Dni obchodów

Dzień Matki, Dzień Dziecka, Dzień Ojca- wszystkie te dni na psu budę bez jedności. Bo matka potrzebuje ojca, ojciec matki, dziecko rodziców, rodzice dziecka.

Kto oglądał „Fire proof” (Ognioodporni)? Prawie zawsze jest szansa na owocną pracę nad sobą.

Pewien psychoterapeuta dzielił się ze mną swoim spostrzeżeniem, że warsztaty dla rodziców i wychowawców (wg Faber i Mazlish) w obecnym świecie okazują się niewystarczające, są ślizganiem się po powierzchni. Okazują się nieskuteczne.

Zastanawiam się dlaczego.

Te warsztaty są bardzo dobre. Czy sięgają jednak duszy? Czy nie relatywizują jednak i wartości, i autorytetu rodzicielskiego?



Niebezpieczne niewychowanie

Przeczytałam niedawno artykuł z portalu Dzikie dzieci, który reprezentuje teorie rodzicielstwa bliskości zatytułowany  „Nie wychowuj!”.

Istotą artykułu było, że wychowanie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu nie jest potrzebne, gdy jest właściwy przykład rodziców, gdy zachowana jest więź, bliskość z rodzicami. Jest to swego rodzaju utopia. Wydaje mi się, że bardzo groźna utopia. Owszem zgadzam się z tym, że przede wszystkim wychowuje przykład mamy i taty, ale pomimo że jest to najistotniejsze, to jednak niewystarczające. Bo czy nasz przykład jest wystarczający? Zdaje się, że jest niewystarczający może poza wyjątkami świętych rodzin, świętych rodziców.

A że rodzice popełniają w swym wychowaniu błędy? Normalna sprawa. Skoro jesteśmy tylko grzesznikami, to mamy błędy, grzeszymy względem siebie, względem naszych dzieci. Jednak jeśli ci sami grzesznicy modlą się o światło Ducha Świętego w wychowaniu swoich dzieci, to Bóg jako kochający Ojciec daje im to światło. I wtedy nawet te błędy Pan Bóg potrafi wykorzystać z korzyścią dla dzieci.

Chyba że modlę się powątpiewając. Wtedy oczywiście nic nie otrzymam. Dlatego dobrze jest jak najczęściej uczyć się zaufania. Na przykład od siostry Faustyny: Jezu, ufam Tobie!



Te niedoseski kochane

Od sympatycznego sąsiada dwudziestoparoletniego studenta dowiedziałam się, że na kocięta odłączone za wcześnie od matki, jej mleka mówi się niedoseski. Zachowują się one nieco inaczej od kotów i kociąt odłączonych we właściwym wieku, gdy są już na to gotowe. Przed spaniem niedoseski  przebierają łapkami jak małe ssące kocięta, wtulają się, bardzo są spragnione obecności innych. Można by jeszcze dokładniej opisywać takie zachowania. Mamy taką właśnie kociczkę, którą dostaliśmy, gdy miała zaledwie 6 tygodni- i te cechy rzeczywiście występują u niej mimo upływu wielu lat.

Zróbmy analogię do dzieci. Czy dzieci też nie są zbyt często odłączane za wcześnie? Od piersi, od swojej mamy, która wraca do pracy, od domu, od rodziny?

I wcale nie chodzi o to, by skupiać się na tym karmieniu piersią, na swojej obecności w domu, skoro dalej się karmi, czy jest w domu, pomimo że inni już dawno skończyli. O wiele lepiej się karmi, gdy robi się to mimochodem, zwyczajnie, dziecko potrzebuje, to karmię. W końcu w życiu dziecka i jego rodziców jest tak wiele do odkrywania wspólnych przygód, etapów rozwojowych. Dzieci mają tak wiele zasad do odkrycia, tak wiele do nauczenia, że nie warto się nadmiernie zajmować tym, co i tak prędzej czy później wygaśnie, skończy się, straci na znaczeniu.

