Archiwum kategorii ‘Rodzenie’


Tętniąca pępowina

Uzasadniając poprzedni wpis nie mogłam sobie odmówić wklejenia linku:

Kiedy przeciąć pępowinę?



Pępowina=czekanie ma sens

Wiele nas w tym świecie odwodzi, zniechęca do czekania:

  • sklepy robiąc Boże Narodzenie już w listopadzie poprzez dekoracje, muzykę itp;
  • lekarze nie kochając naszych dzieci i proponując poród w wyznaczonym dniu, odstawienie, kiedy karmienie zaczęło być trudne;
  • psycholodzy serwując nam papkę typu: „Twoje uczucia są trudne, to postępuj zgodnie z nimi, zgodnie ze samym sobą”- robiąc bożka z ludzkich uczuć, z własnego „ja”;
  • inni ludzie nietaktownym dopytywaniem: kiedy się wreszcie urodzi? kiedy w końcu go odstawisz od piersi?
  • ale chyba przede wszystkim własna niecierpliwość, niezgoda na trud czekania, na niewiadomą, jaką ono przyniesie.

Czekanie jednak ma wielki sens, choć często uwiera, trudzi i boli (niekoniecznie fizycznie):

  • Daje szansę na rozwój; na rozwój fizyczny, ale też na rozwój duchowy; ostatnie 2-4 tygodnie pod sercem mamy to rozwój mózgu o ok. 1/3, niesamowite zmiany w korze nowej. Zgadzając się na wywoływanie porodu, ryzykujemy niedojrzałość własnego dziecka, niekoniecznie dostrzegalną gołym okiem. To, że dziecko radzi sobie z oddychaniem, nie oznacza, że było dojrzałe do urodzenia. Zazwyczaj skoro się nie rodzi, to najzwyczajniej w świecie nie było dojrzałe do tak dużej zmiany w swym życiu.  Pracując swego czasu w szpitalu zdarzało mi się widzieć dzieci, które zmuszono do narodzin z błahych powodów („bo już jest termin, bo na USG wystarczająco duże”), a które potem okazywały się wcześniakami albo nie wykazywały gotowości do ssania bądź spały tyle, co wcześniaki itd. Dla współczesnych rodziców niejednokrotnie lekarz jest bożkiem, przed którym drżą i liczą się z każdą jego opinią. A czy nie warto przemyśleć tego, co nam mówi? Jest to tylko omylny człowiek, często zresztą niekochający naszego dziecka. Człowiek wyszkolony w patologii czyli stanach chorobowych, nieprawidłowościach, bojący się tej patologii, nie nauczony natomiast, jak wspierać fizjologię, jak pomagać, gdy wystarczy nie przeszkadzać, dodawać ducha, dzielić się spokojem i czekać. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przed porodem przez łożysko przekazywane są dziecku bardzo liczne ciała odpornościowe. Wielu ginekologów  jakby się zatrzymało w rozwoju w wieku XIX- wtedy powstała reguła Naegelego, w której liczy się termin porodu na podstawie ostatniej miesiączki. Zakłada ona, że dziecko się poczyna 14 dni od pierwszego dnia miesiączki, co jest tak zgodne z prawdą jak to, że wszystkie kobiety mają cykle 28-dniowe. Znam dzieci, które cało i zdrowo przychodziły na świat naturalnie 40 dni bądź jeszcze inaczej po terminie liczonym wg Nagelego. Dlaczego? Bo się poczęły tuż po owulacji, a nie 14 dni po pierwszym dniu miesiączki, bo każde dziecko potrzebuje nieco innego czasu na rozwój. Np. jedno potrzebuje 7 miesięcy, by samo wstać na nóżki, a inne potrzebuje na to cały rok- i jedno, i drugie są to zdrowe dzieci. Jedno potrzebuje 10 miesięcy, by zacząć chodzić, inne z kolei aż 18 miesięcy, choć żadne nie ma zaburzeń rozwojowych. Po narodzinach możemy podziwiać jak indywidualny rytm ma rozwój dziecka- natomiast co do terminu porodu sztywno się trzymamy wyliczeń, jakby dzieci rozwijały się opierając się na tabelkach i wyliczeniach, a nie na własnym potencjale. Owszem takie wyliczenia są potrzebne, tyle że od daty owulacji oraz zakładanie marginesu błędu czyli bycie elastycznym. Dawniej za taki margines przyjmowano: + /- 3 tygodnie. Dziecko rodzi się więc w „terminie”, gdy przychodzi na świat samoistnie 3 tygodnie przed tym umownym terminem, ale równie dobrze 3 tygodnie po tym terminie. Ze świecą szukać takich lekarzy, którzy będą wspierać kobietę w cierpliwym czekaniu na naturalny poród zamiast proponować łatwych rozwiązań sztucznej indukcji porodu „urodzimy za panią”.
  • Podobnie jest z porodem. Znam mamę, która rodziła swoje dziecko 3 dni: całe Triduum Paschalne. Cóż za symbolika! To był dla niej prawdziwy krzyż, ale przyjęła to z wielkim pokojem nie chcąc go skracać. Szczęśliwie urodziła w poranek Zmartwychwstania. Dobrze wspomina swój poród pełny długiego czekania i trudzenia się nad rodzeniem. Bynajmniej nie jestem za tym, by nie pomagać kobietom, które nie dają rady dłużej rodzić- oczywiście, że pomoc w takich sytuacjach jest jak najbardziej uzasadniona. Ale niepokoi mnie tendencja, że to, co dzieje się w medycynie prowadzi do tworzenia w świadomości kobiet przekonania, że one w ogóle nie są zdolne do urodzenia dziecka. Że kobieta nie ma prawa rodzić dłużej niż przeciętnie, bo lekarzowi kończy się zmiana. Nasza niecierpliwość sprawia już zamieszanie na etapie przedporodowym, kiedy skurcze przepowiadające bierzemy za poród. Jadąc często z takimi