|
|
|
Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’
21 kwiecień
Pierwsze trzy miesiące życia dziecka są szczególnie ukryte. Często za porannymi mdłościami, wymiotami, sennością, czasem nawet za nieświadomością matki i ojca. Dziecko mówi do swojej matki przez te sygnały jej ciała: potrzebuję twojego odpoczynku, zatrzymania się, zwrócenia uwagi na to, co jesz, co robisz po to, żeby w tej sferze zaprowadzić pewien porządek, zadbać o zdrowie. Potrzebuję zacisznej kołyski w Twoim łonie, twojej ciszy, czułości.
Czasami te wymioty, osłabienia są tak dojmujące, że matka zza nich niemal nie widzi dziecka, tak jakby była tylko ona i jej wymioty, jej gorszy nastrój. I to błąd. Bo to jest pierwsza lekcja jej oderwania się od swojego „ja”, od swojego tylko „chcę”. Lekcja niezbędna, choć wymagająca, czasem bardzo trudna. Po urodzeniu dziecka nie da się dalej żyć tylko swoim „chcę”, bo „potrzebuję” maleństwa jest o wiele głośniejsze, bardziej żywiołowe, częstsze niż to planujemy. Taka pierwsza zaprawa do późniejszych zmagań ze swoim egoizmem, egocentryzmem.
Gdy w tym pierwszym trymestrze często się źle czujemy, wymiotujemy, jesteśmy rozdrażnione, to nasze dziecko też potrzebuje pocieszenia. Nie zostawiajmy go wtedy samego! W tym czasie, kiedy wszystkie narządy jego ciała intensywnie się tworzą, potrzebuje tym większego wsparcia. Gdy nam bardzo niedobrze, przytulmy nasze dziecko, pogłaszczmy je. Po tym się poznaje kochające serce: że umiemy się cieszyć nawet z naszego „niedobrze”, jeśli oznacza to dla ukochanej osoby „dobrze”. Te poranne (i nie tylko) wymioty oznaczają zazwyczaj dostatecznie wysoki poziom progesteronu, hormonów ciążowych- więc właściwie, jeśli dobrze życzymy naszemu dziecku, możemy być za nie wdzięczne. I zadowolone z własnego „niedobrze”, bo dzięki temu nasze dziecko jest z nami, organizm si go nie pozbywa.
Cuda się zdarzają. Wystarczy popatrzeć na dziecko. Cud miłości. Nie dziwię się, że szatan tak nienawidzi kobiet w stanie błogosławionym. Raz, że przypominają mu Wyjątkową Matkę, która urodziła Zbawiciela. Druga sprawa, że nienawidzi on każdego z cudów miłości i nadziei. On się zwyczajnie boi dziecka, bo jego Anioł Stróż w dzień i w nocy wielbi nieustannie Boga.
Niektóre matki i ojcowie starają się jednak o poczęcie bezskutecznie. Zastanawiam się nad sensem tego bolesnego czekania, tej tęsknoty. I myślę, że Pan Bóg stworzył nasze ciało, ale też naszą duszę stęsknioną za dzieckiem, za dziećmi, żebyśmy byli w pełni rodzicami. I tym, których nie obdaruje fizycznym darem macierzyństwa, ojcostwa jest gotów dać duchowy dar rodzicielstwa. Ta tęsknota za dzieckiem nie jest więc czymś przypadkowym, nieprzydatnym, gdy dziecko się nie rodzi wbrew staraniom. Tylko trzeba się na dar duchowego rodzicielstwa otworzyć, że Pan Bóg chce dać nam więcej niż Go prosimy.
Moje dzieci co prawda już większe, ale ta refleksja z myślą o Paulince, o której się dowiedziałam, że nosi pod sercem skarb. Również z myślą o cierpieniu pewnej mamy czekającej na dziecko bezskutecznie.
I jeszcze nie odmówię sobie podzieleniem się moją lekturą, która jest paląca i żywa:
„Bóg jest hojny i nikomu łaski swojej nie odmawia – więcej daje, aniżeli my Go o to prosimy. Wierność w wypełnianiu natchnień Ducha Świętego – to najkrótsza droga.”
