Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


Pieluszkowanie

Jakie są rodzaje pieluch? Przyjrzyjmy się im:

  • pieluszki jednorazowe: zapinane na przylepce, w formie majteczek; ze sztucznych tworzyw, nierozkładających się, ale są i biodegradalne (nadające się nawet do kompostowania);
  • wielorazowe pieluszki:
  1. formowane– wyglądające jak jednorazowe (np. Pampersy), ale szyte z tkanin, np.flaneli, frotte, muślinowe, welurowe, bambusowe i in.;
  2. tradycyjne składane czyli kwadratowe lub prostokątne pieluchy z tetry lub flaneli bądź bambusowe itd.;
  3. pieluszki wielorazowe typu 3 w 1 czyli nieprzemakalna pielucha wielorazowa z wmontowanym wkładem dla starszego dziecka;
  4. samoróbki– dostępne są w internecie kroje wielorazowych pieluszek; mamy więc same szyją dla dzieci pieluszki;
  5. dla dzieci wyrastających z pieluch na wzór majteczek, ale nie tak chłonne, aby dziecko czuło konsekwencje swojego postępowania (ale nie tak dotkliwą jak lanie się po nogach).
  • wielorazowe ochraniacze (nakłada się je na przemakalne pieluszki formowane lub składane):
  1. typu kieszonka, do której wkłada się pieluszkę; bywają polarowe, ale są i muślinowe i in.;
  2. wełniane– najdroższe, ale najzdrowsze dla skóry dziecka, ponieważ najlepiej przepuszczające powietrze;
  3. ochraniacze PUL – sztuczne tworzywo, podobno jednak oddychające.

Niezły wybór? Zazwyczaj jednak ludzie pozbawieni są wyboru, bo zwyczajnie pozbawieni są wiedzy. Reklama i rozpowszechnienie jednorazowych pieluszek są tak dojmujące, że inne alternatywy nie są rozpatrzone rozważnie albo nawet w ogóle.

Zacznijmy od przyjrzenia się jednorazówkom. Najwięcej jest tych sztucznych z żelem w środku. Plusy?

  • łatwość użycia, nakładania, kupowania;
  • duży wybór;
  • duża rozpiętość cenowa;
  • można rzadko zmieniać (ale wówczas niezdrowe- minus), inaczej można powiedzieć „nie ma zawracania głowy”.

Minusy?

  • zaśmiecanie świata; rozkładają się kilkaset lat;
  • zastanawia mnie zawsze, że nie ma wypisanego na opakowaniach składu tego produktu; przypadek? oczywiście, że nie (etykiety tak wielkich bogatych koncernów nigdy nie są przypadkowe, bo są reklamą); co mogą zawierać, pospolitemu zjadaczowi chleba w głowie się nie mieści; mnie zawsze zastanawiało, dlaczego żel absorbujący, który uznano za toksyczny dla kobiet (używano go wcześniej w tamponach), wprowadzono do pieluch dla niemowląt i małych dzieci; gdyby producenci nie mieli na sumieniu wielu szkodliwych substancji, które zawierają pieluszki, nie mieliby problemu z zamieszczaniem informacji o ich składzie; proszę sobie poczytać SKŁAD PIELUSZEK, JESZCZE WIĘCEJ NA TEN TEMAT;
  • wyrzucanie mnóstwa pieniędzy do śmieci;
  • przegrzewanie jąder u chłopców (nawet o 3 stopnie więcej), częstsze infekcje układu moczowego u dzieci obojga płci; u dziewczynek częstsze m.in. grzybice; kto z dorosłych miałby ochotę na rok lub dwa w dzień i noc zapakowywać się szczelnie w sztuczną osłonkę; producenci chwalą się, jak to ich produkty są przepuszczalne dla powietrza; no cóż, szczerze mówiąc, być może są przepuszczalne dopóki dziecko w nie nie nasiusia; jednak rodzice trzymają swoje dziecko w takiej pieluszce przez wiele godzin, a więc przez czas, kiedy wielokrotnie ją zmoczy; czy dalej jest przepuszczalna dla powietrza? oczywiście, że nie; wystarczy zobaczyć, jaką pielęgnację muszą stosować rodzice: częste nanoszenie kremów z tlenkiem cynku (np. Sudocrem), żeby wywierał działanie zarówno przeciwbakteryjne jak i przeciwgrzybiczne jest niezbędne, żeby nie narazić skóry dziecka na zapalenie pieluszkowe;
  • statystycznie częstsze późne wyrastanie z pieluch, ponieważ dziecko nie ma kontaktu z tą tak szczelnie zapakowaną częścią ciała;
  • w przypadku jednorazówek Ekologicznych minusem będzie ich wysoka cena (ale wtedy za to: mniej chemikaliów w kontakcie ze skórą dziecka, mniej śmieci- bo się rozkładają).

