Archiwum kategorii ‘Naturalne karmienie piersią’


Nabiał czy dziecko?

Nie ma czegoś takiego jak „uczulenie na mleko matki”.  Owszem dziecko pijące tylko mleko własnej mamy może się uczulić, ale nie na białko swojej mamy, a obcogatunkowe białka występujące w mleku pochodzące z diety matki.

Takim najczęstszym alergenem jest białko krowie, a więc występujący w diecie matki nabiał (czyli mleko i jego przetwory) wraz z wołowiną i cielęciną. Skuteczną pomocą w zwalczeniu objawów takiej alergii będzie wówczas dieta eliminacyjna mamy czyli wykluczenie przez nią z jadłospisu uczulających produktów.

Generalnie z nabiału jest dość trudno zrezygnować, bo jest on dość wszędobylski. Występuje od pieczywa, słodyczy, po wędliny, pasztety, płatki, sałatki itp. Żeby z niego całkowicie zrezygnować trzeba więc czytać wszystkie etykiety uważnie. Ale to jest ta łatwiejsza część rezygnacji. Trudniejsze jest zrezygnowanie z… siebie: swoich przyzwyczajeń, upodobań, smaków.

Czasem może być łatwiej zrezygnować dla uczulonego dziecka, gdy zadamy sobie pytanie: Czy kocham bardziej nabiał czy swoje dziecko? Jeśli maluch jest rzeczywiście uczulony, to rzeczywiście stoimy przed takim wyborem. Najlepsze dla dziecka będzie więc zrezygnowanie przez mamę z nabiału całkowicie. Jednak jeśli matka nie potrafi zrezygnować o wiele lepiej będzie, jeśli będzie karmić dalej dziecko piersią i wyeliminuje choć samo mleko. Jeśli nie potrafi zrezygnować nawet z mleka, o wiele lepiej zazwyczaj będzie, jeśli będzie karmić dalej swoim mlekiem niż podawać mu mieszankę modyfikowaną. Nawet preparaty mlekozastęcze (Bebilon Pepti czy Nutramigen) są przecież zrobione z krowiego mleka.

Mamy rezygnujące z nabiału martwią się czasem niepotrzebnie o wapń, że zabraknie im go, gdy zrezygnują z nabiału, tak obfitego źródła tego pierwiastka. Jednak okazuje się, że jedzenie nabiału nie jest nam potrzebne do zdrowia, wręcz posiada on wapń trudno przyswajalny dla ludzkiego organizmu, nadmiernie go obciążający.

Warto sobie uświadomić, że tak obfita hodowla krów jest jednak wynalazkiem ostatniego czasu. Przez wiele setek, tysięcy lat większość ludzkości z powodzeniem karmiła swoje potomstwo własnym mlekiem nie pijąc równocześnie obcogatunkowego mleka.

Jaki czynnik mleka szczególnie alergizuje? Okazuje się, że jest to beta-laktoglobulina czyli białko, które w ludzkim mleku w ogóle nie występuje.

Jak to się dzieje, że to i inne białka krowie docierają do dziecka? Do końca nie wiadomo tego w gruncie rzeczy. Jednak to, co się dzieje na powierzchni błon śluzowych przewodu pokarmowego matki i dziecka może odgrywać pewną rolę. Jeśli mama lub dziecko mają podrażnione jelita (czyli jak sito) to alergeny będą z łatwością się przedostawać. Od jakiegoś czasu środowisko medyczne przebąkują, że ważna tu jest prawidłowa flora jelitowa. Mamom alergików zaleca się niekiedy w ostatnim trymestrze np. przyjmowanie bakterii kwasu mlekowego. Niestety wiele preparatów aptecznych z Lactobacillus acidopfilus będzie zawierać białka mleka. Warto wiedzieć, że domowym źródłem tej przyjaznej bakterii są ogórki kiszone, kapusta kiszona- „raczej”  bywają bezmleczne.

Są i inne składniki naszej diety, które mogą polepszać pracę przewodu pokarmowego, np. siemię lniane.

Żeby upewnić się, że dziecko ma alergię na białko krowie, wyeliminować je trzeba ze swojej diety na 2-3 tygodnie. Po tym czasie skóra dziecka powinna zacząć się poprawiać, czy zacząć wracać do zdrowia. Chyba że dziecko ma uczulenie na większą liczbę produktów.

Dzieci też „lubią” być uczulone na: cytrusy, kakao, seler, orzechy, ryby, soję. Niestety należy dodać: itd.

Generalnie mamy pochopnie zaczynają podejrzewać alergie pokarmowe. Najpierw należałoby wykluczyć alergię na czynniki zewnętrzne: dziecięce kosmetyki bowiem pełne są chemikaliów. Choćby konserwanty. Pomimo dalszych doniesień o rakotwórczym działaniu np. parabenów dalej są one w dziecięcych kosmetykach (oczywiście nie tylko). Te „lepsze” kosmetyki hipoalergiczne też chemię zawierają: przetworzoną ropę naftową itd.

Co jeszcze należałoby wiedzieć o małym alergiku? Karmi się go wyłącznie piersią do 10-12 miesiąca, a potem najlepiej kontynuować karmienie piersią przynajmniej do 3 roku życia. Mleko matki ma bowiem doskonałe właściwości probiotyczne.