skurczami do szpitala albo oczekując, że po nich szybko się urodzi to proszenie się o kłopoty. Lekarze, gdy matka przyjeżdża z takimi skurczami do szpitala zwyczajnie zostawiają ją tam „na obserwacji”. A kobieta nie jest dzikim zwierzątkiem, żeby ją obserwować. Obserwowanej, notorycznie badanej trudniej się otworzyć na dar rodzenia. Tak samo jak trudno byłoby nam inne zwieracze (odbytu, cewki moczowej) otwierać będąc pod lupą, w miejscu publicznym. Szyjka macicy jest właśnie mięśniem zwieraczem. Jej skuteczne otwieranie wymaga więc przede wszystkim intymności, spokoju, dyskretnego wspierania. Podczas porodu rozwija się matka poprzez znoszenie trudu dla kochanej osoby- dziecka. Rozwija się też podczas porodu dziecko: duża ilość różnorodnych hormonów, które zaczynają krążyć w jego organizmie przygotowuje je do samodzielnego oddychania, utrzymywania stałej temperatury w zmiennym otoczeniu, do ssania, przygotowuje również jego mózg. Przechodzenie przez drogi rodne matki daje dziecku możliwość zasiedlenie prawidłową florą bakteryjną. Okazuje się, że nawet spożycie przez dziecko mikroskopijnej ilości kału matki ma sens: zasiedlają dzięki temu jego przewód pokarmowy mikroorganizmy produkujące witaminę K. Niemowlęta urodzone drogami natury rzadziej cierpią na niedobór tej witaminy. Cierpliwość czekania ma więc również wiele przyziemnych sensów. Jak chociażby to, że dziecko któremu nie odcina się natychmiast tętniącej jeszcze pępowiny ma szansę dostać 30% więcej krwi, co zapobiega niedokrwistości również w późniejszym czasie. Inna sprawa, że ma szansę na to, że weźmie pierwszy oddech spokojnie, a nie z powodu duszenia się, odcięcia dopływu tlenu. Obserwowanie natury może uczyć mądrości, jeśli wyciąga się wnioski. Czytałam o sytuacjach, że pępowina tętniła 4o minut: dziecko dopiero po tak długim czasie zaczerpnęło powietrza do płuc. Wówczas przestała tętnić. Co by było, gdyby lekarze od razu przecięli temu dziecku pępowinę? Czy udałoby się je reanimować? Możemy postawić tylko retoryczne pytanie. Z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, którym tej pępowiny nie odcina się szybko nie płaczą tak rozdzierająco. Niekiedy kwilą cicho, choć temperament innych sprawia, że głośno wołają, ale bez przerażenia w glosie. Moje dzieci po porodzie nabierały tchu pięknie: Daniel spokojnie i cicho, Tosia stanowczo i głośno, Ignaś: zdecydowanie „nareszcie się urodziłem”. Ale żadne nie miało tego przerażenia w głosie, jaki słychać na szpitalnych traktach porodowych. Jeśli lekarze, położne nie czekają, bo nie kochają naszych dzieci- to my możemy stanąć po stronie własnego bezbronnego potomstwa. Jeśli ojciec i matka nie upomni się o godne, cierpliwe powitanie dla swojego dziecka, to kto się upomni? Fundacja? Może i tak, ale mało skutecznie, jeśli to my rodzice nie będziemy działać oddolnie i stanowczo.
  • Karmienie piersią i czekanie aż dziecko dorośnie by zaprzestało pić mleko. Jest pewna schizofrenia w sprawie żywienia dzieci mlekiem w naszej kulturze (cywilizacji?). Z jednej strony odstawianie przeprowadza się pośpiesznie, bez zwracania uwagi na potrzeby dziecka, na to, co komunikuje swoim zapotrzebowaniem na ssanie, a z drugiej strony udowadnia się, jak to nawet dzieci szkolne potrzebują mleka.  Są to dwa błędy, które się mszczą na zdrowiu dzieci. Ani nie powinno się dzieci odstawiać wbrew ich zapotrzebowaniu, ani karmić mlekiem dzieci szkolnych, bo to im zwyczajnie szkodzi albo przynajmniej nie jest potrzebne. Jednak karmienie piersią według potrzeb dziecka czyli tak długo jak tego potrzebuje kosztuje wiele matkę. Przede wszystkim wiele starań o własną cierpliwość, zrozumienie. Gdy dzieci mają rok czy półtorej, matki często odstawiają je również z powodu własnej niecierpliwości. Trzeba natomiast wiedzieć, że te półtorej roku karmienia piersią to jest co dopiero co najwyżej połowa karmienia mlekiem, którego potrzebują dzieci. Wskazuje na to również ich zachowanie: wtedy jest częstokroć szczyt, punkt kulminacyjny ssania dzieci. Co robimy przez naszą niecierpliwość? Odcinamy mleczną pępowinę, kiedy dziecko nie jest nawet odrobinę gotowe do wyłącznie bezmlecznych posiłków i pozwalamy zastąpić się krowie w obdarzaniu mlekiem naszego dziecka. Kiedy ta mleczna pępowina zaczyna być gotowa do przecięcia? Kiedy samoistnie zaczyna tętnić rzadko, coraz rzadziej. Łatwiej jest ją przeciąć, gdy dziecko ssie już tylko raz lub dwa na dobę. Odstawianie, redukowanie karmień w okolicy 18 miesięcy to jak przerywanie ciąży tuż po półmetku jej trwania. Jest trudne i niekorzystne dla dwojga.
  • Czekanie ma sens ze względu na Tego, na kogo się czeka. Jak się kogoś ceni, to się go nie popędza w przychodzeniu. Także dzielmy się pokarmem adwentowo, nośmy nasze dzieci adwentowo. Kochajmy adwentowo: to, co jest wartościowe wymaga czekania i wzrostu. Czekajmy z radością!


