|
|
|
Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’
10 styczeń
W takie dni jak dzisiejszy: pochmurne, zamglone czasem trudno się zdobyć na jakąś niezbędną aktywność.
Dlatego w takim czasie można zacząć od jednej małej rzeczy: „wstawię tylko pranie”. Od małej rzeczy zaczynają się rzeczy większe. I za małą rzecz można być wdzięcznym Panu Bogu, że dał nam ją do wykonania. Pan umie sam się uniżyć i docenia te nasze małe kroczki:
„Byłeś wierny w rzeczach małych, nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości swego Pana”.
Przygotowujemy się do I Komunii Świętej z jednym z dzieci czyli całą rodziną. Czytamy więc razem książeczki księdza Pawlukiewicza (polecam!). W jednym z pierwszych zamieszczonych tam opowiadań zamieszczona jest refleksja, czemu czasem tak się i dzieciom, i dorosłym nie chce iść na Mszę Świętą. Otóż to, co złe przychodzi nam łatwo i szybko: zdenerwować się na kogoś, zepsuć czyjąś pracę, nabałaganić- nic prostszego! Ale coś stworzyć, przygotować, doglądać, pielęgnować ogród- tu się trzeba napracować! Sama wiem, jak błyskawicznie bez doglądania rosną chwasty, jak wolno i mozolnie cenne rośliny dające plony, owoce itd.
To, co byle jakie nie wymaga trudu, to co cenne jest też zarazem wymagające.
Ech, do pracy 🙂
22 grudzień
Od najmłodszego wieku nasze dzieci nasiąkają tym, że mają prawa. Trąbią o tym media, trąbi o tym szkoła.
Rodzice, jeśli chcą też wychowywać swoje dzieci, powinni je wdrażać od najmłodszych lat na równi z liczeniem się ze swoimi prawami, również do wypełniania obowiązków. Najpierw w formie zabawy- wszak wrzucanie pluszaków do celu jest fascynującą zabawą dla młodych osób.
Dla dziecka rocznego i dwuletniego uczestniczenie w pracach domowych wraz z mamą i tatą jest czymś naturalnym. Naturalną więc rzeczą jest też podanie maluszkowi ściereczki, gdy coś rozleje i ścieranie wraz z nim drugą ścierką. Prosta nauka, którą trzeba nasiąkać: ponoszenie naturalnych konsekwencji swojego zachowania.
Gdy tego zabraknie, rodzice przecierają oczy ze zdumienia, że tego się wymaga np. w przedszkolu i mądre przedszkolaki potrafią odkładać zabawki na półki.
22 grudzień
Modne książki Tracy Hogg „Język niemowląt” oraz o dwulatku (tytułu w tym momencie nie pamiętam) robią zamieszanie w głowach wielu rodziców.
Żeby zrozumieć typ rad dawanych przez tą panią, warto zapytać się kim jest autorka. Otóż Tracy Hogg to pielęgniarka i opiekunka w domach bogatych ludzi.
Książka „Język niemowląt” sprawia powierzchowne wrażenie zrozumienia dziecka, odczytywania jego potrzeb. Po gruntownej analizie można jednak dostrzec jej drugie dno. Otóż warto zapytać się, po co ta pani chce rozpoznawać potrzeby dziecka. Robi to w tym celu, żeby było łatwiej opiekunce, rodzicom, żeby dziecko było łatwiej obsługiwać, żeby żyło się wygodniej, przyjemniej, a dziecko nie sprawiało kłopotów, a rodzice, opiekunowie mieli dużo czasu na swoje potrzeby.
Czy to jest dobra motywacja do wychowania małego dziecka? To jest motywacja utylitarna, czysto użytkowa. Wygodnicka, bardzo idąca z prądem współczesnego światowego myślenia.
T.Hogg uczy więc rozumienia języka dziecka nie po to, żeby na ten język odpowiedzieć z wrażliwością właściwą miłości, ale żeby wytresować niemowlę, dopasować je wygodnie do świata dorosłych.
Ta pani wiele mówi o szacunku do dziecka, ale ten szacunek podszyty jest brakiem miłości do dziecka. Miłość bowiem na tym etapie życia wyraża się oddaniem dziecku.
Stąd metody proponowane przez nią zapewne już niejedną mamę zachęciły do odstawienia od piersi, do podejrzewania swojego dziecka o wyjątkowo złe zamiary już od pierwszych dni życia.
Usystematyzowanie pseudo-charakterów (poprzeczniak, aniołek itd.) wygląda raczej na etykietowanie dzieci, przypinanie im łatki. Owszem sprawia, że myślenie o swoim dziecku jest ułatwione, uproszczone, ale zarazem zakłada rodzicowi pewne klapki na oczy.
