Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Mocne

Zrobiło to na mnie duże wrażenie:

Jak się bronić

Właściwie wiele z tych rzeczy wiedziałam już wcześniej, czytałam, ale zebrane razem daje do myślenia.



Dzień dzisiejszy jest najlepszy

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu o czekaniu.

Czekanie adwentowe zakłada zarazem, że żyjemy chwilą obecną- każda chwila nas przybliża do nieba, do spotkania ze Zbawicielem, więc jest cenna. Żadnej więc nie należy uronić, upuścić.

Znałam pewną mamę, która niecierpliwie czekała aż jej dzieci  pójdą do przedszkola, skończą być niemowlętami. Miałam wrażenie, że odbierało jej to całą radość z bycia mamą małych dzieci albo przynajmniej zubożało o te bezcenne chwile. Wkładała je więc do chodzika, żeby już chodziły, dawała do trzymania butelkę z mlekiem, żeby już były samodzielne.

Wydawało mi się, że przez to jakby sama się okradała z tej ulotnej radości dnia codziennego.

Jest w nas tendencja, by nie doceniać tego, co teraz na korzyść tego, co ma dopiero przyjść bądź już było. Nie możemy się doczekać, kiedy dziecko będzie siadać, a nie doceniamy wagi przekręcania się z plecków na brzuszek, z brzuszka na plecki. Nie możemy się doczekać, kiedy maluch zacznie stawać i chodzić, a ważniejsze jest by dawać mu czas na rozwijanie pełzania, raczkowania. Stawianie na nóżki i oprowadzanie za rączki zamiast pełzania i raczkowania może (choć nie musi) skutkować  w tak odległych problemach jak trudności z czytaniem i pisaniem. Dzieje się to za sprawą niewłaściwego stymulowania mózgu, koordynacji.

Przewracanie się z brzuszka na plecy i odwrotnie, pełzanie i raczkowanie jest najlepszym przygotowaniem zarówno mózgu jak i stawów, mięśni, kości do nauki stania, chodzenia, a w dalszej perspektywie do nauki czytania, pisania.

„Moje dziecko nie lubi i nigdy nie lubiło leżenia na brzuchu, żeby ćwiczyć obroty, pełzanie”- tłumaczą często rodzice sytuację braku pełzania, raczkowania, obracania się. Nasuwa się tu pytanie:  A jak często dawaliśmy szansę na polubienie tej pozycji?. „Nie lubi i już!” Wychodzą na jaw nasze niewłaściwe oczekiwania: oczekujemy, że dziecko ma leżeć przez długi czas na brzuszku, podczas gdy jemu niekiedy wystarczy i pół minutki, ale częściej.

Dziecko przede wszystkim jest człowiekiem i rzeczywiście może któregoś razu wręcz nie cierpieć leżenia na brzuchu, ale godzinkę później może przyjąć taką pozycję z widocznym zadowoleniem. O ile damy mu taką szansę.

Niecierpliwe pytania: „Czy już siedzi? Stoi? Chodzi?”- nadają niekiedy kierunek naszym oczekiwaniom i staraniom sprawiając, że tracimy z oczu to, co tu i teraz powinniśmy wspierać, doceniać.

Zarówno psycholodzy jak i fizykoterapeuci, terapeuci integracji sensorycznej podkreślają często, że niewłaściwą i niekorzystną rzeczą jest stawianie na nogi dziecka, które samo nie potrafi wstawać, prowadzenie za rączki dziecka, które nie potrafi samo chodzić, zakładanie „protez” takich jak chodzik dziecku, które chodzić samo nie potrafi.

Uważam, że z „emocjonalnymi” zdolnościami jest podobnie, np. dziecko, które samodzielnie nie potrafi zasnąć nie powinno być uczone samodzielnego zasypiania. Co nie znaczy, że jestem zwolenniczką ekstremum w drugą stronę. Trzeba być wrażliwym na wykształcenie tej zdolności u dziecka: dać szansę i wspierać jej rozwinięcie bez zmuszania. Podarowanie łóżeczka, a czasem tylko nowej pościeli w królewny czy dinozaury może być takim bodźcem do podjęcia tej nauki. Dziecko wystarczająco dojrzałe do samodzielnego zasypiania zazwyczaj bez trudu jak nową przygodę podejmie takie wyzwanie.

Doceńmy nasze tu i teraz- to bezcenny prezent od Pana Boga. Również okazja do nawrócenia: bo Kościół to najlepsze miejsce dla grzeszników. „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię”- mówi Pan Jezus.



