Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Jesteśmy ciekawi czy już wszystko wiemy?

Czasem uciekamy przed naszymi dziećmi z nudów. Widzimy swoje macierzyństwo jako ciąg kupek-karmień-gotowania-sprzątania-„tiutiania” czyli zajęcie mocno upupiające, nie dające pola do rozwoju dorosłej osoby. Mało płodne intelektualnie, gdy skupiamy się na tej samej otoczce, zewnętrzności.

Patrzę jednak na to zupełnie inaczej. Perspektywy nie nadają te powtarzalne czynności: owszem one są potrzebne, żeby było czysto, miło, przyjemnie, zdrowo. Jednak o ile ważniejsze jest to z kim jesteśmy, komu możemy służyć obecnością, pomocą.

Bycie dla dzieci zmienia perspektywę patrzenia.  Kim są te nasze dzieci? One są jak mali naukowcy, póki nie nauczymy ich nudy obkładając taką ilością zabawek, filmów,telewizji, gadania, książeczek, że nie są w stanie tego znieść.

Spotkanie z małym listkiem potrafi być fascynującą przygodą: jak wiele można z nim zrobić, jak wiele odbyć podróży, jak bardzo się zachwycić jego kolorem, kształtem, fakturą, wagą. W doświadczeniu dziecka to wszystko warte jest poznania.

Małe dziecko poznaje całym sobą. Całym swoim ciałem, wszystkimi zmysłami, włącza w to poznawanie swoje niedojrzałe emocje. Liść trzeba dotknąć, obejrzeć, polizać, posłuchać, czy nie wydaje jakiegoś dźwięku.

Przy tym liściu może więc ono się zatrzymać o wiele dłużej niż życzylibyśmy sobie tego. Do czego można użyć takiego liścia? Czy łatwo go porwać? Jak szybko spada? Czy da się na nim rysować? Czy da się go zwinąć w rulon? Czy ten liść coś oznacza? Dlaczego spadł? Czy można z niego zrobić latawiec? Jaki ma kolor? jaki smak?

To poznanie wymaga cierpliwości. Zwłaszcza rodzica. Ale wymaga też ukierunkowania- też poprzez rodzica.

Czy można się nudzić przy małym dziecku? Tak, jeśli samemu nie jest się ciekawym.

Dzieci rodzą się np. z niedojrzałym zmysłem wzroku: widzą wszystko m.in. do góry nogami. Zadziwiająca przemiana następuje choćby w samym ich patrzeniu.



Szybciej, wcześniej, więcej?

To, co proponuje nam świat, to wyścig szczurów. Które z dzieci szybciej zacznie pełzać, mówić, chodzić, biegać, czytać, grać, śpiewać?

Pewnie i wy widziałyście obrazujące to filmiki w necie, np. wyścig raczkujących dzieci, trening leżących niemowląt, genialnie grające na instrumentach kilkulatki, maluchy robiące nieprawdopodobne sztuczki itp.

Tylko pytanie: Czy warto? Jakim to kosztem się odbywa? Czy zostawimy dziecku coś z dzieciństwa?

Każdy etap rozwoju pełni jakąś funkcję. Te bardzo niepozorne etapy również. Żeby bezpiecznie chodzić, trzeba umieć dobrze się turlać, trzeba umieć upadać. Żeby nie być bezradnym, żeby dobrze chodzić, trzeba umieć się podnosić, wstawać, kucać. Wszystko jest potrzebne- gdy się jakiś etap „przeskakuje”, potem okazuje się, że trzeba do niego wracać. Np. przeskoczenie etapu raczkowanie niekiedy sprawia, że wraca się do niego podczas nauki czytania, pisania- bo te zdawałoby się niewiele ze sobą mające wspólnego czynności w ciekawy sposób łączą się w mózgu tak, że dzieci nieraczkujące częściej następnie mają problemy podczas nauki czytania, pisania.

