|
|
|
Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’
30 wrzesień
-Tosiu, dlaczego pani przedszkolanka się na ciebie skarżyła?
-Bo jest skarżypytą!
Zadziwiająca jest logika dzieci i niekiedy rozbrajająca.
Czy nie ma w tym cienia prawdy? Gdy dzieci zostaną w przedszkolu lub szkole i zachowują się ewidentnie nieprawidłowo, agresywnie, łamią zasady itd.- od razu rodzic otrzymuje na ten temat informację. Natomiast gdy dziecko przez wiele miesięcy zachowuje się spokojnie, dobrze się adaptuje i współżyje zgodnie z grupą, to przez długi czas można na ten temat nie otrzymać żadnych informacji. Ale taka łatwość zwracania uwagi na negatywne aspekty zachowania dziecka nie tylko tkwi w pedagogach szkolnych czy przedszkolnych. Czy nie odkrywamy też jej w sobie samych? Czy zwracanie uwagi na negatywy nie jest w jakiś sposób łatwiejsza?
I to począwszy od kołyski? Niemowlę spokojne, dużo i łatwo śpiące, prawidłowo się najadające, pogodne, niezbyt absorbujące sprawia, że zaczynamy to traktować jako oczywistość, ewentualnie powód do chwalenia się oraz do tego, żeby się nim nie zajmować, zostawić samo w łóżeczku. Dziecko płaczliwe, marudne, prężące się, z trudnościami to prawdziwy dopust Boży. Od razu wchodzi w grę częstsze noszenie, częstsze karmienie, masowanie, żeby tylko uniknąć scen płaczu, zanoszenia się.
A czy nie powinno być inaczej? Czy nie powinniśmy zwracać uwagi najpierw i bardziej na pozytywne cechy dziecka?
Pierwsze trzy miesiące życia dziecka uznawane są za tzw. czwarty trymestr ciąży. Oznacza to, że funkcjonowanie dziecka jest dość podobne do okresu sprzed narodzin, okresu płodowego. Dziecko potrafi przesypiać większą część doby równocześnie potrzebując i aktywnie domagając się nieustannej obecności matki poprzez: karmienie, noszenie, podnoszenie, tulenie. Przed narodzinami dziecko doznaje tej bliskości, karmienia przez 24 godziny na dobę.
I sztuką jest właśnie zaspokajanie potrzeb dziecka zanim zacznie rozpaczać, że jego potrzeby są niezaspokojone. Coraz więcej mam, a także ojców zaczyna więcej nosić swoje dziecko nie czekając aż się rozwiną objawy kolki, a po to, by dostarczyć dziecku potrzebnej do rozwoju stymulacji, ale też bliskości. Wykorzystują do tego różnego rodzaju chusty, nosidełka czy najpopularniej własne ręce. Wówczas nie ma miejsca na etykietowanie dziecka jako „niegrzeczne”, a rodzi się pewny rodzaj odczytywania wzajemnych reakcji i odczytywania ich sensów.
I jakie to ma odniesienie do życia „niegrzecznego” przedszkolaka? Może takie, że na dobre zachowanie również najlepiej inwestować zanim pojawią się liczne negatywne cechy. W jaki sposób? Przez zwracanie uwagi na pozytywne cechy, zachowania dziecka i konkretne ich nazwanie oraz rozwijanie, przez zaplanowanie czasu dzieci tak, by nie doszło do zjawiska przestymulowania, o co wcale nietrudno w przedszkolu. Zaprzyjaźniona doświadczona mama twierdzi, że jej dzieci najbardziej rozrabiają, gdy się nudzą. Ja ze swojej strony dodałabym, że również wtedy, gdy nie umieją się wyciszyć, w porę skończyć zabawy, by odpocząć.
Czy więc martwić się, że dziecko niegrzeczne? Niekoniecznie. Można to również potraktować jako wołanie dziecka o to, żeby mu pomóc: znaleźć inne bardziej akceptowalne sposoby zachowania, nauczyć się znajdować lepsze granice między zabawą a odpoczynkiem itd.