Podzielę się z Wami pięknym przysłowiem chińskim, które znalazłam.

„Źdźbło żyta nie urośnie wyżej, jeżeli będzie ciągnięte na siłę do góry, trzeba mu pozwolić rosnąć.”

Osobiście rzeczywiście nadmiernie skupiam się na karmieniu piersią zwłaszcza w internecie zaprzeczając temu, co w tym momencie piszę. Z racji własnych szkoleń, pomagania innym czasami w tej akurat dziedzinie. Jednak prywatnie odkrywam, jak dobrze się karmi, gdy robi się to będąc skupionym bardziej  na innych zadaniach. A karmienie piersią zostaje po prostu jako jeszcze potrzebne. Skracanie na siłę procesu odstawiania od piersi, zakańczania karmienia to takie właśnie „ciągnięcie źdźbła do góry”. Nie tylko nie pomaga, ale narusza ono korzeń, narusza dotychczasowy spokój dziecka, jego równowagę. Bywa trudne i dla dziecka, ale dla mamy również- trudno o nową równowagę po gwałtownej zmianie.

Nie pamiętam, czy pisałam kiedyś o 9-letnim chłopcu, który przez godzinę, kiedy go obserwowałam (mimochodem) większość czasu gryzł palce, ssał je, ciągnął. Czy nie warto było dać ssać takiemu delikwentowi w czasie, który był na to odpowiedni nawet gdyby to miało trwać przez cały wiek przedszkolny (he he, o zgrozo!- powiedzieliby niektórzy) niż mieć na całe życie bądź na wiele lat takie „oseskowate” zachowania?

Takie moje zastanawianie. I myśli zbieranie.



Recepty na płakanie?

Dzieci afrykańskie nie płaczą, bo matki „czytają” swoje dzieci, a nie książki.

Jednak karmione piersią przez mamy, które mają szybki wypływ płaczą więcej– a tak jest w naszym zachodnim społeczeństwie, jeśli nie umiemy sobie radzić z tym szybkim wypływem, odbijaniem, odczytywaniem potrzeb dziecka  itp.

Podsumowując polsku: częste noszenie + karmienie piersią według potrzeby + wspólne spanie = mniej płaczu.

Wspieranie mamy to też mniej płaczu, kultura sprzyjająca macierzyństwu to też bardziej zrelaksowana mama, a więc bardziej zrelaksowane dziecko.

Piękne mi powyżej wyszły równania, jednak z własnego doświadczenia wiem, że mimo noszenia, karmienia, odczytywania sygnałów wysyłanych przez dziecko może się ono żalić i płakać w sposób nieutulony. Najmłodszy okaz naszej rodziny jest tego przykładem (na szczęście po 2 miesiącu życia z tego wyrósł). A więc tolerancja dla płaczu dziecka musi być wpisana w nasze życie. Dziecko ma prawo być dzieckiem, a więc również płakać, gdy je coś boli, gdy czuje się niezrozumiane, smutne.



Powody do radości

Tyle mamy powodów do zmartwienia jako rodzice:

za późno podnosi głowę, za wcześnie chodzi, choruje, buntuje się, nie słucha, marudzi w nieskończoność itd. Tych powodów nierzadko sobie znajdujemy mnóstwo, nawet jak ich nie ma w rzeczywistości.

Tymczasem  jeśli wierzę Bogu, zawsze mamy powód do radości nieskończenie większej niż doraźne kłopoty:

„Ciesz się, wszelkie stworzenie, ponieważ ty jesteś bliższe Bogu w jego nieskończonym miłosierdziu niżeli niemowlę w sercu matki.” s. Faustyna Kowalska

To jest szaleństwo Bożej miłości. Wystarczy się w niej zanurzyć. Zwłaszcza Sakrament pojednania jest takim zanurzeniem. Jego potrzeba wzrasta, gdy my wzrastamy.