„Bo nie lubił leżeć na brzuszku!”- mówią często rodzice o przyczynach tego, że dziecko nie nauczyło się najpierw pełzać, a następnie raczkować, żeby dopiero po tym przygotowaniu zacząć chodzić. Ale dlaczego dziecko nie lubiło leżeć na brzuszku? A może to oczekiwania rodziców co do tego leżenia były nieadekwatne? A rodzice po jednej czy dwóch próbach niepotrzebnie zbyt szybko ocenili swoje dziecko? Czy dla miesięcznego czy dwumiesięcznego dziecka minuta leżenia na brzuszku to nie jest dużo, wystarczająco? A może zbyt wygodnie nam rodzicom jest cały czas sadzać dziecko, by w ten sposób mogło ono obserwować świat i dało nam w ten sposób więcej „świętego” spokoju? A może wygodniej kłaść je ciągle na plecach, oby tylko bez płaczu leżało?

Dziecko można kłaść na brzuszku na chwileczkę, a często. Ćwiczy ono w tej pozycji o wiele więcej czynności niż leżąc na plecach: podpieranie na rączkach, chwytanie, sięganie, pełzanie, itd.

brain

 

Niefizjologiczne czyli niesprzyjające zdrowiu sposoby przyśpieszania rozwoju dziecka:

  • noszenie dziecka przodem do świata- fatalne dla rozwoju stawów biodrowych,niedobre dla naturalnego wolnego przechodzenia od dominacji mięśni zginających do wyprostowujących; sprzyjające przebodźcowaniu dziecka (co się przejawia nadmiernym pobudzeniem dziecka, z którym ono sobie może nie potrafić poradzić, często rodzice również, bo dziecko jest tak rozkrzyczane, niespokojne, nie znajdujące ukojenia);
  • sadzanie dziecka z podpórkami nieumiejącego się samodzielnie podnosić;
  • chodziki– jest to sprzęt utrudniający wypracowanie prawidłowej postawy ciała, obciążający nadmiernie niedojrzałe do chodzenia stawy, mięśnie, kręgosłup, powodujący nieprawidłowe nachylenie kręgosłupa;
  • nauka chodzenia polegająca na prowadzeniu dziecka za rączki: j.w. uczy nieprawidłowej postawy ciała, niepotrzebne obciążenie dla stawów, mięśni, dla których korzystniejsze jest długie raczkowanie przygotowujące dobrze do chodzenia.

Czy więc rozwój szybszy, wcześniejszy, silniejszy oznacza korzystniejszy dla dziecka? Niekoniecznie.

Najpierw dopingujemy nasze dziecko: Już chodź! Już biegaj!  A potem trzeba wykonywać tą  samą pracę na nowo, tylko w drugim kierunku: Wolniej pisz- ucz się staranności! Wolniej mów- bo wyraźniej! Zwolnij, gdy napotkasz przeszkody! Itd, itp.

Koniec końców okazuje się, że nie zawsze „szybciej, wcześniej, więcej” oznacza sensowniej, rozumniej, korzystniej.

Jest czas na wszystkie sprawy pod niebem- jak mówi Kohelet.

Bardzo mi się podoba termin świętego Tomasza z Akwinu na cierpliwość: długomyślność. Dajemy dziecku raczkować, bo dzięki temu za kilka, kilkanaście lat będzie miało zdrowy kręgosłup. Dajemy dziecku czas na mówienie, ale też na milczenie i ciszę, a za lat kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie będziemy męczyć się jego nadmiernym gadulstwem, słowotokiem.

Karmimy dziecko swoim mlekiem kilka lat, ale jego zdrowie kształtujemy na lat kilkanaście, kilkadziesiąt. Niecierpliwość mówi: „Niech już przestanie! To męczące! Inne dzieci już odstawione!” Cierpliwość mówi: „Człowiek nie maszyna: ma swój indywidualny czas. Potrzebuje czasu na dojrzewanie, na zrozumienie, na ukształtowanie, wyrośnięcie z niedojrzałych zachowań.”

Wybierajmy więc cierpliwość 🙂 Bo cierpliwość jest radosna. I to nie godzinę, ale na lata. Nie powierzchownie, ale głęboko.

Jestem w wielu tych sprawach przysłowiowym Polakiem mądrym po szkodzie. Doświadczyłam sama, jak bardzo kuszące jest pochwalenie się: „Już chodzi!”, „Już mówi!”, „Już wszystko zjada!”, „Już przesypia noce!”

