|
|
|
8 październik
Znam mamę, która zrezygnowała z karmienia piersią, ponieważ nie odpowiadało to ojcu dziecka. Oczywiście, że najważniejsza jest zgoda między mężem i żoną, jedność między nimi- zburzenie tej wartości nie jest warte świeczki, nawet tak ważnej jak naturalne karmienie. Jednak to my żony jesteśmy odpowiedzialne, choćby po części, za to jaki obraz karmienia piersią i karmienia w ogóle będzie miał nasz mąż.
Tak się zastanawiam, jaki obraz karmienia piersią przekazuje żona mężowi, kiedy:
- narzeka, jak jej trudno karmić piersią;
- żali się, że nocne karmienia ją wykańczają;
- walczy z własnym dzieckiem i stara się je karmić czymkolwiek innym, gdy ono akurat domaga się piersi;
- okazuje poczucie własnego uwiązania karmieniem piersią; itd., itp.
Czy dla mężczyzny nie będzie naturalne wówczas podanie prostego i krótkiego rozwiązania:
„No to odstaw, i będzie po sprawie!”
Jednak dzieląc się z naszym mężem tym własnym trudem, zazwyczaj wcale nie oczekujemy gotowych rozwiązań, a raczej przytulenia, umocnienia w tej sytuacji, zrozumienia własnych uczuć, potwierdzenia ich. Zapewnienia, że jako mama wykonuję kawał dobrej roboty, więc mam prawo być zmęczona. Oczywiście zawsze trzeba rozmawiać, a więc i tę kwestię wyjaśnić mężowi. Jednak mając takie oczekiwania wobec męża postępujemy dosyć nierealistycznie- nie jest on bowiem ani naszą przyjaciółką, ani inną mamą karmiącą, której łatwiej wczuć się w naszą sytuację.
Kiedy dajemy mężowi wyłącznie takie komentarze jak powyższe, zapala mu się lampka: Karmienie jest dla mojej żony za ciężkie. Jest ona przemęczona nim- powinna więc od niego odpocząć. Karmienie piersią w ogóle przestaje być praktyczne dla dzieci oraz matek. Moja żona potrzebuje mojej pomocy w zerwaniu z tym. Zarówno więc moja żona, jak i dziecko lepiej by na tym wyszli, gdyby już zrezygnowali z karmienia piersią.
Warto więc szukać takich osób, miejsc, gdzie będziemy zaakceptowane i przyjęte z naszym „wygadywaniem się” na karmienie piersią, gdzie nauczymy się opowiadać o naszych trudach, też trudnych emocjach dotyczących karmienia piersią, ale gdzie również otrzymamy wiele pozytywnych emocji w tym temacie, które będziemy mogły przekazać mężowi.
Jaki obraz karmienia piersią przekazujemy mężowi, gdy mówimy o nim jako o:
- czymś, co jest dla nas piękne, wzruszające, wartościowe;
- czymś, co sobie cenimy;
- czymś, co widzimy, że jest ważne dla naszego dziecka;
- czymś, z czego potrafimy się cieszyć, co świadomie chcemy kontynuować;
- czymś, dla czego warto znosić pewne nawet trudy;
- czymś, co służy zarówno matce jak i dziecku;
- czymś, w czym jesteśmy zwyczajnie bardzo dobre, jesteśmy ekspertkami.
Taki przekaz, którym się będziemy dzielić z naszymi mężami poniekąd powinien ich zaszczepić przed naszym narzekaniem, dzieleniem się tymi trudami właśnie z nimi. No, chyba, że dla męża ważniejsze jest zdanie mamusi- ale wtedy to raczej kwestia do terapii niedojrzałego synka się nadaje. Dla dojrzałego mężczyzny istotniejsze powinno być zdanie żony, nie mamy.