Po 50%

Czasem mamom się wydaje, że karmienie piersią zależy wyłącznie od nich samych. I w związku z tym „jedne z nich mają, a inne nie mają pokarmu”. Tak sądzą i takie głoszą poglądy. Jednak niezdolność do wykarmienia ze strony matki zdarza się niezwykle rzadko- tak jak rzadko kto rodzi się z niesprawną ręką, tak rzadko bywają braki w gruczole piersiowym uniemożliwiające pełne wykarmienia dziecka.

Gdy się dobrze przyjrzeć karmieniu piersią, to jego sukces zależy również od dziecka, jego współpracy, tego, co się dzieje na linii matka-dziecko.

Kiedy dziecko ssie nieefektywnie, może się okazać, że choć mama ma pokarmu w bród, ono się nie najada. W skutek tego jest niedożywione. Tak bywa często w grupie wcześniaków: one po prostu przesypiają swoje karmienia, nie mają jeszcze siły, sprawności. Inne z kolei dzieci mimo że w terminie urodzone mają pewne cechy wcześniacze.

Dlaczego maluch może ssać nieefektywnie?

  • bo jest wcześniaczkiem i interesuje go przede wszystkim spanie; przesypia pory spania bądź jego ssanie jest przede wszystkim nieodżywcze, a więc drzemie sobie z piersią w buzi;
  • bo jest chory i osłabiony;
  • bo jest pod wpływem środków znieczulających branych przez mamę (ten wpływ raczej będzie utrzymywać się krótko: do kilku tygodni góra);
  • bo jest nauczony ssania smoczków, uspokajaczy (również tych reklamowanych jako „niezaburzające ssania piersi”, z powolnym wypływem).

Czy w takiej sytuacji jednak mamy rezygnować z karmienia piersią? Nie ma takiej potrzeby, choć priorytetem jest odżywianie dziecka. Czyli nie godzimy się na niedożywienie dziecka, ale równocześnie pokarmem z wyboru jest mleko mamy, nawet jak dziecko jest ewidentnie niedożywione. Można i trzeba w takiej sytuacji dokarmiać swoim pokarmem. Równocześnie ucząc dziecko efektywnego ssania przez (dobrane indywidualnie- czyli nie wszystko naraz):

  • prawidłowe przystawianie do piersi;
  • wybudzanie dziecka podczas karmienia (żeby było więcej ssania odżywczego); karmienie w lżejszym ubraniu bądź tylko w pieluszce (dziecko bardzo ciepło ubrane, owinięte szybciej zasypia);
  • zmiany piersi podczas jednego karmienia;
  • rehabilitację funkcji ssania- dużo by tu pisać; wiele złego robią w tej kwestii niszcząc naturalny prawidłowy odruch ssania różnego rodzaju smoczki, ale także manipulacje przy buzi dziecka po porodzie (czasem niezbędne medyczne zabiegi);
  • masaż naprzemienny i in.

Ponieważ priorytetem jest to, żeby dziecko się najadało, nie było głodzone, czasem niezbędne jest przejściowe dokarmianie, ale:

  • powinno być ono przeprowadzane z użyciem alternatywnych metod karmienia (nie smoczków), np. po palcu, SNS, łyżeczką lub zestawem łyżeczki, drenem przymocowanym do piersi mamy, kubeczkiem itd.; jest w czym wybierać; dokarmianie butelką dziecka, które ssie nieefektywnie, a które chcemy nauczyć skutecznego ssania piersi  to robienie dwóch przeciwstawnych rzeczy: uczenia i oduczania dobrej motoryki ssania;
  • bardzo często można od razu dokarmiać mlekiem mamy, zwłaszcza na wczesnym etapie macierzyństwa; trzeba tylko uczyć skutecznego odciągania (co czasem przychodzi stopniowo); nie jest też tragedią przejściowe dokarmianie mieszanką, gdy laktacja rzeczywiście jest bardzo ograniczona przez nieskuteczne ssanie czy nieskuteczne odciąganie; jednak konieczne jest uświadomienie mamie, że laktacja jest dosyć elastyczna; w zależności od skutecznego/nieskutecznego odciągania i ssania, może się odpowiednio zwiększać bądź zmniejszać dopasowując do potrzeb.

Zapomina się we współczesnym świecie, że i karmienie piersią jest darem od Boga- czegoś nas chciał nauczyć przez ten dar. Czasem tak trudny- gdy dla dziecka nie jest oczywiste ssać skutecznie od początku. Zastanawiając się, czego wymaga od nas Stwórca dając taki a nie inny prezent nam mamom, na pewno nasuwa mi się:

  • cierpliwość; karmienie piersią to nierzadko szkoła cierpliwości; nawet jak na początku przychodzi ono bezproblemowo, to równie cierpliwe zakończenie bywa o wiele rzadsze;
  • bycie dyspozycyjną dla dziecka: czyli chęć dawania swojemu dziecku czasu; karmić piersią można też po powrocie do pracy, jednak zmęczenie tą „podwójną” pracą nie ułatwia zadania;
  • zrozumienie dziecka; to, że karmimy nasze dziecko piersią, uczy nas zrozumienia dla jego rozwoju, kruchości, wrażliwości; ten czas spędzony z dzieckiem w objęciach, czucie jego ruchu, dotknięć, odbić, wygięć, siły ssania, wpatrywania się w oczy daje nam bogatą wiedzę o swoim dziecku; takiej wiedzy nie daje karmienie butelką, ponieważ to trwa o niebo krócej, sen dziecka jest twardszy (co nie jest dla niego korzystne, ale za to przyjemne dla mam).