Kobiety, które „nia mają mleka”

      • Sytuacje, kiedy po porodzie kobieta „nie ma mleka” czyli w rzeczywistości ono jest, ale za to nie ma zrozumienia czym jest laktacja:
    • mleko nie leci widocznie z piersi i matka wnioskuje stąd, że jej organizm nie wytwarza go: jest to błąd wynikający z niezrozumienia karmienia piersią; prawidłowo ssące dziecko ma brodawkę tak głęboko (na pograniczu podniebienia twardego i miękkiego), że mleko wlewa się bezpośrednio do gardła; z buzi dziecka wylewać się więc nic nie musi, jeśli nie ulewa ono;
    • wytwarzanie siary tuż po porodzie bierze się za brak mleka; siara jest najlepszym pokarmem dla dziecka tuż po porodzie przez 2 do 5-6 dni; czas jego zmiany w mleko przejściowe jest indywidualny, zmienny; to, że jedna mama już po dwóch dniach ma mleko przejściowe nie znaczy, że dla innego dziecka i jego mamy byłoby to korzystne; siara jest skoncentrowanym rodzajem mleka: zawiera więcej ciał odpornościowych, karotenu, białek, tłuszczu- jest idealna, by wyściełać, zabezpieczać jelita nowonarodzonego dziecka; przekleństwem jest to porównywanie się na oddziale położniczym przez kobiety: i tak matka w pierwszej dobie porównuje się z matką w czwartej dobie i wnioskuje, że skoro ona nie ma tak nabrzmiałych piersi, skoro jej tak nie tryska z piersi jak tamtej, to „na pewno nie ma mleka”; i jest to błąd: nie powinno się czynić takich porównań: nie każda kobieta musi mieć nawał pokarmu (obrzmienie piersi), żeby wykarmić swoje dziecko; nie każdej, żeby wykarmić dziecku musi tryskać z piersi- co więcej dla dziecka jest przyjemniej, gdy mamie wolniej leci z piersi; dla dziecka jest bardzo uciążliwy szybki wypływ, tryskanie z piersi- zwykle więcej się przy tym nałyka powietrza, więcej się dławi; nawał może, ale nie musi wystąpić między 2 a 7 dobą- po co więc te porównania; z doświadczenia wiem, że służą one tylko pognębieniu kobiet, niczemu dobremu; siara czyli to pierwsze mleko jest gęsta, lepka, wytwarzana w niedużej ilości (ale ilość przechodzi w jakość); ale w pierwszych dobach dziecku właśnie taki pokarm jest potrzebny: w pierwszej dobie ma żołądek pojemność5 ml, a więc około 1 łyżeczki do herbaty; w drugiej dobie niewiele większy albo i podobny; to, że leci ona powoli, sączy się, daje czas dziecku na stopniową naukę trzech trudnych rzeczy, które dziecko musi wykonywać synchronicznie, a których dotychczas nie musiało robić razem (bądź w ogóle) : 1. ssanie, 2. połykanie, 3. oddychanie.
    • wyciskanie, odciąganie mleka z piersi: nie raz i nie dwa widziałam, że matka odciąga mleko w tak nieporadny sposób, że nie dziwię się, że jej się to nie udaje; zwyczajnie kobiety nie umieją często tego robić albo robią to z takim stresem, że choć piersi są przepełnione od mleka, to odruch oksytocynowy (czyli odpowiadający za wypływ tego mleka na zewnątrz) nie działa; gdy kobieta jest kontrolowana, sama się kontroluje lub kto inny ją kontroluje, nieświadomie może zahamować swój wypływ; stres ma taki wpływ: i choć piersi mogą być aż niemal „pękające” od nadmiaru mleka, to w sytuacji egzaminowania ono może nie wypływać na zewnątrz lub tylko w niewielkiej ilości; odciągając ręcznie mleko z piersi bardzo częsty jest błąd naciskania, maltretowania brodawki podczas, gdy prawidłowe odciąganie wymaga: 1. przygotowania swojej psychiki, piersi do odciągania, 2. wymasowywania mleka spod otoczki, sięgania dalej głębiej niż do brodawki; ciśnięcie brodawki jest nieprzyjemne i nieskuteczne; nawet najlepszy laktator nie działa na wszystkie kobiety; znam wiele kobiet, które z powodzeniem wykarmiły swoje dzieci, a mówiły, że „laktator na nie nie działa”, „że nie umiały nigdy odciągać dużo mleka”; w związku z tym nie powinno się wnioskować o ilości mleka na podstawie odciągania: jest to zupełnie niemiarodajne; zazwyczaj skutecznie ssące dziecko potrafi uzyskać o wiele więcej mleka od swojej mamy (o ile ta ma cierpliwość do dziecka i karmienia go) niż najlepszy laktator);