Często okazuje się, że największe problemy mają nie te dzieci odbierane jako „niegrzeczne”, ale te „niewidzialne”, tak zamknięte w sobie, że nie umiejące upomnieć się o pomoc, tak ciche, że aż niemal nieobecne.
Czy więc przedszkolanka żaląca się na złe zachowanie dziecka jest skarżypytą? Niekoniecznie. Jest zazwyczaj zatroskaną, ale też zmęczoną czy zniecierpliwioną wychowawczynią, tak jak i my rodzice czasem bywamy.
26 wrzesień
Życie mnie ostatnio tak pochłonęło, że jego drobne reminiscencje w postaci pisania ledwie dochodziły do głosu i to niezbyt często. Sama potrzebując wsparcia innych wiele w ostatnim czasie, póki jeszcze tego nie „przetrawiłam”, nie potrafiłam się nim dzielić dalej. Tyle o mojej abstynencji blogowej.
Czasami każdemu z rodziców zdarza się dogadywać z dziećmi „pod górkę”, mieć trudniejszy okres w życiu, w pracy, w obowiązkach. Tak jakbyśmy zaczynali funkcjonować za jakąś zasłoną, oddzielającą nas od siebie.
I przychodzą do mnie słowa naszego ś.p. papieża Jana Pawła II: „Nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa”. Czyli nie można zrozumieć siebie samej bez Chrystusa, swojego męża bez Chrystusa. Nie można zrozumieć też swojego dziecka bez Chrystusa. W tych „łatwych” okresach naszego życia właściwe wydaje nam się, że sami sobie świetnie radzimy, że Szefa przez duże S nie potrzebujemy, że wystarcza nam nasza mała stabilizacja, sprawdzone sposoby, metody wychowawcze. Ale każdemu człowiekowi w końcu prędzej czy później otwierają się oczy, że jesteśmy bardzo ograniczeni, nasze życie jest ograniczone, zdolności, możliwości, zdrowie itd.
Te trudne okresy są więc na wagę złota, bo pozwalają zdać sobie sprawę, że nie przeżyjemy naszego macierzyństwa w pełni nie zapraszając do niego Tego, od którego je otrzymałyśmy.
Dzisiaj proboszcz w kazaniu dla dzieci zwrócił im uwagę, pokazując kromkę chleba, że takie miękkie świeże i wrażliwe powinno być nasze serce jak ten chleb. Moja refleksja idąca za tym: też nasze serce rodzicielskie dla dzieci, które przychodzą do nas na chwilę i odchodzą…
22 wrzesień
O ile w pewnym stopniu zaczęło się odchodzić od typowo betonowego położnictwa (zabieranie dziecka od matki, 1 i 2 faza porodu w pozycji leżącej itd.), to tego typu „betonowe” postępowanie, zimny chów ma się dobrze w innych sferach życia.
Przykład z przedszkola. 2,5-letni Michaś (przykładowy) co dzień płacze przy rozstaniu ewidentnie nie będąc do tego dojrzałym emocjonalnie, potem na sali kontynuuje swój koncert łez. Pomimo że ten typ przedszkola w swoich założeniach zachęca, by stopniowo wprowadzać dzieci w życie przedszkolne towarzysząc im tak długo jak długo tego będą potrzebować. Mama jest jednak uparta: zostawia dziecko w miejscu, w którym najwyraźniej nie czuje się ono jeszcze ani dobrze, ani znajomo, ani tym bardziej pewnie. Dziecko też jest uparte- przez miesiąc wzywa swoją mamę płaczem na pomoc. Ale w końcu maluch rezygnuje- w swojej bezradności przestaje liczyć na wsparcie własnej mamy w trudnym dla siebie okresie i miejscu. Pozostaje tylko więcej apatii początkowo, więcej chorób. Przez pozostałe miesiące tego roku Michałek sprawia się dzielnie. Wydawałoby się, że ta cała sytuacja już dawno za nim, ale…
Rok następny. Mama znowu pewna swego zaprowadza synka do przedszkola oczekując, że tym razem będzie już „zahartowany”, a tu guzik z pętelką. Michaś znowu płacze, nie chce się rozstawać, przywiera do swojej mamy jak rzep błagając ją bezsłownie i słownie o więcej poczucia bezpieczeństwa, o wsparcie w tej sytuacji przedszkolnej, o oswojenie wraz z nim tego miejsca i grupy. Dziecko powtarza ubiegłoroczną traumę, choć już bardziej zrezygnowane, trwa to krócej. Pewnie też nieco bardziej dojrzałe- łatwiej mu się nieco przystosować. Jego zestresowane ciało zna też nieświadomie „fortele”, by wyjść z trudnej sytuacji. Wystarczy np. zachorować, by mama nie wysyłała do przedszkola, by można z nią zostać w domu.