Szpitalne wspomnienia…

Niemal każda spotkana kobieta, która miała do czynienia z personelem oddziałów położniczo-ginekologicznych nosi w sercu jakieś bolesne wspomnienia, a nawet jeśli nie bolesne, to często takie, które „uwierają”, niepokoją.

Cóż, akcja „Rodzić po Ludzku” trochę zrobiła zamieszania, ale bardzo powierzchownie. O ileż więcej i głębiej zadziałał profesor Włodzimierz Fijałkowski swoją modlitwą, ukochaniem dzieci od poczęcia i ich matek, swoimi książkami.

Wydaje mi się jakby to było całkiem niedawno, gdy z mężem (wtedy dopiero narzeczonym) słuchaliśmy jego wykładów na uniwersytecie. Taką pasję miłości może dawać tylko sam Bóg, jaką widziało się u profesora!

Niestety ja też mam takie „uwierające” wspomnienia, które czasami wracają jak horror. Stąd tym bardziej potrzebuję modlić się za tych, którzy zafundowali mi takie pamiątki z położnictwa: zamiast pomocy obrażanie czy zdrowy twardy sen lekarski. Jeśli nawet same nie macie bagażu trudnych przeżyć, proszę, jeśli jesteście chrześcijankami, módlcie się za tych lekarzy, te położne,  które zamiast pomagać idą spać. Za tych lekarzy, którzy zamiast towarzyszyć rodzącym, pomagać im, udowadniają im, że same nie są w stanie urodzić, że są głupie. Modlitwą jesteśmy w stanie zmienić więcej niż wiele akcji „gazetowych”. Módlcie się, kochane dziewczyny, za tych, którzy sprawili Wam wiele bólu.

Pan Bóg potrafi przemienić te trudne doświadczenia w drogocenną perłę, jeśli będziemy się modlić z wiarą.

Chrześcijanka nie może nie modlić się za tych, od których doznaje cierpienia. Zwłaszcza że często jest to cierpienie zadane bezmyślnie, rutynowo, nieświadomie. Musimy trenować modlitwę za tych ludzi, skoro Pan Jezus wzywa nas i do większych rzeczy: do modlitwy za nieprzyjaciół.



Dla Niego nie ma nic niemożliwego

Jeśli jesteś zraniona przez to, co Cię spotkało w szpitalu z rąk lekarzy, położnych, a jesteś chrześcijanką- trzeba się za nich modlić.

My nie jesteśmy dobrymi sędziami dla innych ludzi. Łatwiej przebaczyć, jeśli się wstawiamy u Pana Boga za tymi, którzy nam wyrządzają krzywdę.

A na porodówkach, na położnictwie wiele bólu cierpią rodzące matki, ich dzieci. Nie tylko tego bólu fizjologicznego, ale bólu nieuzasadnionego, dodanego procedurami, niepotrzebnymi ingerencjami, również bólu psychicznego. Ból arogancji, bezduszności, ignorancji, samotności.

Jeśli chcemy, żeby zmieniło się w naszych szpitalach, trzeba się modlić dla nas o mądrość, odwagę, a dla lekarzy, położnych o przebaczenie ich grzechów, o ich nawrócenie.

Jeśli jesteśmy przez nich poranione, a modlimy się z wiarą, to taka modlitwa ma wielką moc. Moc zmieniania serc.

„Szukajcie, a znajdziecie. Kołaczcie, a otworzą wam.”

Jeśli szukamy w Bogu, znajdziemy na pewno rozwiązanie, pomoc. Wystarczy ufać Mu. I kochać Go.

„Serce Jezusa hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają!”