Tym pokusom można przeciwstawić właśnie tę cierpliwość, długomyślność czy choćby zwykły zdrowy rozsądek. Zamiast szybciej warto więc uczyć wytrwalej, zamiast wcześniej wystarczy w swoim czasie, zamiast silniej z odpowiednią mocą.



Psu na budę karmienie piersią

Psu na budę karmienie piersią, piękny poród, naturalna pielęgnacja dziecka, jeśli:

  • małżeństwo traci swą jedność;
  • brak zgody w małżeństwie;
  • małżeństwo się rozpada;
  • nie mamy wiary, miłości, nadziei.

Małżeństwo jest bowiem w zdrowej hierarchii wartości postawione wyżej niż relacja z dzieckiem. Dzieci bowiem odejdą z domu, będą potrzebowały rozwinąć skrzydła, a małżonek potrzebuje naszej miłości aż do śmierci i potrzebuje z nami pozostać. Miłość małżeńska jest w jakiś szczególny sposób pobłogosławiona, skoro jest sakramentem. Miłość rodzicielska jest naturalna, jest darem Stworzyciela.

Jest i druga strona medalu: „kiepskiej tanecznicy przeszkadza rąbek przy spódnicy”. Czyli w sytuacji kryzysu małżeńskiego łatwo zwalić akurat winę na cokolwiek. I na karmienie dziecka nie takie jak wyobrażone- idealne, i na spanie, i na złe zarządzanie domem, i na osoby spoza małżeństwa itd, itp.

Jeśli masz z tym problem, warto obejrzeć film: „Ognioodporni”.

Każde małżeństwo jest do uratowania, bo dla Boga, który jest miłością, nie ma rzeczy niemożliwych:

Sychar

Kryzys

Ruch Wiernych Serc

Program „Wreszcie żyć”



Warto kopać się z koniem?

Poprzednia grupa wsparcia, którą miałam przyjemność prowadzić dzieliła się swoimi przemyśleniami, anegdotkami ze swojego życia oraz z życia swoich dzieci.  Coś z tego okresu na pewno zostało we mnie.

Agnieszka, którą często nazywałam Kasią przez pomyłkę (bo było kilka Kaś) kiedyś właśnie opowiedziała mi z uśmiechem, że daje ssać swojej córci (bodajże w nocy), bo „nie będzie się z koniem kopać”.

Co za prostota argumentacji 😉 Dziecko śpiące, zmęczone, rozdrażnione rzeczywiście jest bardzo mało racjonalne.

Bardzo mnie rozśmieszyło to powiedzonko użyte w tym kontekście. Uważam, że jest szalenie trafne.

Często zakańczanie karmienia piersią dokonuje się właśnie w konwencji „kopania się z koniem”. Tłumaczymy dziecku, które zwłaszcza wieczorem, w nocy ma zmniejszoną zdolność rozumienia, a przez to mniejszą świadomość. Strzępimy sobie język, a maluch nic z tego nie rozumie- co innego w dzień. kiedy jest zmęczony- działa i myśli w sposób mniej dojrzały o kilka miesięcy bądź więcej.

Jak się porozumieć z dzieckiem w takim razie nocną porą? Mamy jeszcze język ciała, język gestów, czynów, obecność, wrażliwość na „czytanie własnego dziecka”.



Karmienie duszy i ciała dziecka

„Matka karmiąca piersią powinna jak najczęściej przyjmować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, a wtedy jej dziecko również jest karmione: i jego ciało i dusza”- takie pouczenie usłyszałam od zaprzyjaźnionej mamy, która stwierdziła, że powinnam się tym podzielić z innymi kobietami.

Jednak niełatwe bywa zabieranie ze sobą małego dziecka do kościoła. Rozterki, czy brać ze sobą malutkie dziecko, które płacze, które ma prawo się niecierpliwić. Rozterki, czy karmić piersią na Mszy Świętej, czy podawać mu wówczas co innego zamiast piersi, czy gdzieś wychodzić na karmienie poza kościół czy szukać w kościele ustronnego miejsca. Czy zostawiać z babcią, która kilku miesięcznemu dziecku gotowa jest dać pod nieobecność lizaczka albo chętnie nakarmi, ale tylko na swoich własnych warunkach?