    • sytuacja najtrudniejsza: dziecko rzeczywiście źle przybiera na wadze; maleństwo traci więcej niż 10% na wadze tuż po urodzeniu, nie odzyskuje wagi urodzeniowej po 2 tygodniach od urodzenia (w przypadku dzieci chorych: 3 tygodnie lub indywidualnie); nie przybiera w pierwszych 3 miesiącach 120g/tydzień (17g/dobę), a w kolejnych miesiącach niemowlęctwa 90g/tydzień; paradoksalnie sytuacja ta najczęściej wcale nie wynika z niemożliwości wytworzenia przez mamę właściwej ilości mleka, ale z wielu innych przyczyn; nawet jeśli dziecko przybiera za mało na wadze, to i tak mlekiem z wyboru jest dla niego mleko jego własnej matki; w zależności od sytuacji trzeba: *odciągać i podawać metodami alternatywnymi do butelki (łyżeczką, zestawem łyżeczki, po palcu, kubeczkiem, SNS-em itd.); *poprawić technikę, sposób karmienia, częstotliwość  karmienia, częstsze nocne karmienia; *często słabe przybieranie na wadze wynika z samego dziecka: słabe ssanie (cechy wcześniactwa, środki przeciwbólowe narkotyczne podane w trakcie porodu,  zakłócenie sposobu ssania przez interwencje medyczne- np. odśluzowywanie, nasilona żółtaczka powodująca nadmierną senność); te sytuacje są nierzadko przejściowe: np. senność przy dużym poziomie bilirubiny (żółtaczka) zwykle po kilku dniach mija, ale szkody wywołane podawaniem w tym czasie butelki potrafią pozostać na lata. Oczywiście priorytetem jest dożywienie dziecka, ale nierzadko można je przeprowadzić przez skuteczne odciąganie matczynego pokarmu. Często przyczyną zbyt słabego ssania dziecka jest podawanie smoczków, nawet sporadycznie: czy to tych od butelki, czy uspokajaczy: część dzieci w ten sposób bardzo szybko uczy się słabego, nieefektywnego ssania, przestaje też „rozumieć” pierś swojej mamy, zmiany w wypływie mleka, to, że pierś nie jest nigdy pusta, a wytwarzanie większej ilości mleka wymaga też od dziecka dłuższego, częstszego ssania. Czasami problem jest tak nasilony, że niezbędna jest rehabilitacja funkcji ssania, żeby móc wrócić do prawidłowego ssania. Dużo by tu pisać.
    • oddzielenie od dziecka: jest to sytuacja niezmiernie trudna dla rodziny, dla dziecka i matki, zwłaszcza tuż po porodzie, kiedy potrzeba tworzenia więzi jest niezwykle nasilona;  w tej sytuacji ogromnie ważne wsparcie, jakiego może udzielić mama swojemu dziecku polega właśnie na skutecznym odciąganiu pokarmu i podawaniu mu dziecku.
    • „bo dziecko płacze”- pisałam o tym jakiś czas temu; dzieci karmione piersią często płaczą po karmieniu wcale nie z powodu braku pokarmu, ale z powodu potrzeby odbicia połkniętego powietrza, zbyt szybkiego wypływu i dławienia się; w naszym społeczeństwie większość kobiet ma raczej problem ze zbyt dużą ilością mleka, ze zbyt szybkim wypływem, a potrafi to zinterpretować jako „brak mleka, bo dziecko płacze po karmieniu” lub „zbyt często chce ssać, więc się nie najada”; w tej sytuacji naprawdę jest to problem niewiedzy, niecierpliwości, bo małe dziecko ma prawo ssać i często i długo; a my matki powinnyśmy ćwiczyć się w cierpliwości, a nie niecierpliwości. Tym bardziej niezbędna jest nauka cierpliwości, gdy cały świat, media, reklamy zachęcają do szukania tego, co przychodzi szybko, łatwo i bezboleśnie.