 



Dziecko SIĘ rodzi

Kiedy Ignaś jeszcze cichcem przesiadywał sobie pod moim sercem, wpadła mi w ręce za sprawą mojego ulubionego męża książeczka „Dziecko – aktywny uczestnik porodu” pod redakcją E. Lichtenberg – Kokoszki, E. Janiuk, J. Dzierżanowskiego.

Z pasją połknęłam ową lekturkę, ale z pewnym niedosytem płynącym z faktu, że w niewielkim stopniu jej treść odzwierciedla ciekawie brzmiący tytuł.

Wydaje się, że w większości lektur o rodzeniu nacisk kładzie na rolę:

  1. Matki rodzącej- jak swoim zaangażowaniem, oddychaniem, ruchem, skutecznym parciem itd. może być aktywną uczestniczką porodu;
  2. Personelu medycznego- i tu najwięcej można się naczytać, jakby to niemal medycy rodzili, a nie matka, jakby to ich działanie było najistotniejsze.

Jakoś mało widoczna w tym wszystkim rola dziecka. Nie trzeba zaś być specjalistą, lekarzem czy położną, by zauważyć, że bez dziecka nie byłoby porodu. Zupełnie inaczej może rodzić się dziecko z żywiołowym temperamentem, inaczej to powolne, spokojne. Inaczej takie, które często i długo śpi, przejawia mało aktywności, inaczej takie, które jest burzą energii, inicjatywy.

W każdym bądź razie warto zauważyć, że to nie my same, to nie tylko matka rodzi, to również nasze dzieci rodzą się, angażują się mniej lub bardziej w poród, z większą lub mniejszą pasją. Te dzieci powolniejsze, jakby nieśmiałe w rodzeniu, może wrażliwsze na ból, na mocne odczucia towarzyszące porodowi nieruchomieją, mniej współpracują. Wtulone w mamę nie rwą się do wychodzenia naprzeciw przygodzie zwanej przychodzenie na świat.

Mamy przed porodem obawiają się nierzadko, jak sobie poradzą ze skurczami porodowymi. Jeśli mam szansę im towarzyszyć, to jestem skłonna zdejmować ten balast z ich ramion choć po części zwracając im uwagę, że nie cała praca do nich należy. Że dziecko w czasie porodu w pełni w nim uczestniczy i swoją aktywnością posuwa poród naprzód. To bardziej aktywne szybko i sprawnie kręci głową, wkręca się w kanał rodny, odpycha się nóżkami i rączkami, swoim kręceniem się przyśpiesza rozwieranie szyjki macicy. Jeśli dane jest mu naturalnie się rodzić, bez zaburzania wywoływaniem porodu, bez kładzenia matki na łóżko, bo tak wygodnie personelowi, to przychodzi z pomocą mamie sprawnie wstawiając się do porodu, swoją ruchliwością przyśpieszając poród.

To dziecko, które jest wolniejsze, spokojniejsze, mniej ruchliwe może rodzić się w swoim powolnym tempie. Takie maleństwo czeka, chowa się, jakby się wahało: urodzić się czy nie.

Oczywiście nie przekreśla to faktu, że w porodzie bardzo ważne są również inne warunki: przede wszystkim stan zdrowia rodzącej i rodzonego, czy matka jest spokojna, czy dziecko nie jest owinięte pępowiną, położnicze komplikacje.

Jednak gdy nie ma komplikacji, gdy poród odbywa się naturalną koleją rzeczy, świetnie można zaobserwować zachowanie dziecka, jeśli nie jest się skupioną tylko na sobie, na swoich bólach.

Małgorzata Klecka i Iwona Palicka w w/w pozycji zamieściły swój artykuł „Czynniki ryzyka okresu okołoporodowego i ich wpływ na dalszy rozwój dziecka”. Wymieniają w nim wrodzone odruchy, które posiada dziecko przychodzące na świat, ich pojawianie się, kształtowanie, zanikanie, kształtowanie dojrzalszych. Omawiają to jednak w kontekście zaburzeń rozwojowych, jakie może powodować niewłaściwe ich kształtowanie, zanikanie. Szkoda jednak, że tak ciekawy temat nie został również omówiony z perspektywy zdrowych dzieci. Niby wszystkie zdrowe dzieci przychodzą na świat z tymi samymi odruchami: ssania, szukania, chwytania- dłoniowy i podeszwowy, Moro, toniczne odruchy błędnikowe, asymetryczny i symetryczny toniczny odruch szyjny, grzbietowy Galanta. Odruchy te z pozoru są nieciekawe: przejawiają je wszystkie dzieci, tak jakby działały mechanicznie.

Niby takie same, ale jak różnie przejawiane! Od początku mają w sobie piętno indywidualności. Jedno dziecko przejawia odruch ssania tak zapalczywie jakby umierało z głodu (pomimo że jadło pół godziny temu), inne i po kilku godzinach bez mleka szuka spokojnie, wolniutko dając znać o swojej potrzebie ssania. Jeden maluch odruch Moro (reakcja na nagłe bodźce, np. lampa błyskowa) przeżywa tak jakby waliła się ziemia, inny zachowuje się niemal tak jakby od urodzenia był stoikiem. Niby odruchy takie same, a ile dzieci, tyle sposobów ich przeżywania.

I jest to widoczne już w czasie porodu, a nawet wcześniej, gdy umiemy nawiązać z nim kontakt.