Mama z dzieckiem pod sercem również dzieli się z tym swoim maleństwem Panem Jezusem- jakie to niezwykłe! Właściwie to można klęczeć przed swoim dzieckiem, przed swoim mężem, który przyjął Pana Jezusa- bo to żywe tabernakulum.

Jak bardzo trzeba być uważnym w tej miłości, skoro takie cuda się dzieją.

Nie ma większego wsparcia niż to: to sam Bóg bierze nasze ciało w objęcia, przytula nas, przytula nasze dzieci do swojego Serca. Naszą duszę prześwietla swoją łaską.



Ukryte w przyrodzie leki

Właściwie ten wpis powinien się zacząć od cytatu książki „Św. Hildegarda z Bingen. Medycyna dla kobiet” C.Schulte-Ubbing:

„Duszą terapi jest terapia duszy, dwa filary: „dusza” i „duch”, są nawet ważniejsze niż pozostałe trzy: „zdrowe życie, oczyszczanie, i wzmacnianie odporności organizmu”. Ze względu na świętą Hildegardę książkę można polecić, ale ze względu na jej autora- niekoniecznie.

Lobby farmaceutyczne robi wszystko, żeby uzależnić ludzi od leków, żeby nie umieli się bez nich obyć. Wydaje mi się, że coraz więcej lekomanów na tym świecie. Czy tylko mi się tak wydaje? Coraz mniej ograniczeń dla firm farmaceutycznych co do reklam – stąd też coraz bardziej się reklamują. To jest ciekawe, że oni coraz mniej potrzebują przedstawicieli handlowych- czyniąc sobie mnóstwo bezpłatnych pracowników- lekarzy, pielęgniarki, położne i in. Lekarz usłużnie po wizycie w jego gabinecie rozda Twojemu dziecku naklejki, lizaczki, inne gadżety itp. z napisem „Dzielny pacjent”, ale przede wszystkim z logo firmy, z nazwą leku itd. No i w ten sposób bezpłatnie pracuje dla firmy- zamiast porozmawiać chwilkę dłużej o prozdrowotnych zachowaniach, o Twoim samopoczuciu, rozmawia z Tobą i Twoim dzieckiem o naklejeczkach, bzdureczkach.

Może i zjadliwie piszę, ale niemal za każdym razem wizyty w przychodni otrzymujemy gadżety reklamowe, a nie pamiętam, kiedy ostatnio lekarz porozmawiałby ze mną bądź moimi dziećmi na temat profilaktyki czyli jak zapobiegać chorobom. Dzieci oczywiście to łykają, ale czy my dorośli też musimy być tak naiwni? Czy firmy te robią to bezinteresownie, żebyśmy byli zdrowsi? Oczywiście, że nie. Robią to, bo to jest skuteczne, bo dobrze na tym zarabiają, bo opłaca im się mieć uzależnionych od leków pacjentów.

No i uczą więc, że na wszystko dobra jest pigułka: na sen, na dobre samopoczucie, na ból gardła, na miesiączkę lub jej brak, na żałobę, na bóle takie i owakie. Bez jakiegokolwiek dociekania przyczyn- pigułka i po sprawie.

A Pan Bóg w przyrodzie ukrył wiele leków, wiele swoich darów. Wiele przywracających zdrowie i poprawiających samopoczucie.

Czasem matki przez wiele miesięcy i lat karmią piersią i leczą się pigułkami dzieląc się z dzieckiem swoim lekiem (choć są i takie leki, które wcale nie przenikają do mleka). I jest to o wiele lepsza alternatywa zazwyczaj niż karmienie dziecka wysoko przetworzoną paszą- mieszankami mlecznymi. Jednak wiele mam niepokoi ten wybór- same czują i wiedzą, że ich własna wątroba, nerki cierpią na skutek ciągłego obciążania sztucznymi substancjami zawartymi w farmaceutykach, nie mówiąc już o niedojrzałej wątrobie dziecka. Dlatego decydują się na wybór naturalnych leków- tych pochodzących z Bożej apteki.

Jedno z ostatnich spotkań pozwoliło mi poznać kurację przeciwko nadciśnieniu. Zastosował ją Piotrek i pozbył się nadciśnienia, choć wcześniej przez długi czas leczył ten objaw. Myślę, że z powodzeniem mogą ją stosować mamy karmiące piersią.