Pępowina=czekanie ma sens

Wiele nas w tym świecie odwodzi, zniechęca do czekania:

  • sklepy robiąc Boże Narodzenie już w listopadzie poprzez dekoracje, muzykę itp;
  • lekarze nie kochając naszych dzieci i proponując poród w wyznaczonym dniu, odstawienie, kiedy karmienie zaczęło być trudne;
  • psycholodzy serwując nam papkę typu: „Twoje uczucia są trudne, to postępuj zgodnie z nimi, zgodnie ze samym sobą”- robiąc bożka z ludzkich uczuć, z własnego „ja”;
  • inni ludzie nietaktownym dopytywaniem: kiedy się wreszcie urodzi? kiedy w końcu go odstawisz od piersi?
  • ale chyba przede wszystkim własna niecierpliwość, niezgoda na trud czekania, na niewiadomą, jaką ono przyniesie.

Czekanie jednak ma wielki sens, choć często uwiera, trudzi i boli (niekoniecznie fizycznie):

  • Daje szansę na rozwój; na rozwój fizyczny, ale też na rozwój duchowy; ostatnie 2-4 tygodnie pod sercem mamy to rozwój mózgu o ok. 1/3, niesamowite zmiany w korze nowej. Zgadzając się na wywoływanie porodu, ryzykujemy niedojrzałość własnego dziecka, niekoniecznie dostrzegalną gołym okiem. To, że dziecko radzi sobie z oddychaniem, nie oznacza, że było dojrzałe do urodzenia. Zazwyczaj skoro się nie rodzi, to najzwyczajniej w świecie nie było dojrzałe do tak dużej zmiany w swym życiu.  Pracując swego czasu w szpitalu zdarzało mi się widzieć dzieci, które zmuszono do narodzin z błahych powodów („bo już jest termin, bo na USG wystarczająco duże”), a które potem okazywały się wcześniakami albo nie wykazywały gotowości do ssania bądź spały tyle, co wcześniaki itd. Dla współczesnych rodziców niejednokrotnie lekarz jest bożkiem, przed którym drżą i liczą się z każdą jego opinią. A czy nie warto przemyśleć tego, co nam mówi? Jest to tylko omylny człowiek, często zresztą niekochający naszego dziecka. Człowiek wyszkolony w patologii czyli stanach chorobowych, nieprawidłowościach, bojący się tej patologii, nie nauczony natomiast, jak wspierać fizjologię, jak pomagać, gdy wystarczy nie przeszkadzać, dodawać ducha, dzielić się spokojem i czekać. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przed porodem przez łożysko przekazywane są dziecku bardzo liczne ciała odpornościowe. Wielu ginekologów  jakby się zatrzymało w rozwoju w wieku XIX- wtedy powstała reguła Naegelego, w której liczy się termin porodu na podstawie ostatniej miesiączki. Zakłada ona, że dziecko się poczyna 14 dni od pierwszego dnia miesiączki, co jest tak zgodne z prawdą jak to, że wszystkie kobiety mają cykle 28-dniowe. Znam dzieci, które cało i zdrowo przychodziły na świat naturalnie 40 dni bądź jeszcze inaczej po terminie liczonym wg Nagelego. Dlaczego? Bo się poczęły tuż po owulacji, a nie 14 dni po pierwszym dniu miesiączki, bo każde dziecko potrzebuje nieco innego czasu na rozwój. Np. jedno potrzebuje 7 miesięcy, by samo wstać na nóżki, a inne potrzebuje na to cały rok- i jedno, i drugie są to zdrowe dzieci. Jedno potrzebuje 10 miesięcy, by zacząć chodzić, inne z kolei aż 18 miesięcy, choć żadne nie ma zaburzeń rozwojowych. Po narodzinach możemy podziwiać jak indywidualny rytm ma rozwój dziecka- natomiast co do terminu porodu sztywno się trzymamy wyliczeń, jakby dzieci rozwijały się opierając się na tabelkach i wyliczeniach, a nie na własnym potencjale. Owszem takie wyliczenia są potrzebne, tyle że od daty owulacji oraz zakładanie marginesu błędu czyli bycie elastycznym. Dawniej za taki margines przyjmowano: + /- 3 tygodnie. Dziecko rodzi się więc w „terminie”, gdy przychodzi na świat samoistnie 3 tygodnie przed tym umownym terminem, ale równie dobrze 3 tygodnie po tym terminie. Ze świecą szukać takich lekarzy, którzy będą wspierać kobietę w cierpliwym czekaniu na naturalny poród zamiast proponować łatwych rozwiązań sztucznej indukcji porodu „urodzimy za panią”.
  • Podobnie jest z porodem. Znam mamę, która rodziła swoje dziecko 3 dni: całe Triduum Paschalne. Cóż za symbolika! To był dla niej prawdziwy krzyż, ale przyjęła to z wielkim pokojem nie chcąc go skracać. Szczęśliwie urodziła w poranek Zmartwychwstania. Dobrze wspomina swój poród pełny długiego czekania i trudzenia się nad rodzeniem. Bynajmniej nie jestem za tym, by nie pomagać kobietom, które nie dają rady dłużej rodzić- oczywiście, że pomoc w takich sytuacjach jest jak najbardziej uzasadniona. Ale niepokoi mnie tendencja, że to, co dzieje się w medycynie prowadzi do tworzenia w świadomości kobiet przekonania, że one w ogóle nie są zdolne do urodzenia dziecka. Że kobieta nie ma prawa rodzić dłużej niż przeciętnie, bo lekarzowi kończy się zmiana. Nasza niecierpliwość sprawia już zamieszanie na etapie przedporodowym, kiedy skurcze przepowiadające bierzemy za poród. Jadąc często z takimi skurczami do szpitala albo oczekując, że po nich szybko się urodzi to proszenie