|
|
|
Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’
15 listopad
Można chodzić na Szkołę dla Rodziców, Szkołę Rodzenia, ćwiczyć od rana do wieczora bycie wzorowym rodzicem, stosowanie dobrych metod wychowawczych. Uczyć się rozumieć swoje dziecko, akceptować je, zachęcać do współpracy, uczyć ponoszenia konsekwencji własnego działania, przestrzegania zasad. Itd., itp. To wszystko dobre, często potrzebne.
Ale to wszystko psu na budę bez cierpliwości, bez wielkoduszności, radości z bycia razem, przebaczania i przepraszania.
Całkiem sympatyczne te wszystkie książki o wychowaniu bez porażek, o wyzwolonych rodzicach i dzieciach, którzy słuchają się nawzajem świetnie, porozumiewają się bez przemocy. Jednak czym zostaną te metody wykorzystane małodusznie, niecierpliwie? Czy nie pustą formą bez pokrycia? Czym zostaną, gdy zalewać będziemy nasze dziecko naszą złością, irytacją, smutkiem, „bo tak czujemy”, „bo musimy wyrazić swoje emocje”? Czym staną się te świetne metody, gdy nauczymy się z nich tylko słów?
Ci doskonali psycholodzy i pedagodzy od wychowania, których książki polecam są świetnymi trenerami rodziców. Jednak najlepszymi wychowawcami rodziców są święci kanonizowani i niekanonizowani. Każdy może znaleźć bliskiego sobie świętego, który będzie uczył go przede wszystkim wychowania samego siebie: swojego umysłu, uczuć, zachowań.
21 październik
„Tadzio (chodzi o zaprzyjaźnionego starszego pana) jest chodzącym argumentem, że nawet najwredniejszych dzieci nie należy topić od razu po urodzeniu (a takie myśli przychodziły mi do głowy, kiedy Tadzio był mały), tylko poczekać, czy aby nie wyrosną z nich czarujący, błyskotliwi, dobrzy, serdeczni, altruistyczni dorośli.”
Stefania Grodzieńska „Nie ma się z czego śmiać”.
Życie jest pełne niespodzianek jak ta książka, którą właśnie połykam pomiędzy przekąszaniem dwóch innych.
Czasem łatwo nam o osądy: Ci to z ilością dzieci przesadzają! A ci to nadmiernie nadopiekuńczy bądź tacy i owacy! Lub: taka mała (bądź duża- w zależności od preferencji) przerwa między dziećmi to zarzynanie się, wpadka itp.!
Ale skutki naszych wyborów czasem dopiero po wielu wielu latach widać. Daru życia nie da się zmierzyć i zważyć- zbyt bezcenny, nieoceniony zwłaszcza z zewnątrz. Pan Bóg zawsze umie docenić to życie, dać mu szansę- my nie zawsze.
Uratowane życie jest taką perłą.
Czasem perłą schowaną głęboko we wnętrzu jakiejś oślizgłej niezbyt kuszącej małży.
Następny cytat czepił się znowu mnie i jęczy mi nad uchem, żeby go wykorzystać. Niech mu będzie:
„Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi, dzieci naszych przyjaciół są naszymi dziećmi, wnuki naszych przyjaciół są naszymi wnukami, prawnuki naszych przyjaciół są naszymi prawnukami, pies dziecka naszych przyjaciół jest naszym psem, a nasze życie jest poszukiwaniem skarbów – takich jak przyjaciele, przyjaciele przyjaciół itd. Nie ma z czego się śmiać.”
Książka pełna ludzi, czytając ją spędza się czas w doborowym towarzystwie, grywa w kierki z Brzechwą i odwiedza Tuwima. Takie tam jedno wielkie a propos na każdy możliwy temat dziewięćdziesięcioparoletniej pani.
Musiałam się z Wami podzielić czymś bardziej frywolnym dzisiaj, żeby nie pęknąć z nadmiaru powagi własnej pisaniny. Pękanie przy takim wietrze niebezpieczne.
8 październik
Gdy przychodzi dziecko na świat, młoda mama zasypywana jest zbiorem różnych mądrości życiowych, porad płynących często z dobrej woli, najczęściej z doświadczeń osoby je udzielającej.
-Nie noś tyle, bo się przyzwyczai i nie będzie chciało samo chodzić, samo się sobą zająć.
