|
|
|
Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’
31 sierpień
Zastanawiając się nad powodzeniem przedszkoli i innych instytucji pedagogicznych prowadzonych przez siostry zakonne, doszłam do kilku wniosków. Jeden z nich wypłynął i powrócił z nową siłą, gdy przyjaciele zaprosili nas na Mszę Świętą w kościele, w którym modlą się siostry z kontemplacyjnego zakonu. Wyszliśmy stamtąd pod wrażeniem ogromnego skupienia, ciszy i pokoju, jaki udzielał się nie tylko dorosłym, ale i dzieciom zwykle żywiołowym i rozbieganym.
W przedszkolach prowadzonych przez siostry widzę podobny rys. Często cisza, skupienie modlitewne towarzyszące życiu sióstr również otula ich podopiecznych. I o ile znajome przedszkolanki-nie-siostry czasami mówią, że krzyk to jedyna metoda na niektóre dzieci, nie widać tej samej tendencji, by siostry opiekujące się dziećmi również brały sobie krzyk jako metodę pracy „w trudniejszych przypadkach”.
Każdy chyba rodzic zwłaszcza starszego dziecka wie, jak trudno nie odpowiedzieć dziecku krzykiem na krzyk, złością na złość. W postępowaniu sióstr widzę specjalny wysiłek, by właśnie tym rozkrzyczanym dzieciom nie oddawać krzykiem za krzyk, złością za złość, złem za zło, ale wymagać od siebie odpowiadania ściszaniem własnego głosu, spokojną cierpliwością lub spokojną stanowczością, gdy dziecko napada własnym krzykiem.
Nie jest to, co prawda jakaś reguła i rys obowiązkowy, ale tą pracę nad sobą, nad wyciszaniem własnego wnętrza odczuwa się w postępowaniu z dziećmi. Rodzice zresztą doceniają ten szczególny sposób postępowania sióstr i wiele tego typu przedszkoli jest oblężonych.
Jednak tak naprawdę takie postępowanie nie jest zastrzeżone tylko dla sióstr. Czy każdy rodzic- chrześcijanin nie jest zobowiązany do pracy nad sobą, by oddawać swoje wnętrze Bogu, by mógł ukołysać naszą duszę jak niemowlę w swych ramionach, by zaprowadzał w nas pokój?
Przychodzi też na myśl czysto ludzki punkt widzenia. Czym dla młodego człowieka jest krzyk osoby kilkakrotnie większej od niej, znaczącej życiowo? Czy nie doświadcza przy tym przerażenia i nieprzezwyciężonego lęku?
Nie sądzę jednak, by można było wprowadzać prawny zakaz krzyczenia na dzieci, podobnie jak bzdurą jest wprowadzenie obecnego zakazu dawania klapsów. Człowiek jest słaby, są sytuacje w życiu każdego człowieka, gdy niezależnie od swojej chęci, woli postępuje nierozsądnie. Mądrzy ludzie wręcz mawiają, że rodzicielstwo jest sumą popełnionych błędów. Są też dość rzadkie życiowe sytuacje, gdy krzyk jest adekwatny do sytuacji, jest ostrzeżeniem, wyrazem troski, bólu, poczucia nie/sprawiedliwości. Ważne by nie stał się stałym sposobem postępowania czy „metodą” radzenia sobie z własną bezradnością.
Taka refleksja w trudnym dla mnie czasie, gdy właściwie o zdenerwowanie mi łatwiej niż spokój.
„Nie odpłacaj zło za złem, ale zło dobrem zwyciężaj”. Biblia wciąż żywa i skuteczna.
24 sierpień
Taki sympatyczny artykuł pomagający nam rodzicom wyzbyć się kompleksów, że wymagamy od własnych dzieci, że zwracamy im uwagę na niestosowne zachowania, że mówimy im czasem „nie” i wreszcie sięgamy też po różne kary:
Zabroń mi wreszcie
Artykuł długi i właściwie pokazujący oczywistą oczywistość, ale obecnym rodzicom zapewne takie rzeczy trzeba przypominać w epoce, gdzie parlamentarzyści wtrącają się w krytykowanie, karcenie dzieci (patrz: o ustawie antyrodzinnej). I grożą przy tym paluszkiem prawa stanowionego.