Lidia pomimo że rodzona pod górę (na leżąco) urodziła się najszybciej, bardzo energicznie. Daniel rodził się dłużej, bez pośpiechu, powolutku. Z Tosi śmiejemy się, że wzięła inicjatywę w swoje ręce i tak skutecznie, energicznie kręciła głową w czasie skurczów i między nimi, że nie zaczekała na położną, choć początkowo rodziła się powoli. Ignaś chyba myślał, że poród go ominie jak się nie będzie ruszał, że uda mu się go przeczekać, skulić się, schować. Dopiero doprowadzony do ostateczność energicznie wyszedł na świat.

Każde dziecko ma swoją historię. Jednak nie każda mama ma możliwość skupienia się na dziecku w czasie porodu. Często rozprasza rodzącą zbyt głośne, nachalne zachowanie personelu, podłączanie do aparatury (KTG), rozmowy, narzucone pozycje ciała, zachowania itp. Znieczulenie dokręgosłupowe w ogóle ucina kontakt z dzieckiem, podany Dolargan (lek z grupy opiatów) sprawia, że matka w ogóle może słabo kontaktować, może się czuć jak pijana.

Artykuł ten zwraca  uwagę w pewnej mierze, jak nabyte doświadczenie może wpływać na owo zachowanie dziecka, niby odruchowe.

„Zaobserwowano, że u noworodków, które przyszły na świat w wyniku cięcia cesarskiego, odruch Moro jest nadal obecny po piątym miesiącu życia, podczas gdy w grupie niemowląt nieobciążonych ryzykiem okołoporodowym  i urodzonych naturalnie odruch ten zanika znacznie wcześniej.”

Przypadek, że akurat chodzi o odruch Moro, który wygląda jak reakcja przestrachu? Czym innym jest cesarskie cięcie jak nie wystraszeniem dziecka, które nie do końca przygotowane doświadcza przejścia, a wygląda to jak wyciągnięcie dziecka za głowę.

I jeszcze jeden cytat podsumowujący:

„Dbałość o jak najbardziej fizjologiczny przebieg porodu ze względu na dobro dziecka jest nie do przecenienia”.

Warto jednak sobie zdawać sprawę, że takie zdanie pada w Polsce, gdzie porodów naturalnych, według danych Fundacji Rodzić po Ludzku jest aż… 3%



Dawanie życia

Jak tu nie kochać życia, gdy samo się tuli i oznajmia o sobie wielkim krzykiem albo małym kwileniem.

Co mnie nauczył Ignaś przechodząc na zewnętrzną stronę świata te 4 dni temu?

  • że to Pan Bóg daje życie i ono nas zaskakuje, choćbyśmy się nie wiem jak przygotowali się na jego przyjęcie;
  • że w porodzie najważniejsze jest zaufanie:  -do Pana Boga, że i w najtrudniejszych godzinach, w najcięższych skurczach, w najczarniejszym zmęczeniu i bezsilności znosi to umęczenie razem z nami, jest blisko, najbliżej; bliżej nawet niż ja sama sobie jestem bliska; ta ufność może poprowadzić poprzez poród; -potem ważne jest zaufanie też do siebie samej: że stworzona jestem do rodzenia, że dam radę, pomimo rodzących się wątpliwości, uciążliwości, bólu itp.; a nawet jeśli ewidentnie nie daję rady, że mam w sobie godność, która daje siłę to znieść; -niezwykle ważne jest również zaufanie do towarzyszących nam osób, że choć i czasem nieudolnie, ale z serca chcą pomagać, wspierać i towarzyszyć;
  • nauczył mnie, że intuicja matczyna jest wielką siłą i darem i trzeba z niej korzystać zwłaszcza w szczególnym czasie porodu; robienie sobie odgórnych założeń przed porodem, np. „będę rodzić w wannie” lub „nie będę rodzić w wannie” bądź „zachowam się tak i tak” może bardziej przeszkodzić niż pomóc; warto mieć dużą wiedzę, ale korzystać z niej pokornie; lepiej otworzyć się na bieżącą chwilę i słuchanie „rytmu” porodu niż na jakieś sztywne pomysły;
  • że trudny poród to też najszczęśliwszy poród, bo oznaczający oczekiwane wytęsknione spotkanie, otwarcie na to, co niesie ze sobą życie.

Dużo by jeszcze pisać.



Kładę przed tobą cierpliwość i niecierpliwość…

Macierzyństwo to sztuka cierpliwości.

Tej rozumianej w sposób pozytywny jako długomyślność czyli patrzenie przed siebie i zdolność czekania. Łatwiej znosić pewne trudy towarzyszenia własnemu dziecku, gdy widzi się jego rozwój w dalszej perspektywie.