Dlatego tak gorąco zapraszam na spotkania grupy wsparcia dla mam karmiących pragnąc je uczynić miejscem, gdzie będzie czas na podzielenie się tymi trudami, ale też stawaniem się ekspertkami w tej właśnie dziedzinie. Prowadzę takie spotkania w Lublinie, ale w gruncie rzeczy w każdej miejscowości zwykła mama karmiąca, która chce się dzielić swoją radością, trudami karmienia- może „skrzyknąć” inne mamy, które chciałyby się spotykać w tym temacie.
Moim zdaniem, warto jednak też pogłębiać własną wiedzę na ten temat. Za każdym razem jest to dla mnie zaskakujące, że i mamy karmiące piersią powielają mnóstwo mitów na ten temat. Nie dziwię się więc, że i całe społeczeństwo powtarza ich ogromną ilość, skoro same zainteresowane nie są na tyle zainteresowane, żeby mówić sensownie na temat tego, co robią często i z uczuciem.
Myślę, że to o czym piszę ma zastosowanie również do innych osób, nie tylko do męża.
Zwłaszcza jeśli karmimy naturalnie dłużej niż przeciętnie warto poczuć się dobrze z tym, czerpać z tego nie przygnębienie i zniechęcenie, a radość i pewność siebie. W końcu wykonuje się kawał dobrej roboty.
Żenujące są działania producenta mlek modyfikowanych, który zaczął już produkować mieszankę na czwarty rok życia dziecka. Oczywiście „wzorując się” na mleku matki. Oczywiście to wzorowanie się jest kuriozalne, śmieszne- tak jak śmieszne byłoby przerabianie krowy na człowieka.
Dlaczego my mamy karmiące dłużej niż statystyczna niejednokrotnie czujemy się zawstydzone zamiast być dumne? To, że powstają takie mieszanki dla tak podrośniętych dzieci świadczy o tym, że mleko matki doceniają nawet jego najzagorzalsi wrogowie właśnie ze względów merytorycznych.
7 październik
Czasem uciekamy przed naszymi dziećmi z nudów. Widzimy swoje macierzyństwo jako ciąg kupek-karmień-gotowania-sprzątania-„tiutiania” czyli zajęcie mocno upupiające, nie dające pola do rozwoju dorosłej osoby. Mało płodne intelektualnie, gdy skupiamy się na tej samej otoczce, zewnętrzności.
Patrzę jednak na to zupełnie inaczej. Perspektywy nie nadają te powtarzalne czynności: owszem one są potrzebne, żeby było czysto, miło, przyjemnie, zdrowo. Jednak o ile ważniejsze jest to z kim jesteśmy, komu możemy służyć obecnością, pomocą.
Bycie dla dzieci zmienia perspektywę patrzenia. Kim są te nasze dzieci? One są jak mali naukowcy, póki nie nauczymy ich nudy obkładając taką ilością zabawek, filmów,telewizji, gadania, książeczek, że nie są w stanie tego znieść.
Spotkanie z małym listkiem potrafi być fascynującą przygodą: jak wiele można z nim zrobić, jak wiele odbyć podróży, jak bardzo się zachwycić jego kolorem, kształtem, fakturą, wagą. W doświadczeniu dziecka to wszystko warte jest poznania.
Małe dziecko poznaje całym sobą. Całym swoim ciałem, wszystkimi zmysłami, włącza w to poznawanie swoje niedojrzałe emocje. Liść trzeba dotknąć, obejrzeć, polizać, posłuchać, czy nie wydaje jakiegoś dźwięku.
Przy tym liściu może więc ono się zatrzymać o wiele dłużej niż życzylibyśmy sobie tego. Do czego można użyć takiego liścia? Czy łatwo go porwać? Jak szybko spada? Czy da się na nim rysować? Czy da się go zwinąć w rulon? Czy ten liść coś oznacza? Dlaczego spadł? Czy można z niego zrobić latawiec? Jaki ma kolor? jaki smak?
To poznanie wymaga cierpliwości. Zwłaszcza rodzica. Ale wymaga też ukierunkowania- też poprzez rodzica.
Czy można się nudzić przy małym dziecku? Tak, jeśli samemu nie jest się ciekawym.