Właściwie w powyższej czytance nie ma nic nowego, ani nic specjalnie odkrywczego. Już wiele setek lat temu Biblia w o wiele krótszych i treściwszych słowach przedstawiała tę prawdę. Zajrzyjmy choćby do czytań z ostatniej niedzieli:
„Synu mój, nie lekceważ karania Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo tego Pan miłuje, kogo karze, chłoszcze każdego, którego za syna przyjmuje.
Trwajcież w karności. Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił?
Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości.”
Z mowy o najlepszym wychowawcy – Bogu Ojcu możemy się uczyć i czerpać, jakimi my powinniśmy być rodzicami.
Z jednej strony takimi, którzy „przytulają do swojego policzka” dziecko w swej łagodności, a z drugiej strony takimi, którzy uczą dziecko przyjmować wymagania, uwagi, krytykę oprócz pochwał.
Jednej ważnej rzeczy zabrakło w tym artykule: zwrócenia uwagi, że te krytyki, kary powinny być adekwatne do wieku, a jeszcze bardziej do dojrzałości dziecka, tak aby mogło je przyjąć, zrozumieć, skorzystać z nich.
Innych bowiem rzeczy możemy wymagać od dziecka dwuletniego, a jeszcze innych od czteroletniego. Stąd i inne kary będą adekwatne, mądre dla różnych dzieci.
Negatywna krytyka, zwrócenie uwagi maluchowi, żeby miało to sens, musi być konkretne, konstruktywne. Słyszałam kiedyś uwagę matki do pełnoletniego syna, który przyszedł prosto od fryzjera: „Ty idioto, jak ty się ostrzygłeś!” To nie jest konstruktywna uwaga, tylko bardzo raniąca, oceniająca. Gdy precyzyjniej wyrażamy swoje myśli, konkretniej, możemy mocniej oddziaływać na swoje dzieci, a mniej je ranić: „Przykro mi, ale nie podoba mi się ta Twoja nowa fryzura. Uważam, że o wiele bardziej Ci do twarzy w klasycznych strzyżeniach.” O ile pierwsza wypowiedź rodzi bunt i niezgodę na obrażanie, to druga daje bardziej do myślenia.
Kara nie będzie też adekwatna i przynosząca dużego pożytku, jeśli będzie wyładowaniem się na dziecku. Wyżywanie się- tego po prostu nie można robić.
Krytykując i karząc w duchu miłości własne dziecko trzeba się więc wyzbyć kompleksów, że robi się coś niewłaściwego. Dziecko potrzebuje uczyć się przyjmować i pochwały, i krytykę- są to dwie strony tego samego medalu dobrego wychowania.
Słowo Boże rzeczywiście najlepiej zna serce człowieka. Sami też zapewne pamiętamy, że sami byliśmy besztani, krytykowani, karani przez naszych rodziców- i wówczas nie było to dla nas przyjemne. Jednak mądrą krytykę, słuszne kary jesteśmy w stanie docenić z perspektywy wielu lat, niektóre dopiero wówczas, gdy sami zostajemy rodzicami.
Tak się wymądrzyłam, ech, ale samo życie nie jest takie łatwe.
Choć jeśli ktoś jeszcze nie zaczął uczyć dzieci wartościowego karania, może warto zacząć od najbardziej naturalnych kar (zrozumiałych!- a więc jeśli dziecko nie rozumie, co do niego mówimy, np. z powodu jego zmęczenia, to lepiej sobie darować), typu:
- rozlałeś-wytrzyj;
- rozrzuciłeś-pozbieraj;
- zgubiłeś- no to nie masz.
Czyli poznawanie zwykłej konsekwencji własnego działania. Małe dzieci, jeśli się na nie mocno nie gniewa, entuzjastycznie podchodzą do kar. Fajnie jest tak sobie szmatą pomachać po wodzie, którą się wcześniej rozlało, zwłaszcza gdy się jest dwulatkiem i dostało się od mamy ciekawą ścierkę, a w wykonaniu kary ma się pomoc własnej mamy.
Nie bójmy się karać naszych dzieci, wówczas kary będą bardziej adekwatne, gdy nie będą podszyte lękiem, złością.
Myślę, że jest to zadanie na lata. Ech, dużo nauki przed nami 🙂
23 sierpień
Wpadł mi w oko taki artykuł:
Skupianie się na dziecku
Jest on jakby ciągiem dalszym książki „W głębi kontinuum” Jean Liedloff.