Jest pewnym paradoksem, że większość mam, które twierdzi, że „nie miało mleka”, „musiało podać mieszankę” było w 100% zdolnymi do wykarmienia dziecka. Jak wielka jest siła sugestii „nie mam mleka”, skoro potrafią tak twierdzić kobiety podczas nawału czy zastojów, które przecież świadczą, że mają tego mleka nie tylko nie za mało, ale o wiele za dużo. Z jednej strony hojność matczynego ciała, z drugiej brak wiary w siebie, zrozumienia siebie, dziecka.



Wielki brak

Przedwczoraj zaopatrzyłam mojego ośmiomiesięcznego młodzieńca w zapas witaminy D3- czyli dużo przebywania na słońcu. Łapiemy takie słoneczne dni jak radosne podarunki przed długą zimą.

Nam mamom też niejednokrotnie brakuje tej czy innej witaminy, jakiś mikroelementów. Zamartwiamy się i o dzieci, i o siebie. Że włosy nam wypadają (po 3-4 miesiącach od urodzenia zazwyczaj wypadają w większej ilości), że się odwapnimy, że zgrubiejemy, że schudniemy nadmiernie, że kształt piersi będzie zmieniony itd., itp. Lista jest o wiele dłuższa. No i mając na uwadze jakiś ideał zdrowia i urody psioczymy na to karmienie piersią, że czegoś nam samym może zabraknąć, że coś może nam popsuć ta laktacja.

Są też mamy inne. Np. afrykańskie, cierpiące suszę i głód, a karmiące z wdzięcznością swoje dzieci. Często nienajedzone, ale zadowolone, że mają czym karmić swoje dziecko. Same spragnione, ale noszące blisko przy piersi swoje dziecko, żeby chociaż ono mogło natychmiast zaspokajać swoje pragnienie.

My jesteśmy najedzone, a karmimy często tak jakbyśmy żałowały naszym dzieciom własnego pokarmu. One są głodne, więc lepiej rozumieją małe dzieci, czym jest głód. Są spragnione, więc zaspokajają pragnienie swoich dzieci, jak tylko mogą, nie czekając aż będą płakać z pragnienia. Wystarczy im, że zauważą jak dziecko szuka piersi, kręci głową, tuli się- śpieszą mu z pomocą. My najedzone, napite mamy często czekamy aż dziecko zacznie płakać, nerwowo szarpać nas za ubranie, żeby podać mu pierś.

Mój proboszcz opowiadał ciekawą historię jakiś czas temu.

Pewien młody człowiek wstąpił do zakonu. Przydzielili mu w nowicjacie zadanie palenia w piecu, musiał to robić przez długi czas. Był tym zajęciem zmęczony, znudzony i rozgoryczony: „Czy po to wstępowałem do zakonu, żeby palić w piecu? Przecież miałem się modlić, rozwijać jako zakonnik, a nie uczyć się na palacza!” Podzielił się tymi rozterkami z Karolem Wojtyłą, wówczas jeszcze biskupem, który wizytował jego klasztor i zapytał o radę.

Co usłyszał? „Rób, to co robisz dalej, ale wkładaj w to swoje serce.”

Często jesteśmy znużone naszą codziennością. Jednej mamie doskwiera najbardziej karmienie czy piersią czy butelką, zupką, innej przewijanie, innej starsze dzieci dają się we znaki. No i jednak często zaczyna nam brakować tej najważniejszej witaminy M jak miłość.

Dołożenie witaminy M do obowiązków rodzicielskich sprawia, że stają się mniej uciążliwe. Radość uskrzydla 🙂

Tyle że my jesteśmy grzesznikami i zawsze na jakimś etapie naszego życia tej witaminy M brakuje, choćbyśmy się nie wiem jak spinali, starali, wychodzili ze skóry. No i wtedy łatwiej zauważyć, że Bóg pokornie puka z pomocą. Stoi u naszych drzwi. Gotowy zaspokoić ten wielki brak naszego serca, wybaczyć  i wlać nową miłość, nie tak powierzchowną jak wcześniej graniczącą z egoizmem.



Odbijanie- ulewanie- rozpaczanie

W naszym społeczeństwie paradoksem jest, że kobiety mając mleka wręcz za dużo (świadczą o tym: nawały, zastoje, zapalenia piersi, zbyt szybkie wypływy, dławienie się itd.) odstawiają niejednokrotnie z przeświadczeniem, że „nie mają pokarmu, mają go za mało”, „dziecko nie chce piersi, bo się awanturuje, wygina”.

Radą na to nie powinno być odstawienie, ale zrozumienie samego karmienia, ale także zachowania dziecka przy karmieniu. Wyjście poza jednolitą interpretację: płacze, bo jest głodny. Trzeba sobie to jasno uświadomić, że dziecko ma wiele powodów do płaczu i przypisywanie mu wyłącznie motywu głodu jest bardzo nierozsądne tak jakbyśmy uważali, że młody człowiek składa się wyłącznie z układu pokarmowego.

