|
|
|
Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’
10 wrzesień
Mam to szczęście, że mam i synów, i córki. Szczęście do potęgi czwartej czyli kupa prania, ale też kupa radości. Z przewagą kupy- jak lubi zauważać mój mąż.
Mój małżonek oraz starszy syn wybierają się w niedalekiej przyszłości na wyprawę ojca z synem, „tropem jaskiniowców”. W czasach, kiedy ludziom się w głowach przewraca i nie umieją już rozróżniać normalności od zboczeń (np. homoseksualizm) bardzo ważne jest, by ojcowie uczyli swoich synów, by matki uczyły córki.
Kilkunastoletni syn powinien dowiedzieć się od ojca, że to normalne, że podobają mu się, imponują inni mężczyźni. I wcale nie oznacza to skłonności homoseksualnych, a prawidłową identyfikację z własną płcią, dopiero po niej następuje fascynacja płcią przeciwną. Kilkunastoletnia córka powinna zaś się dowiedzieć od własnej mamy, że to normalne, że podobają jej się inne dziewczyny, kobiety, bo sama jest kobietką. Dojrzałość osiąga się właśnie przez tą identyfikację, upodobanie we własnej płci. To tak jak z miłością: trzeba nauczyć się kochać siebie, widzieć w sobie wartość, żeby kochać innych.
A co w tej sytuacji, gdy ma się tylko synów? Warto wspierać swojego męża w nawiązywaniu bliskich indywidualnych relacji z każdym z nich.
„A ja też chcę na wyprawę tatusia z córeczką!”- zagrzmiała zazdrosna Tosia. Każdemu według potrzeb- zwłaszcza w rodzinie, gdzie jest więcej dzieci warto znajdować ten indywidualny czas, żeby każdy młody człowiek czuł się wyjątkowy.
Daje to satysfakcję nie tylko dziecku, ale również rodzicowi. Ten czas, by przyłożyć ucho do serca dziecka, żeby mogło się otworzyć i rozkwitnąć jest nie do przecenienia.
25 sierpień
W jednym z komentarzy pojawiła się wypowiedź, że wsparcie w karmieniu piersią jest niepotrzebne, wystarczy rzeczowa wiedza.
Czasami i tak bywa. Teoretyczna wiedza wystarczy w zupełności. Jednak niekiedy mimo rzeczowej wiedzy rodzi się tyle wątpliwości, że nie tylko wyparowuje wiedza, ale rodzi się całkiem niezły mętlik w głowie.
Ciekawie ten stan opisuje Sheila Kitzinger w książce „Rok po urodzeniu dziecka”.
Okazuje się, że nawet jeśli zapamiętało się potrzebne informacje, to trudno się rozeznać, które z nich są najistotniejsze, w danej sytuacji pasujące. Więc często zamiast tego wybiera się to, co najbliższe, co dociera z największą siłą, np. radę przybywającej z pomocą mamy, teściowej, siostry.
Czy zawsze te rady będą dobre? Oczywiście, że nie. Zwłaszcza młode mamy otrzymują tak wiele rad, że łatwo się w nich zagubić. Z jednej strony czytają, że rozwojowi dziecka, uspokojeniu go sprzyja noszenie go, z drugiej, żeby nie nosić, bo się przyzwyczai.
Nasi przyjaciele rodzice piątki dzieci podzielili się z nami wynikami swoich obserwacji-eksperymentu. Jaka będzie reakcja otaczających osób, gdy ze sporą grupką dzieci idzie sama matka? Jaka będzie reakcja, gdy z tymi samymi dziećmi idzie sam ojciec? Jedno z rodziców w ramach eksperymentu szło z tyłu i rejestrowało reakcje przypadkowych przechodniów.
Gdy szedł sam ojciec z dziećmi, reakcje z reguły były pozytywne, pełne podziwu, akceptacji. Gdy szła sama matka z dziećmi, dało się zaobserwować reakcje krytyczne, jeśli nie negatywne.
Czy może w takim wypadku dziwić, że nierzadko brakuje nam mamom pewności siebie, wiary, że zdołamy sprostać nowym obowiązkom?