się o kłopoty. Lekarze, gdy matka przyjeżdża z takimi skurczami do szpitala zwyczajnie zostawiają ją tam „na obserwacji”. A kobieta nie jest dzikim zwierzątkiem, żeby ją obserwować. Obserwowanej, notorycznie badanej trudniej się otworzyć na dar rodzenia. Tak samo jak trudno byłoby nam inne zwieracze (odbytu, cewki moczowej) otwierać będąc pod lupą, w miejscu publicznym. Szyjka macicy jest właśnie mięśniem zwieraczem. Jej skuteczne otwieranie wymaga więc przede wszystkim intymności, spokoju, dyskretnego wspierania. Podczas porodu rozwija się matka poprzez znoszenie trudu dla kochanej osoby- dziecka. Rozwija się też podczas porodu dziecko: duża ilość różnorodnych hormonów, które zaczynają krążyć w jego organizmie przygotowuje je do samodzielnego oddychania, utrzymywania stałej temperatury w zmiennym otoczeniu, do ssania, przygotowuje również jego mózg. Przechodzenie przez drogi rodne matki daje dziecku możliwość zasiedlenie prawidłową florą bakteryjną. Okazuje się, że nawet spożycie przez dziecko mikroskopijnej ilości kału matki ma sens: zasiedlają dzięki temu jego przewód pokarmowy mikroorganizmy produkujące witaminę K. Niemowlęta urodzone drogami natury rzadziej cierpią na niedobór tej witaminy. Cierpliwość czekania ma więc również wiele przyziemnych sensów. Jak chociażby to, że dziecko któremu nie odcina się natychmiast tętniącej jeszcze pępowiny ma szansę dostać 30% więcej krwi, co zapobiega niedokrwistości również w późniejszym czasie. Inna sprawa, że ma szansę na to, że weźmie pierwszy oddech spokojnie, a nie z powodu duszenia się, odcięcia dopływu tlenu. Obserwowanie natury może uczyć mądrości, jeśli wyciąga się wnioski. Czytałam o sytuacjach, że pępowina tętniła 4o minut: dziecko dopiero po tak długim czasie zaczerpnęło powietrza do płuc. Wówczas przestała tętnić. Co by było, gdyby lekarze od razu przecięli temu dziecku pępowinę? Czy udałoby się je reanimować? Możemy postawić tylko retoryczne pytanie. Z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, którym tej pępowiny nie odcina się szybko nie płaczą tak rozdzierająco. Niekiedy kwilą cicho, choć temperament innych sprawia, że głośno wołają, ale bez przerażenia w glosie. Moje dzieci po porodzie nabierały tchu pięknie: Daniel spokojnie i cicho, Tosia stanowczo i głośno, Ignaś: zdecydowanie „nareszcie się urodziłem”. Ale żadne nie miało tego przerażenia w głosie, jaki słychać na szpitalnych traktach porodowych. Jeśli lekarze, położne nie czekają, bo nie kochają naszych dzieci- to my możemy stanąć po stronie własnego bezbronnego potomstwa. Jeśli ojciec i matka nie upomni się o godne, cierpliwe powitanie dla swojego dziecka, to kto się upomni? Fundacja? Może i tak, ale mało skutecznie, jeśli to my rodzice nie będziemy działać oddolnie i stanowczo.
  • Karmienie piersią i czekanie aż dziecko dorośnie by zaprzestało pić mleko. Jest pewna schizofrenia w sprawie żywienia dzieci mlekiem w naszej kulturze (cywilizacji?). Z jednej strony odstawianie przeprowadza się pośpiesznie, bez zwracania uwagi na potrzeby dziecka, na to, co komunikuje swoim zapotrzebowaniem na ssanie, a z drugiej strony udowadnia się, jak to nawet dzieci szkolne potrzebują mleka.  Są to dwa błędy, które się mszczą na zdrowiu dzieci. Ani nie powinno się dzieci odstawiać wbrew ich zapotrzebowaniu, ani karmić mlekiem dzieci szkolnych, bo to im zwyczajnie szkodzi albo przynajmniej nie jest potrzebne. Jednak karmienie piersią według potrzeb dziecka czyli tak długo jak tego potrzebuje kosztuje wiele matkę. Przede wszystkim wiele starań o własną cierpliwość, zrozumienie. Gdy dzieci mają rok czy półtorej, matki często odstawiają je również z powodu własnej niecierpliwości. Trzeba natomiast wiedzieć, że te półtorej roku karmienia piersią to jest co dopiero co najwyżej połowa karmienia mlekiem, którego potrzebują dzieci. Wskazuje na to również ich zachowanie: wtedy jest częstokroć szczyt, punkt kulminacyjny ssania dzieci. Co robimy przez naszą niecierpliwość? Odcinamy mleczną pępowinę, kiedy dziecko nie jest nawet odrobinę gotowe do wyłącznie bezmlecznych posiłków i pozwalamy zastąpić się krowie w obdarzaniu mlekiem naszego dziecka. Kiedy ta mleczna pępowina zaczyna być gotowa do przecięcia? Kiedy samoistnie zaczyna tętnić rzadko, coraz rzadziej. Łatwiej jest ją przeciąć, gdy dziecko ssie już tylko raz lub dwa na dobę. Odstawianie, redukowanie karmień w okolicy 18 miesięcy to jak przerywanie ciąży tuż po półmetku jej trwania. Jest trudne i niekorzystne dla dwojga.
  • Czekanie ma sens ze względu na Tego, na kogo się czeka. Jak się kogoś ceni, to się go nie popędza w przychodzeniu. Także dzielmy się pokarmem adwentowo, nośmy nasze dzieci adwentowo. Kochajmy adwentowo: to, co jest wartościowe wymaga czekania i wzrostu. Czekajmy z radością!