Polecam gorąco: „Dzienniczek” s. Faustyna Kowalska.
15 marzec
Są takie miejsca, których gościnność i ciepło odczuwa się nawet przez zimny kabel internetowy:
twórcze mamy
pani łyżeczka
22 grudzień
Modne książki Tracy Hogg „Język niemowląt” oraz o dwulatku (tytułu w tym momencie nie pamiętam) robią zamieszanie w głowach wielu rodziców.
Żeby zrozumieć typ rad dawanych przez tą panią, warto zapytać się kim jest autorka. Otóż Tracy Hogg to pielęgniarka i opiekunka w domach bogatych ludzi.
Książka „Język niemowląt” sprawia powierzchowne wrażenie zrozumienia dziecka, odczytywania jego potrzeb. Po gruntownej analizie można jednak dostrzec jej drugie dno. Otóż warto zapytać się, po co ta pani chce rozpoznawać potrzeby dziecka. Robi to w tym celu, żeby było łatwiej opiekunce, rodzicom, żeby dziecko było łatwiej obsługiwać, żeby żyło się wygodniej, przyjemniej, a dziecko nie sprawiało kłopotów, a rodzice, opiekunowie mieli dużo czasu na swoje potrzeby.
Czy to jest dobra motywacja do wychowania małego dziecka? To jest motywacja utylitarna, czysto użytkowa. Wygodnicka, bardzo idąca z prądem współczesnego światowego myślenia.
T.Hogg uczy więc rozumienia języka dziecka nie po to, żeby na ten język odpowiedzieć z wrażliwością właściwą miłości, ale żeby wytresować niemowlę, dopasować je wygodnie do świata dorosłych.
Ta pani wiele mówi o szacunku do dziecka, ale ten szacunek podszyty jest brakiem miłości do dziecka. Miłość bowiem na tym etapie życia wyraża się oddaniem dziecku.
Stąd metody proponowane przez nią zapewne już niejedną mamę zachęciły do odstawienia od piersi, do podejrzewania swojego dziecka o wyjątkowo złe zamiary już od pierwszych dni życia.
Usystematyzowanie pseudo-charakterów (poprzeczniak, aniołek itd.) wygląda raczej na etykietowanie dzieci, przypinanie im łatki. Owszem sprawia, że myślenie o swoim dziecku jest ułatwione, uproszczone, ale zarazem zakłada rodzicowi pewne klapki na oczy.
Rady tejże pani w sprawach laktacji dowodzą jej niezrozumienia tej kwestii, popieraniu sztucznego karmienia.
„Wrażliwość” tej autorki na prawdziwe zrozumienie dzieci wyraża jej rada dotycząca wychowania dziecka w drugim roku życia: proponuje rodzicom rozkrzyczanych dzieci wkładanie zatyczek do uszu! Ta rada, powiedziałabym, obnaża podejście tej pani.
Stąd- odradzam!
Gdy trudno nam wytrzymać z własnym dzieckiem, lepiej wziąć się za prace domowe 🙂 Czy zrobiłyście już pierniki, drogie panie?
Muszę się pochwalić, że u nas ładny stosik pierniczków już zrobiony w większości przez dzieci, a oprócz tego będziemy mieli pierwszy raz w tym roku choinkę patriotyczną 🙂 A to dzięki sąsiadce, od której dostaliśmy pięknego piernikowego orzełka z jagiellońską koroną z krzyżem 🙂
2 październik
Tatuś wybył na wyprawę ojca z ukochanym synem, więc mam dużo czasu dla moich ulubionych córek. Moje miłe córeczki czas zabrać na dziewczyńską wyprawę, zaszczepić im odrobinę szaleństwa. Zwłaszcza w rodzinie gdzie jest więcej niż jedno dziecko warto szukać takiego specjalnego czasu dla każdego z nich indywidualnie. Bo każda z nich jest wyjątkowa, piękna, wartościowa. Dla Boga bezcenna, skoro swoje życie oddałby za nią nawet wtedy, gdyby była sama na świecie. Opowiadam moją historię dzieciom, jak to po przyjściu na świat każdego młodszego serce mamy i taty rośnie, żeby tego starszego mogło kochać więcej czyli tyle, ile każdy potrzebuje.