Stąd niesłychanie ważne jest wsparcie, jakie możemy otrzymać. Przede wszystkim od Stwórcy: nawet jeśli nikt inny nie wierzy w nasze możliwości, to sam Bóg ufa nam, jest Przyjacielem wspierającym. Na Niego zawsze możemy liczyć, nawet jeśli same się zawodzimy, jeśli inni nas rozczarowują.
Biblia wiele razy zachęca nas, żebyśmy za wszystko dziękowali Bogu. Za wszystko?- można się zastanawiać, bez przesady. Nawet za własne błędy? Za brak pewności siebie? Za nieumiejętność? Właśnie tak, bo nawet z naszych błędów, nieumiejętności Pan Jezus umie wyprowadzić jakieś dobro, choć nie zawsze od razu wiemy, jakie. I jesteśmy dla Boga jak dzieci, które dopiero uczą się chodzić. Czy może nas Zbawiciel mniej kochać, że się przewracamy, dlatego że potłuczeni jesteśmy? Oczywiście, że nie- tym bardziej nas przygarnia, bo tym bardziej tego potrzebujemy.
I dlatego zawsze możemy mieć radość w sercu.

25 sierpień
„Dusza dojrzewała powoli, ciało natomiast hartowało się niezwykle szybko.” K.Makuszyński
Wakacje w toku, więc i lektura bardzo lekka, pożyczona od koleżanki mojej córki. Ten jednak cytat wywarł na mnie wrażenie. Autor ten ma przenikliwość większą niż niejeden pisarz nowoczesnych poradników. Z tego prostego powodu, że widzi w dziecku coś tak prostego jak dusza.
Dziecko od początku jest człowiekiem, a więc od początku jest narażone na cierpienie. Co więcej, jest nim zarażone, bo przychodzi na świat z grzechem pierworodnym.
Wczoraj miałam właśnie możliwość niańczyć takie cierpiące dziecko, mojego 4-miesięcznego Ignasia. Odkrył młodzieniec, że odkładanie go na kocyk jest narażaniem go na samotność i bezradność. Natychmiast po położeniu buźka zmieniała się w podkówkę, więc, cóż było robić, przywiązywałam go sobie do chusty na plecy bądź na brzuch.
Chusta zapewnia dziecku przytulenie bardzo bliskie, maluch ma szansę wtulić się i zasnąć, wyciszyć, dać znać, kiedy czegoś potrzebuje.
Mam wrażenie, że znakiem czasu jest to, w jaki sposób obecnie są noszone niemowlęta. Nierzadko widzi się je w nosidełkach bądź na rękach oparte plecami o brzuch rodzica, twarzą do świata, tak, że pierwsze znajduje się dziecko, za nim rodzic. Nie dość, że jest to sposób niebezpieczny (w razie upadku zagrożona jest twarz dziecka, nieprawidłowe ułożenie bioderek), to jest to dodatkowo wbrew potrzebom niemowlęcej osoby. Małe dziecko w ramionach rodzica szuka ukojenia, odpoczynku, schronienia. Jeśli jest noszone w ten nieprawidłowy sposób, to nie dość, że nie znajduje go, to jest wystawione na nadmierną ilość bodźców, doznań, nie ma możliwości uciec przed nimi. Czy można się dziwić, że rodzice noszący w ten sposób małe niemowlę skarżą się, że ich dziecko zbyt mało śpi, jest niespokojne, ma trudności z zaśnięciem?
Dziecko gdy będzie gotowe do tego, by być skierowane twarzą do świata, potupta na swoich małych nóżkach, samodzielnie odwróci się od nas. I wtedy nie zaszkodzi mu wyprzedzanie mamy czy taty.
Niestety też miałam skłonność do noszenia w tak nieprawidłowy sposób najstarszej córeczki, nie wiedząc, że jest to niezdrowe i nieprawidłowe. Dlatego myślę, na swoim przykładzie, że wiąże się z tym również pewne zmęczenie dzieckiem. Odwracamy od siebie dziecko i już nie musimy na nie patrzeć, dokładnie za to widzą go inni, można się pochwalić wówczas lepiej swoją pociechą. Dziecko jest tu w roli przewodnika, nie znajduje natomiast oparcia w rodzicu. Na jego barki zbyt duży ciężar jest przerzucany.