Warto przeczytać

Pisałam kiedyś o „Polityce karmienia piersią”. Teraz wywiad z jej autorką. Polecam:

Matki nabite w butelkę



Kto pierwszy, ten lepszy?

Pewna znajoma podsunęła mi książkę „Filozofia w szkole” Matthew Lipman, A.Sharp, F.Oscanyan. Raczę się właśnie tą jakże ciekawą lekturą wspominając arcyciekawe wykłady na studiach z takimi znakomitościami jak prof. Szostek, prof. Zieliński, dr Weksler-Waszkinel. Do tej pory wspominam ich niektóre powiedzonka, przemyślenia. Z sentymentem, nie powiem.

No i napotykam się np. na takie teksty: „Podręcznik powinien być przygodą wypełnioną odkryciami.”

Kształtujemy ciało przez ruch, pożywienie, higienę, żeby było zdrowe. A w tej książeczce napotykamy się z refleksją nad kształceniem myślenia, nad dziecięcą potrzebą zrozumienia. Czytam i czytam, i ta książka nie daje mi spokoju, bo budzi się we mnie dziecko, które przez tyle lat szkoły starano się oduczyć myślenia wymagając niejednokrotnie wyłącznie zapamiętywania, gotowych odpowiedzi. Jakimś cudem jednak to dziecko przetrwało i teraz cieszy się z tego, że tak wiele potrafi się dziwić, tyle pytań ocaliło w sobie.

Mam ostatnio to szczęście kontaktować się z matkami dzieci w wieku „trudnym” mniej lub bardziej. Kilkanaście miesięcy, dwa lata bywają wiekiem buntu, nieopanowanej złości, wypróbowywania granic aż do poczucia bezsilności rodziców. Dzieci tak nas testują i w tym czasie, że nierzadko dają nam wgląd w nasze najlepsze zakamarki duszy, ale też i najgorsze niestety. W chwilach relaksu nasze pociechy stają  się odkrywcami, penetrującymi dom, świat, nasze zdolności. Jednak w chwilach zmęczenia, osłabienia nierzadko zamieniają się w zupełnie nieracjonalne potworki, dzikie i co najmniej nieokiełzane. W chwilach zdenerwowania, zmęczenia dzieci funkcjonują na jakby niższym poziomie rozwoju, jakby cofnęły się o parę lat bądź miesięcy w rozwoju.

