Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Jedyne Takie Narodziny

Sielankowa wizja Bożego Narodzenia jest czasem dla nas pokusą. Podczas gdy Matka Święta miała normalny fizjologiczny poród niepozbawiony trudu i bólu, podczas gdy rodzące Dziecię Jezus już wtedy brało swój krzyż doznając ciężkiego wysiłku przychodzenia na świat, my snujemy czasem wizje lekkie, łatwe i przyjemne jak z telewizyjnej reklamy.

Z ostatnio zachwalanej Wam książki „Cud oczekiwania” dzieliłam się raczej pozytywnymi przemyśleniami. Pisze ona jednak w pewnym momencie również, że Maryja karmiła piersią Dziecię Jezus, ponieważ nie miała wyboru. I o porodzie naturalnym w tym wypadku można by powiedzieć również tak naskórkowo: Matka Boża urodziła drogami i siłami natury, bo nie miała wyboru. Ograniczona była warunkami zewnętrznymi, w jakich przyszło jej żyć, rodzić, karmić.

Przekułabym jednak to określenie „nie miała wyboru” na: rodziła i karmiła w największej wolności– to bardziej odzwierciedlałoby prawdę. Wybierając rodzenie w skupionej modlitwie, łączności z Bogiem, zatapiając się w radości zjednoczenia ze swoim Dzieckiem, pomagała mu przychodzić na świat na najbardziej kochające matczyne ręce. Odbierając skurcze porodowe rozwierające szyjkę macicy i te parte jako dar wychodzenia dziecku naprzeciw, drogocenny dar od Boga nie stawiała bariery między sobą a Dzieckiem, przyjmowała Je całym swoim sercem, całym ciałem i duszą.

Obecnie panujący trend, moda daje niejednokrotnie wyraz przekonaniu, że wolność to możliwość dokonania wyboru przez matkę między porodem fizjologicznym a cesarskim cięciem, między porodem drogami natury ze znieczuleniem i bez znieczulenia, itd. Zwłaszcza zwolenniczki cesarskiego cięcia potrafią krzyczeć głośno o konieczności pozostawienia tego wyboru kobiecie. Nic dla nich nie znaczy, że cesarskie cięcie jest poważną operacją, która powinna być zarezerwowana dla wyjątku ratowania życia bądź zdrowia.

Dobrze, że ceniona jest wolność- ona jest niezbędna. Ale czym ona jest? Czy wolna jest matka uciekająca trwożliwie w znieczulenie cesarki czy ta, która odważnie z wdzięcznością przyjmuje trud porodu naturalnego? Czy wolna jest ta matka, która pomimo istotnych racji medycznych upiera się przy swojej wizji porodu naturalnego czy ta, która umie z niej zrezygnować kierując się dobrem rodzącego się dziecka? Czy wolna jest w końcu ta matka, która chce rodzić według własnego pomysłu czy według Bożego planu dla jej życia i życia jej dziecka?

Czy wolna jest ta kobieta, która wybiera karmienie butelką „bo tak zadecydowała, tak chce” czy ta, która potrafi stawić czoła trudnościom karmienia naturalnego, wytrwać pomimo nich?

Jestem ostatnio pod wrażeniem przeżyć mojej przyjaciółki, która z wielką pokorą i zaufaniem potrafiła przyjąć rozwiązanie przez cesarskie cięcie pomimo swoich marzeń o porodzie domowym. W jej sytuacji była to niezbędna decyzja dla zdrowia i życia jej i jej dziecka. To zaufanie do Pana Boga, z jakim przyjęła tę trudną sytuację była dla mnie wielkim świadectwem jej oddania.

W gruncie rzeczy Maryja też nie mogła sobie zaplanować porodu w grocie w Betlejem. Wówczas wszystkie kobiety rodziły w domu, z pomocą innych doświadczonych kobiet- i zapewne taka wizja porodu była bliska Matce Bożej. Kto rozsądny w tym czasie chciałby rodzić w drodze, w obcych niekorzystnych warunkach, bez wsparcia?

Tajemnicą pozostaje Jej wielkie zaufanie do Stwórcy, że i tak urodzi pięknie, że nie zabraknie jej najważniejszego: miłości do Dziecka, do Boga.