Przyjrzyjmy się teraz pieluszkom wielorazowym. Ich plusy to:

  • ogromna różnorodność oferty: z różnych materiałów (tetra, flanela, frotte, muślin, bambus, konopie, polar, wełna, PUL), cen (nowe/używane, tańsze/droższe firmy), zapięć (na zatrzaski, rzepy, zapinki, troczki, gumki), wzorów i krojów; każdy rodzic może wybrać coś odpowiedniego dla swojego dziecka; we wzorki lub jednolite; bajecznie kolorowe lub białe; rozmiary uniwersalne lub dopasowane do wieku;
  • większa dbałość o zdrowie dziecka (częstsze zmiany pieluszki, bawełna i inne eko materiały, lepszy kontakt z dzieckiem- większe zrozumienie jego potrzeb fizjologicznych; mniejsze ryzyko zachorowania, przegrzewania (choć wersja „wszystko w jednym” jest raczej też nieprzewiewna jak zasiusiana jednorazówka);
  • na dłuższą metę jest to tańsza alternatywa, choć jednorazowo droższa;
  • przezwyciężenie swojego lenistwa: jeśli dziecko ma bardzo mokro, to zwyczajnie trzeba zmienić pieluszkę;
  • pieluszki wielorazowe dobrej jakości mogą starczyć dla kilkorga dzieci;
  • mniej śmieci;
  • dziecko ma kontakt z tą częścią ciała, szybko zaczyna rozumieć pojęcia „mokro/sucho”, szybciej wyrasta z pieluch;
  • wystarcza naturalna pielęgnacja, by zachować zdrowie.

Minusy:

  • więcej prania, suszenia;
  • więcej zmieniania (co jest trudne dla tych, którym się nie chce);
  • jednorazowo większy wydatek;
  • przechowywanie, składanie;
  • kłopotliwe w podróży;
  • niedostępne zazwyczaj w najpowszechniejszych sklepach .

Można by pewnie jeszcze mnożyć zarówno plusy i minusy. Rodzice jednakże często nabywają przyzwyczajenia do jednorazówek już na oddziale szpitalnym, gdzie przychodzi na świat ich dziecko: położne często nie wyobrażają sobie innego pieluszkowania jak jednorazowe, domagają się od matek jednorazówek. Do pieluszek wielorazowych łatwo się zniechęcić, jeśli będziemy przesadzać np. z prasowaniem, jeśli jesteśmy perfekcjonistami.

Myślę, że przede wszystkim mogą potrzebować wsparcia te mamy, które stosują pieluszkowanie wielorazowe- zwłaszcza ze względu na rzadkość występowania tego zjawiska. Nie ma wielu takich rodziców, którzy by zaczęli i wytrwali w stosowaniu wielorazówek. Na początku wydaje się z tym wiele zachodu, jednak przyzwyczajenie do tego stylu pieluszkowania sprawia, że przestaje to w jakikolwiek sposób przeszkadzać, staje się łatwe i nie sprawia kłopotu.

Ciekawą alternatywą dla pieluszkowania jest też bezpieluszkowe wychowywanie dzieci. Nam się to wydaje dość osobliwe, dziwne, ale jest to sposób postępowania powszechny w bardzo wielu gorących rejonach świata (Afryka, niektóre regiony Azji). Polega on na tym, że matka uczy się od pierwszego dnia odczytywać sygnały wysyłane przez dziecko: a dziecko również daje znać, kiedy chce mu się załatwić. Jeśli nie jest zbyt szczelnie poubierane, to matka jest w stanie szybko go wysadzić. Sama doświadczyłam, że jest to możliwe, ale trzeba ogromnej uwagi, wrażliwości. Zdaje się, że tego nam kobietom „cywilizowanym” często brakuje.



Mały alergik

Tak się składa, że wśród moich skarbów również alergicy się znajdują.

Kilka uwag o wychowaniu małych alergików:

  • małego  alergika można wyłącznie karmić piersią dłużej, bo nawet do 10-12 miesiąca; później oczywiście należy wprowadzać powoli dodatkową żywność zaczynając od tej najmniej uczulającej; dla alergika dobrym tempem jest 1 rodzaj pokarmu wprowadzany na tydzień;
  • im dłuższe karmienie piersią, tym większe szanse na wyrośnięcie z alergii;
  • mały alergik może potrzebować być dłużej karmiony piersią niż jego zdrowy rówieśnik, ponieważ jego układ immunologiczny nie działa prawidłowo, potrzebuje większego wsparcia;
  • najlepsze są naturalne kosmetyki, ale trzeba je dobierać indywidualnie; np. zamiast oliwki olej lniany lub oliwa z pierwszego tłoczenia; zamiast pudru mąka ziemniaczana (można też kąpać w kisielku, płatkach owsianych);
  • dużo złego robią małym alergikom substancje chemiczne dodawane do żywności; jeśli się da, to lepiej unikać konserwantów, sztucznych barwników, utwardzaczy itp.;
  • dziecko nie ma alergii na nasze mleko, ale może mieć na składnik z naszej diety (najpierw należy wykluczyć uczulenie przez czynniki zewnętrzne: mydło, proszek, krem itd.); w takiej sytuacji należy wziąć pod uwagę dietę eliminacyjną czyli bez uczulającego składnika;
  • matki niekiedy bardzo pochopnie rezygnują z karmienia piersią; a niestety preparaty mlekozastępcze też mogą uczulać, dodatkowo są to bardzo mało wartościowe pokarmy;
  • do diety eliminacyjnej da się przywyknąć, ale zanim ten rodzaj pokarmu zaczniemy wprowadzać bezpośrednio do diety dziecka, powinnyśmy to zrobić pośrednio, żeby oswoiło się z danym białkiem w bezpieczniejszy sposób przy osłonie naszego mleka; dieta eliminacyjna nie jest więc czymś, co musimy na stałe sobie zaordynować; przy niezbyt nasilonej alergii można próbować po 2-3 miesiącach sprawdzać, jak dziecko reaguje na dany składnik naszej diety; przy silniejszych alergiach nawet 6-12 miesięcy przerwy może być wskazane.