Rady tejże pani w sprawach laktacji dowodzą jej niezrozumienia tej kwestii, popieraniu sztucznego karmienia.
„Wrażliwość” tej autorki na prawdziwe zrozumienie dzieci wyraża jej rada dotycząca wychowania dziecka w drugim roku życia: proponuje rodzicom rozkrzyczanych dzieci wkładanie zatyczek do uszu! Ta rada, powiedziałabym, obnaża podejście tej pani.
Stąd- odradzam!
Gdy trudno nam wytrzymać z własnym dzieckiem, lepiej wziąć się za prace domowe 🙂 Czy zrobiłyście już pierniki, drogie panie?
Muszę się pochwalić, że u nas ładny stosik pierniczków już zrobiony w większości przez dzieci, a oprócz tego będziemy mieli pierwszy raz w tym roku choinkę patriotyczną 🙂 A to dzięki sąsiadce, od której dostaliśmy pięknego piernikowego orzełka z jagiellońską koroną z krzyżem 🙂
21 grudzień
Przedwczoraj zaopatrzyłam mojego ośmiomiesięcznego młodzieńca w zapas witaminy D3- czyli dużo przebywania na słońcu. Łapiemy takie słoneczne dni jak radosne podarunki przed długą zimą.
Nam mamom też niejednokrotnie brakuje tej czy innej witaminy, jakiś mikroelementów. Zamartwiamy się i o dzieci, i o siebie. Że włosy nam wypadają (po 3-4 miesiącach od urodzenia zazwyczaj wypadają w większej ilości), że się odwapnimy, że zgrubiejemy, że schudniemy nadmiernie, że kształt piersi będzie zmieniony itd., itp. Lista jest o wiele dłuższa. No i mając na uwadze jakiś ideał zdrowia i urody psioczymy na to karmienie piersią, że czegoś nam samym może zabraknąć, że coś może nam popsuć ta laktacja.
Są też mamy inne. Np. afrykańskie, cierpiące suszę i głód, a karmiące z wdzięcznością swoje dzieci. Często nienajedzone, ale zadowolone, że mają czym karmić swoje dziecko. Same spragnione, ale noszące blisko przy piersi swoje dziecko, żeby chociaż ono mogło natychmiast zaspokajać swoje pragnienie.
My jesteśmy najedzone, a karmimy często tak jakbyśmy żałowały naszym dzieciom własnego pokarmu. One są głodne, więc lepiej rozumieją małe dzieci, czym jest głód. Są spragnione, więc zaspokajają pragnienie swoich dzieci, jak tylko mogą, nie czekając aż będą płakać z pragnienia. Wystarczy im, że zauważą jak dziecko szuka piersi, kręci głową, tuli się- śpieszą mu z pomocą. My najedzone, napite mamy często czekamy aż dziecko zacznie płakać, nerwowo szarpać nas za ubranie, żeby podać mu pierś.
Mój proboszcz opowiadał ciekawą historię jakiś czas temu.
Pewien młody człowiek wstąpił do zakonu. Przydzielili mu w nowicjacie zadanie palenia w piecu, musiał to robić przez długi czas. Był tym zajęciem zmęczony, znudzony i rozgoryczony: „Czy po to wstępowałem do zakonu, żeby palić w piecu? Przecież miałem się modlić, rozwijać jako zakonnik, a nie uczyć się na palacza!” Podzielił się tymi rozterkami z Karolem Wojtyłą, wówczas jeszcze biskupem, który wizytował jego klasztor i zapytał o radę.
Co usłyszał? „Rób, to co robisz dalej, ale wkładaj w to swoje serce.”
Często jesteśmy znużone naszą codziennością. Jednej mamie doskwiera najbardziej karmienie czy piersią czy butelką, zupką, innej przewijanie, innej starsze dzieci dają się we znaki. No i jednak często zaczyna nam brakować tej najważniejszej witaminy M jak miłość.
Dołożenie witaminy M do obowiązków rodzicielskich sprawia, że stają się mniej uciążliwe. Radość uskrzydla 🙂
Tyle że my jesteśmy grzesznikami i zawsze na jakimś etapie naszego życia tej witaminy M brakuje, choćbyśmy się nie wiem jak spinali, starali, wychodzili ze skóry. No i wtedy łatwiej zauważyć, że Bóg pokornie puka z pomocą. Stoi u naszych drzwi. Gotowy zaspokoić ten wielki brak naszego serca, wybaczyć i wlać nową miłość, nie tak powierzchowną jak wcześniej graniczącą z egoizmem.
15 grudzień
Dzieci rosną- taki truizm. Ale my powinniśmy wraz z nimi rosnąć jako rodzice podejmując nowe wyzwania, zadania, pracując razem. Bez zafiksowania na wcześniejszym etapie życia, na wcześniej nabytych umiejętnościach.