Mamy skłonność w ogóle zbyt długo nosić dziecko na brzuchu, twarzą w twarz. Skutki? Problemy z mięśniami dna macicy, które mogą dopiero ujawnić się po latach, niekoniecznie od razu, nie wykorzystanie okazji, by uczyć malucha patrzeć z tej samej perspektywy.
6 sierpień
Jak dzieci choć trochę podrosną, zaczynają mieć dużo pragnień.
-Mama, loda! zabawkę! balonika! konika! itd., itp.
-Chcę zostać podróżnikiem! (następnego dnia) kolejarzem! (kolejnego) malarzem! itd., itp.
Dzieci poruszają się w świecie wyobraźni lekko, szybko i bez zahamowań. Właściwie najłatwiej jest albo ulegać dziecku, albo stawiać ograniczenia. I jednego, i drugiego dzieci potrzebują, ale potrzebują też rozwijać skrzydła swojej wyobraźni.
A więc na nierealistyczną wizję dziecka nie posiadającego słuchu muzycznego „chciałbym zostać muzykiem”, można by odpowiedzieć rozwijając razem z nim podobne wyobrażenia: „ciekawe, jaką muzykę byś wtedy grał”.
„Chciałbym mieć konia, takiego prawdziwego”. „A jakiej maści byłby Twój konik? Kasztanek czy siwek, a może kary?” Wchodząc z dzieckiem w świat jego wyobraźni nawiązujemy z nim niesłychaną łączność, jego marzenia stają się dla nas ważną częścią życia, a nie kłopotliwym balastem.
Już roczne dziecko zamienia mocą swojej fantazji klocek w ptaszka i pokazuje jak ptaszek fruwa. Czy pozbawiać je tego poczucia ekscytacji i mocy swoim poczuciem rzeczywistości tłumacząc, że to nie ptak, a klocek? Oczywiście, że nie, cieszymy się wraz z takim nieporadnym maluchem, że radość tworzenia mu towarzyszy. Twórcza radość jeszcze bez zawodu i porażki.
Warto nie tylko marzyć razem z dzieckiem, ale uczyć je ukonkretniać te marzenia, realizować je. Czekać na ich spełnienie, pomagać im się spełniać, zmieniać je, rozwijać.
Moje dzieci są miłośnikami psiej hałastry, jesteśmy też szczęśliwymi posiadaczami szlachetnej krzyżówki mieszańca z kundlem. Równocześnie jednak kochane dzieciaki planują stać się posiadaczami psów rasy: husky, owczarek belgijski, beagle, owczarek szkocki collie, wodołaz, itd. Czy za każdym razem mam im wybijać z głowy pomysły na nowego psa? A po co? Czy nie lepiej zapytać: „A co cię tak urzekło w tej rasie, że aż byś chciał ją mieć?”
„Chciałbym wynaleźć pojazd jeżdżąco-latająco-ryjący”. „O, to musiałoby być ciekawe!”
Jest to jedna z metod ze szkoły dla rodziców i wychowawców: zamiast pozbawiać złudzeń i nadziei, towarzyszyć dziecku w tworzeniu marzeń, ich przekształcaniu. Równocześnie jednak ciąg dalszy rodzicielstwa bliskości. Bliskie stają się nam własne dzieci również przez wysłuchanie ich marzeń, planów, przez fantazje, którymi się z nami dzielą.
22 lipiec
W oczach dzieci jest coś niezwykłego. Radość, z jaką wita każdego mój 3-miesięczny synek jest tak pełna słodyczy, że otwiera serce szeroko.
„Ziemia jest pełna nieba,
A każdy zwykły krzew płonie Bogiem,
Ale tylko ci, którzy widzą, zdejmują sandały” E.B. Browning (tłum. Szymik)
13 lipiec
Całkiem niechcący budzę u ludzi mieszane uczucia.