Bóg Ojciec, który jest w pełni wolny, bo w pełni wszystko rozumie, w pełni jest Miłością mógł inaczej zaplanować przyjście na świat Mesjasza, swojego Syna. W swojej wszechmocy mógł wybrać poczęcie w próbówce, bezbolesne (na krótką metę) rodzenie przez cesarskie cięcie, karmienie z butelki swojego Syna. Mógł, ale skoro tego nie zrobił, to znaczy, że miało to Sens. Wartość miłości w ludzkim wydaniu, której nie da się wysterylizować od ciała. Głęboki sens zamieszkania w kolebce ciała swojej Matki, przyjęcia jej wysiłku i bólu rodzenia, sens całego trudu prawdopodobnie co najmniej dwuletniego wykarmienia piersią.

„Bóg-Sens czeka, aż go przewinę, odłożywszy na bok swoją pychę, tytuły, wydumaną wielkość. Boże Narodzenie przynosi wielką pochwałę prozy życia, zwyczajności, która staje się nadzwyczajna dzięki miłości. (…) Nie dajmy się zwieść tym, którzy w święta będą tradycyjnie tłumaczyć, że to mit, bajka, psychologia, socjologia, a może nawet będą drwić z naszej radości. Bądźmy i dla nich zwiastunami Sensu, który zamieszkał w ludzkiej historii Jezusa po to, by każdą ludzką historię uczynić sensowną”- ks. T. Jaklewicz pisze w Gościu Niedzielnym z 26.12.10.

Żeby nie zabrakło Wam Bożego Narodzenia w te święta i w całym życiu życzę tego Wam i sobie 🙂 Oraz żeby nam matkom nie zabrakło odwagi wyruszenia do naszego Betlejem na spotkanie ze Zbawicielem 🙂



Bycie domem

Wracam jeszcze myślami do książki „Czekając na cud” J.S. Wolfe, pomimo że już jakiś czas temu ją zakończyłam, odłożyłam. Z jednej strony zawiera ona piękne myśli, które jeszcze po długim czasie pozostają w pamięci, ale z drugiej strony osadzona jest w swoich realiach i to, co pisze bardziej odczytuję jako wyraz jej drogi, jej wyborów niż jakiejś prawdy ogólnej. Niektóre jednak przemyślenia aż mnie kuszą, by się z Wami podzielić:

„Kobieta w ciąży jest pełna życia, a raczej wypełniona jest życiem – nie tylko swoim własnym, lecz także życiem swojego dziecka.” „Macierzyństwo nie tylko sprawia, iż wyglądamy jak dom, ale właściwie zmienia nas w niego. (…) Miłość sprawia, że budynek zmienia się w dom rodzinny.”

Zastanawiam się, na ile chcemy być tym domem dla naszych bliskich. Czas noszenia małego skarbu pod sercem jest stosunkowo krótki- około 38 tygodni od poczęcia. Ale czas, kiedy człowiek potrzebuje domu jest o wiele dłuższy. Rodzimy dziecko, a ono dalej już po narodzinach w każdy możliwy sposób dalej nam okazuje, że jesteśmy jego przestrzenią życiową, od której nie tylko nie chce się uwolnić, ale która jest mu potrzebna do życia. Już przedszkolak szuka w nas domu nieco więcej w płaszczyźnie psychicznej: przytulenia, pocieszenia, zrozumienia i akceptacji, poznania zasad obowiązujących w tymże domu, prawideł jego działania. Nastolatek często się buntuje przeciwko zastanej domowej rzeczywistości, ale często dalej szuka wytchnienia we własnym domu, a buntując się szuka dalej akceptacji i niezależności, żeby stać się zdolnym do założenia własnego domu.

O domu pisze też Ewa Błaszczyk w swojej książce-zmaganiu z chorobą córeczki: „Największy problem sprawiało mi otwieranie drzwi kluczem.” Gdy dom był pusty, gdy nie było w nim nikogo, jako dziecko w wieku szkolnym niezmiernie się irytowała, było to dla niej nienaturalne, przykre doświadczenie.  Gdy doświadcza jako dorosła kobieta, już matka trudnej życiowo sytuacji, te odczucia wracają i bolą. Otwieranie drzwi kluczem urasta do rangi problemu, bo dom przestał być domem i życiem, a boli jak otwarta rana.