Problem jest bardzo rozległy i niezwykle złożony. Niektórzy skłaniają się ku twierdzeniu, że wiele z „alergii” to nie alergie, a przejaw chorób pasożytniczych. Niekiedy i tak bywa, choć zapewne odrobaczanie nie załatwia wszystkich problemów.

Zastanawiam się również nad samą diagnozą „alergia”- podstawy, na jakich stawiają ją lekarze są niezwykle kruche, skoro w pierwszych latach życia nie wykonuje się jeszcze testów.



Prawa i zapomniane obowiązki

Od najmłodszego wieku nasze dzieci nasiąkają tym, że mają prawa. Trąbią o tym media, trąbi o tym szkoła.

Rodzice, jeśli chcą też wychowywać swoje dzieci, powinni je wdrażać od najmłodszych lat na równi z liczeniem się ze swoimi prawami, również do wypełniania obowiązków. Najpierw w formie zabawy- wszak wrzucanie pluszaków do celu jest fascynującą zabawą dla młodych osób.

Dla dziecka rocznego i dwuletniego uczestniczenie w pracach domowych wraz z mamą i tatą jest czymś naturalnym. Naturalną więc rzeczą jest też podanie maluszkowi ściereczki, gdy coś rozleje i ścieranie wraz z nim drugą ścierką. Prosta nauka, którą trzeba nasiąkać: ponoszenie naturalnych konsekwencji swojego zachowania.

Gdy tego zabraknie, rodzice przecierają oczy ze zdumienia, że tego się wymaga np. w przedszkolu i mądre przedszkolaki potrafią odkładać zabawki na półki.



Anty-Tracy

Modne książki Tracy Hogg „Język niemowląt” oraz o dwulatku (tytułu w tym momencie nie pamiętam) robią zamieszanie w głowach wielu rodziców.

Żeby zrozumieć typ rad dawanych przez tą panią, warto zapytać się kim jest autorka. Otóż Tracy Hogg to pielęgniarka i opiekunka w domach bogatych ludzi.

Książka „Język niemowląt” sprawia powierzchowne wrażenie zrozumienia dziecka, odczytywania jego potrzeb. Po gruntownej analizie można jednak dostrzec jej drugie dno. Otóż warto zapytać się, po co ta pani chce rozpoznawać potrzeby dziecka. Robi to w tym celu, żeby było łatwiej opiekunce, rodzicom, żeby dziecko było łatwiej obsługiwać, żeby żyło się wygodniej, przyjemniej, a dziecko nie sprawiało kłopotów, a rodzice, opiekunowie mieli dużo czasu na swoje potrzeby.

Czy to jest dobra motywacja do wychowania małego dziecka? To jest motywacja utylitarna, czysto użytkowa. Wygodnicka, bardzo idąca z prądem współczesnego światowego myślenia.

T.Hogg uczy więc rozumienia języka dziecka nie po to, żeby na ten język odpowiedzieć z wrażliwością właściwą miłości, ale żeby wytresować niemowlę, dopasować je wygodnie do świata dorosłych.

Ta pani wiele mówi o szacunku do dziecka, ale ten szacunek podszyty jest brakiem miłości do dziecka. Miłość bowiem na tym etapie życia wyraża się oddaniem dziecku.

Stąd metody proponowane przez nią zapewne już niejedną mamę zachęciły do odstawienia od piersi, do podejrzewania swojego dziecka o wyjątkowo złe zamiary już od pierwszych dni życia.

Usystematyzowanie pseudo-charakterów (poprzeczniak, aniołek itd.) wygląda raczej na etykietowanie dzieci, przypinanie im łatki. Owszem sprawia, że myślenie o swoim dziecku jest ułatwione, uproszczone, ale zarazem zakłada rodzicowi pewne klapki na oczy.

Rady tejże pani w sprawach laktacji dowodzą jej niezrozumienia tej kwestii, popieraniu sztucznego karmienia.

„Wrażliwość” tej autorki na prawdziwe zrozumienie dzieci wyraża jej rada dotycząca wychowania dziecka w drugim roku życia: proponuje rodzicom rozkrzyczanych dzieci wkładanie zatyczek do uszu! Ta rada, powiedziałabym, obnaża podejście tej pani.

Stąd- odradzam!

Gdy trudno nam wytrzymać z własnym dzieckiem, lepiej wziąć się za prace domowe 🙂 Czy zrobiłyście już pierniki, drogie panie?

Muszę się pochwalić, że u nas ładny stosik pierniczków już zrobiony w większości przez dzieci, a oprócz tego będziemy mieli pierwszy raz w tym roku choinkę patriotyczną 🙂 A to dzięki sąsiadce, od której dostaliśmy pięknego piernikowego orzełka z jagiellońską koroną z krzyżem 🙂

 



Dzień dzisiejszy jest najlepszy

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu o czekaniu.

Czekanie adwentowe zakłada zarazem, że żyjemy chwilą obecną- każda chwila nas przybliża do nieba, do spotkania ze Zbawicielem, więc jest cenna. Żadnej więc nie należy uronić, upuścić.