Dzieci rodzą się np. z niedojrzałym zmysłem wzroku: widzą wszystko m.in. do góry nogami. Zadziwiająca przemiana następuje choćby w samym ich patrzeniu.
9 wrzesień
Obecnie, gdybym miała komuś polecić książkę najbardziej dodającą wiary i siły w różnych macierzyńskich perypetiach- począwszy od noszenia dziecka pod sercem, przez poród, karmienie- wychowanie- zachęciłabym go do przeczytania książki Moniki Staszewskiej „Bez lęku”.
Czytam ją właśnie z wypiekami na twarzy i z wdzięcznością z sercu, że tak wieloma uwagami Monika zechciała się ze mną podzielić. Dawno nie czytałam tak życiowej, sercem pisanej książki.
Właściwie nie wiem, którym cytatem mogłabym się podzielić – tak ich wiele.
Jeśli podoba Ci się mój blog, to jeszcze bardziej do serca przypadnie Ci ta pozycja- pisana z większym bagażem doświadczeń, z wielkim sercem, z większą perspektywą czasową, bo autorka jest już babcią.
Lektura obowiązkowa!
13 sierpień
To, co proponuje nam świat, to wyścig szczurów. Które z dzieci szybciej zacznie pełzać, mówić, chodzić, biegać, czytać, grać, śpiewać?
Pewnie i wy widziałyście obrazujące to filmiki w necie, np. wyścig raczkujących dzieci, trening leżących niemowląt, genialnie grające na instrumentach kilkulatki, maluchy robiące nieprawdopodobne sztuczki itp.
Tylko pytanie: Czy warto? Jakim to kosztem się odbywa? Czy zostawimy dziecku coś z dzieciństwa?
Każdy etap rozwoju pełni jakąś funkcję. Te bardzo niepozorne etapy również. Żeby bezpiecznie chodzić, trzeba umieć dobrze się turlać, trzeba umieć upadać. Żeby nie być bezradnym, żeby dobrze chodzić, trzeba umieć się podnosić, wstawać, kucać. Wszystko jest potrzebne- gdy się jakiś etap „przeskakuje”, potem okazuje się, że trzeba do niego wracać. Np. przeskoczenie etapu raczkowanie niekiedy sprawia, że wraca się do niego podczas nauki czytania, pisania- bo te zdawałoby się niewiele ze sobą mające wspólnego czynności w ciekawy sposób łączą się w mózgu tak, że dzieci nieraczkujące częściej następnie mają problemy podczas nauki czytania, pisania.
„Bo nie lubił leżeć na brzuszku!”- mówią często rodzice o przyczynach tego, że dziecko nie nauczyło się najpierw pełzać, a następnie raczkować, żeby dopiero po tym przygotowaniu zacząć chodzić. Ale dlaczego dziecko nie lubiło leżeć na brzuszku? A może to oczekiwania rodziców co do tego leżenia były nieadekwatne? A rodzice po jednej czy dwóch próbach niepotrzebnie zbyt szybko ocenili swoje dziecko? Czy dla miesięcznego czy dwumiesięcznego dziecka minuta leżenia na brzuszku to nie jest dużo, wystarczająco? A może zbyt wygodnie nam rodzicom jest cały czas sadzać dziecko, by w ten sposób mogło ono obserwować świat i dało nam w ten sposób więcej „świętego” spokoju? A może wygodniej kłaść je ciągle na plecach, oby tylko bez płaczu leżało?
Dziecko można kłaść na brzuszku na chwileczkę, a często. Ćwiczy ono w tej pozycji o wiele więcej czynności niż leżąc na plecach: podpieranie na rączkach, chwytanie, sięganie, pełzanie, itd.