Najstarsza moja latorośl nabyła sobie książkę „Dziewczyny wojenne”. Zaczyna się okres dorastania- bardzo sobie chwalę póki co ten okres, bo wchodzenie w taką bardziej partnerską relację z dzieckiem jest pasjonujące, tym więcej można się od siebie nawzajem nauczyć. Lidka przeczyta książkę pierwsza, ja po niej.
18 wrzesień
Właściwie w byciu mamą jest wiele powodów do narzekania.
A to dzieci chorują. Jak to dzieci, niedojrzałe, więc chorują, kiedy popadnie.
A to budzą się nie wtedy, kiedy trzeba: w nocy, nad ranem, śpiąc zbyt krótko, budząc się zbyt często.
A to akurat okresy buntu przechodzą. „Nie” i kropka wołając.
A to akurat przechodzimy ZNP (zespół napięcia przedmiesiączkowego) albo napięcia ciążowego, albo napięcia karmieniowego (ileż można karmić! jak on tak może często ssać, jeść, grymasić itd.!)
„Zawsze się radujcie!” „Wszystkie swoje troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na Was”. Taka Boża recepta na nasze marudzenie. Po prostu położyć głowę na ramieniu Pana Jezusa i się nie martwić. „Odwagi! Jam zwyciężył świat!” Czyli nasze dzieci są w dobrych rękach- jeśli tylko oddamy Mu je. My jesteśmy w dobrych rękach oddając bogu swoje życie.
Zupełnie z innej beczki.
Spotkałam się niedawno z rodzicami, którzy wybrali dla swoich dzieci edukację domową. Coś nieprawdopodobnego w świecie, gdzie tak przywykliśmy, by sprawę nauki zrzucać na szkołę, nauczycieli, wszelkiej maści profesjonalistów i to już od najwcześniejszych lat. Za przyczyną Moniki znalazła się u nas w domu również książka:
edukacja domowa w Polsce
Polecam gorąco zwłaszcza tym, przed którymi decyzja wyboru szkoły stoi otworem. Również tym, którzy nie chcą ograniczać swojego myślenia do szkół jako „jedynej słusznej opcji”.
25 sierpień
W jednym z komentarzy pojawiła się wypowiedź, że wsparcie w karmieniu piersią jest niepotrzebne, wystarczy rzeczowa wiedza.
Czasami i tak bywa. Teoretyczna wiedza wystarczy w zupełności. Jednak niekiedy mimo rzeczowej wiedzy rodzi się tyle wątpliwości, że nie tylko wyparowuje wiedza, ale rodzi się całkiem niezły mętlik w głowie.
Ciekawie ten stan opisuje Sheila Kitzinger w książce „Rok po urodzeniu dziecka”.
Okazuje się, że nawet jeśli zapamiętało się potrzebne informacje, to trudno się rozeznać, które z nich są najistotniejsze, w danej sytuacji pasujące. Więc często zamiast tego wybiera się to, co najbliższe, co dociera z największą siłą, np. radę przybywającej z pomocą mamy, teściowej, siostry.
Czy zawsze te rady będą dobre? Oczywiście, że nie. Zwłaszcza młode mamy otrzymują tak wiele rad, że łatwo się w nich zagubić. Z jednej strony czytają, że rozwojowi dziecka, uspokojeniu go sprzyja noszenie go, z drugiej, żeby nie nosić, bo się przyzwyczai.
Nasi przyjaciele rodzice piątki dzieci podzielili się z nami wynikami swoich obserwacji-eksperymentu. Jaka będzie reakcja otaczających osób, gdy ze sporą grupką dzieci idzie sama matka? Jaka będzie reakcja, gdy z tymi samymi dziećmi idzie sam ojciec? Jedno z rodziców w ramach eksperymentu szło z tyłu i rejestrowało reakcje przypadkowych przechodniów.
Gdy szedł sam ojciec z dziećmi, reakcje z reguły były pozytywne, pełne podziwu, akceptacji. Gdy szła sama matka z dziećmi, dało się zaobserwować reakcje krytyczne, jeśli nie negatywne.