No więc jak to jest:
- Wystarczy nie zwracać zbytnio uwagi na własne dzieci, żeby były grzeczne?
- Czy wystarczy powierzyć młodsze dziecko opiece starszego?
- Wystarczy dziecko puścić samopas z innymi dziećmi, żeby nie stwarzało problemów i nie buntowało się?
- Wystarczy wprowadzić typ przywódczy własnego rodzicielstwa?
Nie wystarczy. Kluczem do tego jest przede wszystkim nieprzerwana bliskość z własnym dzieckiem dopóki tego potrzebuje poprzez noszenie, karmienie piersią, wspólne spanie oraz życie w specyficznej kulturze i ścisła struktura wsparcia z innymi członkami społeczeństwa. Matki są wspierane przez inne matki w ich roli matczynej, a także przez innych, ojcowie mają wsparcie wśród innych mężczyzn i wzór postępowania oraz od innych członków plemienia. Dorośli nie podważają autorytetu innych dorosłych. Dziadkowie nie podważają autorytetu rodziców, rodzice nie podważają autorytetu dziadków itd.
Dlatego nie ma takiego prostego przełożenia z tamtej kultury na naszą, z tamtego wychowania- bo nie ma tej bliskości wśród dorosłych, tej współzależności. Nie ma również tego prostego przełożenia ze względu na specyficzne warunki: puszczenie samopas w naszych warunkach dzieci wiązałoby się zwyczajnie z brakiem ich bezpieczeństwa.
Skąd się bierze mnóstwo wypadków na wsi wśród dzieci, np. spowodowanych obsługą przez nich narzędzi rolniczych?
Skąd się biorą wypadki samochodowe z udziałem dzieci jako pieszych?
Owszem pewne zaufanie i doza swobody jest niezbędna. Tym większa swoboda jest możliwa, im bardziej dziecko nauczy się właśnie przestrzegania potrzebnych granic. Ale i wówczas jakieś minimum opieki, kontroli jest potrzebne.
Nie zapomnę naszej małej sąsiadki, może wówczas 5-letniej, która wzięła sobie siekierę i zaczęła rąbać. Co gorsza w ogóle nie chciała się posłuchać, choć na różny sposób jej to perswadowałam.
-Odłóż tą siekierę!
-?
-Nie wolno się bawić siekierą!
-(spojrzenie w moją stronę)
-A czy pozwalają Ci się rodzice bawić siekierą?Itd.
W końcu na moją groźbę, że zawołam mamę dziewczynka odłożyła swoją „zabaweczkę”, ale najpierw tak jak tatuś i dziadek to robią musiała ją zostawić wbitą. I tak wygląda w naszej kulturze posłuszeństwo dziecka od najmłodszych lat puszczonego samopas z innymi dziećmi. Bo generalnie od kiedy pamiętam tą małą, zawsze biegała cały dzień z innymi dziećmi po całej wsi, po ulicach i polach.
Także czytając tego typu publikacje warto zachować dużą dozę rozsądku. Bo unikanie nadmiernej koncentracji na dziecku nie oznacza, że w ogóle nie potrzebuje naszej uwagi, troski, gdy zaczyna wyrywać się spod naszych skrzydeł. Oznacza, że opiekując się nim:
- warto też znajdować czas dla swoich spraw;
- trzeba znaleźć własny sposób odpoczywania od dziecka, ale również przy dziecku;
- trzeba być przykładem dla dziecka.
W takiej prostej sprawie jak przechadzka, spacer: jak być przykładem dla dziecka? Czy drepcząc za nim posłusznie? A może idąc właśnie przed nim i pokazując dokąd się samemu zmierza? Jeśli dziecko od najwcześniejszych miesięcy widzi, że to dorosły jest skłonny iść za nim, śledzić jego każdy ruch nerwowo, kroczyć krok w krok, to dziecko właściwie nie ma możliwości nauczyć się, że ważne jest, żeby iść za rodzicem, przyglądać się jego drodze.I to zaczyna się od najwcześniejszej nauki chodzenia.
Rzeczywiście wówczas maluch może przeginać, żeby dowiedzieć się: „Jak daleko rodzic będzie podążał za mną?” „Jak daleko mogę się od niego oddalić?” I o ile na krótką metę może być dobrą zabawą, że to rodzic podąża za dzieckiem, o tyle na dłuższą metę jest to męczące i dla dziecka, i dla rodzica. Czy rodzic ma wchodzić w rolę dziecka, żeby podążać za własnym dzieckiem? Owszem dziecku takie naśladownictwo nie wyjdzie na złe, jeśli rodzic kroczy w dobrym kierunku.