Najczęściej mamy mają problemy ze zbyt szybkim wypływem mleka. Łykają przy tym dużo powietrza. Wyginając się i prężąc,  krzycząc w niebo głosy chcą to połknięte powietrze wyrzucić z siebie. Niestety nie mogą, bo nie potrafią sobie usiąść, podnieść się.
Gdy tylko widziałam, że dziecko zaczyna ssać niespokojnie próbowałam podnieść go do góry i opukać plecki. W nocy zaś (nie lubię siedzieć nocą jak chyba każdy) kładłam malucha na jego i moim brzuchu. W pozycji na brzuszku dziecko jest w stanie odbić połknięte powietrze.
Smoczek nie rozwiązuje problemu, tylko go tłumi. Dziecko nie mogąc pozbyć się połkniętego powietrza będzie ssać niechętnie, odpychać się. Ponadto jeśli mama ma szybki wypływ, dziecko nie potrzebuje ssać aż tak długo. Jednak może potrzebować robić często przerwy właśnie na odbicie bądź pomasowanie brzuszka.
Czasem jedno karmienie więc może być podzielone na raty: karmienie- odbicie-odbicie-karmienie-odbicie. Lub nieco inaczej. Innym razem dziecko woli takie właśnie króciutkie karmienie i po nim odbicie, chwilę przerwy i znowu odbicie. Częstsze krótkie karmienia z jednej piersi (aż do jej rozluźnienia) mogą być bardziej odpowiednie. Krótkie i częste karmienia sprawiają, że wypływ nie jest jak z fontanny.
Używanie smoczka-uspokajacza nie daje szansy nauczenia się odczytywania sygnałów, które wysyła dziecko. Niespokojny płacz to zazwyczaj nie jest sygnał o głodzie, ale właśnie o tym, co dziecko drażni, przeszkadza mu. Maluchowi połknięte powietrze dokucza bardzo mocno- tak jakby nam się zbierało na wymioty. Niektórym dzieciom się ulewa widocznie, innym z kolei ulewa się w sposób niewidoczny (tylko podchodzi im do gardła)- to też jest powiązane z odbijaniem połkniętego powietrza. To normalne, że dziecko będzie wariować, jeśli karmimy je wtedy, kiedy ono chce odbić- to tak jakby ktoś nas chciał karmić, kiedy mamy odruch wymiotny. Będziemy się przed tym bronić z całych sił- podobnie dziecko. Może się wówczas zachowywać, jakby nie umiało ssać, odpycha się, wariuje, a nierzadko mama wraz z nim nie wiedząc, dlaczego to dziecko nie chce ssać. Męczarnia dla dwojga, a wystarczyłoby podnieść do odbicia bądź położyć na brzuszku bądź na swojej ręce w pozycji antykolkowej.

Dziecko się wygina, wariuje, bo chce odbić połknięte powietrze. Jest zasmoczkowane- więc w dalszym ciągu nie może się pozbyć bąbelka powietrza z żołądka. Karmisz znowu, więc problem narasta- bo kolejny raz dziecko nie może się pozbyć problemu tylko jedząc z piersi i ssąc uspokajacz. Nie trzeba się bać płaczu dziecka- ono nam w niczym nie zagraża, wszystkie dzieci płaczą, bo to ich mowa. Zanim przystawimy do piersi- najpierw posłuchajmy czy dziecko płacze spokojnie (głodne) czy z niepokojem, rozdrażnieniem (tu: podniesienie, wzięcie na ręce bądź przewrót na brzuszek może pomóc). Czasem niemowlę potrafi płakać przed zrobieniem kupki: to też normalne. Jest to dla niego trudne, uczy się tego. Masaż brzuszka, leżenie na brzuszku, noszenie w chuście, pozycja antykolkowa niekiedy wystarczy. Jeśli maluch ma miękki stolec, załatwia się co najmniej co 10 dni (po okresie noworodkowym), ogólnie jest pogodny, to nie trzeba podejrzewać jakiejś patologii.

Bywa u maluszków z powodu zbyt szybkiego wypływu dławienie się, krztuszenie. Jest kilka sposobów, żeby temu zaradzić, trochę załagodzić, choć niedojrzałe połykanie jest charakterystyczne dla noworodka:
-odciągnięcie przed karmieniem trochę pokarmu;
-karmienie pod górę na leżąco albo na podwyższeniu (dziecko na Tobie, powyżej piersi) albo dziecko bardziej spionizować;
-karmienia podzielone na raty czyli częste i krótkie; pomiędzy nimi podnoszenie dziecka do góry albo na brzuszek zamiast wkładania smoczka; krótkie i częste karmienia sprawiają, że piersi aż tak się nie przepełniają; tak rzadkie karmienia- co 2-3 godziny sprawiają, że piersi są „przepełnione” mlekiem;
-dzieci często się krztuszą, ale do niebezpiecznych zadławień nie do chodzi często.
Jeśli mama z powodu tego niepokoju maluszka po karmieniu, podaje mieszankę modyfikowanego mleka, to skutecznie ogranicza produkcję własnego mleka. Może też nauczyć niewłaściwego sposobu ssania.

Laktację sobie sama zmniejsza podając dziecku mieszankę modyfikowaną zamiast piersi. To jest dopiero paradoks- mama, która by wykarmiła i trojaczki (tak szybko i dużo jej z piersi leci) podaje dziecku butelkę i wmawia sobie, że ma za mało pokarmu, bo jej dziecko płacze po karmieniu. Poznałam kiedyś mamę, która płacz po karmieniu w ten sposób interpretowała: że dziecko dalej głodne, więc podawała jeszcze mieszankę. „Osiągnęła” w ten sposób „fantastyczny” przybór masy ciała: 2,5 kg na miesiąc. To się nazywa za mało pokarmu!