Gdy uciekamy od bycia domem, często nasze dzieci są smutne, walczą o swoje w nim miejsce. Bo żeby odlecieć, nabrać wiatru w skrzydła, trzeba najpierw dobrze zapuścić korzenie, poczuć się silnym. I dzieci walczą i o te korzenie, i o te skrzydła, gdy jako rodzice przegapimy tę ich naturalną potrzebę.



Dojrzałość? Ale jaka?

Zamyślam skrycie i całkiem otwarcie nad alternatywami: opóźnić moje obecnie 4-letnie dziecko do szkoły czy posłać niespełna 5-latkę do zerówki w przyszłym roku, a w kolejnym jako 6-latkę do pierwszej klasy zgodnie z reformą?

Większość praktyków szkolnych obserwując jak rozwijają się dzieci obecną reformę odbiera jako napisaną przez kogoś, kto sobie wygodnie siedzi na biurkiem i wymyśla. Nudzi się? Praktycy natomiast wiedzą, że i 6-, 7-latki potrafią być niedojrzałe i głupotą jest ogólne przyśpieszanie ich edukacji szkolnej, skoro dobrą alternatywą jest edukacja domowa bądź przedszkolna. I nie jest to wcale niedojrzałość dyskwalifikująca te dzieci, ale będąca zwykłą prawidłowością rozwojową. W książkach teoria głosi np. że do wieku 5 lat rozwijają się zdolności artykulacyjne czyli każdy 5-latek powinien wymawiać arcytrudne głoski „sz”, „ż”, „cz”, „dż” oraz „r”.

Dobrzy praktycy logopedzi dawali od dawna dziecku czas do 7 lat zauważając, że wcześniejsze „mordowanie” dziecka w tym kierunku bywa mało efektywne, a co więcej niekiedy prowadzi do nieprawidłowości. Np. zawzięte trenowanie małych dzieci w kierunku wymowy głoski „r” może zaowocować zamiast prawidłową wymową tzw. „r parisien” przypominającym nieco nasze „h”. I to co w wieku 5 lat ćwiczymy z mozołem, poświęcając na to wiele miesięcy, czasu i trudu niektórym 7-latkom „przychodzi samo”, z łatwością, mimowolnie, w krótkim czasie. Bo rozwój dzieci to nie tylko „coś”, uzyskanego ćwiczeniami, ale w znacznej mierze biologią, którą trudno ominąć.

Nie ukrywam, że do obecnej reformy podchodzę negatywnie i nie jestem pewna, czy własne dziecko chcę „narażać” na takie eksperymenty. Jednak reforma ta jest wyrazem czegoś, co się dzieje w głowach rodziców od dłuższego czasu, nie tylko ministrów.

Bo nad własną niedojrzałością pracować jest o wiele trudniej, nad niedojrzałością dziecka- łatwiej, bo efekty zwykle jakieś są, ponieważ większość dzieci wolniej bądź szybciej, ale jednak się rozwija. Z naszą pomocą lub bez, ale rozwój idzie naprzód (poza wyjątkami dzieci bardzo chorych, z poważnymi zaburzeniami).  Łatwo jest stawiać stopnie 1,2, 3, 4, 5 (czy w niektórych szkołach A,B,C,D), o wiele trudniej postarać się o opis: nad czym pracujemy w szkole, nad czym warto pracować w domu i w jaki sposób, jak pomagać konkretnemu dziecku.

W naszych rodzicielskich głowach takie dążenie do przyśpieszania dzieje się już na najwcześniejszych etapach: czy już przesypia noc? Czy już je dodatkową żywność? Czy już podnosi głowę? Czy już chodzi? Czy już mówi?

Dominuje to: „Czy już?” Zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze dziecko. Jest jakaś łatwość, by szukać zaspokojenia swoich ambicji właśnie w tym pierwszym, najstarszym dziecku.

Ale czy nie warto zmienić naszego myślenia, żeby zamiast „czy już” bardziej interesować się „w jaki sposób?”

Cóż z tego, że wymusimy na niemowlęciu czy dziecku w wieku poniemowlęcym przesypianie całej nocy, nieupominanie się o zaspokajanie swoich potrzeb, skoro nie jest to dla niego korzystne, grozi między innymi częstszymi powikłaniami bezdechem, skoro mózg pracuje podczas płytszego snu nad własnym rozwojem, bardziej efektywnie. Im mniejsze dziecko, tym śpi bardziej płytko, przeważa faza REM snu, co jest bardzo korzystne właśnie dla rozwoju mózgu dziecka, ale również dla jego bezpieczeństwa. Gdy płytko śpi, obudzi go pusty brzuszek, zatkany nos, zimno lub przegrzanie itd. Wygodny więc dla rodzica twardy długotrwały sen niemowlęcia, może więc wcale nie być korzystny dla dziecka. I to chwalenie się „już przesypia całą noc”, bywa działaniem na niekorzyść dziecka. Oczywiście zazwyczaj nieświadomie.