Znany stereotyp myślowy głosi, że im później dziecko wysyła się do przedszkola/szkoły, tym trudniej oswoić mu tą sytuację, zaakceptować ją. Jest to błąd myślowy, który nie bierze pod uwagę tego, że wraz z wiekiem dziecka zwiększa się też jego dojrzałość, a wraz z nią zdolność radzenia sobie w nowych sytuacjach społecznych, zdolności poznawcze itp. Starsze więc dziecko, które wcale nie chodziło do przedszkola, ale o którego dojrzałość również emocjonalną dbali rodzice, może sobie łatwiej poradzić z wejściem w społeczność klasową niż dziecko, które było zmuszane od początku do samodzielnego zostawania w przedszkolu i odreagowywało to na różny sposób.
Drugi mit: zostawiaj od razu w przedszkolu dziecko samo, ponieważ tym bardziej będzie się trzymać Twojej spódnicy, tym bardziej przyzwyczai się do Twojej obecności. Nieprawda! Zainwestowanie własnego czasu, własnego wysiłku we wspieraniu dziecka w przedszkolnych początkach sprawia, że czuje się tam ono lepiej, pewniej, śmielej, co przynosi długofalowe korzyści. Potem gładko spokojnie wchodzi w kolejne lata przedszkola bądź szkolne, łatwiej się adaptuje.
Są oczywiście sytuacje i przedszkola, gdzie nie dopuszcza się rodziców do wspierania preferując szybkie zamykanie za nimi drzwi, wypraszanie ich. Są sytuacje, kiedy nie możemy zrezygnować z pracy.
Jednak gdy tylko jest to możliwe warto wypracowywać z dzieckiem spokojne podejście do zostawania pod opieką innych osób, do nowych miejsc i osób. Te z nas, które są nieśmiałe też przeżywają większe onieśmielenie wśród nowych osób i szczególnie sobie cenią w takiej sytuacji obecność znajomej osoby. Czy więc powinniśmy dziwić się dzieciom, że dopóki nie przekonają się, że trafiły w miejsce bezpieczne, pod opiekę zaufanej dobrej opiekunki wolą liczyć na nasze wsparcie i obecność?
15 wrzesień
To działo się w Lublinie, ale to się zdarza wszędzie niestety.
Dzięki, Basiu, że podjęłaś się tego. Sprawa poronienia ciągle wybrzmiewa na nowo, bo zbyt wiele dzieci umiera…
„Pytając o Boga” cz.1
„Pytając o Boga” cz.2
31 sierpień
Jestem myślami przy małej Amelce chorej na ostrą białaczkę:
Pomóż Amelce
Gdy czytam kronikę pisaną przez jej mamę, uderza mnie jedna myśl:
jak cenny jest każdy uśmiech dziecka! Jak łatwo o tym zapomnieć, gdy dziecko jest zdrowe rozbrykane i tryskające radością!