Znałam pewną mamę, która niecierpliwie czekała aż jej dzieci  pójdą do przedszkola, skończą być niemowlętami. Miałam wrażenie, że odbierało jej to całą radość z bycia mamą małych dzieci albo przynajmniej zubożało o te bezcenne chwile. Wkładała je więc do chodzika, żeby już chodziły, dawała do trzymania butelkę z mlekiem, żeby już były samodzielne.

Wydawało mi się, że przez to jakby sama się okradała z tej ulotnej radości dnia codziennego.

Jest w nas tendencja, by nie doceniać tego, co teraz na korzyść tego, co ma dopiero przyjść bądź już było. Nie możemy się doczekać, kiedy dziecko będzie siadać, a nie doceniamy wagi przekręcania się z plecków na brzuszek, z brzuszka na plecki. Nie możemy się doczekać, kiedy maluch zacznie stawać i chodzić, a ważniejsze jest by dawać mu czas na rozwijanie pełzania, raczkowania. Stawianie na nóżki i oprowadzanie za rączki zamiast pełzania i raczkowania może (choć nie musi) skutkować  w tak odległych problemach jak trudności z czytaniem i pisaniem. Dzieje się to za sprawą niewłaściwego stymulowania mózgu, koordynacji.

Przewracanie się z brzuszka na plecy i odwrotnie, pełzanie i raczkowanie jest najlepszym przygotowaniem zarówno mózgu jak i stawów, mięśni, kości do nauki stania, chodzenia, a w dalszej perspektywie do nauki czytania, pisania.

„Moje dziecko nie lubi i nigdy nie lubiło leżenia na brzuchu, żeby ćwiczyć obroty, pełzanie”- tłumaczą często rodzice sytuację braku pełzania, raczkowania, obracania się. Nasuwa się tu pytanie:  A jak często dawaliśmy szansę na polubienie tej pozycji?. „Nie lubi i już!” Wychodzą na jaw nasze niewłaściwe oczekiwania: oczekujemy, że dziecko ma leżeć przez długi czas na brzuszku, podczas gdy jemu niekiedy wystarczy i pół minutki, ale częściej.

Dziecko przede wszystkim jest człowiekiem i rzeczywiście może któregoś razu wręcz nie cierpieć leżenia na brzuchu, ale godzinkę później może przyjąć taką pozycję z widocznym zadowoleniem. O ile damy mu taką szansę.

Niecierpliwe pytania: „Czy już siedzi? Stoi? Chodzi?”- nadają niekiedy kierunek naszym oczekiwaniom i staraniom sprawiając, że tracimy z oczu to, co tu i teraz powinniśmy wspierać, doceniać.

Zarówno psycholodzy jak i fizykoterapeuci, terapeuci integracji sensorycznej podkreślają często, że niewłaściwą i niekorzystną rzeczą jest stawianie na nogi dziecka, które samo nie potrafi wstawać, prowadzenie za rączki dziecka, które nie potrafi samo chodzić, zakładanie „protez” takich jak chodzik dziecku, które chodzić samo nie potrafi.

Uważam, że z „emocjonalnymi” zdolnościami jest podobnie, np. dziecko, które samodzielnie nie potrafi zasnąć nie powinno być uczone samodzielnego zasypiania. Co nie znaczy, że jestem zwolenniczką ekstremum w drugą stronę. Trzeba być wrażliwym na wykształcenie tej zdolności u dziecka: dać szansę i wspierać jej rozwinięcie bez zmuszania. Podarowanie łóżeczka, a czasem tylko nowej pościeli w królewny czy dinozaury może być takim bodźcem do podjęcia tej nauki. Dziecko wystarczająco dojrzałe do samodzielnego zasypiania zazwyczaj bez trudu jak nową przygodę podejmie takie wyzwanie.

Doceńmy nasze tu i teraz- to bezcenny prezent od Pana Boga. Również okazja do nawrócenia: bo Kościół to najlepsze miejsce dla grzeszników. „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni i utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię”- mówi Pan Jezus.



Pępowina=czekanie ma sens

Wiele nas w tym świecie odwodzi, zniechęca do czekania:

  • sklepy robiąc Boże Narodzenie już w listopadzie poprzez dekoracje, muzykę itp;
  • lekarze nie kochając naszych dzieci i proponując poród w wyznaczonym dniu, odstawienie, kiedy karmienie zaczęło być trudne;
  • psycholodzy serwując nam papkę typu: „Twoje uczucia są trudne, to postępuj zgodnie z nimi, zgodnie ze samym sobą”- robiąc bożka z ludzkich uczuć, z własnego „ja”;
  • inni ludzie nietaktownym dopytywaniem: kiedy się wreszcie urodzi? kiedy w końcu go odstawisz od piersi?
  • ale chyba przede wszystkim własna niecierpliwość, niezgoda na trud czekania, na niewiadomą, jaką ono przyniesie.

