmy więc życie, żeby się nim dzielić, bo kto je zechce zachować, ten je straci. Prędzej czy później.



„Doskonała miłość usuwa lęk”

„Nie bój się, żebym cię nie napełnił lękiem przed nimi”.

Kapitalny tekst.

Czasem człowiek, który całe życie zdrowo się odżywiał, unikał rakotwórczych „smakołyków”, chuchał na siebie i dmuchał, żeby nie zachorować, zapada np. na raka. Inny człowiek obawia się, czy nie zbrzydnie, tak wiele zabiegów robi wokół własnej urody, że w końcu obraca się to  przeciwko niemu: zamiast lepiej wygląda tylko gorzej. Takich historii można przytaczać wiele.

Lęk rodzi lęk. Nie ma temu końca.

To jest wybór: iść drogą lęku czy zaufania. A jednak na dnie serca  czai się lęk- bo jesteśmy ludźmi. Można jednak się zdecydować przemienić go w ożywczą pewność zaufania:

„Jezu, ufam Tobie”

 



I karmienie, i noszenie- tylko prostota nas uratuje

Punkty dla mam karmiących piersią:

Karmienie piersią jest normalne

W niektórych krajach kobiety karmiąc piersią zaczynają zakładać na siebie coś w rodzaju namiotu, żeby nie było tego widać. Link nawiązuje do tego bardzo dziwnego zjawiska, które następuje w końcu w miejscach, gdzie ludzie nie mają problemu z modą, która rozbiera kobiety na rozmaite sposoby. Z powodu tej mody, ale jeszcze bardziej zmiany mentalności niestety cierpią dzieci oraz ich mamy.

I jeszcze jeden link będący protestem przeciwko byle jakim (nieergonomicznym) nosidłom. Dobre nosidła lub chusty poznamy po tym, że sięgają dziecku aż do dołów podkolanowych. W nosidle firmy „krzak” dziecko będzie wisiało na kroczu, co przyjemne dla niego nie jest. Dla rozbudzenia wyobraźni:

„Nosidła” do d… dosłownie

 



Czas chustowania

A to było tak: pomyślałam sobie, że przyjemnie byłoby wygrać chustę. Wzięłam więc udział w konkursie.

Konkurs polegał na tym, żeby dokończyć zdanie „Najlepszy rodzic to…”

Cóż było robić? W głowie pustki, a wygranie chusty nęciło, więc napisałam coś oklepanego, żeby nie było, że nie próbowałam:

„Najlepszy rodzic to ten, którego miłość daje korzenie i unosi na skrzydłach.”

No i wygrałam 🙂 

I wytłumaczyć się trzeba z mojej pazernej miłości do chust długich wiązanych:

  • Szczerze znienawidziłam wózki, gdy przeżyłam parę epizodów pt. „Dziecko z włączoną syreną okrętową na jednym ręku, a w drugim ręku prowadzony wózek”.
  • Wnoszenie, wciąganie wózka na piętra, do autobusów, sklepów czyli cyrk lub horror w odcinkach jak kto lubi;
  • Po przeżytej namiętnej miłości do chust kółkowych tak mi rąbnął kręgosłup z jednej strony, że przez jakiś czas nie mogłam chodzić (na szczęście krótko i węzłowato).
  • Nabyłam więc wreszcie przy trzecim dziecku chustę długą wiązaną za co codziennie mój kręgosłup odwdzięcza mi się wierną służbą; a że staram się nosić głównie na plecach, to i mięśnie grzbietu się wzmacniają i narzekam w związku z tym tylko z grzeczności bądź dla towarzystwa co na jedno wychodzi. A przy piątym dziecku mój kręgosłup czuje się raźniej niż przy pierwszym.

Uczyłam się więc tych chust głównie na własnych wózkowo- nosidełkowych błędach. Uczę się w dalszym ciągu. Obecnie przeżywam chyba najkrótszy okres noszenia młodego dziecka- bo 1o miesięczne chłopię już stwierdziło, że bycie noszonym po domu to kompletna nuda. Ewentualnie toleruje wyjście na spacery w chuście- ale tylko sprawnie i bez przestojów. Nie ma jak szybko wyrastać z noszenia! A niektórzy wróżyli mi, jak to się dziecko do dobrego przyzwyczai i będę nosić do końca świata. Koniec świata z takim myśleniem.



Przedszkole? a może dom i podwórko wystarczą?

Przedszkole to nie jest instytucja wymyślona dla wygody, potrzeby dzieci, ale dla dorosłych chodzących do pracy, nie mających co zrobić na ten czas z dziećmi. Jest taki mechanizm racjonalizacji „słodka cytryna”: człowiek sobie tłumaczy, jaki to wspaniały wynalazek, chociaż podskórnie czuje, jak dziecko cierpi w takim miejscu.

Dorosły sobie więc tłumaczy, żeby się usprawiedliwić:

  • jak to dziecko potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi;
  • jak to wspaniale rozwija się w przedszkolu społecznie, poznawczo;
  • jakie piękne wierszyki recytuje, piosenki śpiewa w tym przedszkolu.

Jeśli dziecko z zaniedbanego środowiska, patologicznej rodziny trafi do przedszkola, to być może będzie to korzystne dla niego.