31 sierpień
Zachęcam do obejrzenia. Miałam w tym programie swój malutki wkład. Ten akurat odcinek 6 września o godzinie 12.20 jest poświęcony poronieniu. Jeden dzień z życia Basi, Wojtka i Jaromirka. Spotkania w rodzinie, z przyjaciółmi, z grupą wsparcia, którą Basia założyła itd. I dużo, dużo rozmów o dzieciach utraconych. Zwiastun poniedziałkowego programu:
Pytając o Boga
I jeszcze w tym temacie wywiad z moją drogą Moniką Staszewską i księdzem Kieniewiczem:
Zmarłych pochować, żywych bronić
31 sierpień
Zastanawiając się nad powodzeniem przedszkoli i innych instytucji pedagogicznych prowadzonych przez siostry zakonne, doszłam do kilku wniosków. Jeden z nich wypłynął i powrócił z nową siłą, gdy przyjaciele zaprosili nas na Mszę Świętą w kościele, w którym modlą się siostry z kontemplacyjnego zakonu. Wyszliśmy stamtąd pod wrażeniem ogromnego skupienia, ciszy i pokoju, jaki udzielał się nie tylko dorosłym, ale i dzieciom zwykle żywiołowym i rozbieganym.
W przedszkolach prowadzonych przez siostry widzę podobny rys. Często cisza, skupienie modlitewne towarzyszące życiu sióstr również otula ich podopiecznych. I o ile znajome przedszkolanki-nie-siostry czasami mówią, że krzyk to jedyna metoda na niektóre dzieci, nie widać tej samej tendencji, by siostry opiekujące się dziećmi również brały sobie krzyk jako metodę pracy „w trudniejszych przypadkach”.
Każdy chyba rodzic zwłaszcza starszego dziecka wie, jak trudno nie odpowiedzieć dziecku krzykiem na krzyk, złością na złość. W postępowaniu sióstr widzę specjalny wysiłek, by właśnie tym rozkrzyczanym dzieciom nie oddawać krzykiem za krzyk, złością za złość, złem za zło, ale wymagać od siebie odpowiadania ściszaniem własnego głosu, spokojną cierpliwością lub spokojną stanowczością, gdy dziecko napada własnym krzykiem.
Nie jest to, co prawda jakaś reguła i rys obowiązkowy, ale tą pracę nad sobą, nad wyciszaniem własnego wnętrza odczuwa się w postępowaniu z dziećmi. Rodzice zresztą doceniają ten szczególny sposób postępowania sióstr i wiele tego typu przedszkoli jest oblężonych.
Jednak tak naprawdę takie postępowanie nie jest zastrzeżone tylko dla sióstr. Czy każdy rodzic- chrześcijanin nie jest zobowiązany do pracy nad sobą, by oddawać swoje wnętrze Bogu, by mógł ukołysać naszą duszę jak niemowlę w swych ramionach, by zaprowadzał w nas pokój?
Przychodzi też na myśl czysto ludzki punkt widzenia. Czym dla młodego człowieka jest krzyk osoby kilkakrotnie większej od niej, znaczącej życiowo? Czy nie doświadcza przy tym przerażenia i nieprzezwyciężonego lęku?
Nie sądzę jednak, by można było wprowadzać prawny zakaz krzyczenia na dzieci, podobnie jak bzdurą jest wprowadzenie obecnego zakazu dawania klapsów. Człowiek jest słaby, są sytuacje w życiu każdego człowieka, gdy niezależnie od swojej chęci, woli postępuje nierozsądnie. Mądrzy ludzie wręcz mawiają, że rodzicielstwo jest sumą popełnionych błędów. Są też dość rzadkie życiowe sytuacje, gdy krzyk jest adekwatny do sytuacji, jest ostrzeżeniem, wyrazem troski, bólu, poczucia nie/sprawiedliwości. Ważne by nie stał się stałym sposobem postępowania czy „metodą” radzenia sobie z własną bezradnością.
Taka refleksja w trudnym dla mnie czasie, gdy właściwie o zdenerwowanie mi łatwiej niż spokój.
„Nie odpłacaj zło za złem, ale zło dobrem zwyciężaj”. Biblia wciąż żywa i skuteczna.