    Zasady i sposoby skutecznego odciągania mleka to temat na oddzielny wpis i to bardzo długi.

    Pozdrawiam serdecznie mamy karmiące piersią, a te które nie karmią, a umartwiają się czytaniem tego bloga niech karmią duchowo innych.



Pierwsze trzy miesiące życia dziecka są szczególnie ukryte. Często za porannymi mdłościami, wymiotami, sennością, czasem nawet za nieświadomością matki i ojca. Dziecko mówi do swojej matki przez te sygnały jej ciała: potrzebuję twojego odpoczynku, zatrzymania się, zwrócenia uwagi na to, co jesz, co robisz po to, żeby w tej sferze zaprowadzić pewien porządek, zadbać o zdrowie. Potrzebuję zacisznej kołyski w Twoim łonie, twojej ciszy, czułości.

Czasami te wymioty, osłabienia są tak dojmujące, że matka zza nich niemal nie widzi dziecka, tak jakby była tylko ona i jej wymioty, jej gorszy nastrój. I to błąd. Bo to jest pierwsza lekcja jej oderwania się od swojego „ja”, od swojego tylko „chcę”.  Lekcja niezbędna, choć wymagająca, czasem bardzo trudna. Po urodzeniu dziecka nie da się dalej żyć tylko swoim „chcę”, bo „potrzebuję” maleństwa jest o wiele głośniejsze, bardziej żywiołowe, częstsze niż to planujemy. Taka pierwsza zaprawa do późniejszych zmagań ze swoim egoizmem, egocentryzmem.

Gdy w tym pierwszym trymestrze często się źle czujemy, wymiotujemy, jesteśmy rozdrażnione, to nasze dziecko też potrzebuje pocieszenia. Nie zostawiajmy go wtedy samego! W tym czasie, kiedy wszystkie narządy jego ciała intensywnie się tworzą, potrzebuje tym większego wsparcia. Gdy nam bardzo niedobrze, przytulmy nasze dziecko, pogłaszczmy je. Po tym się poznaje kochające serce: że umiemy się cieszyć nawet z naszego „niedobrze”, jeśli oznacza to dla ukochanej osoby „dobrze”. Te poranne (i nie tylko) wymioty oznaczają zazwyczaj dostatecznie wysoki poziom progesteronu, hormonów ciążowych- więc właściwie, jeśli dobrze życzymy naszemu dziecku, możemy być za nie wdzięczne. I zadowolone z własnego „niedobrze”, bo dzięki temu nasze dziecko jest z nami, organizm si go nie pozbywa.

Cuda się zdarzają. Wystarczy popatrzeć na dziecko. Cud miłości. Nie dziwię się, że szatan tak nienawidzi kobiet w stanie błogosławionym. Raz, że przypominają mu Wyjątkową Matkę, która urodziła Zbawiciela. Druga sprawa, że nienawidzi on każdego z cudów miłości i nadziei. On się zwyczajnie boi dziecka, bo jego Anioł Stróż w dzień i w nocy wielbi nieustannie Boga.