Bardzo częstym błędem rodziców jest wymaganie od zbyt małego dziecka zdolności decyzyjnych. „Wolisz bluzeczkę w samochodziki czy w rowerki?” Takie pytanie zadane dwulatkowi jest przedwczesne, zbyt trudne. O ile dorosły może mieć w takiej sytuacji konflikt decyzyjny, o tyle dla dziecka jest to postawienie go w bardzo trudnej sytuacji, często nierozwiązywalnej. Jeśli chcemy żeby tak małe dziecko rzeczywiście spróbowało zdecydować, lepiej zadać pytanie o jedną tylko możliwość wyboru: „Chcesz ten podkoszulek w samochodziki?” W ten sposób uprościmy i swoje życie, i jego.
Rodzice w dobrej wierze stawiają dziecko przed zbyt trudnym dla niego wyborem, a potem dziwią się jego złości, frustracji, niezdecydowaniu.
I jeszcze jeden aspekt całej sprawy: czy nasze dzieci na pewno nie potrzebują więcej zwracania nań uwagi? Czy nasza kultura nie jest bardziej twórcza, bardziej niezależna? Czy puszczając dzieci samopas nie mamy później do nich żalu, pretensji, że broją, psują, rozrabiają, brudzą się? Czy nie lepiej jednak rzucić okiem na własne dziecko, tak żeby się też samemu tym zbytnio nie umęczyć, ale również żeby móc je jednak w odpowiedni sposób ukierunkować jego zabawę?
29 lipiec
Taki właśnie slogan robi karierę: „szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko”. Dzisiaj pierwszy raz zdarzyło mi się słyszeć, że z tego powodu matka odmówiła dziecku piersi (jeszcze na położnictwie). „Bo byłaby uwiązana do dziecka, a przez to nieszczęśliwa”.
Hm.
Jeśli się tak dobrze zastanowić, skąd wynika, że kariera tego sloganu jest tak zawrotna. Otóż jest w tym szczypta prawdy. Żeby prawdziwie kochać, kogokolwiek, męża, dziecko czy przyjaciółkę, to rzeczywiście trzeba umieć też dbać o siebie, umieć przyjmować wyrazy miłości, pozwalać się uszczęśliwiać i umieć też szukać własnej drogi szczęścia. Ale to jest tylko jedna strona medalu.
Jeśli sięgniemy do psychologii rozwojowej, to ten etap rozwoju mogą już osiągnąć zadbane, kochane dzieci, które zwyczajnie wiedzą, co lubią, wiedzą, że mogą się domagać okazywania miłości, zaspokajania ich potrzeb, a nawet pragnień.
Jednak człowiek dorosły ten etap wyłącznej koncentracji na własnym zaspokajaniu szczęśliwie powinien mieć za sobą, ponieważ dojrzałość polega na pójściu dalej. Wcześniejszy etap nie jest zanegowany przez następne, ale człowiek dorosły winien umieć też działać dla dobra drugiej osoby, a nie tylko poprzestawać na kurczowym trzymaniu się własnego zaspokojenia. I to niezależnie od własnych emocji.
Prosty przykład. To, że rodzic nie czuje się danego dnia uszczęśliwiony przewijaniem swojego dziecka, to w najmniejszym stopniu nie zwalnia go z tego obowiązku.
Także w tym kontekście slogan „szczęśliwa mama- szczęśliwe dziecko” jest zwyczajnie nieprawdziwy. O ileż bardziej wiarygodnie i prawdziwie brzmi „kochająca mama to szczęśliwe dziecko”.
Z miłości można też karmić piersią, nawet jeśli się tego nie lubi dystansując się od swoich własnych uczuć. Właśnie ze względu na dobro dziecka.
W kontekście takich wyborów, gdzie mama „musi” być szczęśliwa niezależnie od dobra dziecka zastanawiam się, czy nie adekwatniej byłoby zacząć modelować inne określenia: „szczęśliwa mama- opuszczone dziecko”.
Dlaczego opuszczone? Ponieważ karmienie piersią jest naturalną kontynuacją tej bliskości, kiedy dziecko było przy sercu mamy dosłownie przez cały czas.