19 sierpień
- Jeśli matka i ojciec od poczęcia troszczą się o własne dziecko, otaczają miłością,
- Jeśli po urodzeniu opiekują się nim 24 godziny na dobę,
- Jeśli przyglądają mu się uważnie, odpowiadają na płacze, krzyki, jęki, westchnienia,
- Jeśli rozumieją pierwsze słowa, powodzenia i niepowodzenia,
to kto zna dziecko lepiej niż oni sami? Jeśli rodzice zapracowali swoim poświęconym czasem na znajomość własnego dziecka, to kto może powiedzieć, że umie lepiej wychować to dziecko niż oni sami? Niestety ale nasze państwo w swojej inicjatywie ustawodawczej posunęło się tak daleko, że uważa, że ono samo ze swoimi urzędnikami, pracownikami socjalnymi umie lepiej wychowywać dzieci, że może dawać wszystkim rodzicom recepty na „idealne” wychowanie. Podczas gdy każdy rozsądny człowiek zdaje sobie sprawę, że takiej idealnej recepty po prostu nie ma. Każdy musi odnaleźć własną receptę dla konkretnego dziecka poprzez cierpliwą, wymagającą, odpowiedzialną miłość.
Z pewną ciekawością wracam ciągle do książek Korczaka. I cóż tam można wyczytać? Otóż i Stary Doktor przyznaje się, że i nie raz zagniewał się na dziecko niesprawiedliwie. A cóż my zwyczajni nieobdarzeni aż takim nieprzeciętnym umysłem rodzice?
Zaakceptowana niedawno przez Parlament Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie jest próbą takiego ustawiania rodziców jako ignorantów w dziedzinie wychowania ich własnych dzieci. Bo tak czy inaczej urzędnikowi nadaje ona prawo decydowania, czy rodzic słusznie czy niesłusznie krytykuje własne dziecko, czy ma prawo karać go w dany sposób czy też nie. Zamiast stworzyć szersze przestrzenie dla tworzenia ośrodków pomocy rodzinie, przeciwdziałania alkoholizmowi, woli postawić się w roli Eksperta od Rodziny. Stąd już niedaleko do Orwellowskiej wizji:
Ministerstwa miłości
Nie jestem za tym specjalnie, by karać dzieci klapsami, bo to wyraz raczej bezradności rodziców w większości przypadków, ale równocześnie nie jestem skłonna, by rodziców dających klapsy traktować jak przestępców.
Nasze dzieci potrzebują zarówno pochwał, jak i krytyki czy kar. Zaryzykowałabym też twierdzenie, że dzieci wręcz wolą być krytykowane czy nawet ukarane niż pomijane, niż spotykać się ze strony rodziców z obojętnością.
Co prawda mądry rodzic stara się więcej chwalić, pozytywnie komunikować niż karać, ale jednak i karania nie można się bać stosować w sensowny sposób. W ostatnim czasie intensywnie myślę o matce księdza Jerzego Popiełuszki, która otwarcie przyznawała, że wychowywała syna surowo. Wydaje mi się, że w obecnym czasie mamy tendencję, by wychowywać jednak zbyt gładko, przyjemnie i niewymagająco- i na efekty przyjdzie nam jeszcze czekać. Stąd nie możemy z góry patrzeć na minione pokolenia, metody wychowawcze przez nie stosowane, bo sami nie odkryliśmy jeszcze żadnej idealnej metody.
Ciąg dalszy dyskusji odkryłam dzisiaj:
Klapsy i podatki?
Pozostaje mi mieć nadzieję, że ustawa jednak zostanie odrzucona przez Trybunał Konstytucyjny. A pracownicy socjalni będą mogli się skupić na patologicznych układach, sytuacjach, rzeczywistej przemocy, a nie donosach sąsiadów i zawracaniem głowy zwykłym rodzicom. Może wtedy zauważą też, że tam jest więcej patologii, gdzie rodzina jest rozbita lub jej wcale nie ma, a są związki-na-próbę.