Cóż więc jako rodzice mamy robić z takim rozdwojeniem? Traktować je tak dojrzale jak potrafią się zachować, gdy są w najlepszej formie i takiego zachowania wymagać i oczekiwać? Czy jako zupełnie nieracjonalne istoty? Myślę, że koncentracja na którejkolwiek skrajności nie jest rozwiązaniem. W ogóle nie mam rozwiązania. Z trudem coraz więcej zdobywam pytań, coraz mniej gotowych prostych odpowiedzi. Dla każdego dziecka odkrywa się nowe rozwiązania.

Podziwiam jednak tą pewną naturalność filozofowania u dzieci. To, że są zagłębiem pytań, to, że potrafią sformułować coś w zupełnie odkrywczy sposób.

-Mamusiu, poczytaj mi o ognistych chłopcach.- powiedziała któregoś wieczoru Tosia.

No więc czytaliśmy o trzech młodzieńcach w piecu ognistym z Księgi Daniela.

Co jeszcze u mojej Tosieńki 5-letniej w dzień jej urodzin, a zarazem święta patronalnego sióstr Pasterzanek i w Międzynarodowy Dzień Życzliwości?

Trochę chorobowo. Ale pomimo choroby można chodzić w zielonej koronie po domu. Zachwyca mnie czasami zrozumienie jakie ma ta istota w stosunku do swojego brata:

-No, już płacz, płacz, żeby mama dała Ci piersi- przemawia czule do niego, choć obudził się radosny, uśmiechnięty.



Prawo rodzica

Właśnie uświadomiłam sobie swój kardynalny błąd. Pisałam już nie raz o prawach dziecka. Obawiam się natomiast, że więcej powinno się pisać o prawach rodziców, zwłaszcza w obecnych czasach.

Czcij ojca swego i matkę swoją, abyś długo żył i aby ci się powodziło- z tego przykazania danego najpierw Izraelowi, a potem chrześcijanom wynika pewne pierwszeństwo rodziców w stosunku do dzieci.

Poznałam niedawno pewną wyjątkową mamę piątki dzieci. Piszę >wyjątkową<, ponieważ jej sposób postępowania wobec dzieci był tak oryginalny, a zarazem ciepły i niewyszukany, że doprawdy można by jej pozazdrościć rodzicielskiej mądrości. Opowiedziała mi o karze, którą wymyśliła dla swojego dziecka zwracającego się do niej niegrzecznie. Żeby zapamiętało, że jako matka jest dla dziecka jak królowa  zadała mu, by do końca dnia zwracał się do niej „Wasza wysokość”. Radości przy tej „karze” było co nie miara, ale czy przez to ta ważna lekcja nie zostanie lepiej zapamiętana?

Czytam o Szwecji czasem, tamtejszym prawie i za każdym razem przecieram oczy ze zdumienia. Tam bożkiem uczyniono właśnie prawa dziecka, natomiast prawa rodziców do wychowania dzieci systematycznie się niszczy. Skutki są opłakane: rodziny w rozkładzie, dzieci oddawane z błahych powodów do domów dziecka, rodzin zastępczych, np. z powodu krzyku rodzica.

Niestety w Polsce nie tak dawno również te prawo ograniczono powiększając zakres odpowiedzialności pracowników socjalnych. Czy oni będą bardziej kochali te dzieci? Wątpię szczerze.



Opowiem kawał, może ktoś zrozumie

Zanim podzielę się z Wami znakomitym poważnym kawałem, najpierw kawałek z życia wzięty.

Założyłam mianowicie mojej 5-letniej latorośli anegdotnik zatytułowany „Tosia powiedziała…” Córka moja bowiem przeżywa cudny rozkwit jako mówca (mówczyni?). Dzisiejsze trafne jej spostrzeżenie dotyczyło 7-miesięcznego rozkosznego bobasa, zwanego niekiedy jej bratem:

-Ignaś jest jak czarownica, bo ma jeden ząb.

Jedno zdanie, a ilekroć mi się przypomni rozciąga mi usta w kierunku usznym.

No to jeszcze kawał:

Sobota wieczór. Dzwoni telefon w domu hydraulika.

– Dobry wieczór. Mówi Kowalski. Pana lekarz domowy. Pan przyjdzie do mnie pilnie, bo toaleta mi się zapchała.

– Ale Panie Doktorze! Jest sobota wieczór. Jestem w garniturze i lakierkach i zaraz na randkę wychodzę.

– Proszę Pana. Jak Pan ma problemy ze zdrowiem to ja przychodzę o każdej porze. Dnia i nocy.

– No dobrze. Za chwilę będę.

Po piętnastu minutach hydraulik puka do mieszkania lekarza. Faktycznie ubrany w garnitur i lakierki. Lekarz prowadzi go do toalety. Pokazuje zapchaną muszlę. Hydraulik zagląda do środka. Cmoka. Wyjmuje z kieszeni jakieś tabletki. Wsypuje do muszli i mówi.