Wystarczą do niej:

  • modlitwa z wiarą o zdrowie- bo to Pan Bóg daje zdrowie i dopuszcza chorobę (chociaż jej nie chce);
  • 5 cytryn wyszorowanych i delikatnie sparzonych- przekrojonych na ćwiartki; koniecznie ze skórką;
  • 30 ząbków czosnku obranego, koniecznie polskiego, nie-chińskiego;
  • 2 litry wody.

Gotujemy tę oto miksturę jednak bez doprowadzenia do wrzenia. Bardzo ważne jest, żeby w porę wyłączyć kuchenkę- zagotowanie (100 stopni Celsjusza)- całkowicie psuje efekt. Wyłączamy palnik zanim lekarstwo zacznie wrzeć.

Sposób podawania: codziennie przed snem 30ml przez miesiąc. Następnie 1 miesiąc przerwy- następny miesiąc zażywania- itd. naprzemiennie przez pół roku. Przechowujemy w lodówce.

Jak ktoś ma już zniszczoną lekami wątrobę, to powinien też osłonowo coś zażywać: np. siemię lniane pite przed posiłkiem.

Używamy w naszym umiarkowanym klimacie tylko oleju słonecznikowego, innych sporadycznie przy tej kuracji.

Chciałam się podzielić tym oto przepisem. Może ktoś skorzysta albo przekaże dalej?



Od czego zaczyna się laktacja?

Przykład zoologiczny z mojego ogródka.

Mamy suczkę i kotkę. Suczka nigdy nie miała szczeniąt. Kotka natomiast w jednym z sezonów miała dwa mioty kociąt. Gdy była w ciąży po raz drugi – w brzuchu miała 7 kociąt- karmiła jeszcze swoim mlekiem ostatnie nieoddane kocię Pipisia, ale robiła to niechętnie. I cóż się dziwić.

Pewnego dnia przyłapaliśmy naszą suczkę na tym, że rozkłada się na boku i daje się przytulać Pipisiowi. Kocię wtulone było w sunię, spały czasem przytulone do siebie. Nie minęło 1 czy dwa dni, gdy zauważyliśmy, że oprócz tego przytulania pojawiło się ssanie. Kociątko przyssało się do naszej ulubionej Gapy.

Opowiedziałam o tym sąsiadce, że suczka karmi swoim mlekiem kocię. Ta z niedowierzaniem wzruszyła ramionami: „Ale na pewno nie ma mleka!” Nie kłóciłam się z nią, ale swoje wiedziałam: indukcja laktacji u stadnych ssaków nie jest niczym nadzwyczajnym, jest raczej prawem natury: o młode ze swojego stada trzeba dbać nie oglądając się, czy się je urodziło. Laktacji się nie da dobrze sprawdzić przez odciąganie, ale żeby udowodnić sąsiadce: pokazałam jej, że sunia ma rzeczywiście mleko w sutkach naciskając odpowiednio (większość ludzi nie umie tego robić!) na sutek.

A od czego zaczęła się ta laktacja naturalnie? Od przyglądania się kociątku, od stwarzania okazji do przytulania ciało-do-ciała. Od matczynego instynktu naszej suni, która piszczy do piszczących kaczuszek, zabawek.

Mama adopcyjna też może karmić piersią. Indukcja laktacji czyli wywołanie laktacji nie jest niczym nadzwyczajnym. To nam się tak wydaje, bo mamy tak marne intuicje na temat karmienia piersią, więcej w naszym społeczeństwie mitów na ten temat niż praktycznej wiedzy. Więcej się robi w naszych szpitalach na niekorzyść karmienia piersią niż na korzyść, nawet w tych noszących miano Przyjaznych dziecku. Szpitale tak się urządza, że bardziej sprzyjają wygodzie personelu niż pożytkowi matki i dziecka.

Mam to szczęście towarzyszyć rodzicom adopcyjnym w próbie indukcji laktacji. Ta mama adopcyjna ma większą miłość dla swojego dziecka niż niejedna rodzona matka, która pozbawia dziecko własnego  pokarmu od początku, bo „po co się będzie męczyć”, bo „wstawanie w nocy jest zbyt ciężkie”, itd. To cytaty- więc nie należy mi przypisywać, że kogokolwiek oceniam. Zachowanie podlega ocenie, serce widzi Bóg.