Laktacja jest elastyczna: zmniejsza się bądź zwiększa w zależności od częstości i siły ssania. Dziecko ssie raz na dobę- więc ma 1 posiłek mleczny. Ssie 20 razy na dobę- ma 20 mlecznych posiłków na dobę. Przystawiamy dziecko do piersi według jego potrzeby, pamiętając, że dziecko ma wiele różnorodnych potrzeb. Płacze i z powodu zrobienia kupki, i dlatego że mu zimno, i dlatego że chce się przytulić, rozdzieerająco płacze, gdy chce beknąć (czyli odbić połknięte powietrze), i płacze, gdy jest bardzo głodne. Jak jest tylko trochę głodne, to rozgląda się za mamą w odruchu szukania rozdziawia paszczę, dziobie naokoło jak dzięciołek- wtedy najlepiej je przystawić do piersi, również najłatwiej, bo dziecko jest wtedy chętne do współpracy.

Uczymy się rozpoznawać potrzeby dziecka próbując różnych rzeczy: nie bojąc się wypróbować i podniesienia, i poklepania, i pomasowania, i przystawienia do piersi, i ponoszenia (na rękach, w chuście- wolne ręce) itd.
To nie prawda, że nie może być karmione z piersi dziecko, które płacze po karmieniu. Może być karmione- ale kiedy tylko zaczyna się niepokoić przy piersi- podnosimy je do odbicia. Czasem odbijać trzeba nawet kilka razy po jednym krótkim karmieniu przy szybkim wypływie, czasem nawet godzinę po karmieniu. Małe niemowlęta często się budzą właśnie z powodu chęci odbicia połkniętego powietrza.
Najlepiej się karmi piersią, jak się zwyczajnie wyrzuci wszelkie smoczki. Jak nie stracić pokarmu?- właśnie wyrzucając smoczki i karmiąc bezpośrednio z piersi.
Najskuteczniejsza metoda na zwiększenie laktacji? Częstsze karmienia (lub odciągania- ale tego nie polecam, gdy jest możliwość bycia z dzieckiem, gdy nie ma rzeczywistej małej ilości pokarmu).

Zauważam, że nasza kultura predysponuje nas do tego, by podejrzewać to nasze karmienie piersią o niestworzone historie, matki o wszelkie możliwe patologie, zamiast zwyczajnego zrozumienia oferuje imitację karmienia na wszelkie problemy laktacyjne.

A imitacja karmienia w postaci smoczek i butelek zazwyczaj tylko utrudnia zrozumienie własnego dziecka.



Pępowina=czekanie ma sens

Wiele nas w tym świecie odwodzi, zniechęca do czekania:

  • sklepy robiąc Boże Narodzenie już w listopadzie poprzez dekoracje, muzykę itp;
  • lekarze nie kochając naszych dzieci i proponując poród w wyznaczonym dniu, odstawienie, kiedy karmienie zaczęło być trudne;
  • psycholodzy serwując nam papkę typu: „Twoje uczucia są trudne, to postępuj zgodnie z nimi, zgodnie ze samym sobą”- robiąc bożka z ludzkich uczuć, z własnego „ja”;
  • inni ludzie nietaktownym dopytywaniem: kiedy się wreszcie urodzi? kiedy w końcu go odstawisz od piersi?
  • ale chyba przede wszystkim własna niecierpliwość, niezgoda na trud czekania, na niewiadomą, jaką ono przyniesie.

Czekanie jednak ma wielki sens, choć często uwiera, trudzi i boli (niekoniecznie fizycznie):