Przykłady? Końcówka stanu błogosławionego i naturalne wówczas uczucie niecierpliwości, wydłużania się czasu do granic wytrzymałości psychicznej. Trzeba jednak widzieć ten etap życia dziecka jako bardzo przemijający. Choć dłuży się niemiłosiernie, jest potrzebny dziecku (ostateczny rozwój płuc, ostatnie tygodnie to intensywna migracja przeciwciał odpornościowych do organizmu dziecka jako prezent od matki). I gdy spojrzymy jak krótki jest ten czas oczekiwania na spotkanie twarzą w twarz, a jak długie „rozwojowe potem”, to może nie jest łatwiej oczekiwać na rozwiązanie, ale łatwiej docenić ten czas, dotrwać. Ten czas intensywnego oczekiwania jest też wbrew pozorom potrzebny matce: rozwojowi jej uczucia do maluszka, aby nie straciła tych cennych ostatnich tygodni, dni godzin tak ogromnej bliskości „serce-przy sercu”, która już nie wróci.

„Jedynym sensownym lekarstwem na tęsknotę jest cierpliwość.” Zazwyczaj od lekarzy, położnych dostają całkiem konkretną propozycję uśmierzenia tej tęsknoty, pozbycia się trudu cierpliwości, np. indukcję porodu. Stęsknionym rodzicom przekazuje jedynie świetlany obraz wyboru tej drogi niecierpliwości: szybsze spotkanie, ujrzenie ukochanego dziecka. Rzadko kiedy idą za tym jakiekolwiek medyczne wskazania: małowodzie, źle prosperujące łożysko, co sugerowałoby potrzebę takiej interwencji. Skutki uboczne tej decyzji najczęściej pomija się, bo kto by się tam chciał dowiadywać, że grozi mu w związku z tym pęknięcie macicy, bardziej bolesne nieefektywne skurcze, ostatecznie nawet cesarka. Wszystko ma swoją cenę. I cierpliwość czekania, i niecierpliwość, że „musi być tu i teraz”.

Cierpliwość ma też swój sens negatywny: może być rozumiana jako zdolność do czekania na dobro i znoszenia w związku z tym jakiegoś cierpienia, trudu. Jak wielką ma to wartość!

Obecnie rzadko kiedy się to docenia, że wielką wartością jest znosić trud, ból dla drugiej osoby. I nie chodzi wcale o żadne cierpiętnictwo, ale po prostu można z radością przyjmować np. skurcze porodowe, każdy przyjmując jako obietnicę spotkania. Każdy witając modlitwą- podziękowaniem Bogu, ale też dziecku za ten ogromny dar bycia matką.



Najlepsze przywitanie dziecka

Każde dziecko chce być serdecznie przywitane. To maleńkie oczekujące utulenia, akceptacji. I to wracające ze szkoły potrzebuje rodzinnego ciepła, życzliwości, przyjęcia, a niekoniecznie od razu zaatakowania pytaniami o stopnie, klasówki itp.

I to rodzące maleństwo chce być przyjęte przez ciepłe kochające ręce rodziców, przez ich otwarte serce. Co jest najważniejsze w tym przywitaniu? Dobre samopoczucie matki lub dziecka? Szybki pierwszy niezakłócony kontakt?

Bardzo ważne to rzeczy, warto się o nie starać, ale nie zawsze tylko od nas zależą. Często personel medyczny wkracza tu z całym swym „bogactwem” oferty. To, co oferuje niezwykle ważne dla dzieci z zaburzeniami, chorymi, bardzo słabymi. W przypadku dzieciaczków zdrowych te medyczne zabiegi na „dzień dobry” nie tylko nie są specjalnie potrzebne, ale czasami są szkodliwe.

Ale jest coś, co może podarować każdy rodzic nowo narodzonemu dziecku oraz temu starszemu.

„…błogosławcie. Do tego bowiem jesteście powołani, abyście odziedziczyli błogosławieństwo.” 1P 3,9

Myślę, że tego rodzicielskiego błogosławieństwa nic nie jest w stanie zastąpić. I jest ono najlepszym przywitaniem i nowo poczętego człowieka, i tego, co dopiero się urodził, i tego, co to pierwszy raz do przedszkola czy szkoły. I na co dzień. To szczególne powołanie rodziców, żeby błogosławić swoje dzieci, co oznacza otwarcie się na szczęście, jakiego źródłem może być tylko Pan Bóg w swojej wielkiej miłości: szczęścia, którego nic ani nikt nie będzie w stanie zabrać naszym dzieciom.

To błogosławienie własnego dziecka to otwarcie własnego serca na jego wzrost, bo rodzicielskie błogosławieństwem nigdy nie jest tylko błogosławieństwem rodzicielskim, ale zawsze też Rodzicielskim przez duże R.



Cesarka a naturalny poród- co kto woli?

Dlaczego jest tak wiele cesarek we współczesnym położnictwie? W niektórych rejonach świata odsetek ten sięga nawet 80% (Sao Paulo).

Generalizując pozycję Michela Odent „Cesarskie cięcie a poród naturalny” dzieje się to m.in. z powodu niezrozumienia potrzeb rodzącej fizjologicznie matki oraz z powodu wzrastającego bezpieczeństwa operacji cesarskiego cięcia, które staje się zabiegiem coraz mniej uszkadzającym, coraz mniej inwazyjnym (np. długie rozcinanie zastępuje się rozciąganiem, odciąganiem tkanek, mniej zszywania, mniejsza utrata krwi itd.).