Z obserwacji rodziców dzieci szkolnych wyciągam wnioski, że jakoś podatni jesteśmy na zafiksowanie na jedzeniu, karmieniu, kontrolowaniu tego, tak jakby dzieci same miały tendencje do zagłodzenia się. Mamy skłonności do podejrzewania ich, że zjedzą za mało, że będą słabe, głodne, jeśli nie będziemy nalegać, zachęcać, dogadzać.
Czasami wygląda to żałośnie. Mama uznaje konieczność istnienia sklepiku szkolnego z samymi śmieciami żywieniwymi, „bo jej synek nic innego nie zje, jak nie kupi sobie czekoladowego rogalika i chipsów”. Wygląda to dość niedojrzale, gdy ojciec ośmioletniego chłopaka dobrze rozwiniętego, wcale nie chudego domaga się szczególnej opieki nad jedzeniem syna (dzieciaki same sobie nakładają na stołówce). Czy rzeczywiście zdrowy nader dobrze rozwinięty ośmiolatek tego potrzebuje? Nie sądzę. Jakoś widzę zafiksowanie na tym etapie w gruncie rzeczy niemowlęcym, kiedy to jedzenie, spanie, przytulanie jest rzeczywiście niesłychanie ważne dla dziecka. Później już coraz mniej, choć w okresie poniemowlęcym ma dalej dość duże znaczenie, ale jednak stopniowo się zmniejszające zwłaszcza po 18 miesiącach.
Osobiście zafiksowana jestem na karmieniu piersią szkoląc się w tej materii od dłuższego czasu. Docenienie jednak tego daje mi jednak pewne dowartościowanie zdolności dziecka do tzw. samoregulacji. Karmiąc piersią nie mierzymy, nie odmierzamy, nie kontrolujemy ilości zjedzonych mililitrów, częstości, długości karmień, a dzieci rosną wspaniale (a przynajmniej nie ma powodu, by to robić, gdy dobrze rosną). Dlaczego i w późniejszym czasie miałyby tego nie robić?
Dążąc do kontroli nad tą sferą życia, zamiast do oddawania jej dziecku, w pewnym momencie dojdziemy do etapu, że będziemy biadolić nad niedojadaniem i nastolatka, a potem dorosłego. Skoro przez osiem lat ten problem spędza nam sen z oczu, to dlaczego kolejne osiem lat nie mielibyśmy się się tym zamartwiać? Po prostu jest ryzyko, że pewne sposoby myślenia wejdą nam w krew.
W wychowaniu ważniejsze jest dążenie do samokontroli niż do kontroli. W różnych dziedzinach życia schodzi nam to z oczu.
1 grudzień
Zrobiło to na mnie duże wrażenie:
Jak się bronić
Właściwie wiele z tych rzeczy wiedziałam już wcześniej, czytałam, ale zebrane razem daje do myślenia.
20 listopad
Te nasze dzieci ciągle a to głodne, a to spragnione, a to wymagają przebrania, zwrócenia uwagi na nie. A nawet jeśli najedzone, napojone, czyste, to głodne miłości, czułości, bliskości.
Panu Jezusowi dziwnie bliski każdy z tych skarbów, skoro mówi: „Byłem głody, a nakarmiliście Mnie.” „Byłem spragniony, a napoiliście Mnie.”
Niektóre dzieci przybywają do nas jak goście umówieni, oczekiwani od dawna bądź niedawna. Inne zaś przychodzą bez zapowiedzi, nie proszone przez nas, choć zawsze z Serca Kochającego Boga. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”.
To stworzenie wynikające z Bożej miłości wprawia w zachwyt. Nie można się nie zachwycać nad kimś, kto wyszedł prosto z rąk Bożych. A z braku tego zachwytu i pokornego klękania przed tajemnicą rodzą się koszmary typu in vitro, dzieci płaczące godzinami w łóżeczku, osamotnione do granic możliwości.
Jeśli dzieci przyjmujemy jako oczywistość, jako naszą własność, to rodzi się z tego ich ból.
„Ty głupku, jak ty się uczesałeś”- usłyszałam kiedyś od pewnej matki słowa skierowane do jej syna. Czy powiedziałaby tak, gdyby pamiętała, że ma to dziecko powierzone tylko na pewien czas? Dziwne jest nasze serce zranione grzechem.
15 listopad
Jak karmię? Czy to moje karmienie piersią czy jego zakończenie podyktowane jest miłością? Wystarczy wziąć do ręki List do Koryntian świętego Pawła, żeby zapytać:
- Czy w moich decyzjach odnośnie karmienia, zakończenia karmienia jestem cierpliwa, łaskawa, wybaczająca, nie pamiętająca złego czy może unoszę się gniewem?