  • Daje szansę na rozwój; na rozwój fizyczny, ale też na rozwój duchowy; ostatnie 2-4 tygodnie pod sercem mamy to rozwój mózgu o ok. 1/3, niesamowite zmiany w korze nowej. Zgadzając się na wywoływanie porodu, ryzykujemy niedojrzałość własnego dziecka, niekoniecznie dostrzegalną gołym okiem. To, że dziecko radzi sobie z oddychaniem, nie oznacza, że było dojrzałe do urodzenia. Zazwyczaj skoro się nie rodzi, to najzwyczajniej w świecie nie było dojrzałe do tak dużej zmiany w swym życiu.  Pracując swego czasu w szpitalu zdarzało mi się widzieć dzieci, które zmuszono do narodzin z błahych powodów („bo już jest termin, bo na USG wystarczająco duże”), a które potem okazywały się wcześniakami albo nie wykazywały gotowości do ssania bądź spały tyle, co wcześniaki itd. Dla współczesnych rodziców niejednokrotnie lekarz jest bożkiem, przed którym drżą i liczą się z każdą jego opinią. A czy nie warto przemyśleć tego, co nam mówi? Jest to tylko omylny człowiek, często zresztą niekochający naszego dziecka. Człowiek wyszkolony w patologii czyli stanach chorobowych, nieprawidłowościach, bojący się tej patologii, nie nauczony natomiast, jak wspierać fizjologię, jak pomagać, gdy wystarczy nie przeszkadzać, dodawać ducha, dzielić się spokojem i czekać. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przed porodem przez łożysko przekazywane są dziecku bardzo liczne ciała odpornościowe. Wielu ginekologów  jakby się zatrzymało w rozwoju w wieku XIX- wtedy powstała reguła Naegelego, w której liczy się termin porodu na podstawie ostatniej miesiączki. Zakłada ona, że dziecko się poczyna 14 dni od pierwszego dnia miesiączki, co jest tak zgodne z prawdą jak to, że wszystkie kobiety mają cykle 28-dniowe. Znam dzieci, które cało i zdrowo przychodziły na świat naturalnie 40 dni bądź jeszcze inaczej po terminie liczonym wg Nagelego. Dlaczego? Bo się poczęły tuż po owulacji, a nie 14 dni po pierwszym dniu miesiączki, bo każde dziecko potrzebuje nieco innego czasu na rozwój. Np. jedno potrzebuje 7 miesięcy, by samo wstać na nóżki, a inne potrzebuje na to cały rok- i jedno, i drugie są to zdrowe dzieci. Jedno potrzebuje 10 miesięcy, by zacząć chodzić, inne z kolei aż 18 miesięcy, choć żadne nie ma zaburzeń rozwojowych. Po narodzinach możemy podziwiać jak indywidualny rytm ma rozwój dziecka- natomiast co do terminu porodu sztywno się trzymamy wyliczeń, jakby dzieci rozwijały się opierając się na tabelkach i wyliczeniach, a nie na własnym potencjale. Owszem takie wyliczenia są potrzebne, tyle że od daty owulacji oraz zakładanie marginesu błędu czyli bycie elastycznym. Dawniej za taki margines przyjmowano: + /- 3 tygodnie. Dziecko rodzi się więc w „terminie”, gdy przychodzi na świat samoistnie 3 tygodnie przed tym umownym terminem, ale równie dobrze 3 tygodnie po tym terminie. Ze świecą szukać takich lekarzy, którzy będą wspierać kobietę w cierpliwym czekaniu na naturalny poród zamiast proponować łatwych rozwiązań sztucznej indukcji porodu „urodzimy za panią”.
  • Podobnie jest z porodem. Znam mamę, która rodziła swoje dziecko 3 dni: całe Triduum Paschalne. Cóż za symbolika! To był dla niej prawdziwy krzyż, ale przyjęła to z wielkim pokojem nie chcąc go skracać. Szczęśliwie urodziła w poranek Zmartwychwstania. Dobrze wspomina swój poród pełny długiego czekania i trudzenia się nad rodzeniem. Bynajmniej nie jestem za tym, by nie pomagać kobietom, które nie dają rady dłużej rodzić- oczywiście, że pomoc w takich sytuacjach jest jak najbardziej uzasadniona. Ale niepokoi mnie tendencja, że to, co dzieje się w medycynie prowadzi do tworzenia w świadomości kobiet przekonania, że one w ogóle nie są zdolne do urodzenia dziecka. Że kobieta nie ma prawa rodzić dłużej niż przeciętnie, bo lekarzowi kończy się zmiana. Nasza niecierpliwość sprawia już zamieszanie na etapie przedporodowym, kiedy skurcze przepowiadające bierzemy za poród. Jadąc często z takimi skurczami do szpitala albo oczekując, że po nich szybko się urodzi to proszenie się o kłopoty. Lekarze, gdy matka przyjeżdża z takimi skurczami do szpitala zwyczajnie zostawiają ją tam „na obserwacji”. A kobieta nie jest dzikim zwierzątkiem, żeby ją obserwować. Obserwowanej, notorycznie badanej trudniej się otworzyć na dar rodzenia. Tak samo jak trudno byłoby nam inne zwieracze (odbytu, cewki moczowej) otwierać będąc pod lupą, w miejscu publicznym. Szyjka macicy jest właśnie mięśniem zwieraczem. Jej skuteczne otwieranie wymaga więc przede wszystkim intymności, spokoju, dyskretnego wspierania. Podczas porodu rozwija się matka poprzez znoszenie trudu dla kochanej osoby- dziecka. Rozwija się też podczas porodu dziecko: duża ilość różnorodnych hormonów, które zaczynają krążyć w jego organizmie przygotowuje je do samodzielnego oddychania, utrzymywania stałej temperatury w zmiennym otoczeniu, do ssania, przygotowuje również jego mózg. Przechodzenie przez drogi rodne matki daje dziecku możliwość zasiedlenie prawidłową florą bakteryjną. Okazuje się, że nawet spożycie przez dziecko mikroskopijnej ilości kału matki ma sens: zasiedlają dzięki temu jego przewód pokarmowy mikroorganizmy produkujące witaminę K. Niemowlęta urodzone drogami natury rzadziej cierpią na niedobór tej witaminy. Cierpliwość czekania ma więc również wiele przyziemnych sensów. Jak chociażby to, że dziecko któremu nie odcina się natychmiast tętniącej jeszcze pępowiny ma szansę dostać 30% więcej krwi, co zapobiega niedokrwistości również w późniejszym czasie. Inna sprawa, że ma szansę na to, że weźmie pierwszy oddech spokojnie, a nie z powodu duszenia się, odcięcia dopływu tlenu. Obserwowanie natury może uczyć mądrości, jeśli wyciąga się wnioski. Czytałam o sytuacjach, że pępowina tętniła 4o minut: dziecko dopiero po tak długim czasie zaczerpnęło powietrza do płuc. Wówczas przestała tętnić. Co by było, gdyby lekarze od razu przecięli temu dziecku pępowinę? Czy udałoby się je reanimować? Możemy postawić tylko retoryczne pytanie. Z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, którym tej pępowiny nie odcina się szybko nie płaczą tak rozdzierająco. Niekiedy kwilą cicho, choć temperament innych sprawia, że głośno wołają, ale bez przerażenia w glosie. Moje dzieci po porodzie nabierały tchu pięknie: Daniel spokojnie i cicho, Tosia stanowczo i głośno, Ignaś: zdecydowanie „nareszcie się urodziłem”. Ale żadne nie miało tego przerażenia w głosie, jaki słychać na szpitalnych traktach porodowych. Jeśli lekarze, położne nie czekają, bo nie kochają naszych dzieci- to my możemy stanąć po stronie własnego bezbronnego potomstwa. Jeśli ojciec i matka nie upomni się o godne, cierpliwe powitanie dla swojego dziecka, to kto się upomni? Fundacja? Może i tak, ale mało skutecznie, jeśli to my rodzice nie będziemy działać oddolnie i stanowczo.
  • Karmienie piersią i czekanie aż dziecko dorośnie by zaprzestało pić mleko. Jest pewna schizofrenia w sprawie żywienia dzieci mlekiem w naszej kulturze (cywilizacji?). Z jednej strony odstawianie przeprowadza się pośpiesznie, bez zwracania uwagi na potrzeby dziecka, na to, co komunikuje swoim zapotrzebowaniem na ssanie, a z drugiej strony udowadnia się, jak to nawet dzieci szkolne potrzebują mleka.  Są to dwa błędy, które się mszczą na zdrowiu dzieci. Ani nie powinno się dzieci odstawiać wbrew ich zapotrzebowaniu, ani karmić mlekiem dzieci szkolnych, bo to im zwyczajnie szkodzi albo przynajmniej nie jest potrzebne. Jednak karmienie piersią według potrzeb dziecka czyli tak długo jak tego potrzebuje kosztuje wiele matkę. Przede wszystkim wiele starań o własną cierpliwość, zrozumienie. Gdy dzieci mają rok czy półtorej, matki często odstawiają je również z powodu własnej niecierpliwości. Trzeba natomiast wiedzieć, że te półtorej roku karmienia piersią to jest co dopiero co najwyżej połowa karmienia mlekiem, którego potrzebują dzieci. Wskazuje na to również ich zachowanie: wtedy jest częstokroć szczyt, punkt kulminacyjny ssania dzieci. Co robimy przez naszą niecierpliwość? Odcinamy mleczną pępowinę, kiedy dziecko nie jest nawet odrobinę gotowe do wyłącznie bezmlecznych posiłków i pozwalamy zastąpić się krowie w obdarzaniu mlekiem naszego dziecka. Kiedy ta mleczna pępowina zaczyna być gotowa do przecięcia? Kiedy samoistnie zaczyna tętnić rzadko, coraz rzadziej. Łatwiej jest ją przeciąć, gdy dziecko ssie już tylko raz lub dwa na dobę. Odstawianie, redukowanie karmień w okolicy 18 miesięcy to jak przerywanie ciąży tuż po półmetku jej trwania. Jest trudne i niekorzystne dla dwojga.
  • Czekanie ma sens ze względu na Tego, na kogo się czeka. Jak się kogoś ceni, to się go nie popędza w przychodzeniu. Także dzielmy się pokarmem adwentowo, nośmy nasze dzieci adwentowo. Kochajmy adwentowo: to, co jest wartościowe wymaga czekania i wzrostu. Czekajmy z radością!