Za zwrócenie na to uwagi atakowały mnie ostatnio dziewczyny same pozostające w tego typu związkach konkubenckich, że rzeczywistość zakłamuję nie widząc, że i w rodzinach bywa patologia i przemoc. Cóż, statystyka zdaje się w lepszym świetle przedstawiać stabilne rodziny, bo mniej w nich przemocy, jednak wyrocznią ona nie jest, a tylko pokazuje pewne średnie, krzywe Gaussa itp. Statystyka jest tak prawdziwa jak to, że chłop prowadzący krowę przez most mają średnio po 3 nogi. Tak więc rzeczywistość jest bardziej złożona niż statystyka, ale ogólny obraz wyłaniający się ze statystyk myślącemu człowiekowi krzywdy nie robi.
13 sierpień
Przyrząd zwany ultrasonografem (w skrócie USG zwany) zrobił ogromną karierę. Lekarze czasem z nonszalancką pewnością informują na jego podstawie nie tylko o stanie zdrowia, ale i o płci dziecka.
Małżeństwo oczekuje narodzin dzieciątka. Starsze dziecko to synek. O tym młodszym dziecku w drodze dowiadują się na badaniu USG, że jest dziewczynką. Różowe sukieneczki i słodkie śpioszki są zakupione. Piękne imię dziewczęce też wybrane. Dziecko jeszcze ciche pod sercem, a rodzice do niego zwracają się po imieniu: „Michalink0!” Pięknie, osobowo rozwija się ta relacja.
Tyle że zgrzyt następuje w momencie porodu. Bo rodzi się chłopczyk. Będzie więc Michał, a nie Michalinka. Jednak przyzwyczajenie 5 miesięcy do mówienia „Michalinka” zostaje. Rodzice mówią dalej „Michalinka” do półtorarocznego dziecka, czasem Michał. Osoba z zewnątrz już głupieje, bo w końcu nie wie, czy ma do czynienia z dziewczynką czy chłopcem. Jak się zwracać do tego dziecka, skoro sami rodzice raz używają formy żeńskiej, a raz męskiej.
Czy lekarz uczynił przysługę tym rodzicom? Tak, niedźwiedzią. Ten kij ma dwa końce. I to nie jest odosobniony przypadek. Znamy też Piotrusia, co w różowych śpioszkach spał, bo też „miał być dziewczynką”. Na sali porodowej, na położnictwie rodzice często nie mogą się otrząsnąć ze zdumienia nad pomyłką lekarza. A czy należałoby się dziwić tym pomyłkom? Lekarz też człowiek, może się mylić.
Tego typu sytuacje utrudniają dziecku identyfikację z własną płcią, co jest potem bardzo ważne dla normalnego rozwoju jako dziewczyna lub jako chłopak. Co prawda współczesna kultura często stara się zatrzeć różnice między płciami, ich wagę, ale na szczęście zwykli rodzice spostrzegają je nadal. A spostrzegając doceniają najczęściej.
W swej książce „Prawidła życia” Janusz Korczak cały rozdział poświęca różnicom i podobieństwom między chłopcami i dziewczętami. I generalnie doceniając człowieczeństwo obojga kończy w następujący sposób:
„Zauważyłem, że tylko głupcy chcą, żeby ludzie wszyscy podobni byli do siebie. Kto rozumny, tego cieszy, że są na świecie: dzień i noc, lato i zima, młody i stary, że jest i motyl, i ptak, że są różne kolory kwiatów i oczów ludzkich, że są dziewczęta i chłopcy. Kto nie lubi myśleć, tego niecierpliwi rozmaitość, która zmusza do myślenia.”
Są rodziny, w których jest tylko synek lub tylko córeczka. Są takie, gdzie i syn, i córka przychodzą na świat. Są też rodziny powołane, by być przytulnym miejscem dla gromadki chłopców. Są też tacy małżonkowie, którzy są powołani, by być rodzicami dla swych córeczek.