Podobnie z chodzeniem. „Już stoi, już chodzi.”- mówią dumni rodzice. Ich radość jest zrozumiała. Jednak niezmiernie ważne jest nie tylko to: „już  chodzi”, ale „jak chodzi”. Czy samo się podnosi do wstawania? Czy nie jest uczony nieprawidłowych nawyków przez chodzik? A przede wszystkim: czy nabywa wprawy w pełzaniu, potem w raczkowaniu? To bowiem sprzyja kształtowaniu lateralizacji czyli specjalizacji półkul mózgowych, co potem nie jest bez znaczenia w nauce czytania i pisania.

W starszych latach to pytanie „już?” dotyczyć będzie nierzadko: „Czy już czyta?”, „czy już pisze?” Rodzice więc już niemowlę uczą globalnego czytania, bo jego mózg jest chłonny jak gąbka. Owszem jest chłonny jak gąbka,  ale czym powinien nasiąkać? Czy niemowlęciu albo dziecku w wieku poniemowlęcym potrzebne jest do harmonijnego rozwoju czytanie? Czy nie jest to raczej realizowanie rodzicielskich ambicji? I nie piszę tego dlatego, by dyskwalifikować w jakiś sposób ten sposób nauki, ale raczej by podzielić się wątpliwościami, że „już” nie zawsze musi oznaczać „czy warto”.

Oprócz nauki na pewno należy się naszym dzieciom i odpoczynek, i radość oraz twórczość, do których to dzieci mają szczególne uzdolnienia. Jako rodzice sami doznajemy niejednokrotnie presji pytani o to „czy już” bardzo często, jednak nie dajmy się zwariować.

Moje doświadczenie pokazuje, że dojrzałość nie przyśpieszana, nie stymulowana sztucznie potrafi być o wiele głębsza, pełniejsza, prawdziwsza niż ta wymuszona. „Jest czas na wszystkie sprawy pod niebem”– mówi Kohelet. Tylko żeby przyjąć ten cytat za swój warto przejąć się nie tylko szybkością rozwoju swojego dziecka, ale także pracą nad własną cierpliwością.



Płomyk do nieba

Jeśli przeżyliście poronienie czyli stratę dziecka we wczesnym okresie, to doświadczenie będzie jakoś obecne w życiu, choćbyśmy starali się o nim zapomnieć, nie przyjąć do wiadomości. Najlepiej gdy wprost pozwolimy sobie, współmałżonkowi na przeżycie żałoby po ukochanym maleństwie. Gdy ten żal nie będzie miał okazji być wypłakany, gdy nie pożegnamy się z naszym dzieckiem, te trudne uczucia gdzieś mogą buzować w naszej głębi. Niby zakopane, a drążące wnętrze przez jakąś apatię, depresję, rozdrażnienie, trudności z zajściem ponownym w ciążę itd.

Okazją do przeżycia żałoby, zmierzenia się z nią, zwłaszcza jeśli nie mogliśmy pochować naszego dziecka są tego typu spotkania:

Płomyk do nieba w Lublinie

Zapraszam i proszę o przekazanie dalej, jeśli znacie rodziców dotkniętych śmiercią małego i bardzo małego dziecka.

Płomyk do nieba w Lublinie



Niefrasobliwie

O raku piersi

Zastanawiam się w kontekście tych badań nad zalecaniem przez lekarzy oraz zażywaniem przez matki karmiące piersią pigułek antykoncepcyjnych. Z jakim drżeniem kobiety karmiąc piersią przyjmują jakiekolwiek leki choćby i tydzień, dwa, a z jaką niefrasobliwością całe miesiące zażywają silne środki hormonalne jakimi są tabletki antykoncepcyjne. Gdzie tu logika?