Niefizjologiczne czyli niesprzyjające zdrowiu sposoby przyśpieszania rozwoju dziecka:
- noszenie dziecka przodem do świata- fatalne dla rozwoju stawów biodrowych,niedobre dla naturalnego wolnego przechodzenia od dominacji mięśni zginających do wyprostowujących; sprzyjające przebodźcowaniu dziecka (co się przejawia nadmiernym pobudzeniem dziecka, z którym ono sobie może nie potrafić poradzić, często rodzice również, bo dziecko jest tak rozkrzyczane, niespokojne, nie znajdujące ukojenia);
- sadzanie dziecka z podpórkami nieumiejącego się samodzielnie podnosić;
- chodziki– jest to sprzęt utrudniający wypracowanie prawidłowej postawy ciała, obciążający nadmiernie niedojrzałe do chodzenia stawy, mięśnie, kręgosłup, powodujący nieprawidłowe nachylenie kręgosłupa;
- nauka chodzenia polegająca na prowadzeniu dziecka za rączki: j.w. uczy nieprawidłowej postawy ciała, niepotrzebne obciążenie dla stawów, mięśni, dla których korzystniejsze jest długie raczkowanie przygotowujące dobrze do chodzenia.
Czy więc rozwój szybszy, wcześniejszy, silniejszy oznacza korzystniejszy dla dziecka? Niekoniecznie.
Najpierw dopingujemy nasze dziecko: Już chodź! Już biegaj! A potem trzeba wykonywać tą samą pracę na nowo, tylko w drugim kierunku: Wolniej pisz- ucz się staranności! Wolniej mów- bo wyraźniej! Zwolnij, gdy napotkasz przeszkody! Itd, itp.
Koniec końców okazuje się, że nie zawsze „szybciej, wcześniej, więcej” oznacza sensowniej, rozumniej, korzystniej.
Jest czas na wszystkie sprawy pod niebem- jak mówi Kohelet.
Bardzo mi się podoba termin świętego Tomasza z Akwinu na cierpliwość: długomyślność. Dajemy dziecku raczkować, bo dzięki temu za kilka, kilkanaście lat będzie miało zdrowy kręgosłup. Dajemy dziecku czas na mówienie, ale też na milczenie i ciszę, a za lat kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie będziemy męczyć się jego nadmiernym gadulstwem, słowotokiem.
Karmimy dziecko swoim mlekiem kilka lat, ale jego zdrowie kształtujemy na lat kilkanaście, kilkadziesiąt. Niecierpliwość mówi: „Niech już przestanie! To męczące! Inne dzieci już odstawione!” Cierpliwość mówi: „Człowiek nie maszyna: ma swój indywidualny czas. Potrzebuje czasu na dojrzewanie, na zrozumienie, na ukształtowanie, wyrośnięcie z niedojrzałych zachowań.”
Wybierajmy więc cierpliwość 🙂 Bo cierpliwość jest radosna. I to nie godzinę, ale na lata. Nie powierzchownie, ale głęboko.
Jestem w wielu tych sprawach przysłowiowym Polakiem mądrym po szkodzie. Doświadczyłam sama, jak bardzo kuszące jest pochwalenie się: „Już chodzi!”, „Już mówi!”, „Już wszystko zjada!”, „Już przesypia noce!”
Tym pokusom można przeciwstawić właśnie tę cierpliwość, długomyślność czy choćby zwykły zdrowy rozsądek. Zamiast szybciej warto więc uczyć wytrwalej, zamiast wcześniej wystarczy w swoim czasie, zamiast silniej z odpowiednią mocą.
7 sierpień
Psu na budę karmienie piersią, piękny poród, naturalna pielęgnacja dziecka, jeśli:
- małżeństwo traci swą jedność;
- brak zgody w małżeństwie;
- małżeństwo się rozpada;
- nie mamy wiary, miłości, nadziei.
Małżeństwo jest bowiem w zdrowej hierarchii wartości postawione wyżej niż relacja z dzieckiem. Dzieci bowiem odejdą z domu, będą potrzebowały rozwinąć skrzydła, a małżonek potrzebuje naszej miłości aż do śmierci i potrzebuje z nami pozostać. Miłość małżeńska jest w jakiś szczególny sposób pobłogosławiona, skoro jest sakramentem. Miłość rodzicielska jest naturalna, jest darem Stworzyciela.