– Dobra, a teraz niech pan muszlę obserwuje przez dwa dni. Jak nie będzie poprawy – to Pan do mnie zadzwoni w poniedziałek.

🙂

-A wiecie czym się różni lekarz od Pana Boga?

-?

-Pan Bóg wie, że nie jest lekarzem.

🙂

Mój szanowny małżonek taki kawał z brodą opowiedział dziś przez telefon znajomemu lekarzowi:

Pacjent puka do drzwi.

-Pan doktor przyjmuje?- pyta zajrzawszy do gabinetu.

-Nie odmawia.



Bo się przyzwyczai…

Dzwoni do mnie mama kilkudniowego maleństwa, że dziecko nocą niemożliwie często i długo ssie. Pogratulowałam wytrwania i zachęciłam do kontynuowania karmienia dziecka według jego potrzeby. Gratulacje tym bardziej poważne, że wymagało to od tej konkretnie mamy, by siedziała w nocy wiele godzin w fotelu i karmiła (miała do spania tylko karimatę- szpital dziecięcy).

Gdyby była w domu lub na położnictwie z dzieckiem najlepszym rozwiązaniem byłoby po prostu spanie z własnym dzieckiem we własnym (lub szpitalnym) łóżku. Tak też poradziłam jej, by robiła po powrocie do domu. Tu jednak ta mama wyraziła otwarcie swoją obawę, żeby dziecko nie przyzwyczaiło się, ponieważ chciałaby mieć własne łóżko do dyspozycji swojej i męża. Wyraziłam jej wówczas moje zdanie, że ten maluszek już od dawna jest nauczony spania razem z nią i jej mężem, ponieważ ani razu nie udało jej się podczas minionych 9 miesięcy odłożyć dziecka do łóżeczka.

Jest wiele plusów takiego rozwiązania:

  • dziecko ma stabilniejszy oddech i pracę serca;
  • „nie zapomina” o karmieniach czując obok mamę, a więc lepiej przybiera na wadze (wyższy poziom prolaktyny- hormonu mlecznego w nocy);
  • mama jest bardziej wyspana, ponieważ nie musi wstawać do dziecka (kto lubi chodzić po mieszkaniu wyrwany ze snu w nocy?); nie musi czuwać, kiedy to dziecko zaśnie, żeby je wreszcie odłożyć do łóżeczka- może spokojnie zasypiać razem z nim przy piersi;
  • bliskość- dziecko jest jej nauczone od początku będąc noszone podczas stanu błogosławionego, jest to jego żywotna potrzeba niemniej istotna niż potrzeby fizyczne; bez niej tak maleńkie dziecko czuje się opuszczone, ponieważ nie ma jeszcze pamięci długotrwałej.

Karmienie piersią nie raz wymaga od mamy wzięcia swojego krzyża, nie jest nieraz lekkie, łatwe i przyjemne- a do takich wyłącznie wyborów zachęca nas współczesna kultura. Ktoś może powie, żebym nie bredziła o krzyżu, bo są tu w przestrzeni wirtualnej i niewierzący. Jednak i niewierzący od problemu cierpienia nie uciekną. Nawet jeśli matka zrezygnuje z karmienia, bo zbyt trudne, zbyt niewygodne, za dużo cierpienia jej to przynosi, to sama rezygnując z cierpienia obdzieli nim sowicie własne dziecko. Karmione butelką maluchy częściej chorują na różnego rodzaju choroby, w dorosłości bardziej mogą być narażone na niektóre choroby cywilizacyjne, jak cukrzyca, otyłość.

Pa dyrektor szpitala też obficie dzieli się krzyżem z matkami towarzyszącymi swoim dzieciom w szpitalach. Inwestując w skórzane meble wypoczynkowe we własnym gabinecie, oczywiście nie będzie miał funduszy na łóżka dla osób towarzyszących chorym dzieciom. No, ale przynajmniej będzie widać, kto tu jest panem, a kto tu ma słuchać śpiąc na podłodze.



Jesienniejemy…

Zaobserwowałam na swoim podwórku co najmniej dwa typy zjadaczy:

  • zjadacz konserwatywny– najchętniej zjadałby to, co znane już, typowe, ulubione; nie jest fanem eksperymentów kulinarnych; zjadacz konserwatywny trzyma się przepisów ściśle i metodycznie, uważając odstępstwa za dyshonor;
  • zjadacz entuzjastyczny: inwestuje swój czas, ew. nawet pieniądze, a na pewno pomysłowość w nowości kulinarne; skoro można do jakiegoś dania sypnąć płatki owsiane, to zawsze można spróbować, czy ziarna słonecznika również etc.; skoro można skosztować ośmiornicy, to czemu by się na to nie odważyć- zawsze to jakieś nowe inspirujące doświadczenie, bo można się zastanowić, czy macki są jadalne, czy inni członkowie rodziny też podzielą entuzjazm zjadania głowonoga; zjadacz entuzjastyczny niekoniecznie zjada wielkie ilości nowych bądź ulepszonych potraw, ale przystępuje do konsumpcji z wigorem i zainteresowaniem. Czasami tylko skubnie albo wypluje z odrazą, ale jeśli nie jest zniechęcany, zmuszany do prób, to inne „razy” również będą interesujące.