Co prawda Amerykańska Akademia Pediatrii dopuszcza ich stosowanie nie obserwując w badaniach specjalnego wpływu na dziecko, jednak zdrowy rozsądek sam mówi za siebie, że zażywanie substancji, która przez wiele miesięcy uszkadza działanie organizmu kobiety (jej układu rozrodczego) z dużą dozą prawdopodobieństwa nie zostanie bez wpływu na dziecko, choćby otrzymywało minimalne ilości syntetycznego hormonu.

Lekarz zapisując w celach ubezpłodnienia kobiety tabletki, sprzeciwia się swojemu powołaniu lekarskiemu: „primum non nocere” czyli „po pierwsze nie szkodzić”. Tabletki antykoncepcyjne właśnie mają takie zadanie: uszkadzać układ rozrodczy kobiety tak by działał nieefektywnie, co nie pozostaje oczywiście bez wpływu na działanie całego organizmu. Trudno jest uszkadzać przez wiele miesięcy jeden układ w organizmie tak by to nie wywarło wpływu bardziej ogólnego- sama logika się kłania.



Nierozsądna decyzja

Przecież tak się nie robi:

  • nie zachodzi się w ciążę, kiedy jest się nastolatką;
  • nie forsuje się podróżą, kiedy tylko się dowie o tym, że nosi się pod sercem dziecko;
  • w terminie porodu nie wędruje się w miejsce, gdzie nawet nocleg jest problemem;
  • co więcej nie decyduje się na dziecko, gdy jest się ubogim,

bo to nierozsądne. Żeby decydować się na dziecko, trzeba mieć zapewnione: warunki, odpowiedni wiek, sytuację życiową, zaplecze materialne, bezpieczne miejsce urodzenia.

Stąd decyzja Maryi o przyjęciu Dziecka rozsądną po ludzku nie była, podobnie wędrówka po poczęciu przez góry do świętej Elżbiety czy wyprawa do Betlejem w terminie porodu. Zamiast wędrować, gdy Dziecko mogło się lada moment urodzić, Maryja zapewne w oczach jej współczesnych lepiej by zrobiła, gdyby została we własnym domu- uchodzącym w tym czasie za najlepsze, najbezpieczniejsze miejsce porodu.

Na szczęście Maryja nie myślała tymi kategoriami, bo inaczej nie zgodziłaby się, nie zdecydowała na Dziecko. Myślała za to kategoriami Miłości, zaufania Jej, oparciu się na Bogu w każdym czasie: i przed Poczęciem, i przed Narodzinami i w ich trakcie, jak i po narodzinach decydując się na niespodziewaną podróż do Egiptu.

Łatwo nam osądzić:

  • że egoiści, bo mają tylko jedno dziecko;
  • że bezmyślni, bo decydują się na gromadkę dzieci;
  • że nierozsądni, bo nie mają środków na utrzymanie rodziny, a mimo to przyjmują kolejne dziecko na świat;
  • że niemądrzy, bo zbyt starzy na rodziców, bo ryzykują wady rozwojowe, które są częstsze wraz z upływem lat; itd., itp.

Łatwo jest osądzić, bo zbyt dużo wiemy o możliwych ryzykach.  O wiele trudniej natomiast odczytywać wolę Bożą, jej niezgłębioną mądrość. O wiele trudniej zaufać, gdy i w naszym życiu nie wszystko dzieje się zgodnie z naszymi wyobrażeniami, planami. Co więcej dzieci często uczą nas, że życie jest bogatsze, bardziej zaskakujące niż nasze jakiekolwiek wyobrażania o nim.

Błogosławiona nierozsądna decyzja Matki Bożej.

Błogosławiona miłość rodziców bardziej ufających planowi Bożemu niż „wytycznym medialnym”.



Koniec świata z tymi dziećmi…

Tak.

W dzisiejszych czytaniach mszalnych co nieco o o Paruzji czyli końcu świata. Szkoda tylko, że nie wiadomo, czy będzie on jeszcze dziś, jutro, za 145, a może 1000 lat. Szkoda? A może właśnie bardzo dobrze, że nie wiemy, że możemy każdy dzień przeżywać w pełni, bez odkładania na miesiąc, rok czy 10 lat?

Wiele jest tekstów typu apokaliptycznego, choćby:

„…ziemia jak odzież ulegnie zniszczeniu,

a jej mieszkańcy wyginą jak komary.