Spaceruję sobie na przykład po jurze krakowsko-częstochowskiej, jej cudnych skałkach, ostańcach, zamkach i jaskiniach. Ignasia w chuście niosę na przemian z mężem. Śpi sobie błogo ukryty w połach chusty. Po dwóch sekundach od założenia mu na głowę chusty już młodzieniec drzemie. No i spotykamy się z pytaniami: „Czy się nie udusi?”, „Czy mu nie za gorąco?”, „Czy oddycha?” A w pewnym momencie nawet słyszę oburzone pouczenie: „Ależ dziecko powinno spać w wózku!”
Powinno? Dlaczego powinno? Czy nosząc je przez 9 miesięcy ciąży przyzwyczaiłam je do spania w wózku czy w swojej bliskości?
Właściwie to nie powinnam się dziwić tym pytaniom, sugestiom. Pokolenie naszych mam było uczone opieki „na dystans”: oddzielania tuż po narodzinach, karmienia z butelki, przetrzymywania w wózku, łóżeczku pomimo płaczu dziecka, nie brania na ręce, bo się przyzwyczai.
Jednak ta sugestia: „Czy się nie udusi?” jest okropna. Tak jakby nosząc własne dziecko szkodziło mu się. Nic bardziej mylnego: dziecko w tym okresie potrzebuje bardzo noszenia jak nigdy później. Jeśli teraz nie będziemy nosić, bujać, tulić, kołysać, to potem mamy większą szansę na rehabilitowanie, terapie integracji sensorycznej, nadpobudliwość itp.
3 lipiec
U początku życia człowiek jest dzieckiem. Najpierw niewidocznym ukrytym głęboko we wnętrzu swojej mamy. Potem jest noworodkiem. Wyrasta z noworodka i staje się niemowlęciem. Od urodzenia zdrowe dziecko posiada zdolność nawiązania łączności emocjonalnej ze swoimi rodzicami, ma żywą, rozwijającą się w zawrotnym tempie mimikę. Zdolność naśladowania ekspresji twarzy rodzica. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książeczki „Twoje zadziwiające maleństwo”, gdzie zilustrowane jest to serią zdjęć.
Żadnego rodzica chyba nie trzeba o tym przekonywać- patrzenie na własne dziecko jest fascynujące, ponieważ od urodzenia jego reakcje są tak zróżnicowane, interesujące, podtrzymujące kontakt.
Uwielbiam obserwować maleńkie dzieci w ich wyrażaniu siebie, w ich porozumiewaniu się z rodzicami. Czasami też zdarza mi się widzieć, że w tej komunikacji już w tak wczesnym okresie zgrzyta: dziecko przekazuje jedno, a rodzic tak zafiksowany jest swoim widzeniem świata, że nie przyjmuje za dobrą monetę odczuć dziecka.
Czasami mamy tak są skupione są na karmieniu piersią bądź na innym aspekcie opieki, że mają ogromną trudność z odczytaniem sygnału wysyłanego przez dziecko: „Nie chcę jeść!” lub „Przestań! Nie potrzebuję tego!” Już noworodek potrafi odpychać się od piersi, krzywić, gdy się go przystawia do niej, wypychać ją językiem, w inny sposób okazywać swoje niezadowolenie, że jest się niezrozumianym. Czasami w tą grę między dzieckiem a mamą jestem wmieszana z tej racji, że się mnie zaprasza do pomocy jako konsultantkę. Żebym uczyła karmić piersią.
Niekiedy widzę wyraźnie, że dziecku chce się odbić: wykrzywia się, niepokoi, pręży jakby samo chciało się podnieść, odwrócić, a jestem poproszona o pomoc w przystawieniu do piersi. I niełatwą mam wówczas rolę, żeby przekazać, że nie zawsze, gdy dziecko płacze, chce ssać. Przystawianie dziecka do piersi, gdy chce mu się odbić albo coś mu dokucza bywa siłowaniem się z nim. Nie warto tego robić.
Próbuję więc odczekać, zaproponować podniesienie, opukanie delikatne plecków, ew. położenie na brzuszku do odbicia, przyjrzenie się dziecku.
Gdy dziecko z bólem w głosie płacze, mogę zaproponować chwyt antykolkowy, ponoszenie maleństwa, ułożenie w pozycji fasolki.