Niektóre matki i ojcowie starają się jednak o poczęcie bezskutecznie. Zastanawiam się nad sensem tego bolesnego czekania, tej tęsknoty. I myślę, że Pan Bóg stworzył nasze ciało, ale też naszą duszę stęsknioną za dzieckiem, za dziećmi, żebyśmy byli w pełni rodzicami. I tym, których nie obdaruje fizycznym darem macierzyństwa, ojcostwa jest gotów dać duchowy dar rodzicielstwa. Ta tęsknota za dzieckiem nie jest więc czymś przypadkowym, nieprzydatnym, gdy dziecko się nie rodzi wbrew staraniom. Tylko trzeba się na dar duchowego rodzicielstwa otworzyć, że Pan Bóg chce dać nam więcej niż Go prosimy.

Moje dzieci co prawda już większe, ale ta refleksja z myślą o Paulince, o której się dowiedziałam, że nosi pod sercem skarb. Również z myślą o cierpieniu pewnej mamy czekającej na dziecko bezskutecznie.

I jeszcze nie odmówię sobie podzieleniem się moją lekturą, która jest paląca i żywa:

„Bóg jest hojny i nikomu łaski swojej nie odmawia – więcej daje, aniżeli my Go o to prosimy. Wierność w wypełnianiu natchnień Ducha Świętego – to najkrótsza droga.”

Polecam gorąco: „Dzienniczek” s. Faustyna Kowalska.



Zwycięska noc

Dlaczego ta noc od innych większa?

Dlaczego mamy prawo zawsze się cieszyć głęboko w sercu?

Dlaczego możemy ufać zawsze nawet wbrew nadziei?

Bo Zbawiciel dla nas zdobył już zwycięstwo:

Litania zwycięstwa

Alleluja!- życia tym zwycięstwem na co dzień i od święta życzę Wam serdecznie, drodzy Internauci!

I na koniec podzielę się z Wami takim ładnym cytatem z „Dzienniczka” siostry Faustyny:

„Tulę się do serca Boga, jak niemowlę do serca matki”. Pan Jezus rozdzierającą swoją śmiercią wręcz zachęca i zaprasza każdego osobiście do tego czułego tulenia, odpowiedzenia na tę Jego pokorną ukrzyżowaną Miłość.

Gdyby link się nie otwierał. Tekst litanii zwycięstwa:

Wielbię Chrystusa za Jego Krew
Ona uzdrawia moje ciało
Ona koi moją duszę
Ona leczy mój umysł.
Chwała i moc Barankowi Bożemu, który za nas wśród mąk przelał Swą krew.
Jego Krew ma moc oczyszczenia
Jego Krew ma moc przebaczenia
Jego Krew ma moc wyzwolenia
Jego Krew ma moc odnowienia
Jego Krew ma moc ocalenia
Jego Krew ma moc odnowienia
Jego Krew zwycięża
Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy w moc Krwi Baranka.
Wielbię Baranka, bo Jego Krew obmywa mnie z win, aż jak śnieg biały się staję.
Wielbię Baranka, bo Jego krew wyzwala mnie z pęt grzechów i przywiązań.
Wielbię Baranka, którego Krew jest mocniejsza niż moja.
Ona kształtuje mnie na obraz i podobieństwo Boże.
Wielbię Baranka, który przez Krew zwycięża wszelkie przytłaczające mnie wrogie moce.
Ona chroni mnie od chytrych zakusów wroga.
Ona przygotowuje mi weselne szaty.
Przez nią Bóg czyni wszystko nowym.
Alleluja! Amen.


To mój kubeczek z wiewiórką jest

Lubiany kabaret wyśpiewuje: „To mój kubeczek z wiewiórką jest”.

Piękny cytat 😉 Będę się do niego dziś odwoływać.

Kiedyś myślałam słuchając mojej rodziny, że będąc mamą karmiącą piersią pościć nie muszę czy wręcz nie powinnam. Tak mi wmawiano i nie zatrzymując się nad tym zbytnio, przyjęłam to za dobrą monetę.

O, jak bardzo się myliłam. Nie będę się tu rozwodzić nad moją głupotą, bo szkoda klawiatury.