Wszystkie małe dzieci są zjadaczami entuzjastycznymi dopóki rodzice, dziadkowie, opiekunowie nie zniechęcą w ten lub inny sposób młodej osoby.

Sposobów zniechęcania do jedzenia jest bowiem ilość ogromna:

  • wkładanie jedzenia do buzi dziecka, wyręczanie go w obsłudze własnego talerza, łyżeczki; warto zwrócić uwagę, że już półroczna osoba chwyta we własne paluszki z zainteresowaniem jadło, obraca nim, wkłada je sobie do paszczy w celach poznawczych (niekoniecznie konsumpcyjnych); poznaje dzięki temu różną strukturę jedzenia, różne smaki, twardość-miękkość, różne właściwości produktów i może to być dla dziecka źródłem fascynacji; wyręczając malca we wkładaniu pożywienia do jego jamy ustnej robimy niedźwiedzią przysługę; to paluszki i usta dziecka mają się bowiem uczyć, co da się bezpiecznie zjeść, skosztować; to dziąsła, zęby, podniebienie i język muszą mieć wystarczającą ilość czasu na poznanie, ew. rozdrobnienie pokarmu do takiej formy, którą bezpiecznie można by połknąć; gdy dziecko samo podnosi kawałek jedzenia: najpierw je poznaje, a dopiero potem decyduje o zjedzeniu bądź niezjedzeniu i jest to bardzo ważne dla jego rozwoju; właściwie to nasza kultura jest w tym karmieniu wyjątkowo nielogiczna: najpierw karmimy dziecko, gdy ono jest tak bardzo chętne, by samo sobie transportować rączką jedzenie do paszczy aż do chwili, gdy nabywa ono przekonania, że karmienie go to rola i interes rodzica, nie zaś jego samego; potem zaś oduczamy dziecko tego procederu; roczny maluch zazwyczaj może też skutecznie korzystać z wynalazku zwanego łyżeczką, choć jest przy tym marnotrawny;
  • zabawianie podczas jedzenia; znam mamę, która nawet twierdziła, że musi z dzieckiem jeździć autobusem komunikacji miejskiej, bo wtedy dopiero udaje jej się solidnie załadować małą paszczę; jest to tzw. stawanie na głowie podczas konsumpcji pociechy: włączanie mu TV, czytanie bajek, śpiewanie; generalnie uczenie nieświadomego żywienia: bo coś tam jest transportowane do buzi, ale nie wiadomo co, bo umysł dziecka krąży wokół postaci z bajek, akcji filmu, interesującym pasażerom miejskiej komunikacji; tego typu karmienie uczy przede wszystkim podjadania, ale nie jedzenia; podjadania w trakcie oglądania, czytania, grania, ale nie uczy jedzenia podczas posiłku;
  • zmuszanie do jedzenia– już powyższy sposób jest zakamuflowanym sposobem zmuszania do jedzenia, ponieważ wykorzystuje się tu nieuwagę dziecka; zaczyna się jednak od mniejszych rzeczy: karmienie dziecka pomimo braku jego zainteresowania  jedzeniem, odwracania głowy, wypluwania; młoda osoba karmiona przez rodzica potrafi niekiedy wymiotować, żeby dobitniej pokazać swój stosunek do określonej potrawy; proszę mnie dobrze zrozumieć: wcale nie jestem miłośniczką karmienia dziecka wyłącznie serkami Danone tylko z tego powodu, że dziecko chce je wyłącznie zjadać; wręcz przeciwnie: podajemy urozmaicone pożywienie, wracamy do różnych smaków; młoda osoba niekiedy potrzebuje kilkunastu bądź więcej prób z danym smakiem, żeby go zaakceptowała;
  • nagradzanie za jedzenie– ten sposób skutecznie potrafi odebrać apetyt, ponieważ utrudnia dotarcie do zwykłej prawdy, że to samo jedzenie jest swoistym wzmocnieniem, czynnością życiową, która pomaga zachować życie i zdrowie; nagroda, np. zabawka lub cukierek skutecznie potrafi zaciemnić tę prawdę, przenosi bowiem akcent z samego jedzenia na nagrodę; jedzenie staje się więc przeszkodą bądź etapem, by coś wartościowego uzyskać; samo jakby w ten sposób traciło na wartości.