Z jednej strony więc jego pozycja w pewien sposób oddramatyzowuje cesarkę: operacja ta stała się na tyle prosta, kilka ulepszeń przyniosło tak dobre rezultaty, że ryzyko tej operacji nie musi nam się śnić po nocach. W rzeczywistości w rozwiniętych krajach jest ono bardzo niewielkie.

Michel Odent nie byłby jednak sobą, gdyby nie zauważył jak ważne jest w porodzie naturalnym respektowanie potrzeb rodzącej dla jego prawidłowego przebiegu i jak bardzo korzystny i dla matki, i dla dziecka jest trud rodzenia się.

A jakie są to potrzeby? Przede wszystkim zachowanie intymności, poczucia bezpieczeństwa, wyłączenia działania kory nowej. W czasie porodu naturalnego pracującą przede wszystkim częścią mózgu jest podwzgórze i przysadka mózgowa, a więc stare pierwotne części mózgu. Gdy jesteśmy pod obserwacją, zasypywane gradem pytań, stawiane w świetle reflektorów, oderwane od poczucia bezpieczeństwa po prostu możemy przestać rodzić. Pod wpływem bolesnego badania ginekologicznego kobieta może nawet zamknąć swój mięsień zwieracz, jakim jest szyjka macicy. Czy nie podobnie robimy podczas defekacji? Gdy coś nas wówczas niepokoi, przeszkadza nam, to po prostu przestajemy bądź w ogóle nie zaczynamy otwierać zwieracza odbytu.

Przepraszam za trywialne porównane. Poród jest jednak procesem o wiele bardziej delikatnym, narażonym na zakłócenia, ponieważ tu nie chodzi o częste wydalanie, ale jest on wyjątkowym przejawem naszej  miłości do dziecka, tak bardzo niepowtarzalnym. Bliższe i bardziej adekwatne byłoby porównanie porodu do stosunku seksualnego. Stosunek może być dla kobiety przykry i bolesny, jeśli wcześniej nie otworzy na niego swojej psychiki, nie ma warunków bezpieczeństwa, rozkochania, uniesienia. Nie bez kozery w czasie porodu matka rodząca jest zalewana licznymi hormonami miłości podobnymi jak podczas współżycia: oksytocyną, prolaktyną, endorfinami itd

Czy może więc dziwić, że szpitalne warunki: jarzeniówki, sterylność, kręcące się nieznane osoby, widok nieznanych leków, narzędzi, aparatów, robienie wywiadu z rodzącą sprawiają, że tak często „trzeba” podłączać stymulatory porodu (kroplówkę z oksytocyną) lub kończyć poród cesarką, ponieważ nie ma jego postępu.

Odent- będący zarazem chirurgiem i położnikiem zauważa, że „swą umiejętność kochania kobieta w pewnym stopniu rozwija właśnie podczas porodu” otwierając się właśnie i na ten dar rodzenia i na przychodzące dzięki niemu dziecko. Stwierdza on dalej, że nasza miłość do dziecka idzie dalej poza tą fizjologię: i po cesarskim cięciu jesteśmy w stanie wydobyć z siebie wiele miłości do rodzących się w ten sposób dzieci w odróżnieniu od zwierząt, które w takiej sytuacji nie interesują się swoim potomstwem. Jednak kobiety doświadczają większych trudności w rozwoju tej miłości, gdy nie jest im dane urodzić ich, gdy rodzi się za nie.

Poród naturalny jest zazwyczaj korzystny dla rodzącej się matki, ale także dla rodzącego się dziecka. Podczas skurczy pierwszego okresu układ oddechowy maleństwa jest szczególnie przygotowywany do oddychania, stąd nie dziwi więcej trudności oddechowych, a w późniejszym okresie astmy u dzieci pocesarkowych.

Zebrano dane, że dzieci urodzone przez cesarkę zwłaszcza niepoprzedzoną akcją skurczową różnią się od dzieci urodzonych drogami natury:

  • pracą serca i aktywnością oddechową;
  • niższym poziomem glukozy;
  • niższą temperaturą ciała (90 minut po porodzie).

Po pierwszym szybkim przeczytaniu tejże lekturki mam wrażenie ogromnego docenienia porodu naturalnego, ale i nowoczesnej operacji cesarskiego cięcia. Książka o tyle ciekawa, że stawia wiele pytań, jest wyrazem drążenia tematu przez autora, jego drogi refleksji. Polecam!

Cdn., bo jeszcze chciałabym odnieść się do jego widzenia stereotypów dotyczących porodu oraz badań ciążowych.



Jedyne Takie Narodziny

Sielankowa wizja Bożego Narodzenia jest czasem dla nas pokusą. Podczas gdy Matka Święta miała normalny fizjologiczny poród niepozbawiony trudu i bólu, podczas gdy rodzące Dziecię Jezus już wtedy brało swój krzyż doznając ciężkiego wysiłku przychodzenia na świat, my snujemy czasem wizje lekkie, łatwe i przyjemne jak z telewizyjnej reklamy.

Z ostatnio zachwalanej Wam książki „Cud oczekiwania” dzieliłam się raczej pozytywnymi przemyśleniami. Pisze ona jednak w pewnym momencie również, że Maryja karmiła piersią Dziecię Jezus, ponieważ nie miała wyboru. I o porodzie naturalnym w tym wypadku można by powiedzieć również tak naskórkowo: Matka Boża urodziła drogami i siłami natury, bo nie miała wyboru. Ograniczona była warunkami zewnętrznymi, w jakich przyszło jej żyć, rodzić, karmić.