Jednak gdy z normalnej rodziny trafi do przedszkola, to zazwyczaj musi to mocno odchorować dosłownie i w przenośni:

  • trudno się dziecku dobrze rozwijać, gdy ciągle choruje, a taki jest zwykle pierwszy rok „chodzenia” do przedszkola;
  • po 8-godzinnym dniu pracy dorosły człowiek jest wymęczony: a cóż dopiero dziecko, którego układ nerwowy jeszcze nie jest dojrzały! to utrudnia dobry rozwój, a nie ułatwia.

Generalnie różne są dzieci. Takie miejsca jak przedszkola, jak na mój gust, powinny pełnić rolę pomocniczą- bywają naprawdę potrzebne, czasami rodzić rzeczywiście potrzebuje takiej „taniej” opiekunki z dostępem do innych dzieci.

Szczególnie mocno ludzie potrafią naciskać na wysyłanie do przedszkola rodziców jedynaków, żeby taki młody człowiek się uspołecznił w takim miejscu. Wydaje mi się jednak, że od konkretnej przedszkolanki, konkretnych kolegów i koleżanek zależy czy to będzie uspołecznienie czy „od-społecznienie”. Jedynak w domu ma stosunkowo dużo czasu, by móc być sam bądź z niewielką liczbą domowników (chyba, że rodzina wielopokoleniowa)- w przedszkolu więc może się potwornie męczyć tłumem dzieci, od których trudno się uwolnić, od których nie można odpocząć przez wiele godzin.

Była już mowa o wspaniałych przedszkolankach- ponieważ one występują nie tylko w mitologii, to właśnie one są sensem przedszkola. Moim zdaniem oczywiście. Potrafią takie miejsce przemienić w coś do czego dziecko będzie tęsknić. Bo za kochającym człowiekiem drugi człowiek tęskni.

 

Są dzieci towarzyskie- te dobrze się poczują w takim miejscu jak przedszkole, a są takie, które są raczej nieśmiałe, mniej towarzyskie- te lepiej zazwyczaj czują się, gdy nie muszą tak wiele przebywać z liczną grupą.

Niestety przez ostatnie kilkadziesiąt lat komunizmu i obowiązkowych szkół i innych placówek przymusowego terroru instytucjonalnego tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nawet nam się trudno przestawić na inne myślenie, że można inaczej, że nie musimy oddawać dzieci na wychowanie obcym.

Ech, życie… Ech, wybory… Chyba żadne nie są doskonałe.

Mogłabym tak wychwalać uczenie i wychowanie w domu, ale prawda jest taka, że nie ma lekko.

Na forum budowlanym kiedyś pisano: „Czemu masz mieć lepiej ode mnie? Buduj się!”

To i ja im zawtóruję: Czemu macie mieć lepiej ode mnie? Wychowujcie (uczcie)  dzieci w domu!



Dziecko jest jak modlitwa

bezdzietność- modlitwa w ciszy, gdzie słowa bolą

jedno dziecko- jedno drżące słowo i wiele niedopowiedzianego

dwoje dzieci- i dwa słowa jak „mama-tata”, prostota i bezsilność

troje dzieci- jak muzyka, która się rodzi wraz z trzecim słowem

czworo dzieci- cztery słowa, w których mieszczą się harmonia i walka

pięcioro dzieci- pięć słów zachwytu i oczekiwania

więcej dzieci- z każdym słowem stworzenia wchodzi na świat więcej światła

 

I zmiana tematu:

Nie można być obojętnym!



Na uwięzi lęku

Co najbardziej przeszkadza w byciu mamą?

Lęk.

Lęk przed:

  • chorobą;
  • przed porodem;
  • przed przeziębieniem, zaziębieniem;
  • przed ulewaniem, zadławieniem, kolkami, dysplazją, brakiem witamin, nadmiarem witamin;
  • przed własną nieporadnością;
  • przed tym, co będzie, jakie będzie, jak się wychowa, czy da się radę wychować;
  • przed porażkami wychowawczymi, przed sukcesami;
  • przed przekarmieniem, przed niedożywieniem itd., itp.

Lęk, lęk, lęk. Dużo lęku.



Jakość i ilość

Wyobraźcie sobie burzliwą dyskusję na temat ilości dzieci, wielodzietności. I naraz pada argument z jednej strony: „Nie ilość, ale jakość!” „Jest ryzyko, że jakość przejdzie w ilość przy zbyt dużej liczbie dzieci.”

Włosy mi zdębiały, szczerze mówiąc. A ten, kto przytoczył taką sentencję, dalej argumentuje, że przecież trzeba mieć rozsądek, żeby dzieciom zapewnić studia itd.

I myślę sobie teraz o tych studiach:

  • w ogóle wcale nie jest pewne, że moje (czy kogoś innego dzieci) w ogóle zechcą iść na studia;
  • nie jest pewne, czy w ogóle będą mieć predyspozycje do studiowania (nigdy nie wiadomo, czy młody człowiek nie uderzy się  jutro tak skutecznie w głowę, że nie będzie w ogóle w stanie się uczyć);
  • czy tylko inteligentów potrzeba? czy nie potrzeba też na świecie uczciwych, solidnych ekspedientek, salowych, budowlańców, piekarzy?
  • czy jakiekolwiek studia nauczą bycia dobrą żoną, mężem, matką, ojcem, czy dadzą radość, szczęście, gdy zabraknie Pana Boga w sercu, życzliwości i miłości?

Czy można w ogóle do człowieka przykładać miarkę jakości i porównywać jak produkt? Nawet za najmniejsze dzieciątko Pan Jezus umarł na krzyżu, nawet najlichszy człowiek jest w oczach Bożych kimś, kto jest drogocenny.