I nie chodzi o to, żeby nie dbać o własne potrzeby, ale nauczyć się realizować je w łączności z dzieckiem. W takiej łączności, jakiej potrzebuje. Gdyż z perspektywy zwłaszcza maleńkiego dziecka więź z mamą to życie.
14 lipiec
Najważniejsza inwestycja w rodzinę i we własne dzieci to troska o własne małżeństwo, pielęgnowanie go.
Wierne kochające się małżeństwo to nieoceniony dar dla rodziny, również dla wychowania dzieci. Dlatego chodzić na randki trzeba przede wszystkim w małżeństwie. Rozmawiać ze sobą trzeba właśnie w małżeństwie, dbać o wzajemne uczucia, o chodzenie za rękę, o czułość i delikatność, zrozumienie i pogłębianie wzajemnej relacji w świetle Bożej obecności szczególnie.
Nawet przy małych i bardzo małych dzieciach jest to możliwe i wręcz konieczne, ponieważ to przy maluchach rodzice często czują się nadmiernie obciążeni. Znajdują więc mnóstwo wymówek: nie ma czasu, zmęczenie, częste pobudki dziecka. Jednak dla chcącego nic trudnego: ci małżonkowie, którym będzie zależeć na wzajemnej relacji po prostu będą dążyć do tych wyjątkowych spotkań, choć nie bez trudów. Nie musi to być perfekcyjne, ważniejszy powinien być wysiłek wzajemnego spotykania się i radość stąd płynąca.
Taka może oczywista refleksja, ale szczególna dla mnie po rozmowie z S. Drogie czytelniczki tego bloga, proszę o modlitwę razem ze mną za S.- żeby wytrwała w tej miłości, chociaż ona boli do dna serca i za jej dzieci, które płaczą zbyt żałośnie. Otulcie modlitwą ich cierpienie, żeby nie było zbyt przygniatające, bardzo proszę!
12 lipiec
Przeżywanie i nazywanie wszystkich uczuć jest nam potrzebne. Wiele jednak kobiet ma tendencję do wypierania, tłumienia złości, gniewu. Z trudnością idzie w związku z tym nauczenie dziecka przez mamę zdrowego przeżywania tych emocji. Stąd łatwiej nam wybuchnąć złością, ale już na bieżąco informować o swoim przeżywaniu- niekoniecznie.
Wczoraj najstarsza latorośl udzieliła mi ciekawej lekcji. Najpierw pokłóciła się z własnym tatą i pogniewała na niego (z wzajemnością), po czym się pogodzili i przytulili.
Wówczas córcia, żeby mi udowodnić, że ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że złość taty świadczy o tym, że mu na niej zależy opowiedziała mi zagadkę:
„Mamusiu, który rodzic bardziej kocha swoje dziecko:
ten, który wściekły pobiegnie za nim na ulicę, by uratować je spod kół samochodu czy ten, który spokojnie da mu wpaść pod samochód?”
Moja córa dała mi w ten sposób poznać, jak bardzo docenia nawet ten sposób troski: poprzez zagniewanie się, zwrócenie sobie uwagi.
Zarówno złość, jak i gniew czy nawet wściekłość jest więc nam potrzebna w niektórych sytuacjach: te emocje mówią przede wszystkim coś o nas samych, o otaczającym świecie. Zaletą nie jest nieodczuwanie tych emocji, ale panowanie nad nimi.
Dzieci dają się rodzicom we znaki nierzadko: potrafią na światło dzienne wyciągnąć z nas zarówno najlepsze jak i najgorsze cechy.
Jak panować nad tymi „gniewnymi” emocjami tak, by one nie panowały nad nami?
- Odczuć je- czyli uświadomić sobie, co się czuje bez spychania tego w jakieś podświadome przeżywanie, które by nas drążyło uwierało;
- Nazwać je- np. „czuję złość, gdy cała zawartość Twojego talerza ląduje na mojej spódnicy”;
- Działać zgodnie z rozumem, niekoniecznie z emocjami.
Warto sobie uświadomić, że emocje negatywne: złość, gniew nie są naganne moralnie. Takim nagannym moralnie może być natomiast dopiero to, co zrobimy z naszymi emocjami, z własnym postępowaniem.
Złość i gniew mają też pozytywną rolę:
- skłaniają do szybkiego zareagowania (czasem takie jest potrzebne);
- pomagają podjąć szybką decyzję;
- ostrzegają nas o jakimś niebezpieczeństwie, potrzebie ucieczki, reakcji;
- dodają nam energii do działania itp.