Karmienie wówczas nie wychodzi, bo ma nie wyjść. Kiedy dziecku chce się ulać, ono się broni przed nakarmieniem, bo mu niedobrze. Też bym się broniła przed zjedzeniem kolejnych kęsów, gdyby jedzenie podchodziło mi pod gardło. Moją rolą więc będzie próba przedstawienia młodej mamie różnorodności potrzeb dziecka, że nie na każde kwilenie musowo przystawiać do piersi, sposoby radzenia sobie z różnymi płaczami, uwrażliwienie na odczytywanie tych płaczów. Często przeszkadza mamom w dobrym odbiorze rodzaju płaczu dziecka jej stres, jej obawa przed tym płaczem, a nawet przed niepokojami dziecka, przed byciem spostrzeganą jako zła matka. Więc jak najszybciej zestresowana mama stara się „zatkać” piersią kochane usteczka, żeby nie kwiliły tak dotkliwie, nie jęczały, nie krzyczały. Pierś staje się więc swego rodzaju tłumikiem. A płacz zamiast się uspokoić, staje się jeszcze większy po oderwaniu się dziecka od piersi.
Owszem większość dzieci potrzebuje być karmiona piersią często i zwłaszcza w okresie nadprodukcji (zwłaszcza nawału) mama może zaproponować possanie również według własnych potrzeb. Jednak żadne z dzieci nie potrzebuje stale wypijać kolejnej porcji mleka w momentach, kiedy to mleko podchodzi mu pod gardło np. na skutek połkniętego powietrza. W sytuacji, kiedy boli je coś, też niekoniecznie musi chcieć się pocieszać jedzeniem, czasami przyjemniejsze będzie utulenie, noszenie, masowanie.
Rodzice nierzadko potrzebują przepracować własne uczucia rodzące się, gdy dziecko płacze. Dlaczego się boją płaczu własnego dziecka? Co im ten płacz przypomina? Czy czują się mu winni i dlaczego? Co chcą udowodnić swoim zachowaniem?
Płacz dziecka nie jest przeciwko rodzicom- nie warto wchodzić w spiralę walki z własnym potomstwem.
Płaczu malucha bać się nie trzeba, ale nie trzeba też dziecka do niego doprowadzać. Najczęściej noworodki pod względem karmienia są kulturalnymi osobami. Głodne, zanim zaczną płakać najpierw szukają (odruch szukania), kręcą głową na boki, mlaskają, wkładają piąstki do buzi. Wówczas najłatwiej je przystawić do piersi- gdy są jeszcze spokojne. Gdy ulewa im się, odbija- zachowują się nieco podobnie, ale z większym niepokojem. Kiedy mleko podchodzi pod gardło, nic dziwnego, że zaczynają intensywnie je przełykać, mlaskać, ale jest to nieprzyjemne, więc często pojawia się oprócz tego krzyk, niepokój, prężenie ciała. Tego prężenia i niepokoju nie ma, gdy dziecko jest głodne.
Współczuję serdecznie współczesnym mamom, bo nie dość, że wsparcie w karmieniu piersią bywa mizerne, to jeszcze rady udzielane ad hoc nieadekwatne. Matka zamiast skupić się na potrzebach swojego malucha, wysłuchuje wątpliwości innych co do jej własnego karmienia. I jak tu nie popaść w jeszcze większe wątpliwości!
Dzieci, których mamy mają za szybki wypływ z piersi płaczą często podczas karmienia lub po karmieniu: a dotyczy to większości kobiet z naszej populacji. Jak łatwo dać sobie wówczas wmówić, że to z powodu, że dziecko się nie najada, że ma się zły pokarm, że zjadło się coś niewłaściwego. Zwłaszcza gdy brakuje nam akceptacji i cierpliwości dla tego typu zachowań dziecka. A są one normalne. Owszem można starać się pomagać dziecku, łagodzić tego typu sensacje: podnosić nawet kilkakrotnie po jedzeniu (lub w trakcie jedzenia) do odbicia, karmić pod górkę (dziecko wyżej od piersi- duże podparcie pod plecy), karmić często i krótko zamiast długo i w odległych odstępach czasowych, odciągać przed karmieniem odrobinę pokarmu, żeby piersi nie były zbytnio przepełnione. Jednak stosowanie nawet licznych sposobów pomagania sobie i dziecku nie sprawi, że dziecko w ogóle nie będzie płakać. Dziecko zwyczajnie ma prawo płakać, bo jest niedojrzałe, nie umie w inny sposób wyrażać swoich uczuć. Tak jak my mamy prawo przeżywać trudne uczucia, bo ten świat jest niedoskonały, grzeszny.