Lecz moje zbawienie będzie trwać na wieki,

a moje wyzwolenie nigdy nie przeminie.” Iz 51, 6

Na efekty naszych działań wychowawczych rzadko patrzymy z takiej dalekosiężnej perspektywy wieczności. Właściwie by się chciało, by dziecko już tu i teraz: przestało płakać, już nie marudziło, było posłuszne itd., itp. To nasze zmęczenie, niecierpliwość się odzywa, ale też może tęsknota za niebem, gdzie śmierci już nie będzie, a Pan Bóg otrze z naszych oczu, z oczu naszych dzieci wszelką łzę.

Bo po co aż tyle płaczu, marudzeń, niezrozumień wzajemnych, bólu, śmierci? Wydaje się, że na świecie jest o każde cierpienie, smutek za dużo. Zwłaszcza za dużo płaczu dzieci.

Moja przyjaciółka w takich razach, gdy dzielę się z nią takimi myślami, mówi mi o krzyżu, jaki niosą już dzieci. Krzyżu samotności, obaw, cierpienia. Krzyżu nieznośnym, ale będącym kluczem do nieba.

Nieznośnym, bo mało jest świętych Janów i Matek Boskich, którzy sami by szli na Golgotę bez bata świstającego nad głową. Zazwyczaj jednak musimy być przymuszani jak Szymon z Cyreny, by wybrać towarzyszenie w bólu, w smutku. Przymuszani przez fakty, okoliczności, ludzi.

Kto by nie chciał mieć takich ciągle radosnych, wdzięcznych, jak z reklamy dzieci? Kto by chciał dzieci chore, płaczące, smutne, trudne, umierające?

A jednak Bóg takie chce i kocha, nawet jak my nie kochamy, bo nas niecierpliwi, bo nas zawodzi, bo nie takiego się spodziewaliśmy.

Kto przyjmuje dziecko chore, przyjmuje samo Dzieciątko Jezus, które też nie raz pewnie było chore i płaczące. Kto przyjmuje dziecko trudne, przyjmuje 12-letniego Pana Jezusa, którego nie mogli znaleźć Maryja z Józefem i któremu robili wymówki: „czemuś nam to uczynił? (…) z bólem serca szukaliśmy ciebie.”  Kto przyjmuje umierające dziecko, przyjmuje konającego Zbawiciela, który wybiera właśnie dziecięcą modlitwę: „Ojcze, w Twe ręce składam ducha mego!” Kto walczy o życie najmniejszego i najsłabszego, zobaczy kiedyś w jego duszy odbicie Pana Jezusa, który też był kiedyś bezbronny.

Towarzysząc na razie tu na ziemi naszym dzieciom w ich cierpieniach, możemy się wiele od nich nauczyć. Choćby i przeżywania radości całym sercem. Kosztem tej wrażliwości jest też przeżywanie każdego bólu całym sobą, bez owijania go w bawełnę i udawanie. Życie chwilą obecną skutkuje też tym, że i w koniec świata dzieci bawią się z entuzjazmem, i w pogrzeb z nieudawaną radością. Ale czemu miałyby się nie bawić z radością, skoro wiedzą, że mają kochających rodziców? Podobnie i my ze spokojem i otuchą możemy myśleć o końcu świata oddając się w ręce Miłosiernego Ojca.



Dla analfabetów kulinarnych

Zawsze własny wypiek chleba wydawał mi się czymś ponad moje siły i zdolności.

Jednak dzięki przepisowi od Mariolki bardzo się podbudowałam.

Cudny chlebek z wieloma ziarnami, który równie dobrze mogą robić starsze dzieci co ich mamy. Dzisiaj swoich umiejętności spróbował 7-letni Daniel i efekt jest równie pyszny jak wczoraj, gdy ja go uzyskiwałam. Na jutro do robienia zgłosiła się jako chętna moja Liduśka.

Do michy wsypaliśmy 1kg mąki takiej jaką mieliśmy pod ręką. W przepisie co prawda jest mąka-krupczatka, ale nie wzięliśmy sobie tego do serca mając kilka kilo wiejskiej mąki. Dodaliśmy do tejże mąki do dużej miski 1 szklankę otrąb pszennych, 6 łyżek pestek ze słonecznika, 6 łyżek siemienia lnianego, 3 łyżki sezamu oraz 3 łyżki pestek z dyni. Do tego dorzuciliśmy  5 dkg ciepłych drożdży, 2 łyżki cukru, 1,5 łyżki soli oraz 1 litr ciepłej wody.