W niektórych decyzjach co do zakończenia karmienia można zauważyć ukaranie własnego dziecka, że nie jest takie, jakiego się spodziewali rodzice, że jego zachowanie nie jest takie. Wychodzi na jaw też współczesny psychologizm, że niby poczucie winy co do własych decyzji nie jest potrzeby.
Guzik prawda. Nadmierne poczucie winy nie jest potrzebne, ale zwykłe ludzkie poczucie winy jest niezbędne, bo jest głosem naszego sumienia.
15 listopad
Nie ma czegoś takiego jak neutralność, nie jesteśmy w stanie przekazać jej swoim dzieciom. Gdy zaś chodzi o płeć- jest to sprawa wręcz nabrzmiała nieobojętnym przekazem, nacechowanym wieloma emocjami. Zdaje mi się, że w epoce USG tym bardziej. Gdy ludzie widzą mamę „z brzuszkiem”- często zamiast o samopoczucie, zdrowie mamy i dziecka, pytają od razu o płeć. Im bardziej próbują genderowcy wmówić nam, że dziecko i tak sobie samo wybierze płeć, tym bardziej przykładamy do tego wagę. I chyba nie jest to przypadkowe.
Płeć po prostu jest ważna, choć nie najważniejsza. Ważna jest jej akceptacja. Najpierw przez rodziców, żeby dziecku było łatwiej się zaakceptować samemu jako dziewczyna lub jako chłopak. Mama i tato po prostu cieszą się, że mają córkę, cieszą się z syna. W okresie dojrzewania łatwiej się potem dziecku zidentyfikować z własną płcią. W tym czasie dziewczynkom mają prawo podobać się inne dziewczynki, kobiety. Chłopakom mogą imponować inni chłopcy, mężczyźni, mogą ich podziwiać. I nie ma to nic wspólnego z wynaturzeniem homoseksualizmu, ale jest normalnym etapem dojrzewania.
Najpierw podoba nam się własna płeć, do niej się odnosimy, z nią porównujemy, przyjaźnimy w większym stopniu. Pomaga to w zrozumieniu, kim jesteśmy jako kobiety, jako mężczyźni, do czego nas Pan Bóg powołuje w zgodzie z własną płcią. Widać to już u małych dziewczynek. Już w wieku przedszkolnym dziewczynka będzie wolała rysować królewny, damy. Chłopiec natomiast częściej narysuje rycerza, księcia czy innego bohatera płci męskiej. I bardzo dobrze- to taki prosty wyraz docenienia własnej płci. Żeby mieć prawidłową relację do płci przeciwnej, trzeba zaakceptować własną.
Niemożliwa zamiana
10 wrzesień
Mam to szczęście, że mam i synów, i córki. Szczęście do potęgi czwartej czyli kupa prania, ale też kupa radości. Z przewagą kupy- jak lubi zauważać mój mąż.
Mój małżonek oraz starszy syn wybierają się w niedalekiej przyszłości na wyprawę ojca z synem, „tropem jaskiniowców”. W czasach, kiedy ludziom się w głowach przewraca i nie umieją już rozróżniać normalności od zboczeń (np. homoseksualizm) bardzo ważne jest, by ojcowie uczyli swoich synów, by matki uczyły córki.
Kilkunastoletni syn powinien dowiedzieć się od ojca, że to normalne, że podobają mu się, imponują inni mężczyźni. I wcale nie oznacza to skłonności homoseksualnych, a prawidłową identyfikację z własną płcią, dopiero po niej następuje fascynacja płcią przeciwną. Kilkunastoletnia córka powinna zaś się dowiedzieć od własnej mamy, że to normalne, że podobają jej się inne dziewczyny, kobiety, bo sama jest kobietką. Dojrzałość osiąga się właśnie przez tą identyfikację, upodobanie we własnej płci. To tak jak z miłością: trzeba nauczyć się kochać siebie, widzieć w sobie wartość, żeby kochać innych.
A co w tej sytuacji, gdy ma się tylko synów? Warto wspierać swojego męża w nawiązywaniu bliskich indywidualnych relacji z każdym z nich.
„A ja też chcę na wyprawę tatusia z córeczką!”- zagrzmiała zazdrosna Tosia. Każdemu według potrzeb- zwłaszcza w rodzinie, gdzie jest więcej dzieci warto znajdować ten indywidualny czas, żeby każdy młody człowiek czuł się wyjątkowy.
Daje to satysfakcję nie tylko dziecku, ale również rodzicowi. Ten czas, by przyłożyć ucho do serca dziecka, żeby mogło się otworzyć i rozkwitnąć jest nie do przecenienia.
|