Emocje te poddane działaniu rozumu mogą służyć nam też pomocą przy wychowaniu, jeśli umiejętnie będziemy z tą sferą współpracować.
„Niech nad Waszym gniewem nie zachodzi słońce”, „gniewajcie się, a nie grzeszcie”– mówi Biblia.
Nie warto starać się dopasować do modelu „miłej” kobiety kosztem tej sfery swojej osobowości. Stereotyp mówi nam, że miłe, dobre kobiety nie odczuwają, nie wyrażają złości. Jeśli przyjrzymy się sobie w prawdzie, to zauważymy, że nie jest tak do końca. „Nic co ludzkie nie jest nam obce”- do pełni człowieczeństwa i dojrzałego rodzicielstwa i takie trudne przeżycia bywają pomocne.
9 lipiec
Jeżeli wystarczy nam byle jakie wychowanie, to możemy się go uczyć od byle kogo.
Jeżeli wystarczy nam dobre wychowanie, to można się uczyć od dobrych.
Ale jeśli zależy nam na najlepszym wychowaniu, to warto uczyć się od najlepszych.
Z mojego punktu widzenia najlepsi są nie idole, nie pisarze poradników zapatrzeni w czubek własnego nosa, ale święci. Chyba żeby się znalazł jakiś święty piszący poradnik 😉 Czego w obecnych czasach nie można wykluczyć.
Warto zapisać się na takie korepetycje do świętych, oni są chętni do pomocy. Na ten przykład Jan Paweł II podczas swojej ostatniej bodajże pielgrzymki do Polski zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. I tak się zastanawiam, czy nie byłoby rozsądne zawierzyć własne macierzyństwo również i starać się właśnie patrzeć na te nasze dzieci uruchamiając wyobraźnię miłosierdzia. Doceniając ich wrażliwość, kruchość jak bezcenny skarb.
Spędzam ten weekend w towarzystwie świętej siostry Faustyny, więc będę się zastanawiać, co by to też miało znaczyć.
Do zobaczenia po weekendzie!
7 lipiec
„Nasze emocje nie podlegają gwałtownym przemianom na wewnętrzne żądania. „Mocne postanowienia”, by zmienić odruchowe reagowanie uczuciowe, nie przynoszą większych rezultatów. Świat naszych uczuć wymaga wielkiej cierpliwości i wolności wewnętrznej. Dopiero stopniowa przemiana wewnętrznych postaw i całego nastawienia do życia sprawia, że powoli opuszczają nas lęki, żale, obawy, zazdrość, gniew i skłonność do obrażania się na siebie i cały świat.” J. Augustyn „O miłości, małżeństwie i rodzinie”
Ledwo niemowlę zacznie chodzić, ledwo dziecko zaczyna mówić, już słyszy: „Nie płacz, bo wstyd, taki duży!” „Nie złość się, bo to nieładnie”. „Nie jęcz tyle!” Czy zawsze jest to słuszne? W końcu emocje nie są złe ani dobre pod względem moralnym. One dobre lub złe mogą być dopiero w zależności od tego, co z nimi zrobimy.
Przykład? Emocje: złość po stłuczeniu przez dziecko wazonu.
Zachowanie rodzica:
- Krzyk i wymyślanie dziecku od „niezgrabot”;
- Powiedzenie bez przestraszenia dziecka: „To był mój ulubiony wazon! Bardzo mi przykro, że go stłukłeś”.
„Rodzice pomagają swoim pociechom dobrze przeżywać ich świat emocji, nie tyle usiłując na niego oddziaływać bezpośrednio i nim kierować, ale raczej dając dzieciom przykład wewnętrznej pracy nad swoimi własnymi emocjami. Niekonsekwencja wychowawcza wielu ojców i matek przejawia się między innymi i w tym, że dając się ponosić własnym gwałtownym emocjom, ganią i karcą dzieci za ich spontaniczne ujawnianie tych samych uczuć”- cd. powyższej lektury.
Jest pewna pokusa, by szybko i skutecznie uciszyć dziecko, spacyfikować je i mieć chwilę wolnego.
Zawsze mnie zastanawiało ogromne powodzenie, jakim się cieszyły m.in. przedszkola prowadzone przez siostry zakonne. Gdzie tkwi owocność prowadzonej przez siostry pracy wychowawczej?