Gwoli ścisłości wzięliśmy wszystkiego połowę, a i tak wyszły nam 2 prostokątne krótkie  formy (jak na keks). Daniel to wszystko mieszał łychą kilka minut, wedle własnej siedmioletniej cierpliwości czyli niezbyt dokładnie. Wedle przepisu należałoby zarabiać tą chlebową masę „aż” 3 minuty. Powstaje przyjemna rzadka paćka, którą od razu do nasmarowanych foremek włożyliśmy, a może raczej wlaliśmy.

Po 30-35 minutach porostu tejże brei (podwojeniu objętości)  nadaje się ona do włożenia do piekarnika na godzinę. Jeszcze tylko nastawiło lube dziecię 180 stopni na termoobiegu i chlebek już się piekł. Mmm, a jakie zapachy się rozchodziły po domu!

Może ktoś się dołączy do wypieku chleba naszego powszedniego 🙂

Muszę przyznać, że zrobiony samodzielnie i pachnący na cały dom smakuje o 150 % lepiej niż gotowiec ze sklepu.

Po drugim śniadaniu z dwóch bochenków została może ćwiartka. Jest to propozycja zwłaszcza dla dzieci-niejadków: zrobione, wymieszane samodzielnie równa się smaczniejsze.

Chociaż generalnie jestem przeciwko używania tego typu etykietek „niejadek”: nie ma dzieci niejadków, są tylko rodzice, którzy niepotrzebnie nadmiernie kontrolują talerz i buzię swojego dziecka.

Dla zainteresowanych rodziców dzieci nie przejawiających zainteresowania jedzeniem polecam książeczkę: „Bobas lubi wybór”. Coś w tym jest.

Jak można radośnie tworzyć jedzenie i zabawy z dziećmi dało mi dziś do myślenia następujące czytanko:

O, matko!



pod znakiem uśmiechu

„Bośmy nareszcie pod Boga uśmiechem

Stali się sobą a nie swoim echem”

Ernest Bryll

Znajoma żaliła się, że ledwo od paru tygodni dziecko zaczęło chodzić do szkoły, już przynosi do domu ciekawe kwiatki. Dzieli się z rodzeństwem „uroczymi” słówkami poznanymi przed świętem Wszystkich Świętych: kościotrup, strachy, duchy itp.

Wcześniej na moje opowieści, że takie pogańskie indoktrynowanie dzieci ma miejsce od początku. Teraz wstrząsnęło to nią i zastanowiło nad wyborem szkoły dla swojego dziecka. Dzieci bowiem nasiąkają tymi treściami, które słyszą, tymi słowami, które poznają, tym klimatem emocjonalnym, który się im stwarza. A jeśli wokół mowa głównie o dyniach, potworach i trupach- to czym się karmi ich dusze w powszechnej szkole?

Stąd potrzeba z nimi dużo rozmawiać i dzielić się piękną polską tradycją zamyślenia nad świętych obcowaniem czyli życiem pod Bożym uśmiechem, kiedy człowiek odzyskuje to, co najcenniejsze, najpiękniejsze, najprawdziwsze w nim samym i w innych. Zachwycenie się tym uśmiechem świętych, ich pełnią człowieczeństwa, radości – mam nadzieję, że ochroni nasze dzieci przed mdłymi głupawymi zabawami Halloween, gdzie od myślenia o śmierci ucieka się z pustym rechotem.

Niebo- czas rozwoju i zachwytu

Czy dzielimy się z naszymi dziećmi tęsknotą za niebem, walką o nie? Jak mają do niego trafić, gdy przed sobą nie widzą zdążających właśnie w tym kierunku?



Co można robić jesienią?

Ostatnie podrygi ciepłej jesieni jakiś czas temu i szkolna impreza, w której mogliśmy rodzinnie uczestniczyć:

Ognisko integracyjne

Na zdjęciach nasze piękne okolice, a co, obejrzyjcie sobie.

Dobrze jest się spotykać, co widać na zalinkowanych obrazkach.

Kasia podesłała mi też artykuł o spotkaniach dla mam (dziękuję za to). Można się nie tylko przyłączyć, ale samej też wyjść z podobną inicjatywą, choćby i we własnym domu:

mamy z pomysłem.

Ich własna strona:

Twórcze mamy.