Warto przeczytać

Pisałam kiedyś o „Polityce karmienia piersią”. Teraz wywiad z jej autorką. Polecam:

Matki nabite w butelkę



Rozliczenie z karmienia…

Jak karmię? Czy to moje karmienie piersią czy jego zakończenie podyktowane jest miłością? Wystarczy wziąć do ręki List do Koryntian świętego Pawła, żeby zapytać:

  • Czy w moich decyzjach odnośnie karmienia, zakończenia karmienia jestem cierpliwa, łaskawa, wybaczająca, nie pamiętająca złego czy może unoszę się gniewem?

W niektórych decyzjach co do zakończenia karmienia można zauważyć ukaranie własnego dziecka, że nie jest takie, jakiego się spodziewali rodzice, że jego zachowanie nie jest takie. Wychodzi na jaw też współczesny psychologizm, że niby poczucie winy co do własych decyzji nie jest potrzeby.

Guzik prawda. Nadmierne poczucie winy nie jest potrzebne, ale zwykłe ludzkie poczucie winy jest niezbędne, bo jest głosem naszego sumienia.



Odliczanie, wyliczanie, wymierzanie

Niektórzy ludzie chcą się odchudzać i jedzą z „linijką”, zapisują kalorie skrupulatnie, obliczają, ograniczają się. Inni z kolei z powodu choroby (np. cukrzyca) dbając o własne zdrowie pilnują diety.

A po co się zapisuje godziny ssania dziecka, długość tego ssania? Przecież ono ma przybierać na wadze i to szybko. Ma rosnąć według własnych potrzeb rozwojowych, nie według zegarka, nie według tabelek, ale według swoich własnych uwarunkowań (pomijając sytuację zaburzeń wzrostu, które jednak są dość rzadkie), dziedzicznych predyspozycji.