Jest i druga strona medalu: „kiepskiej tanecznicy przeszkadza rąbek przy spódnicy”. Czyli w sytuacji kryzysu małżeńskiego łatwo zwalić akurat winę na cokolwiek. I na karmienie dziecka nie takie jak wyobrażone- idealne, i na spanie, i na złe zarządzanie domem, i na osoby spoza małżeństwa itd, itp.
Jeśli masz z tym problem, warto obejrzeć film: „Ognioodporni”.
Każde małżeństwo jest do uratowania, bo dla Boga, który jest miłością, nie ma rzeczy niemożliwych:
Sychar
Kryzys
Ruch Wiernych Serc
Program „Wreszcie żyć”
4 sierpień
Poprzednia grupa wsparcia, którą miałam przyjemność prowadzić dzieliła się swoimi przemyśleniami, anegdotkami ze swojego życia oraz z życia swoich dzieci. Coś z tego okresu na pewno zostało we mnie.
Agnieszka, którą często nazywałam Kasią przez pomyłkę (bo było kilka Kaś) kiedyś właśnie opowiedziała mi z uśmiechem, że daje ssać swojej córci (bodajże w nocy), bo „nie będzie się z koniem kopać”.
Co za prostota argumentacji 😉 Dziecko śpiące, zmęczone, rozdrażnione rzeczywiście jest bardzo mało racjonalne.
Bardzo mnie rozśmieszyło to powiedzonko użyte w tym kontekście. Uważam, że jest szalenie trafne.
Często zakańczanie karmienia piersią dokonuje się właśnie w konwencji „kopania się z koniem”. Tłumaczymy dziecku, które zwłaszcza wieczorem, w nocy ma zmniejszoną zdolność rozumienia, a przez to mniejszą świadomość. Strzępimy sobie język, a maluch nic z tego nie rozumie- co innego w dzień. kiedy jest zmęczony- działa i myśli w sposób mniej dojrzały o kilka miesięcy bądź więcej.
Jak się porozumieć z dzieckiem w takim razie nocną porą? Mamy jeszcze język ciała, język gestów, czynów, obecność, wrażliwość na „czytanie własnego dziecka”.
4 sierpień
„Matka karmiąca piersią powinna jak najczęściej przyjmować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, a wtedy jej dziecko również jest karmione: i jego ciało i dusza”- takie pouczenie usłyszałam od zaprzyjaźnionej mamy, która stwierdziła, że powinnam się tym podzielić z innymi kobietami.
Jednak niełatwe bywa zabieranie ze sobą małego dziecka do kościoła. Rozterki, czy brać ze sobą malutkie dziecko, które płacze, które ma prawo się niecierpliwić. Rozterki, czy karmić piersią na Mszy Świętej, czy podawać mu wówczas co innego zamiast piersi, czy gdzieś wychodzić na karmienie poza kościół czy szukać w kościele ustronnego miejsca. Czy zostawiać z babcią, która kilku miesięcznemu dziecku gotowa jest dać pod nieobecność lizaczka albo chętnie nakarmi, ale tylko na swoich własnych warunkach?
Mama z dzieckiem pod sercem również dzieli się z tym swoim maleństwem Panem Jezusem- jakie to niezwykłe! Właściwie to można klęczeć przed swoim dzieckiem, przed swoim mężem, który przyjął Pana Jezusa- bo to żywe tabernakulum.
Jak bardzo trzeba być uważnym w tej miłości, skoro takie cuda się dzieją.
Nie ma większego wsparcia niż to: to sam Bóg bierze nasze ciało w objęcia, przytula nas, przytula nasze dzieci do swojego Serca. Naszą duszę prześwietla swoją łaską.
3 sierpień
Co prawda minął już dzień karmienia piersią, ale temat wciąż żywy.
Karmienie piersią jest to temat, w którym czasem łatwiej usłyszeć popularne mity niż trochę prawdy. Skąd się to bierze? Skąd tyle mitów?