Jestem przekonana, że ona sięga głębi pracy wewnętrznej i bliskości z Bogiem, nad własnym wyciszeniem, zasłuchaniem, prostotą. I te rozkrzyczane, baraszkujące bez przerwy dzieci siostry potrafią zarazić swoją wewnętrzną ciszą.
Zauważyłam, że znane mi przedszkolanki-ciocie, gdy dziecko zaczynało podnosić głos, krzyczeć, potrafiły niejednokrotnie odpowiedzieć mu czymś przeciwnym: ściszeniem głosu. Co wtedy dziecko robi? Jeśli zależy mu na usłyszeniu, to samo też musi przestać krzyczeć, nadstawić uszu.
Proponuję na początek takie właśnie ćwiczenie: do coraz bardziej rozkrzyczanego dziecka spróbujmy mówić coraz ciszej i ciszej. Może podzielicie się rezultatami?
29 czerwiec
Samotność jest doświadczeniem każdego człowieka. Dziecka, mężczyzny, kobiety, osoby starszej. Również matek- nie tylko tych opuszczonych przez mężów i ojców. Bo prędzej czy później ojcowie po narodzinach wracają do pracy zawodowej, a kobiety zostają na macierzyńskim, na wychowawczym w domu. Rzadko bywa odwrotnie.
Samotność domowa tym bardziej często ciąży, że właściwie dziewczyny, młode kobiety nie są przygotowywane do bycia żoną, mamą, gospodynią domową. Są przygotowywane do wykonywania zawodu, do pracy umysłowej bądź fizycznej, rzadko natomiast matki uczą swoje córki, jak dobrze czuć się we własnym domu, jak sobie radzić z byciem żoną, mamą i nie zwariować. Koleżanki pracujące zawodowo potrafią okazać swoją wyższość nad „biedną kurą domową”. Nierzadko też dziadkowie nie mieszkają blisko lub emocjonalnie nie są tak bliscy, by stale wspierać matkę.
Opieka nad małym dzieckiem potrafi być fascynującym zajęciem, ale mimo to matki potrafią być tym bardzo znużone z powodu poczucia zamknięcia, obniżenia lotów, związania rąk przez opiekę nad dzieckiem. Zwłaszcza małe dzieci często potrafią chorować, więc mama przeżywa dobrowolny areszt domowy razem z dzieckiem.
Wiele mam, pomimo że planowało urlop wychowawczy nie wytrzymuje właśnie tego poczucia osamotnienia, tej monotonii opieki nad dzieckiem i „ucieka” przed tym do pracy.
Stąd zanim podejmie się decyzję o jakimkolwiek kroku, warto sobie zdać sprawę, że nie musimy być skazane na to. Warto wychodzić z tego poczucia osamotnienia.
Jak można to zrobić:
- rozglądanie się dookoła, czasem w sąsiedztwie są mamy, które również zmagają się ze swoim macierzyństwem; zagadnięcie innej mamy z dzieckiem jest zwyczajną rzeczą- nikt się temu dziwić nie powinien;
- nie rezygnowanie z dotychczasowych przyjaźni, relacji rodzinnych- rozwijanie ich; prośba o pomoc w opiece nad dzieckiem;
- rozwijanie własnych zainteresowań;
- zapoznawanie przez rozmaite fora kobiet podobnie myślących i czujących: możliwość konfrontowania myśli, organizowania spotkań;
- zauważenie we własnym dziecku człowieka narażonego na samotność i cierpiącego niejednokrotnie osamotnienie oraz w innych członkach rodziny.
Zwłaszcza ten ostatni punkt jest niezwykle cenny: bo wtedy daje szansę, że te dwie samotności mamy i dziecka spotkają się i nie będą tak przygniatające.
Dziś taki temat, ponieważ Kasia przysłała mi link do Klubu Mam, który jest też odpowiedzią na potrzeby społeczne kobiet opiekujących się własnymi dziećmi i pozostającymi w domu:
o klubach dla mam
Uważam to za świetny pomysł! Może jeszcze ktoś dołączy do już istniejących lub założy podobny klub?
27 czerwiec
Właściwie nie zamierzałam dziś pisać o poświęceniu. Wpadła jednak mi w ręce książka Marka Edelmana „I była miłość w getcie”.