Uczenie się komunikacji z własnym maleństwem to niekiedy długa droga, czasem niełatwa, ale jakże fascynująca.
Dla początkujących w karmieniu piersią proponuję więc wsparcie Matki Bożej Karmiącej 🙂 To bardzo konkretne, cierpliwe wsparcie. No i nie do pogardzenia będzie ludzkie wsparcie: warto o nie prosić i samej go udzielać.
20 czerwiec
Czyż nie jest najpiękniejszym wynalazkiem Boga uśmiech dziecka?
I USG, i mikrokamery rejestrują, że już dziecko pod sercem mamy uśmiecha się.
Ledwo się rodzi- już się uśmiecha. Samo dobro i słodycz zawarta w tym uśmiechu. Często przez sen, najpierw gdzieś w przestrzeń skierowany uśmiech, później w stronę ludzi. W moich okolicach mówi się, że dziecko najpierw uśmiecha się do aniołków zanim zacznie uśmiechać się do rodziców.
Czy to może być prawda? Szkiełko i oko mędrca powie, że to mimowolny skurcz mięśni bądź nieświadoma reakcja fizjologiczna. Ale dlaczego w tym uśmiechu ma nie być widać przezroczystej duszy dziecka? Skąd możemy wiedzieć, że ten uśmiech nie jest skierowany w stronę duchową, do Stworzyciela spod ręki którego dopiero co wyszedł młody człowiek?

Gdy widzę, ile bezbronności, łagodności i czułości kryje się w oczach dziecka, nie dziwię się, że Zbawiciel stał się dzieckiem.
4 czerwiec
Bardzo dużo zawdzięczam mojej kochanej domowej położnej. Nie tylko wsparcie i pomoc w czasie porodów, ale też naukę opieki nad moimi zdrowymi, ale też chorymi dziećmi.
To moja kochana Zosia półrocznemu Danielkowi ciągle kaszlącemu postawiła po raz pierwszy bańki (można od wagi 7 kg), ośmieliła do obserwowania własnego dziecka, masowania, nacierania, oklepywania, robienia okładów, inhalacji, korzystania z ziół. Ale przede wszystkim do brania odpowiedzialności za własne dziecko i korzystania z rozumu podczas leczenia go.
To dzięki licznym rozmowom z nią zaczęłam się zastanawiać:
- Dlaczego lekarze we wszystkich chorobach przebiegających z gorączką, bólem zalecają leki z paracetamolem (itd.) obniżające gorączkę, podczas gdy w każdym niemal podręczniku pediatrii można przeczytać jak to efektywnie organizm dziecka walczy z drobnoustrojami podczas podwyższonej temperatury?
- Dlaczego większość lekarzy stało się „lekozapisywaczami” podczas gdy chorujące dziecko nierzadko bardziej niż leków potrzebuje obecności i wsparcia rodziców, kontaktu fizycznego, przytulenia, ale też np. masażu, oklepywań?
- Dlaczego lekarze są tak bardzo skłonni zapisywać antybiotyki podczas gdy większość pospolitych przeziębień, katarków jest natury wirusowej?
- Dlaczego z wizyty lekarskiej wychodzi się ze spisem leków, najczęściej do wypicia/zjedzenia podczas gdy zaniedbuje się inhalacje, nacierania, masaże, okłady, dietę?
- Dlaczego większość lekarzy woli zapisywać leki chemiczne podczas gdy jest tak duża grupa leków pochodzenia naturalnego (zioła, przyprawy, warzywa, owoce itd.)? Podczas gdy mamy wspaniałą tradycję benedyktyńską, bonifratrów itd.?