Czy może w takim wypadku dziwić, że nierzadko brakuje nam mamom pewności siebie, wiary, że zdołamy sprostać nowym obowiązkom?
Stąd niesłychanie ważne jest wsparcie, jakie możemy otrzymać. Przede wszystkim od Stwórcy: nawet jeśli nikt inny nie wierzy w nasze możliwości, to sam Bóg ufa nam, jest Przyjacielem wspierającym. Na Niego zawsze możemy liczyć, nawet jeśli same się zawodzimy, jeśli inni nas rozczarowują.
Biblia wiele razy zachęca nas, żebyśmy za wszystko dziękowali Bogu. Za wszystko?- można się zastanawiać, bez przesady. Nawet za własne błędy? Za brak pewności siebie? Za nieumiejętność? Właśnie tak, bo nawet z naszych błędów, nieumiejętności Pan Jezus umie wyprowadzić jakieś dobro, choć nie zawsze od razu wiemy, jakie. I jesteśmy dla Boga jak dzieci, które dopiero uczą się chodzić. Czy może nas Zbawiciel mniej kochać, że się przewracamy, dlatego że potłuczeni jesteśmy? Oczywiście, że nie- tym bardziej nas przygarnia, bo tym bardziej tego potrzebujemy.
I dlatego zawsze możemy mieć radość w sercu.

7 lipiec
Pan Bóg nas powołał, żebyśmy były matkami naszych dzieci. Więc trzeba prosić z wiarą, by uczył nas opiekować się mądrze dziećmi, wychowywać je na świętych ludzi. Skoro sam przeznaczył nam takie zadanie, to i zechce nas wyposażyć odpowiednio do wykonania takiego zadania. Jeśli będziemy prosić- z wiarą koniecznie.
Mi się nie udaje wychowywać dobrze dzieci, ciągle robię coś nie tak, dlatego bardzo potrzebuję prosić stale i świętych, i Aniołów, by wspierali mnie w tym wychowaniu. Dlatego koniecznie zabiegać muszę o Ducha Świętego, by dodawał mi mądrości, bo sama to raczej głupia jestem.
I w leczeniu swoich dzieci trzeba prosić o Ducha Świętego. Też to robię, bo łatwo się gubię w tym wszystkim. Po pierwsze widzę, że trzeba kierować się w tym rozumem- to taki zwykły dar od Pana Boga, ale każdemu potrzebny. Skoro więc np. homeopatia nie ma żadnych niezależnych badań wskazujących na jej działanie, to nie ruszamy jej. Podejrzana jest i tyle. Nawet niekoniecznie zaraz podejrzana o jakieś czary-mary, ale o to, że sprzedają nam bardzo drogo „wielkie nic”. No to ja wolę sobie wody z jeziora nabrać- tańsza.
Ale za to wielką tradycję i swoistą renomę ma leczenie zielarskie mnichów.
Ich produkty stosowane rozumnie są na pewno i duchowo, i zdrowotnie bezpieczniejsze.
Np.: benedyktyni.
Mam nieodparte wrażenie, że im mniej o duchową czystość się zabiega, im mniej kocha się sakrament pokuty i pojednania, tym bardziej trąbi o „oczyszczaniu organizmu”. Tworzy jakąś wizję super oczyszczonego organizmu. A i owszem pewne oczyszczanie jest bardzo potrzebne, np. ze złogów cholesterolu w chorobie wieńcowej, z kamieni w kamicy nerkowej itd. Jednak nie będziemy w stanie przy pomocy jakiejś kuracji choćby nie wiem jak dobrej, dopasowanej do nas, naturalnej czy jeszcze innej doprowadzić do stanu zdrowia >na zawsze<, >idealnego<. Tu na ziemi mamy tylko tymczasowość kuracji.
Warto oczyszczać swoje nerki, tętnice, serce, wątrobę, ale jeszcze bardziej swoją duszę w szczerej rozmowie z Bogiem. Warto uczyć oczyszczających nawyków swoje dziecko, ale jeszcze bardziej warto mu pokazać Stwórcę wszelkiego oczyszczenia.