- z zanikania karmienia piersią- ponieważ coraz mniej kobiet karmi piersią, coraz mniej osób też rozumie to karmienie; same kobiety go nie rozumieją, a co za tym idzie ich mężowie, dzieci;
- z porównywania karmienia piersią do karmienia butelką, do ssania smoczka; coraz mniej wzorcem jest ssanie piersi- a coraz częściej ssanie smoczka z tej prostej przyczyny, że smoczek jest popularniejszy: widujemy go stale w ustach dzieci, w różnych sytuacjach, miejscach; rodzice nie mają skrupułów w stosowaniu różnych smoczków w różnych miejscach, natomiast kobiety mają coraz większe skrupuły co do śmiałego karmienia piersią; podczas gdy to właśnie ssanie piersi powinno być wzorcem;
- z hołdowania przez bardzo wielu lekarzy sztucznym mieszankom, preparatom mlekozastępczym, obiadkom dla niemowląt- ich własne życiowe doświadczenia robią swoje; swoje robi też szkolenie personelu medycznego przez koncerny produkujące żywność dla niemowląt- im się po prostu to opłaca, bo potem lekarze, położne są bezpłatnymi przedstawicielami handlowymi rozdającymi naklejki, próbki; to jest dopiero skuteczna promocja! Kobiety zamiast swojej intuicji, wiedzy, często wybierają „wiedzę” ekspertów czując się bezradne w swym macierzyństwie, mając mało wsparcia;
- z „oderwania” od własnego ciała: kobiety nie rozumieją sygnałów wysyłanych im przez ich własne ciało, stąd tym bardziej zagadkowe jest ciało dziecka; gdy jest to trudne do zniesienia, kobiety potrafią się odcinać od własnych doznań, nie ufać im, przestać je rozumieć; np. potrafi je zaskoczyć zapalenie piersi podczas gdy powinny już zwrócić baczną uwagę i zapobiec mu podczas zastoju, który musiał pojawić się przed zapaleniem;
- traktowanie karmienia piersią jak specyficznej choroby- stąd zabójcze jadłospisy dla mam karmiących; podczas gdy dla zdrowej matki karmiącej zdrowe dziecko najlepsza jest zwyczajna zdrowa racjonalna dieta bez udziwnień; karmienie piersią jest objawem zdrowia– stąd nie potrzeba szczególnych diet, gdy mama i dziecko czują się dobrze;
- uniezależnianie się kobiet od bycia kobietą za wszelką cenę: ma być po równo czyli „mąż też musi karmić dziecko mlekiem, co się będzie lenił!”, itd, itp.
Może wyszło to jakoś tak ponuro, ale są też promyki nadziei. Dla mnie osobiście taką iskierką nadziei jest nowa książka. Książka niezwykłej kobiety o wyjątkowej intuicji, kobiety, która czuje karmienie całym sercem:
Monika Staszewska „Bez lęku”
Na razie jeszcze w promocji, z wysyłką gratis- polecam!
31 lipiec
Właściwie ten wpis powinien się zacząć od cytatu książki „Św. Hildegarda z Bingen. Medycyna dla kobiet” C.Schulte-Ubbing:
„Duszą terapi jest terapia duszy, dwa filary: „dusza” i „duch”, są nawet ważniejsze niż pozostałe trzy: „zdrowe życie, oczyszczanie, i wzmacnianie odporności organizmu”. Ze względu na świętą Hildegardę książkę można polecić, ale ze względu na jej autora- niekoniecznie.
Lobby farmaceutyczne robi wszystko, żeby uzależnić ludzi od leków, żeby nie umieli się bez nich obyć. Wydaje mi się, że coraz więcej lekomanów na tym świecie. Czy tylko mi się tak wydaje? Coraz mniej ograniczeń dla firm farmaceutycznych co do reklam – stąd też coraz bardziej się reklamują. To jest ciekawe, że oni coraz mniej potrzebują przedstawicieli handlowych- czyniąc sobie mnóstwo bezpłatnych pracowników- lekarzy, pielęgniarki, położne i in. Lekarz usłużnie po wizycie w jego gabinecie rozda Twojemu dziecku naklejki, lizaczki, inne gadżety itp. z napisem „Dzielny pacjent”, ale przede wszystkim z logo firmy, z nazwą leku itd. No i w ten sposób bezpłatnie pracuje dla firmy- zamiast porozmawiać chwilkę dłużej o prozdrowotnych zachowaniach, o Twoim samopoczuciu, rozmawia z Tobą i Twoim dzieckiem o naklejeczkach, bzdureczkach.