Żeby nie wynikało stąd, że jestem jakoś szczególnie uprzedzona do lekarzy, muszę jednak dodać, że i od paru z nich nauczyłam się jednak pewnych cennych rzeczy, m.in.:
- że w zapaleniu oskrzeli można postawić bańki zamiast antybiotyku;
- że ważne jest oklepywanie dziecka, gdy kaszle, bo do 5-6 nawet lat kaszel jest jeszcze nieefektywny;
- że na poprawę odporności można wyjechać z dzieckiem np. nad morze, a nie eksperymentować na nim z kolejnymi lekami;
- że i w aptece można czasem znaleźć jakiś ziołowy odpowiednik chemicznego leku, np. w sytuacji gorączki, przeziębienia Pyrosal (ziołowy) zamiast paracetamolu, perełki czosnkowe zamiast antybiotyku.
Pierwszą książkę o domowym leczeniu pożyczyłam właśnie od Zosi. No i tak się zaczęło. Osobiście nie polecam domowych metod leczenia tym, którzy nie mają czasu obserwować własnego dziecka, być z nim i przy nim, tym, którzy nie chcą cierpliwości, bo zadowalają się szybkością i łatwością podania gotowców.
Słuchałam swego czasu wykładu pewnej lekarki, która mówiła o tym, że polscy rodzice niejednokrotnie za bardzo się śpieszą z umawianiem wizyt u lekarza zamiast poobserwować swoje dziecko, jego objawy chorobowe. Choroba częściej pełnię objawów przejawia dopiero począwszy od trzeciego dnia. Idąc więc pierwszego dnia do lekarza, może on łatwo popełnić błąd w diagnozie, nie jest w stanie powiedzieć nic pewnego o chorobie dziecka oprócz przepisania „uniwersalnych” leków, które działają jedynie objawowo.
Domowe sposoby leczenia pospolitych chorób mają wiele ograniczeń, podobnie zresztą jak te lekarskie. Z zapartym tchem słuchałam ostatnio historii Ani, która intuicyjnie wyczuła, że nie może czekać w domu, ani nawet na wizytę lekarską, a w te pędy gnać do szpitala. Nie myliła się. Czasem i tak się zdarza. Dobrze nie stracić tej wrażliwości, nie unikać za wszelką cenę medycznego wsparcia, a rozsądnie z niego korzystać.
Przepis na kiszony czosnek:
obrane, przekrojone ząbki czosnku zalewamy kwasem z ogórków kiszonych i odstawiamy na kilka dni. Dzieci lubią pić tą miksturę, gdy jeszcze zbyt mocno nie naciągnie, a więc za wiele dni nie stoi :o)
Polecam w/w na różne wirusówki: przeziębienie, grypę, opryszczkę, ospę wietrzną. Robaki też nie lubią czosnku.

Są i tacy dziecięcy lekarze. Leczą głównie zabawą.
Po-zdrawiam Was serdecznie!
Czyżbym nauczyła się wklejać zdjęcia 😉
21 luty
Przygnębiające wrażenie robią zawsze na mnie kościoły, gdzie drzwi są zamknięte na cztery spusty. Nie są one obrazem Boga, który zawsze czeka, zawsze tęskni za mną i za Tobą. Zawsze ma otwarte Serce.
Póki dzieci są małe są jak świątynie z otwartymi drzwiami: przyjmują, zapraszają. Będąc stworzone na obraz Boży są otwarte. Od rodziców chętnie czerpią ich obecność, wartości którymi ci żyją. Domagają się tej obecności, nawet głęboko zranione długo pozostawiają swoje serce szeroko otwarte, tak spragnione miłości, że aż bezbronne.
W drodze do klubu przedszkolaka Tosieńka zauważyła dzisiaj: „Ile gwiazdek się ukryło dziś w śniegu” skąpanym w słońcu. Chłonęła ten cud przyrody, zatrzymała się nad nim pogodnie nie śpiesząc się. Otwierała swoje oczy na to przechodzące obok nas piękno, ale mam wrażenie jakby i jej dusza kąpała się w tym słońcu. Tak niewiele często wystarcza dziecku: chwila zatrzymania się.
Bliskość, która patrzy z zachwytem na tego, którego kocha 🙂
|