 

To, że pomimo tych powszechnie stosowanych metod zniechęcających do radosnej konsumpcji, dzieci dalej pozostają pospolitymi zjadaczami świadczy o sile instynktu samozachowawczego. Choć niewątpliwie pozostaje on mocno nadwątlony: wystarczy popatrzeć na te wszystkie dzieci spożywające kilka paczek chipsów dziennie, batoniki i czekoladowe rogaliki na drugie śniadanie, obiady i kolacje.

Mamy więc do wyboru co do jesiennego jedzenia:

-kolorowo, radośnie, rozmaicie;

-bądź jak staruszkowie: pod przymusem, zniechęceni, wybierając pokarmy skutecznie przybliżające jesień życia.

O żywieniu dzieci polecam „Bobas lubi wybór”- książka terapeutycznie działająca też na nasze myślenie, własne przeżycia związane z tą sferą.

No i jesienniejemy, bo ogarnia nas ta wyjątkowa pora roku swoim wrzeniem barw, temperaturą, niespodziankami przyrody. Wchodząc w tryb pośpiechu, zawożenia-odwożenia do szkół, przedszkoli można się po niej prześlizgnąć nie zauważywszy całego piękna, którym dzieli się z nami przyroda o tej porze roku. Dzieci nas tu uczą zatrzymania się i pochylenia nad jednym listkiem, który za to potrafi obdarzyć nas całą plejadą kolorów.



Przychodzi baba do lekarza…

Przychodzi baba do lekarza z dzieckiem i zadaje niewygodne pytania:

-A co to za maść, którą pani doktor przepisuje?

-Taka przeciwświądowa. Tak dokładnie to nie wiem, ale już szukam… (tu następują poszukiwania w „magicznej” książeczce) Nie ma jej tu (książeczka idzie w odstawkę), ale chodzi o to, żeby nie swędziało.

Baba jak to baba, znajduje sobie jednak bez pomocy we własnej magicznej książeczce, tudzież internecie, co to za dziwo, które się przepisuje dziecku, a nie wie się, co się przepisuje.

-Mamo, ale to ty jesteś moją lekarką, bo to ty mnie leczysz. Pani doktor tylko przepisuje leki.

-Hm…- nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, ale coś w tym jest. Bo skoro lekarz sam nie wie, co aplikuje pacjentowi, to właściwie, czy wie, co robi i czym się zajmuje. Jednak dziecko myśli i zauważa, wysnuwa wnioski, przy których i baba się zastanawia, czy niedouczony lekarz rodzinny czasem nie staje się głównie przepisywaczem leków.

Kolejna odsłona dramatu (odmiana: komedia z czarnym humorem), tym razem z innym dzieckiem. Znowu ta sama baba włazi do gabinetu, bo dziecko jej fiknęło. Klasycznie zrobiło się blade jak trup i padło tracąc przytomność. No więc badamy to i owo, skierowania etc. Na  miejscu sprawdzany jest poziom cukru przez pielęgniarkę, żeby też wykluczyć cukrzycę. Na zakończenie badania pani doktor podaje dzieciom bez zmrużenia okiem lizaki z reklamą niewiadomego leku. Babie szczęka opada, ale dzielna jest, trzyma się jakby nigdy nic. W duchu jednak klnie szpetnie „o, psia kostka, ale schizofrenia!” No bo tak: szukamy, czy przypadkiem dziecko nie ma cukrzycy i z tego powodu nie zemdlało, a potem obdarowujemy je lizaczkami, co to doskonale zwiększają podatność na ową.

To tak jak w klasycznej szkole. Na lekcji o zdrowym odżywianiu. Na przerwie ta sama pani nauczycielka będzie sprzedawać chipsy i oranżadę albo pouczać o obsłudze automatów z pysznym jedzonkiem, ale za to jakże niezdrowym.

Właściwie przedstawiciele handlowi w firmach farmaceutycznych mają bezpłatnych pracowników- lekarzy. Wystarczy obdarować ich naklejeczkami, lizaczkami, broszurkami, a ci posłusznie rozprowadzają to całe dziadostwo nie tyle służące zdrowiu kogokolwiek, ale rozreklamowaniu produktów, zyskom firm. No i w ten sposób szerzą w udany sposób lekomanię. W sumie nie dziwię się, dzięki temu będą mieli wielu pacjentów skarżących się na wątrobę, trzustkę, nerki, itp., a więc zapewnioną pracę.

No i po co ta baba przychodzi do lekarza? Siedziałaby lepiej w domu, a nie szukała dziury w całym.