Zauważam, że jestem człowiekiem całkiem zanurzonym w ten świat: i łatwiej mi myśleć i starać się o to oczyszczenie wyłącznie tymczasowe, organiczne przynoszące krótkotrwałą ulgę niż to, które sięga wieczności i sięga ducha.
Ale jednak zaczynać trzeba od tego spotkania, które oczyszcza, bo Bóg przechodzi ze swoją mocą. „Szukajcie wpierw królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam dane”.
Czy ktoś jadł porzeczki z wierzby? Polecam. Jadłam ja i moje dzieciaki. Zamieszczę niedługo zdjęcia. Pan Bóg jest naprawdę wielki 🙂 I to w takiej małej zwykłej wioseczce się dzieje. Należy oczekiwać wielkich rzeczy od Pana Boga- dlaczego mielibyśmy Go ograniczać do swych małych próśb? I w małych, i w wielkich rzeczach chce przychodzić z mocą. Tylko czy czekamy na Niego? Oczekujemy od niego wiele?
Niedawno przeczytałam „Uwierzcie w koniec świata” ojca Badeniego- polecam gorąco. Pewna znajoma powiedziała mi, że nie chce jej ode mnie pożyczyć, bo jest sto straszna książka. Straszna?- zastanowiłam się. Może i tak. Na tyle, na ile straszna jest miłość i sprawiedliwość Boża. To dopiero będzie oczyszczenie 🙂 Dlatego modlitwa „marana tha” (przyjdź, Panie Jezu), stale aktualna.
26 maj
Z aktualności. Listonosz przedwczoraj wręczył mi cudne życzenia z okazji Dnia Matki. Bardzo się ucieszyłam, zwłaszcza że były ozdobione pięknymi trupimi czaszkami 🙂 Oprócz tego dostałam jeszcze bukiet różnokolorowych bibułkowych różyczek w słoiku zakamuflowanym barwnym papierem (cudo!) oraz propozycję zabrania swoich dzieci na lody z okazji tego pożytecznego święta.
Z innej beczki. Niedawno dostałam polskie tłumaczenie książki Gabrielle Palmer (zresztą dosyć kiepskie, bo dużo błędów), zatytułowanej „Polityka karmienia piersią”. Ale samej książki nie można nie przeczytać, zwłaszcza jeśli się jest mamą karmiącą, zwłaszcza jeśli trudno znaleźć w sobie, w otoczeniu wsparcie tegoż naturalnego karmienia. Ale też koniecznie, jeśli karmi się modyfikowanym mlekiem, żeby poznać tajniki jego produkcji. Chyba że ktoś woli żyć w nieświadomości.
Karmienie piersią- mój konik- więc często na niego wsiadam. Jednak ten i ów nierzadko mi zarzuci, że macierzyństwo nie ogranicza się do niego. Owszem ale jest to jakąś ilustracją symbolem czym w ogóle jest macierzyństwo. Karmienie piersią się szybko kończy. Cóż to znaczy te 2-3-4 czy 5 nawet lat karmienia jednego dziecka?! Niewiele. Równocześnie trzeba karmić z ciałem i duszę dziecka: przekazywaniem tego, co istotne, co nieprzemijające. Dusza dziecka spragniona jest przede wszystkim miłości, ale nie da się jej nakarmić, gdy zaniedbuje się to małe, kruche ciałko. Karmiąc ciało karmimy równocześnie duszę, bo są jednym. Karmiąc własną miłością, wzmacniamy też ciało.
Spotkałam się ostatnio z zarzutem, co do karmienia piersią po roku, dwóch, trzech, że może tylko uwsteczniać dziecko, że do niczego nie jest już potrzebne. Jednak jest tak wyjątkowo rzadko, bo rzadko która matka karmi wyłącznie z własnych pobudek, rzadko która zmusza własne dziecko do ssania, ogranicza je do niego. Jest zupełnie inaczej: dziecko np. 3-letnie ssie, ale równocześnie rozwija się fantastycznie we wszystkich dziedzinach. Z pozoru uwstecznia to dziecko, np. które wraca do karmienia, bo urodziło mu się młodsze rodzeństwo, ale są to tylko pozory. My mamy nie powinnyśmy im ulegać, a patrzeć głębiej na swoje dzieci, w ich serca. Takie nawet regresy, powroty do piersi są jak zapadanie się na skoczni: jest to potrzebne, by zapaść się z dużą siłą w dół, aby tym wyżej i dalej skoczyć. Trzeba zrobić kroczek w tył, żeby mieć siłę do trzech radosnych skoków do przodu.