Nieumiejętnych pouczać?

Proszę o modlitwę za dwuletnie dzieciątko. Rodzice chcą prosić o cud Pana Boga. Niemal całkowicie zniszczona trzustka. Lekarze nie dają szans na przeżycie. 1%? Tak ciężki przypadek cukrzycy.

Może ktoś  się dołączy do tej modlitwy? Jezus ma moc uzdrowić i to dziecko, jest Bogiem, który kocha szalenie.

Dla mnie to zarazem refleksja o tym, że rzeczywiście Pan Bóg kocha każde dziecko o wiele bardziej niż jego matka i ojciec razem wzięci. Również moje dzieci. Np. dla każdego niemal dziecka Pan Bóg zaplanował, że będzie karmione piersią co najmniej rok, dwa, trzy- okazuje się, że znacznie to zmniejsza ryzyko cukrzycy młodzieńczej. To maleństwo nie było karmione niemal wcale. Jezus ma moc dać jednak temu maleństwu zdrowie od nowa, bo jemu zależy na nim. Skoro stworzone jest na Jego obraz i podobieństwo- to potrafi się upomnieć o nie i w takiej dramatycznej sytuacji.

Nie piszę tego, by oskarżać tych rodziców- nie mam takiego zamiaru- wręcz przeciwnie. Myślę, że ta sytuacja jest wręcz metaforą sytuacji każdego rodzica. Nasza rodzicielska miłość, jej braki, niedostatki zostawia ślad w życiu naszych dzieci. I Pan Bóg przychodzi jej z pomocą, gdy Go o to prosimy.

I jeszcze dla mnie refleksja. Może jeszcze dla kogoś. Czy mam prawo zostawiać dla siebie wiedzę o karmieniu piersią? Czy przez to, że nie podzielę się tą wiedzą, pomocą, znowu jakieś dziecko nie rozchoruje się ciężko? Czy przez to, że zachowam tę wiedzę dla siebie, nie zapobiegnę rakowi piersi czy jajnika u jego matki?

Jednym z uczynków miłosierdzia względem duszy jest nieumiejętnych pouczać. Jeśli zaniedbam dzielenie się swoją wiedzą, pomocą, to mam udział w szerzeniu się plagi kobiet, które „nie mogły wykarmić swoich dzieci”. Trudne jest dzielenie się tą wiedzą, bo wiele jest kobiet niepokornych, które wiedzą lepiej niż ktokolwiek inny, które nie potrzebują rad. Musimy jednak ryzykować swoją opinią- żywy człowiek jest większą wartością- niż nasza opinia osoby niewtrącającej się w cudze sprawy, niepouczającej nadmiernie.

Odkrywam całą mądrość Kościoła. Uczynki miłosierne względem duszy są takim Jego skarbem:

  • Grzeszących upominać
  • Nieumiejętnych pouczać
  • Wątpiącym dobrze radzić
  • Strapionych pocieszać
  • Urazy chętnie darować
  • Krzywdy cierpliwie znosić
  • Modlić się za żywych i umarłych

🙂



Umieranie na rzecz rodzącego się człowieka

Położna Irena Chołuj o końcu pierwszej fazy porodu w swojej książce „Urodzić razem i naturalnie”:

„Twoje emocje mogą być bardzo intensywne i skrajne: może nawet pojawić się uczucie rozpaczy, rezygnacji, bezsilności, a za kilka chwil doświadczyć możesz przypływu energii, mocy, odwagi. Może też się pojawić myśl o śmierci. Przyczyną jest nasilający się lęk, zniechęcenie (…) Nie bój się tych myśli. Jest to rzeczywiste odczucie umierania na rzecz rodzącego się człowieka, na rzecz Waszego dziecka. To Twój krzyż prowadzący do Zmartwychwstania!”

Czasem wydaje się, że co do porodu, to wszystko już stracone. Poród szybko się kończy. Jednak my matki rodzimy nasze dzieci ciągle: wypuszczając je spod swoich skrzydeł wciąż bardziej i bardziej. Rodzimy je dla innych, dla kolejnych etapów życia.