Wpadła i wciągnęła. A są to słowa człowieka, który nie tylko przeżył getto, Powstanie w getcie i Powstanie Warszawskie, ale był ostatnim dowódcą Żydowskiej Organizacji Bojowej, starał się być autentyczny. Wiele by pisać, chcąc zaprezentować tę postać.
Prościej będzie podzielić się cytatem:
„Bo nienawiść jest dużo łatwiej wzbudzić, niż skłonić do miłości. Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia”.
W dziedzinie wychowania promowany jest teraz niestety zwłaszcza na łamach niektórych portali i niektórych gazet model typu: łatwo i przyjemnie, patrząc na doraźne korzyści.
Taki model prowadzi jak równia pochyła wyłącznie w dół człowieczeństwa. W rodzicielstwie potrzebne są i ból rodzenia, i nocne pobudki, i zmaganie się ze sobą, żeby nie walczyć z dzieckiem.
A więc trzeba walczyć ze sobą, ze swoim lenistwem, niechęcią, brakiem zrozumienia, ze swoimi wadami, żeby być po prostu wiarygodnym człowiekiem, a więc także rodzicem.
„(…) trzeba dziś znowu młodzież nauczyć, iż pierwszą i najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero jest wygoda.”
Ale czy dopiero młodzież? To o wiele za późno! Już bardzo malutkie dziecko można poprosić, żeby zrobiło coś, czego mu się nie chce ze względu na kogoś, kogo kocha: mamę, tatę, siostrzyczkę czy braciszka albo Pana Jezuska. I przede wszystkim dla Pana Jezusa. Wytłumaczyć, że zależy nam na tym albo komuś z rodziny, że Pan Bóg potrafi się cieszyć z usiłowań małego dziecka. Już niewielki rozmiarami człowiek może i powinien się wprawiać w przezwyciężaniu siebie, swojego „chcę” na tyle, na ile jest w stanie.
Oczywiście maluch powinien też odczuć, że to jego chcenie też jest ważne: dla mamy, taty, ponieważ on sam jest dla nich ważny itd. Ale równocześnie można pokazywać mu, że samo też może zrobić coś, co jest dla kogoś innego ważne, choć nie przynosi nam samym korzyści, przyjemności.
Ważniejsze jest życie niż wygoda- na te słowa przypomina mi się znajoma rodzina wielodzietna z 9 dzieci. Oni dla mnie są tego świadectwem. Ich głęboka miłość do tych dzieciaków procentująca w ich rozwoju.
Czytając te słowa niestety przypomniała mi się szkoła podstawowa, w której byłam na zakończeniu roku szkolnego moich dzieci. I słysząc, czym sycą dusze dzieci, utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam zabierając stamtąd moje dzieciaki. Co takiego usłyszałam na akademii z okazji zakończenia roku? Niby nic takiego, znaną piosenkę: „Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić (…) nic nie robić, mieć nałogi, bumelować gdzie się da.”
Usłyszawszy to zastanowiłam się, czy ci pedagodzy myślą, komu taki przekaz przedstawiają? Piosenka jest w rzeczy samej humorystyczna i o tym ja wiem, ale 6-7-8 latki rozumieć tego nie muszą. Czy tym pedagogom się zdaje, że dzieci nie słuchają? Z mojej perspektywy widzę, że dzieci słuchają i to niesamowicie uważnie, zwłaszcza, jeśli zainteresuje je jakieś nowe słowo, coś odkrywczego. Co wezmą z takiego przekazu? Że nałogi mogą być fajne? Że leniuchowanie jest w porządku? Za taki przekaz wychowawczy ja dziękuję, nie chcę.
Oczywiście trud i poświęcenie zaczynają być pociągające, gdy nie zabraknie w tym wszystkim radości, ale to nie znaczy, że można z nich zrezygnować. One są po prostu nieodłączną częścią życia i prędzej czy później na nie natrafimy, jeśli będziemy chcieli iść dalej.
Nie wszyscy o tym wiedzą, ale w ogóle słowo „poświęcenie” jest bardzo pozytywnym słowem tak jak świętować, święcić. Bo poświęcić ma bardzo dużo wspólnego z uświęcić. Chociaż nam po ludzku trud, cierpienie, przezwyciężanie swoich wad może wydawać się bezsensowne, zbyt mozolne, to jednak Pan Bóg widzi lepiej. Bo on zawsze ma lepszą perspektywę.
|