Kiedyś powiedziałam przed porodem zaprzyjaźnionej mamie dziewięciorga dzieci, że boję się tego regresu u dziecka, które przestaje być najmłodszym. „Czego się boisz? To jest potrzebne, dzieci korzystają na tym, bo mogą zachowywać się jak dzieci, rekompensować sobie to, czego potrzebują. To mija szybko”.
W Dniu Matki i w każdym innym dniu warto ucieszyć się ze swoich dzieci, bo ten czas nam podarowany się nigdy nie powtórzy.
16 maj
Najpierw podzielę się z Wami cytatem, który mrozi krew w żyłach, a zarazem po którym robi się dziwnie ciepło na sercu. Niemożliwe?
Rzecz dzieje się w okupowanej Warszawie. Do domu państwa Żabińskich wpada banda własowców, żeby grabić, gwałcić. Z perspektywy pani Antoniny Żabińskiej, pani domu, matki wygląda to tak:
„Jeden z nich (własowców), najstarszy rangą, zatrzymał się przy mnie. Zmierzyliśmy się wzrokiem. Rozbiegane, półprzytomne oczy na chwilę znieruchomiały. Tuż w pobliżu w koszykowej kolebce spała maleńka… patrzyłam, wciąż patrzyłam bez drgnienia powiek na przybysza o wybitnie wschodnich rysach twarzy. Opalona ręka z wolna wyciągała się ku mnie i pochwyciła złoty łańcuszek od medalionu… między wargami zaświeciły białe zęby.
Możliwie spokojnym i łagodnym gestem wskazałam napastnikowi niemowlę i ważąc sylaby jak najcenniejszy kruszec, usiłowałam każdemu z wymawianych powoli słów nadać siłę rozkazu:
-Nielzia! Twaja mat’! Twaja żiena! Twaja siestra! Poniał? (tłum.: Nie wolno! Twoja matka! Twoja żona! Twoja siostra! Zrozumiałeś?)- i położyłam mu rękę na ramieniu. Zdumiał go mój ruch i zaskoczył. Dzikość jak spłoszony lis do głębokiej nory, uciekł ze skośnych źrenic. Jakiś rozszalały żywioł w nim ucichł… jak pod magicznym zaklęciem… (…) Wsadził dłoń do tylnej kieszeni spodni. (…) Wyciągnął rękę… podał mi garść zlepionych różowych landrynek, pokrytych kurzem, brudem, resztkami tytoniu.
-Dla niewo wazmi! (tłum.: weź dla niego)- powiedział z kolei wskazując na dziecko.
Serdecznie, z wdzięcznością podałam mu rękę.
Odtajał. Uśmiechnął się po chłopięcemu…”
Z powieści „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim Zoo” Diane Ackerman.
Ten tekst i sytuacja są tak niezwykłe i wymowne, że nie wymagają komentarza. Jaką moc ma macierzyńska łagodność, stanowczość dobrego kobiecego serca. Jaką moc może mieć nad sercem mężczyzny samo słowo „matka”, „żona”, „siostra”, skoro potrafi zbrodniarza zmienić w brata. A mąż o niej mówił w wywiadzie: „Antonina była gospodynią domową. (…) Nie zajmowała się polityką czy wojną, była nieśmiała, a mimo to odegrała wielką rolę w ratowaniu innych i nigdy się nie skarżyła na niebezpieczeństwo, jakim to groziło. Jej ufność rozbrajała najbardziej nawet wrogo nastawionych”.
Gorąco polecam.