Zazwyczaj nie ma żadnych powodów, by zapisywać, odliczać czas ssania dziecka. Skąd w ogóle wziął się taki pomysł, żeby wyliczać dziecku czas ssania? Im dalej odchodzono od naturalnego karmienia, im mniej je rozumiano, im bardziej zajmowali się nim lekarze, tym więcej wymyślano „utrudnień”: odmierzanie czasu od jednego do drugiego karmienia, ograniczanie czasu spędzanego przez dziecko przy piersi, obliczanie ilości wypijanego mleka, oddzielanie matki od dziecka po porodzie. Te różne pomysły może sprawdzają się w sytuacji karmienia mlekiem krowim (w obecnych czasach jest ono pod postacią proszku mleka modyfikowanego), ale przy karmieniu piersią przyczyniają się wyłącznie do niepowodzeń w wykarmieniu dziecka własnym mlekiem.

Młoda mama zamiast odpoczywać podając pierś, zamiast podziwiać swoje maleństwo podczas karmienia stresuje się, czy aby nie za długo ono ssie, czy nie za krótko, czy nie za często, czy nie za rzadko. Czasami takie mierzenie „od linijki” tak psychicznie wymęczy mamę, że ma dość karmienia bardzo szybko. Więc decyduje się na to, co mierzalne, choć sztuczne.

Stąd zachęcam: pozwólmy ssać naszym dzieciom, ale róbmy to z radością, cierpliwą miłością (która karmi mimo własnego zmęczenia), ale bez zegarka. Dzieci się nie znają na zegarku, zwłaszcza małe.



Prostota i pójście za głosem dobrego serca

Po roku karmienia piersią dziecka, gdy mamy tracą wsparcie społeczne w tej kwestii, zaczynają się zastanawiać, czy dobrze robią, choć do tej pory nie miały takich wątpliwości.

Ale dlaczego dalej nie karmić? Czy dziecko w drugim roku życia nie potrzebuje mleka, nie potrzebuje ogromnej bliskości, nie szuka jej? Wystarczy więc zaufać swojemu dobremu sercu, które podąża za potrzebami dziecka. Po prostu to wystarczy.

A nawet jak się nie ma dobrego serca, to i kamienne serce może skruszyć dziecko. Zwłaszcza własne.



Bo się przyzwyczai…

Dzwoni do mnie mama kilkudniowego maleństwa, że dziecko nocą niemożliwie często i długo ssie. Pogratulowałam wytrwania i zachęciłam do kontynuowania karmienia dziecka według jego potrzeby. Gratulacje tym bardziej poważne, że wymagało to od tej konkretnie mamy, by siedziała w nocy wiele godzin w fotelu i karmiła (miała do spania tylko karimatę- szpital dziecięcy).

Gdyby była w domu lub na położnictwie z dzieckiem najlepszym rozwiązaniem byłoby po prostu spanie z własnym dzieckiem we własnym (lub szpitalnym) łóżku. Tak też poradziłam jej, by robiła po powrocie do domu. Tu jednak ta mama wyraziła otwarcie swoją obawę, żeby dziecko nie przyzwyczaiło się, ponieważ chciałaby mieć własne łóżko do dyspozycji swojej i męża. Wyraziłam jej wówczas moje zdanie, że ten maluszek już od dawna jest nauczony spania razem z nią i jej mężem, ponieważ ani razu nie udało jej się podczas minionych 9 miesięcy odłożyć dziecka do łóżeczka.

Jest wiele plusów takiego rozwiązania:

  • dziecko ma stabilniejszy oddech i pracę serca;
  • „nie zapomina” o karmieniach czując obok mamę, a więc lepiej przybiera na wadze (wyższy poziom prolaktyny- hormonu mlecznego w nocy);
  • mama jest bardziej wyspana, ponieważ nie musi wstawać do dziecka (kto lubi chodzić po mieszkaniu wyrwany ze snu w nocy?); nie musi czuwać, kiedy to dziecko zaśnie, żeby je wreszcie odłożyć do łóżeczka- może spokojnie zasypiać razem z nim przy piersi;
  • bliskość- dziecko jest jej nauczone od początku będąc noszone podczas stanu błogosławionego, jest to jego żywotna potrzeba niemniej istotna niż potrzeby fizyczne; bez niej tak maleńkie dziecko czuje się opuszczone, ponieważ nie ma jeszcze pamięci długotrwałej.

Karmienie piersią nie raz wymaga od mamy wzięcia swojego krzyża, nie jest nieraz lekkie, łatwe i przyjemne- a do takich wyłącznie wyborów zachęca nas współczesna kultura. Ktoś może powie, żebym nie bredziła o krzyżu, bo są tu w przestrzeni wirtualnej i niewierzący. Jednak i niewierzący od problemu cierpienia nie uciekną. Nawet jeśli matka zrezygnuje z karmienia, bo zbyt trudne, zbyt niewygodne, za dużo cierpienia jej to przynosi, to sama rezygnując z cierpienia obdzieli nim sowicie własne dziecko. Karmione butelką maluchy częściej chorują na różnego rodzaju choroby, w dorosłości bardziej mogą być narażone na niektóre choroby cywilizacyjne, jak cukrzyca, otyłość.

Pa dyrektor szpitala też obficie dzieli się krzyżem z matkami towarzyszącymi swoim dzieciom w szpitalach. Inwestując w skórzane meble wypoczynkowe we własnym gabinecie, oczywiście nie będzie miał funduszy na łóżka dla osób towarzyszących chorym dzieciom. No, ale przynajmniej będzie widać, kto tu jest panem, a kto tu ma słuchać śpiąc na podłodze.