Czekanie jednak ma wielki sens, choć często uwiera, trudzi i boli (niekoniecznie fizycznie):

  • Daje szansę na rozwój; na rozwój fizyczny, ale też na rozwój duchowy; ostatnie 2-4 tygodnie pod sercem mamy to rozwój mózgu o ok. 1/3, niesamowite zmiany w korze nowej. Zgadzając się na wywoływanie porodu, ryzykujemy niedojrzałość własnego dziecka, niekoniecznie dostrzegalną gołym okiem. To, że dziecko radzi sobie z oddychaniem, nie oznacza, że było dojrzałe do urodzenia. Zazwyczaj skoro się nie rodzi, to najzwyczajniej w świecie nie było dojrzałe do tak dużej zmiany w swym życiu.  Pracując swego czasu w szpitalu zdarzało mi się widzieć dzieci, które zmuszono do narodzin z błahych powodów („bo już jest termin, bo na USG wystarczająco duże”), a które potem okazywały się wcześniakami albo nie wykazywały gotowości do ssania bądź spały tyle, co wcześniaki itd. Dla współczesnych rodziców niejednokrotnie lekarz jest bożkiem, przed którym drżą i liczą się z każdą jego opinią. A czy nie warto przemyśleć tego, co nam mówi? Jest to tylko omylny człowiek, często zresztą niekochający naszego dziecka. Człowiek wyszkolony w patologii czyli stanach chorobowych, nieprawidłowościach, bojący się tej patologii, nie nauczony natomiast, jak wspierać fizjologię, jak pomagać, gdy wystarczy nie przeszkadzać, dodawać ducha, dzielić się spokojem i czekać. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przed porodem przez łożysko przekazywane są dziecku bardzo liczne ciała odpornościowe. Wielu ginekologów  jakby się zatrzymało w rozwoju w wieku XIX- wtedy powstała reguła Naegelego, w której liczy się termin porodu na podstawie ostatniej miesiączki. Zakłada ona, że dziecko się poczyna 14 dni od pierwszego dnia miesiączki, co jest tak zgodne z prawdą jak to, że wszystkie kobiety mają cykle 28-dniowe. Znam dzieci, które cało i zdrowo przychodziły na świat naturalnie 40 dni bądź jeszcze inaczej po terminie liczonym wg Nagelego. Dlaczego? Bo się poczęły tuż po owulacji, a nie 14 dni po pierwszym dniu miesiączki, bo każde dziecko potrzebuje nieco innego czasu na rozwój. Np. jedno potrzebuje 7 miesięcy, by samo wstać na nóżki, a inne potrzebuje na to cały rok- i jedno, i drugie są to zdrowe dzieci. Jedno potrzebuje 10 miesięcy, by zacząć chodzić, inne z kolei aż 18 miesięcy, choć żadne nie ma zaburzeń rozwojowych. Po narodzinach możemy podziwiać jak indywidualny rytm ma rozwój dziecka- natomiast co do terminu porodu sztywno się trzymamy wyliczeń, jakby dzieci rozwijały się opierając się na tabelkach i wyliczeniach, a nie na własnym potencjale. Owszem takie wyliczenia są potrzebne, tyle że od daty owulacji oraz zakładanie marginesu błędu czyli bycie elastycznym. Dawniej za taki margines przyjmowano: + /- 3 tygodnie. Dziecko rodzi się więc w „terminie”, gdy przychodzi na świat samoistnie 3 tygodnie przed tym umownym terminem, ale równie dobrze 3 tygodnie po tym terminie. Ze świecą szukać takich lekarzy, którzy będą wspierać kobietę w cierpliwym czekaniu na naturalny poród zamiast proponować łatwych rozwiązań sztucznej indukcji porodu „urodzimy za panią”.
  • Podobnie jest z porodem. Znam mamę, która rodziła swoje dziecko 3 dni: całe Triduum Paschalne. Cóż za symbolika! To był dla niej prawdziwy krzyż, ale przyjęła to z wielkim pokojem nie chcąc go skracać. Szczęśliwie urodziła w poranek Zmartwychwstania. Dobrze wspomina swój poród pełny długiego czekania i trudzenia się nad rodzeniem. Bynajmniej nie jestem za tym, by nie pomagać kobietom, które nie dają rady dłużej rodzić- oczywiście, że pomoc w takich sytuacjach jest jak najbardziej uzasadniona. Ale niepokoi mnie tendencja, że to, co dzieje się w medycynie prowadzi do tworzenia w świadomości kobiet przekonania, że one w ogóle nie są zdolne do urodzenia dziecka. Że kobieta nie ma prawa rodzić dłużej niż przeciętnie, bo lekarzowi kończy się zmiana. Nasza niecierpliwość sprawia już zamieszanie na etapie przedporodowym, kiedy skurcze przepowiadające bierzemy za poród. Jadąc często z takimi skurczami do szpitala albo oczekując, że po nich szybko się urodzi to proszenie się o kłopoty. Lekarze, gdy matka przyjeżdża z takimi skurczami do szpitala zwyczajnie zostawiają ją tam „na obserwacji”. A kobieta nie jest dzikim zwierzątkiem, żeby ją obserwować. Obserwowanej, notorycznie badanej trudniej się otworzyć na dar rodzenia. Tak samo jak trudno byłoby nam inne zwieracze (odbytu, cewki moczowej) otwierać będąc