Przekułabym jednak to określenie „nie miała wyboru” na: rodziła i karmiła w największej wolności– to bardziej odzwierciedlałoby prawdę. Wybierając rodzenie w skupionej modlitwie, łączności z Bogiem, zatapiając się w radości zjednoczenia ze swoim Dzieckiem, pomagała mu przychodzić na świat na najbardziej kochające matczyne ręce. Odbierając skurcze porodowe rozwierające szyjkę macicy i te parte jako dar wychodzenia dziecku naprzeciw, drogocenny dar od Boga nie stawiała bariery między sobą a Dzieckiem, przyjmowała Je całym swoim sercem, całym ciałem i duszą.

Obecnie panujący trend, moda daje niejednokrotnie wyraz przekonaniu, że wolność to możliwość dokonania wyboru przez matkę między porodem fizjologicznym a cesarskim cięciem, między porodem drogami natury ze znieczuleniem i bez znieczulenia, itd. Zwłaszcza zwolenniczki cesarskiego cięcia potrafią krzyczeć głośno o konieczności pozostawienia tego wyboru kobiecie. Nic dla nich nie znaczy, że cesarskie cięcie jest poważną operacją, która powinna być zarezerwowana dla wyjątku ratowania życia bądź zdrowia.

Dobrze, że ceniona jest wolność- ona jest niezbędna. Ale czym ona jest? Czy wolna jest matka uciekająca trwożliwie w znieczulenie cesarki czy ta, która odważnie z wdzięcznością przyjmuje trud porodu naturalnego? Czy wolna jest ta matka, która pomimo istotnych racji medycznych upiera się przy swojej wizji porodu naturalnego czy ta, która umie z niej zrezygnować kierując się dobrem rodzącego się dziecka? Czy wolna jest w końcu ta matka, która chce rodzić według własnego pomysłu czy według Bożego planu dla jej życia i życia jej dziecka?

Czy wolna jest ta kobieta, która wybiera karmienie butelką „bo tak zadecydowała, tak chce” czy ta, która potrafi stawić czoła trudnościom karmienia naturalnego, wytrwać pomimo nich?

Jestem ostatnio pod wrażeniem przeżyć mojej przyjaciółki, która z wielką pokorą i zaufaniem potrafiła przyjąć rozwiązanie przez cesarskie cięcie pomimo swoich marzeń o porodzie domowym. W jej sytuacji była to niezbędna decyzja dla zdrowia i życia jej i jej dziecka. To zaufanie do Pana Boga, z jakim przyjęła tę trudną sytuację była dla mnie wielkim świadectwem jej oddania.

W gruncie rzeczy Maryja też nie mogła sobie zaplanować porodu w grocie w Betlejem. Wówczas wszystkie kobiety rodziły w domu, z pomocą innych doświadczonych kobiet- i zapewne taka wizja porodu była bliska Matce Bożej. Kto rozsądny w tym czasie chciałby rodzić w drodze, w obcych niekorzystnych warunkach, bez wsparcia?

Tajemnicą pozostaje Jej wielkie zaufanie do Stwórcy, że i tak urodzi pięknie, że nie zabraknie jej najważniejszego: miłości do Dziecka, do Boga.

Bóg Ojciec, który jest w pełni wolny, bo w pełni wszystko rozumie, w pełni jest Miłością mógł inaczej zaplanować przyjście na świat Mesjasza, swojego Syna. W swojej wszechmocy mógł wybrać poczęcie w próbówce, bezbolesne (na krótką metę) rodzenie przez cesarskie cięcie, karmienie z butelki swojego Syna. Mógł, ale skoro tego nie zrobił, to znaczy, że miało to Sens. Wartość miłości w ludzkim wydaniu, której nie da się wysterylizować od ciała. Głęboki sens zamieszkania w kolebce ciała swojej Matki, przyjęcia jej wysiłku i bólu rodzenia, sens całego trudu prawdopodobnie co najmniej dwuletniego wykarmienia piersią.

„Bóg-Sens czeka, aż go przewinę, odłożywszy na bok swoją pychę, tytuły, wydumaną wielkość. Boże Narodzenie przynosi wielką pochwałę prozy życia, zwyczajności, która staje się nadzwyczajna dzięki miłości. (…) Nie dajmy się zwieść tym, którzy w święta będą tradycyjnie tłumaczyć, że to mit, bajka, psychologia, socjologia, a może nawet będą drwić z naszej radości. Bądźmy i dla nich zwiastunami Sensu, który zamieszkał w ludzkiej historii Jezusa po to, by każdą ludzką historię uczynić sensowną”- ks. T. Jaklewicz pisze w Gościu Niedzielnym z 26.12.10.

Żeby nie zabrakło Wam Bożego Narodzenia w te święta i w całym życiu życzę tego Wam i sobie 🙂 Oraz żeby nam matkom nie zabrakło odwagi wyruszenia do naszego Betlejem na spotkanie ze Zbawicielem 🙂