Dla tych, którzy przygotowują się do porodu powyższa lektura jest obowiązkowa. Dla tych, które już urodziły, ale potrzebują przemyśleć jeszcze swoje porody, zrozumieć je lepiej est to również lektura warta uwagi.



Brak wsparcia

Sytuacja z życia wzięta.

Wraca mama z dzidziusiem nowo narodzonym ze szpitala. Dokładnie 5-dniowym. Przez 5 dni pobytu w szpitalu nie znalazł się nikt, kto by pomógł mamie w karmieniu piersią poza zdawkowym: „dobrze pani przystawia”. Moje pytanie w takim razie: to po co jest ta opieka zdrowotna, skoro nie udziela ani pomocy, ani tym bardziej opieki?

„Pomoc” polegała jedynie na kilkakrotnym podaniu sztucznej modyfikowanej paszy dla niemowląt, zresztą za każdym razem innej. To się dopiero nazywa eksperymentowanie na dzieciach!

I co się okazuje po przyjściu ze szpitala? Mama laktację ma na dobrym poziomie, ale maleństwo przesypia za długo (czemu oczywiście sprzyja dokarmianie sztucznym), ssie nieefektywnie, a więc słabo się najada.

Położna środowiskowa nie zobaczywszy nawet karmienia, orzekła, że należy karmić co 2 godziny. Przy 35-stopniowym upale! Dorosły w takiej sytuacji co chwila sięga po wodę, napoje, a od dziecka kilkudniowego się wymaga, żeby co 2 godziny tylko piło! Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby takiego bąbelka co chwila brać do piersi, trzymać go jak najbliżej siebie, żeby dziecko czując mamę miało chęć i siłę upominać się o „swoje”. Tak właśnie robią kobiety w „prymitywnych” plemionach, w upalnym klimacie, gdzie karmienie piersią (o dziwo!!) zawsze się udaje: co chwila przystawiają dziecko do piersi, trzymają je, gdy jest bardzo małe blisko swojego ciała przytulone, śpią razem z dzieckiem.

Co otrzymują nasze dzieci  po przyjściu na świat? Osobne łóżeczka, zalecenie, żeby karmić nie za długo, nie za często.

Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby podpowiedzieć matce, żeby sprawdzać stan nawodnienia dziecka, a nie zostawić ją bez żadnej wiedzy, zrozumienia:

  • w 1-2 dobie dziecko może siusiać bardzo mało, a nawet wcale (0-1-2);
  • w 3-4 dobie powinno już zacząć moczyć przynajmniej 2-3-4 pieuszki;
  • 5-6 doba powinna już zaowocować moczeniem co najmniej 6-8 pieluch- świadczy to o dobrym nawodnieniu dziecka;
  • z przybieraniem na wadze dziecko ma czas do końca pierwszego tygodnia (przybieranie na wadze- to wzrost wagi liczący się od wagi spadkowej, nie zaś urodzeniowej!)- tak jak siara zmienia się w mleko przejściowe od 2 dni do 7 dni; niekiedy wymaga to więc czasu i cierpliwości; istotne jest, aby dziecko nie traciło więcej niż 10% wagi urodzeniowej i nie było odwodnione; nawet zresztą gdyby traciło więcej niż 10% pokarmem z wyboru do dokarmiania dziecka jest właśnie mleko matki! Wiele jednak można zrobić, by karmienie było skuteczne bez dokarmiania. Jednak lekarze i położne rzadko o tym wiedzą, bo zbyt często jeżdżą na konferencje organizowane przez firmy produkujące mieszanki mleczne, a niemal wcale nie podnoszą swej wiedzy co do karmienia piersią; czerpią też wiedzę przede wszystkim z własnego doświadczenia- a to jest zbyt często negatywne.

Matki stosując dla swych dzieci od początku pieluszki jednorazowe tracą kontakt z ciałem swojego dziecka bardzo wcześnie, a przez to tracą wiedzę na temat funkcjonowania jego ciała bardzo wcześnie. Co więcej nie są w stanie ocenić, czy dziecko jest odpowiednio nawodnione.

Nie mają lekko nasze dzieci przychodzące na świat w lecie!