Może i zjadliwie piszę, ale niemal za każdym razem wizyty w przychodni otrzymujemy gadżety reklamowe, a nie pamiętam, kiedy ostatnio lekarz porozmawiałby ze mną bądź moimi dziećmi na temat profilaktyki czyli jak zapobiegać chorobom. Dzieci oczywiście to łykają, ale czy my dorośli też musimy być tak naiwni? Czy firmy te robią to bezinteresownie, żebyśmy byli zdrowsi? Oczywiście, że nie. Robią to, bo to jest skuteczne, bo dobrze na tym zarabiają, bo opłaca im się mieć uzależnionych od leków pacjentów.
No i uczą więc, że na wszystko dobra jest pigułka: na sen, na dobre samopoczucie, na ból gardła, na miesiączkę lub jej brak, na żałobę, na bóle takie i owakie. Bez jakiegokolwiek dociekania przyczyn- pigułka i po sprawie.
A Pan Bóg w przyrodzie ukrył wiele leków, wiele swoich darów. Wiele przywracających zdrowie i poprawiających samopoczucie.
Czasem matki przez wiele miesięcy i lat karmią piersią i leczą się pigułkami dzieląc się z dzieckiem swoim lekiem (choć są i takie leki, które wcale nie przenikają do mleka). I jest to o wiele lepsza alternatywa zazwyczaj niż karmienie dziecka wysoko przetworzoną paszą- mieszankami mlecznymi. Jednak wiele mam niepokoi ten wybór- same czują i wiedzą, że ich własna wątroba, nerki cierpią na skutek ciągłego obciążania sztucznymi substancjami zawartymi w farmaceutykach, nie mówiąc już o niedojrzałej wątrobie dziecka. Dlatego decydują się na wybór naturalnych leków- tych pochodzących z Bożej apteki.
Jedno z ostatnich spotkań pozwoliło mi poznać kurację przeciwko nadciśnieniu. Zastosował ją Piotrek i pozbył się nadciśnienia, choć wcześniej przez długi czas leczył ten objaw. Myślę, że z powodzeniem mogą ją stosować mamy karmiące piersią.
Wystarczą do niej:
- modlitwa z wiarą o zdrowie- bo to Pan Bóg daje zdrowie i dopuszcza chorobę (chociaż jej nie chce);
- 5 cytryn wyszorowanych i delikatnie sparzonych- przekrojonych na ćwiartki; koniecznie ze skórką;
- 30 ząbków czosnku obranego, koniecznie polskiego, nie-chińskiego;
- 2 litry wody.
Gotujemy tę oto miksturę jednak bez doprowadzenia do wrzenia. Bardzo ważne jest, żeby w porę wyłączyć kuchenkę- zagotowanie (100 stopni Celsjusza)- całkowicie psuje efekt. Wyłączamy palnik zanim lekarstwo zacznie wrzeć.
Sposób podawania: codziennie przed snem 30ml przez miesiąc. Następnie 1 miesiąc przerwy- następny miesiąc zażywania- itd. naprzemiennie przez pół roku. Przechowujemy w lodówce.
Jak ktoś ma już zniszczoną lekami wątrobę, to powinien też osłonowo coś zażywać: np. siemię lniane pite przed posiłkiem.
Używamy w naszym umiarkowanym klimacie tylko oleju słonecznikowego, innych sporadycznie przy tej kuracji.
Chciałam się podzielić tym oto przepisem. Może ktoś skorzysta albo przekaże dalej?
|