Otóż będąc matką karmiącą piersią, która zakończyła połóg, która jest zdrowa można i trzeba pościć, gdy jest się chrześcijanką. Wystarczy mały post, bo jesteśmy przecież dziećmi Bożymi, a wtedy nauczymy się przeżywać Wielki Post. Warto pościć, bo miłość musi umieć rezygnować z siebie na rzecz drugiej osoby. Pan Bóg nie oczekuje od nas czegoś, do czego nie jesteśmy zdolne. Jaki On ma pomysł, co do naszego postu? Czy post o chlebie i wodzie jest właściwy dla matki karmiącej piersią? Zależy dla której. Wyłącznie w piątek- to nic wielkiego.

Ktoś może być zbulwersowany: a gdzie witaminy, mikroelementy, białka, wielonienasycone kwasy tłuszczowe potrzebne matce i dziecku, jak będzie pościć o chlebie i wodzie? Hm, bez wiary tego nie da się zrozumieć. W księdze Daniela spotykamy tam historię o Danielu i jego przyjaciołach, którzy nie zjadali mięsa poświęcanego bożkom, a żywili się wyłącznie jarzynami. Ku zdziwieniu niektórych osób byli oni w lepszym zdrowiu i kondycji niż pozostali zjadacze mięsa.

A nawet gdybyśmy miały nieco ucierpieć na zdrowiu, to czy zdrowie duchowe nie jest o wiele istotniejsze? Czy post o chlebie i wodzie jeden dzień w tygodniu to jest wielkie wyrzeczenie? Nie sądzę. Są kobiety, które wiele by oddały, by mieć i chleba, i wody choć trochę. Bo na co dzień brak im i chleba, i wody, a przy tym z oddaniem karmią piersią. Co więcej cieszą się, że mogą tak karmić i sprawiać, by choć ich małe dziecko nie było tak głodne jak one same.

A dla tych, co nie mogą pościć od pokarmu bądź nie umieją, to może na początku choćby ten post od „ulubionego kubeczka z wiewiórką”. Plus modlitwa o znalezienie postu podobającemu się Panu.

„Nic takiego się nie zdarza, czego by nie chciał Bóg, a Bóg chce, żebyśmy spotykali się z Matką Bożą w trudnych chwilach.”

Ks. Twardowski „Któryś za nas cierpiał rany”

Taki piękny obraz pokazała mi sąsiadka, więc dzielę się z Wami. Aniołowie podają Matce Bożej nasze modlitwy, problemy wielkie, małe, nie do rozwiązania:

Matka Boża rozwiązująca supełki



Twórczość czy produkcja- kładę przed tobą wybór

Coraz więcej słychać z różnych stron uwag o prawach reprodukcyjnych. Nazewnictwo to niestety rozpowszechnia się.

Nie ma jednak we mnie zgody na tego typu działania. Poczęcie człowieka nie powinno bowiem być produkcją. Gdy dzieje się to realnie w in vitro (produkuje się dziecko)  i tym podobnych tragicznych metodach, cierpi cała rodzina z powodu ogromu zranień, traktowania kobiety, mężczyzny i dziecka jak przedmiotów do manipulacji w rękach lekarzy. Jest to niestety zbydlęcenie zawodu lekarza, nie mówiąc już o tym, że w taki właśnie sposób jest traktowana cała rodzina. Dziecko w tej sytuacji jest traktowane jak przedmiot, osamotnione do głębi w próbówce badawczej. Tylko  pokrzywdzony tym niegodnym działaniem Stworzyciel pochyla się nad tym maleństwem tak zranionym od zarania.

Poczęcie dziecka to nigdy do końca nie jest produkcja (nawet w in vitro): to miłosna twórczość Stworzyciela, który sprawia, że w swojej duszy każde dziecko ma zawarte podobieństwo do Stwórcy.

Twórczość Boga błogosławi miłosne uniesienie rodziców darem dziecka.

To że Syn Boży stał się człowiekiem to ogromna tajemnica. „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego.”