I jeszcze jeden fragment z tej samej książki o polskiej wsi z początków XX wieku:
„Na wsi kobiety miały specjalne pory, które uważały za dobre na odstawienie od piersi. Po pierwsze nie można tego było robić w czasie, gdy ptaki odlatują na zimę, żeby dziecko nie wyrosło na dzikusa i nie chowało się w lesie. Natomiast dziecko odstawione od piersi w czasie opadania liści szybko wyłysieje. Należy także unikać pory żniw, kiedy zboże starannie chowa się do spichrzy, gdyż groziło to dziecku wyrośnięciem na osobę bardzo skrytą.”
I co wy na to?
10 maj
Kiedy Ignaś jeszcze cichcem przesiadywał sobie pod moim sercem, wpadła mi w ręce za sprawą mojego ulubionego męża książeczka „Dziecko – aktywny uczestnik porodu” pod redakcją E. Lichtenberg – Kokoszki, E. Janiuk, J. Dzierżanowskiego.
Z pasją połknęłam ową lekturkę, ale z pewnym niedosytem płynącym z faktu, że w niewielkim stopniu jej treść odzwierciedla ciekawie brzmiący tytuł.
Wydaje się, że w większości lektur o rodzeniu nacisk kładzie na rolę:
- Matki rodzącej- jak swoim zaangażowaniem, oddychaniem, ruchem, skutecznym parciem itd. może być aktywną uczestniczką porodu;
- Personelu medycznego- i tu najwięcej można się naczytać, jakby to niemal medycy rodzili, a nie matka, jakby to ich działanie było najistotniejsze.
Jakoś mało widoczna w tym wszystkim rola dziecka. Nie trzeba zaś być specjalistą, lekarzem czy położną, by zauważyć, że bez dziecka nie byłoby porodu. Zupełnie inaczej może rodzić się dziecko z żywiołowym temperamentem, inaczej to powolne, spokojne. Inaczej takie, które często i długo śpi, przejawia mało aktywności, inaczej takie, które jest burzą energii, inicjatywy.
W każdym bądź razie warto zauważyć, że to nie my same, to nie tylko matka rodzi, to również nasze dzieci rodzą się, angażują się mniej lub bardziej w poród, z większą lub mniejszą pasją. Te dzieci powolniejsze, jakby nieśmiałe w rodzeniu, może wrażliwsze na ból, na mocne odczucia towarzyszące porodowi nieruchomieją, mniej współpracują. Wtulone w mamę nie rwą się do wychodzenia naprzeciw przygodzie zwanej przychodzenie na świat.
Mamy przed porodem obawiają się nierzadko, jak sobie poradzą ze skurczami porodowymi. Jeśli mam szansę im towarzyszyć, to jestem skłonna zdejmować ten balast z ich ramion choć po części zwracając im uwagę, że nie cała praca do nich należy. Że dziecko w czasie porodu w pełni w nim uczestniczy i swoją aktywnością posuwa poród naprzód. To bardziej aktywne szybko i sprawnie kręci głową, wkręca się w kanał rodny, odpycha się nóżkami i rączkami, swoim kręceniem się przyśpiesza rozwieranie szyjki macicy. Jeśli dane jest mu naturalnie się rodzić, bez zaburzania wywoływaniem porodu, bez kładzenia matki na łóżko, bo tak wygodnie personelowi, to przychodzi z pomocą mamie sprawnie wstawiając się do porodu, swoją ruchliwością przyśpieszając poród.
To dziecko, które jest wolniejsze, spokojniejsze, mniej ruchliwe może rodzić się w swoim powolnym tempie. Takie maleństwo czeka, chowa się, jakby się wahało: urodzić się czy nie.
Oczywiście nie przekreśla to faktu, że w porodzie bardzo ważne są również inne warunki: przede wszystkim stan zdrowia rodzącej i rodzonego, czy matka jest spokojna, czy dziecko nie jest owinięte pępowiną, położnicze komplikacje.
Jednak gdy nie ma komplikacji, gdy poród odbywa się naturalną koleją rzeczy, świetnie można zaobserwować zachowanie dziecka, jeśli nie jest się skupioną tylko na sobie, na swoich bólach.