pod lupą, w miejscu publicznym. Szyjka macicy jest właśnie mięśniem zwieraczem. Jej skuteczne otwieranie wymaga więc przede wszystkim intymności, spokoju, dyskretnego wspierania. Podczas porodu rozwija się matka poprzez znoszenie trudu dla kochanej osoby- dziecka. Rozwija się też podczas porodu dziecko: duża ilość różnorodnych hormonów, które zaczynają krążyć w jego organizmie przygotowuje je do samodzielnego oddychania, utrzymywania stałej temperatury w zmiennym otoczeniu, do ssania, przygotowuje również jego mózg. Przechodzenie przez drogi rodne matki daje dziecku możliwość zasiedlenie prawidłową florą bakteryjną. Okazuje się, że nawet spożycie przez dziecko mikroskopijnej ilości kału matki ma sens: zasiedlają dzięki temu jego przewód pokarmowy mikroorganizmy produkujące witaminę K. Niemowlęta urodzone drogami natury rzadziej cierpią na niedobór tej witaminy. Cierpliwość czekania ma więc również wiele przyziemnych sensów. Jak chociażby to, że dziecko któremu nie odcina się natychmiast tętniącej jeszcze pępowiny ma szansę dostać 30% więcej krwi, co zapobiega niedokrwistości również w późniejszym czasie. Inna sprawa, że ma szansę na to, że weźmie pierwszy oddech spokojnie, a nie z powodu duszenia się, odcięcia dopływu tlenu. Obserwowanie natury może uczyć mądrości, jeśli wyciąga się wnioski. Czytałam o sytuacjach, że pępowina tętniła 4o minut: dziecko dopiero po tak długim czasie zaczerpnęło powietrza do płuc. Wówczas przestała tętnić. Co by było, gdyby lekarze od razu przecięli temu dziecku pępowinę? Czy udałoby się je reanimować? Możemy postawić tylko retoryczne pytanie. Z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, którym tej pępowiny nie odcina się szybko nie płaczą tak rozdzierająco. Niekiedy kwilą cicho, choć temperament innych sprawia, że głośno wołają, ale bez przerażenia w glosie. Moje dzieci po porodzie nabierały tchu pięknie: Daniel spokojnie i cicho, Tosia stanowczo i głośno, Ignaś: zdecydowanie „nareszcie się urodziłem”. Ale żadne nie miało tego przerażenia w głosie, jaki słychać na szpitalnych traktach porodowych. Jeśli lekarze, położne nie czekają, bo nie kochają naszych dzieci- to my możemy stanąć po stronie własnego bezbronnego potomstwa. Jeśli ojciec i matka nie upomni się o godne, cierpliwe powitanie dla swojego dziecka, to kto się upomni? Fundacja? Może i tak, ale mało skutecznie, jeśli to my rodzice nie będziemy działać oddolnie i stanowczo.
  • Karmienie piersią i czekanie aż dziecko dorośnie by zaprzestało pić mleko. Jest pewna schizofrenia w sprawie żywienia dzieci mlekiem w naszej kulturze (cywilizacji?). Z jednej strony odstawianie przeprowadza się pośpiesznie, bez zwracania uwagi na potrzeby dziecka, na to, co komunikuje swoim zapotrzebowaniem na ssanie, a z drugiej strony udowadnia się, jak to nawet dzieci szkolne potrzebują mleka.  Są to dwa błędy, które się mszczą na zdrowiu dzieci. Ani nie powinno się dzieci odstawiać wbrew ich zapotrzebowaniu, ani karmić mlekiem dzieci szkolnych, bo to im zwyczajnie szkodzi albo przynajmniej nie jest potrzebne. Jednak karmienie piersią według potrzeb dziecka czyli tak długo jak tego potrzebuje kosztuje wiele matkę. Przede wszystkim wiele starań o własną cierpliwość, zrozumienie. Gdy dzieci mają rok czy półtorej, matki często odstawiają je również z powodu własnej niecierpliwości. Trzeba natomiast wiedzieć, że te półtorej roku karmienia piersią to jest co dopiero co najwyżej połowa karmienia mlekiem, którego potrzebują dzieci. Wskazuje na to również ich zachowanie: wtedy jest częstokroć szczyt, punkt kulminacyjny ssania dzieci. Co robimy przez naszą niecierpliwość? Odcinamy mleczną pępowinę, kiedy dziecko nie jest nawet odrobinę gotowe do wyłącznie bezmlecznych posiłków i pozwalamy zastąpić się krowie w obdarzaniu mlekiem naszego dziecka. Kiedy ta mleczna pępowina zaczyna być gotowa do przecięcia? Kiedy samoistnie zaczyna tętnić rzadko, coraz rzadziej. Łatwiej jest ją przeciąć, gdy dziecko ssie już tylko raz lub dwa na dobę. Odstawianie, redukowanie karmień w okolicy 18 miesięcy to jak przerywanie ciąży tuż po półmetku jej trwania. Jest trudne i niekorzystne dla dwojga.
  • Czekanie ma sens ze względu na Tego, na kogo się czeka. Jak się kogoś ceni, to się go nie popędza w przychodzeniu. Także dzielmy się pokarmem adwentowo, nośmy nasze dzieci adwentowo. Kochajmy adwentowo: to, co jest wartościowe wymaga czekania i wzrostu. Czekajmy z radością!