Dlaczego?
Tajemnica. Niewiadoma, ale też Boży dar. Niespodzianka wykrojona przez Stwórcę na miarę tych konkretnych rodziców.
Czasem ciocie, wujkowie, znajomi zapytają starszego rodzeństwa: „A chciałbyś mieć braciszka czy siostrzyczkę?” „Chciałbym mieć tego, kto tam mieszka już u mamusi w brzuszku”- odpowie już uświadomione starsze dziecko. Ale maluch jest bezbronny wobec takiego pytania. Robi się krzywdę dziecku tak pytając, bo wykształca w nim oczekiwanie tego, co mówi jego chcenie. Tak jak się pyta: „Wolisz gofra czy loda?” Dziecko odpowiada licząc, że dostanie to, o czym mówi.
Warto więc uświadamiać swoje dziecko, jeśli zdoła pojąć, „że to już jest chłopczyk albo dziewczynka, tylko my tego nie wiemy; Pan Bóg zaplanował dla nas kogoś, kto jest nam potrzebny i komu my jesteśmy potrzebni do kochania„.
Nie jestem zwolenniczką tak popularnego dowiadywania się płci podczas badań USG. Lekarz zamiast skupić się na stanie zdrowia rozprasza się sprawami mniejszej wagi na tym etapie życia. Rodzice zamiast z ekscytacją czekać na narodziny czekają na już wiadome, znajome. Czytałam kiedyś o badaniach, które pokazywały korelację (współistnienie):
- znajomości płci i dłuższego parcia (II fazy porodu);
- nieznajomości płci dziecka i krótszej fazy parcia.
Coś w tym jest. Na pewno nie wyczerpuje to bogactwa zjawiska, ale pokazuje, że być może jesteśmy skłonne więcej trudu włożyć w poród, żeby poznać własne dziecko, gdy nie znamy jego płci. Zastanawiające.
Czy płeć dziecka jest ważna? Na pewno nie najważniejsza, ale ma jednak głęboki sens, którego nie trzeba pomijać, żeby dobrze wychowywać młodego człowieka.
10 sierpień
Od kiedy warto kochać dziecko?
- Czy wówczas dopiero, gdy się urodzi i możemy je sami zobaczyć?
- Czy może wtedy, kiedy na obrazie monitora ultrasonografu je zobaczymy i wzruszymy się tym widokiem?
- A może wówczas, kiedy dziecko skończy jakiś etap rozwoju: zarodkowy albo przedszkolny, albo płodowy bądź niemowlęcy?
- Czy wtedy warto kochać dziecko, gdy już jesteśmy spokojniejsi o jego życie i zdrowie, gdy jego wygląd, zachowanie bardziej nam odpowiada?
- A może wtedy dopiero warto kochać swoje dziecko, kiedy udaje nam się ucieszyć z niego?
Niektórzy mówią, że zarodek to jeszcze nie dziecko, ale inni mówią, że pijak/złodziej (itp. etykietki) to też nie człowiek, tylko świnia. Z tymże o ile ci drudzy sobie w jakiejś mierze zasługują na to miano odczłowieczone, o tyle dziecko poczęte w swej bezbronności, kruchości nikogo nie krzywdzi, nie rani, a człowiekiem jest na równi z każdym z nas. Tylko bardziej zależnym, a więc domagającym się tym więcej troski i delikatności.
Dla kochającego rodzica nie jest powodem do wymigiwania się od miłości wiek dziecka ani jego wygląd, ani stan zdrowia, ani własny brak entuzjazmu. To brak miłości sprawia, że w poczętym dziecku nie chcemy widzieć człowieka, zwalniamy się z ludzkiego traktowania własnego dziecka.
„Ukochałem Cię odwieczną miłością”- mówi Pan Bóg poprzez Biblię i zwyczajnie uczy mnie w ten sposób od kiedy warto kochać. Warto kochać od poczęcia, a nawet już wcześniej być otwartym na wymagającą Miłość i uczyć się od niej.
|