Małgorzata Klecka i Iwona Palicka w w/w pozycji zamieściły swój artykuł „Czynniki ryzyka okresu okołoporodowego i ich wpływ na dalszy rozwój dziecka”. Wymieniają w nim wrodzone odruchy, które posiada dziecko przychodzące na świat, ich pojawianie się, kształtowanie, zanikanie, kształtowanie dojrzalszych. Omawiają to jednak w kontekście zaburzeń rozwojowych, jakie może powodować niewłaściwe ich kształtowanie, zanikanie. Szkoda jednak, że tak ciekawy temat nie został również omówiony z perspektywy zdrowych dzieci. Niby wszystkie zdrowe dzieci przychodzą na świat z tymi samymi odruchami: ssania, szukania, chwytania- dłoniowy i podeszwowy, Moro, toniczne odruchy błędnikowe, asymetryczny i symetryczny toniczny odruch szyjny, grzbietowy Galanta. Odruchy te z pozoru są nieciekawe: przejawiają je wszystkie dzieci, tak jakby działały mechanicznie.
Niby takie same, ale jak różnie przejawiane! Od początku mają w sobie piętno indywidualności. Jedno dziecko przejawia odruch ssania tak zapalczywie jakby umierało z głodu (pomimo że jadło pół godziny temu), inne i po kilku godzinach bez mleka szuka spokojnie, wolniutko dając znać o swojej potrzebie ssania. Jeden maluch odruch Moro (reakcja na nagłe bodźce, np. lampa błyskowa) przeżywa tak jakby waliła się ziemia, inny zachowuje się niemal tak jakby od urodzenia był stoikiem. Niby odruchy takie same, a ile dzieci, tyle sposobów ich przeżywania.
I jest to widoczne już w czasie porodu, a nawet wcześniej, gdy umiemy nawiązać z nim kontakt.
Lidia pomimo że rodzona pod górę (na leżąco) urodziła się najszybciej, bardzo energicznie. Daniel rodził się dłużej, bez pośpiechu, powolutku. Z Tosi śmiejemy się, że wzięła inicjatywę w swoje ręce i tak skutecznie, energicznie kręciła głową w czasie skurczów i między nimi, że nie zaczekała na położną, choć początkowo rodziła się powoli. Ignaś chyba myślał, że poród go ominie jak się nie będzie ruszał, że uda mu się go przeczekać, skulić się, schować. Dopiero doprowadzony do ostateczność energicznie wyszedł na świat.
Każde dziecko ma swoją historię. Jednak nie każda mama ma możliwość skupienia się na dziecku w czasie porodu. Często rozprasza rodzącą zbyt głośne, nachalne zachowanie personelu, podłączanie do aparatury (KTG), rozmowy, narzucone pozycje ciała, zachowania itp. Znieczulenie dokręgosłupowe w ogóle ucina kontakt z dzieckiem, podany Dolargan (lek z grupy opiatów) sprawia, że matka w ogóle może słabo kontaktować, może się czuć jak pijana.
Artykuł ten zwraca uwagę w pewnej mierze, jak nabyte doświadczenie może wpływać na owo zachowanie dziecka, niby odruchowe.
„Zaobserwowano, że u noworodków, które przyszły na świat w wyniku cięcia cesarskiego, odruch Moro jest nadal obecny po piątym miesiącu życia, podczas gdy w grupie niemowląt nieobciążonych ryzykiem okołoporodowym i urodzonych naturalnie odruch ten zanika znacznie wcześniej.”
Przypadek, że akurat chodzi o odruch Moro, który wygląda jak reakcja przestrachu? Czym innym jest cesarskie cięcie jak nie wystraszeniem dziecka, które nie do końca przygotowane doświadcza przejścia, a wygląda to jak wyciągnięcie dziecka za głowę.
I jeszcze jeden cytat podsumowujący:
„Dbałość o jak najbardziej fizjologiczny przebieg porodu ze względu na dobro dziecka jest nie do przecenienia”.
Warto jednak sobie zdawać sprawę, że takie zdanie pada w Polsce, gdzie porodów naturalnych, według danych Fundacji Rodzić po Ludzku jest aż… 3%
|