Zachwyt obowiązkowy

Te nasze dzieci ciągle a to głodne, a to spragnione, a to wymagają przebrania, zwrócenia uwagi na nie.  A nawet jeśli najedzone, napojone, czyste, to głodne miłości, czułości, bliskości.

Panu Jezusowi dziwnie bliski każdy z tych skarbów, skoro mówi: „Byłem głody, a nakarmiliście Mnie.” „Byłem spragniony, a napoiliście Mnie.”

Niektóre dzieci przybywają do nas jak goście umówieni, oczekiwani od dawna bądź niedawna. Inne zaś przychodzą bez zapowiedzi, nie proszone przez nas, choć zawsze z Serca Kochającego Boga. „Byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie”.

To stworzenie wynikające z Bożej miłości wprawia w zachwyt. Nie można się nie zachwycać nad kimś, kto wyszedł prosto z rąk Bożych. A z braku tego zachwytu i pokornego klękania przed tajemnicą rodzą się koszmary typu in vitro, dzieci płaczące godzinami w łóżeczku, osamotnione do granic możliwości.

Jeśli dzieci przyjmujemy jako oczywistość, jako naszą własność, to rodzi się z tego ich ból.

„Ty głupku, jak ty się uczesałeś”- usłyszałam kiedyś od pewnej matki słowa skierowane do jej syna. Czy powiedziałaby tak, gdyby pamiętała, że ma to dziecko powierzone tylko na pewien czas? Dziwne jest nasze serce zranione grzechem.



Indoktrynujmy, bo inni nam zindoktrynują

Nie ma czegoś takiego jak neutralność, nie jesteśmy w stanie przekazać jej swoim dzieciom. Gdy zaś chodzi o płeć- jest to sprawa wręcz nabrzmiała nieobojętnym przekazem, nacechowanym wieloma emocjami. Zdaje mi się, że w epoce USG tym bardziej. Gdy ludzie widzą mamę „z brzuszkiem”- często zamiast o samopoczucie, zdrowie mamy i dziecka, pytają od razu o płeć. Im bardziej próbują genderowcy wmówić nam, że dziecko i tak sobie samo wybierze płeć, tym bardziej przykładamy do tego wagę. I chyba nie jest to przypadkowe.

Płeć po prostu jest ważna, choć nie najważniejsza. Ważna jest jej akceptacja. Najpierw przez rodziców, żeby dziecku było łatwiej się zaakceptować samemu jako dziewczyna lub jako chłopak. Mama i tato po prostu cieszą się, że mają córkę, cieszą się z syna. W okresie dojrzewania łatwiej się potem dziecku zidentyfikować z własną płcią. W tym czasie dziewczynkom mają prawo podobać się inne dziewczynki, kobiety. Chłopakom mogą imponować inni chłopcy, mężczyźni, mogą ich podziwiać. I nie ma to nic wspólnego z wynaturzeniem homoseksualizmu, ale jest normalnym etapem dojrzewania.

Najpierw podoba nam się własna płeć, do niej się odnosimy, z nią porównujemy, przyjaźnimy w większym stopniu. Pomaga to w zrozumieniu, kim jesteśmy jako kobiety, jako mężczyźni, do czego nas Pan Bóg powołuje w zgodzie z własną płcią. Widać to już u małych dziewczynek. Już w wieku przedszkolnym dziewczynka będzie wolała rysować królewny, damy. Chłopiec natomiast częściej narysuje rycerza, księcia czy innego bohatera płci męskiej. I bardzo dobrze- to taki prosty wyraz docenienia własnej płci. Żeby mieć prawidłową relację do płci przeciwnej, trzeba zaakceptować własną.

Niemożliwa zamiana



Jesienniejemy…

Zaobserwowałam na swoim podwórku co najmniej dwa typy zjadaczy:

  • zjadacz konserwatywny– najchętniej zjadałby to, co znane już, typowe, ulubione; nie jest fanem eksperymentów kulinarnych; zjadacz konserwatywny trzyma się przepisów ściśle i metodycznie, uważając odstępstwa za dyshonor;
  • zjadacz entuzjastyczny: inwestuje swój czas, ew. nawet pieniądze, a na pewno pomysłowość w nowości kulinarne; skoro można do jakiegoś dania sypnąć płatki owsiane, to zawsze można spróbować, czy ziarna słonecznika również etc.; skoro można skosztować ośmiornicy, to czemu by się na to nie odważyć- zawsze to jakieś nowe inspirujące doświadczenie, bo można się zastanowić, czy macki są jadalne, czy inni członkowie rodziny też podzielą entuzjazm zjadania głowonoga; zjadacz entuzjastyczny niekoniecznie zjada wielkie ilości nowych bądź ulepszonych potraw, ale przystępuje do konsumpcji z wigorem i zainteresowaniem. Czasami tylko skubnie albo wypluje z odrazą, ale jeśli nie jest zniechęcany, zmuszany do prób, to inne „razy” również będą interesujące.

Wszystkie małe dzieci są zjadaczami entuzjastycznymi dopóki rodzice, dziadkowie, opiekunowie nie zniechęcą w ten lub inny sposób młodej osoby.

Sposobów zniechęcania do jedzenia jest bowiem ilość ogromna:

  • wkładanie jedzenia do buzi dziecka, wyręczanie go w obsłudze własnego talerza, łyżeczki; warto zwrócić uwagę, że już półroczna osoba chwyta we własne paluszki z zainteresowaniem jadło, obraca nim, wkłada je sobie do paszczy w celach poznawczych (niekoniecznie konsumpcyjnych); poznaje dzięki temu różną strukturę jedzenia, różne smaki, twardość-miękkość, różne właściwości produktów i może to być dla dziecka źródłem fascynacji; wyręczając malca we wkładaniu pożywienia do jego jamy ustnej robimy niedźwiedzią przysługę; to paluszki i usta dziecka mają się bowiem uczyć, co da się bezpiecznie zjeść, skosztować; to dziąsła, zęby, podniebienie i język muszą mieć wystarczającą ilość czasu na poznanie, ew. rozdrobnienie pokarmu do takiej formy, którą bezpiecznie można by połknąć; gdy dziecko samo podnosi kawałek jedzenia: najpierw je poznaje, a dopiero potem decyduje o zjedzeniu bądź niezjedzeniu i jest to bardzo ważne dla jego rozwoju; właściwie to nasza kultura jest w tym karmieniu wyjątkowo nielogiczna: najpierw karmimy dziecko, gdy ono jest tak bardzo chętne, by samo sobie transportować rączką jedzenie do paszczy aż do chwili, gdy nabywa ono przekonania, że karmienie go to rola i interes rodzica, nie zaś jego samego; potem zaś oduczamy dziecko tego procederu; roczny maluch zazwyczaj może też skutecznie korzystać z wynalazku zwanego łyżeczką, choć jest przy tym marnotrawny;
  • zabawianie podczas jedzenia; znam mamę, która nawet twierdziła, że musi z dzieckiem jeździć autobusem komunikacji miejskiej, bo wtedy dopiero udaje jej się solidnie załadować małą paszczę; jest to tzw. stawanie na głowie podczas konsumpcji pociechy: włączanie mu TV, czytanie bajek, śpiewanie; generalnie uczenie nieświadomego żywienia: bo coś tam jest transportowane do buzi, ale nie wiadomo co, bo umysł dziecka krąży wokół postaci z bajek, akcji filmu, interesującym pasażerom miejskiej komunikacji; tego typu karmienie uczy przede wszystkim podjadania, ale nie jedzenia; podjadania w trakcie oglądania, czytania, grania, ale nie uczy jedzenia podczas posiłku;
  • zmuszanie do jedzenia– już powyższy sposób jest zakamuflowanym sposobem zmuszania do jedzenia, ponieważ wykorzystuje się tu nieuwagę dziecka; zaczyna się jednak od mniejszych rzeczy: karmienie dziecka pomimo braku jego zainteresowania  jedzeniem, odwracania głowy, wypluwania; młoda osoba karmiona przez rodzica potrafi niekiedy wymiotować, żeby dobitniej pokazać swój stosunek do określonej potrawy; proszę mnie dobrze zrozumieć: wcale nie jestem miłośniczką karmienia dziecka wyłącznie serkami Danone tylko z tego powodu, że dziecko chce je wyłącznie zjadać; wręcz przeciwnie: podajemy urozmaicone pożywienie, wracamy do różnych smaków; młoda osoba niekiedy potrzebuje kilkunastu bądź więcej prób z danym smakiem, żeby go zaakceptowała;
  • nagradzanie za jedzenie– ten sposób skutecznie potrafi odebrać apetyt, ponieważ utrudnia dotarcie do zwykłej prawdy, że to samo jedzenie jest swoistym wzmocnieniem, czynnością życiową, która pomaga zachować życie i zdrowie; nagroda, np. zabawka lub cukierek skutecznie potrafi zaciemnić tę prawdę, przenosi bowiem akcent z samego jedzenia na nagrodę; jedzenie staje się więc przeszkodą bądź etapem, by coś wartościowego uzyskać; samo jakby w ten sposób traciło na wartości.

 

To, że pomimo tych powszechnie stosowanych metod zniechęcających do radosnej konsumpcji, dzieci dalej pozostają pospolitymi zjadaczami świadczy o sile instynktu samozachowawczego. Choć niewątpliwie pozostaje on mocno nadwątlony: wystarczy popatrzeć na te wszystkie dzieci spożywające kilka paczek chipsów dziennie, batoniki i czekoladowe rogaliki na drugie śniadanie, obiady i kolacje.

Mamy więc do wyboru co do jesiennego jedzenia:

-kolorowo, radośnie, rozmaicie;

-bądź jak staruszkowie: pod przymusem, zniechęceni, wybierając pokarmy skutecznie przybliżające jesień życia.

O żywieniu dzieci polecam „Bobas lubi wybór”- książka terapeutycznie działająca też na nasze myślenie, własne przeżycia związane z tą sferą.

No i jesienniejemy, bo ogarnia nas ta wyjątkowa pora roku swoim wrzeniem barw, temperaturą, niespodziankami przyrody. Wchodząc w tryb pośpiechu, zawożenia-odwożenia do szkół, przedszkoli można się po niej prześlizgnąć nie zauważywszy całego piękna, którym dzieli się z nami przyroda o tej porze roku. Dzieci nas tu uczą zatrzymania się i pochylenia nad jednym listkiem, który za to potrafi obdarzyć nas całą plejadą kolorów.



Migiem

Znacie taki kawał?

Jasio w niegrzeczny sposób upomina się o dokładkę. Wreszcie tato go naprowadza: „Powiedz magiczne słowo”. Na to Jasio odpowiada: „Migiem!”

To czego trzeba uczyć nasze dzieci to też czekanie, odraczanie swoich potrzeb, zachcianek, pragnień. Sami musimy się tego uczyć jako chrześcijanie, choćby wracając do praktyki postu. A że to boli? Że niewygodne?

Życie bez tego traci swój smak. Sól traci swój smak, jeśli chrześcijanin nie umie cierpieć. Gdy moje starsze dzieci płaczą, cierpią wyraźnie, zwracam im uwagę, że jest przy nich Dzieciątko Jezus, ono też płakało, gdy rozbiło kolano. Czasem nie jestem w stanie współczuć moim łobuziakom, ale wtedy tym bardziej wielki Bóg pochylić się musi do małego dziecięcego cierpienia. Bo On je kocha bardziej niż mama i tata razem wzięci.