Nic podobnego. Ono się nie przyzwyczai, bo ono już jest dawno przyzwyczajone. Rzadko się zdarza, żeby mama musiała przez 9 miesięcy będąc przy nadziei leżeć plackiem. Przez te 38 tygodni ciąży przyzwyczaja więc dziecko do noszenia. Chodząc, kucając, poruszając się uczy więc systematycznie dziecko, że świat jest pełen ruchu i że ono uczestniczy w nim aktywnie. Dziecko rodzi się więc przyzwyczajone do tego, że jest noszone dokądkolwiek idzie jego mama. Nie zdarzyło mi się jeszcze widzieć mamy, która by sobie odczepiła brzuch z zawartością (dzieckiem), bo nie chce go przyzwyczajać do noszenia. Jeśli więc już urodziłyśmy dziecko, to przepadło, już jest przyzwyczajone, że noszenie, ruch jest o wiele bardziej rozwijające niż trwanie w bezruchu.
-Nie noś tyle, bo będzie za bardzo rozpieszczone.
Już bardziej niż po 9 miesiącach noszenia, otulania sobą samą rozpieszczone być nie może. Zresztą co to znaczy rozpieszczone? Że wie, że kontakt z drugą osobą jest dla niego życiodajny i rozwijający? Że jego mózg kształtuje się o wiele lepiej, gdy jest tulone i brane na ręce, do chusty, gdy doznaje różnorodnego kontaktu? A więc to, że daje się dziecku możliwość rozwoju jest rozpieszczaniem go? Ktoś, kto tak formułuje radę, nie rozumie pewnej ważnej rzeczy. Nie rozróżnia rozpieszczania dziecka, a więc zapewnienia go o tym, że jest kochane od rozpuszczania dziecka, które jest pozwalaniem mu na samowolę, na spełnianie wszystkich jego zachcianek.
-Nie śpij z dzieckiem, bo się przyzwyczai.
A czy dziecko nie rodzi się przypadkiem przyzwyczajone, że podczas snu ktoś jest razem z nim, ktoś ciepły, kręcący się z boku na bok, poprawiający swoje położenie, posapujący bądź nawet pochrapujący? Także i ta rada jest zaaplikowana przynajmniej 9 miesięcy ciążowych za późno. Zresztą ktoś kto chciałby ją zastosować do siebie, najlepiej, by się zaopatrzył w lalkę- ta rzeczywiście będzie ze stoickim spokojem znosiła tego typu „nieprzyzwyczajanie”, „odzwyczajanie”.
-Nie karm tyle piersią, bo:
- przekarmiasz (gdy dziecko ulewa);
- bo na pewno masz za chude mleko, skoro dziecko chce tak często ssać;
- bo lepiej smoczek dać;
- bo na pewno nie potrzebuje tyle ssać, tylko chce mi się wreszcie najeść, wyspać itd.
Ciekawe, że osoby dające tego typu rady stawiają się w pozycji osoby znającej lepiej od samej matki jej dziecko. Intuicyjnie to matka jest predysponowana, by rozumieć potrzeby swego dziecka i odpowiadać na nie. Co prawda nie zawsze jej to wychodzi, czasami wychodzi bardzo koślawo, ale jeśli jest w niej to staranie, to szybko staje się ekspertem od rozumienia swojego dziecka, jego nastrojów, potrzeb itp. Skoro matka w ciąży karmi swoje dziecko za pośrednictwem pępowiny 24 godziny na dobę, to i po narodzinach często się okazuje, że pierś jest dalej taką notoryczną kroplówką. Karmienie piersią zwłaszcza noworodka jest nierzadko powolnym procesem, wymagającym czasu, uwagi, a przede wszystkim dużej dawki cierpliwości. Owszem nie jest czasem łatwo zauważyć niektórym mamom, że zwłaszcza maleńkie dzieci mają wiele potrzeb, znoszą wiele niedogodności i nie można każdego płaczu sprowadzać do głodu, ale i one z czasem dostrzegają złożoność płaczu, marudzeń, kwileń i krzyków własnych pociech.
Nie jest łatwo być odporną na tego typu złote rady zwłaszcza matkując dopiero swojemu pierwszemu dziecku, gdyż w gruncie rzeczy potrzebuje się wówczas samej bardzo dużo wsparcia, troski, zapewnień. Otrzymując i biorąc sobie do serca zbyt dużo rad łatwo czasem zagubić własną intuicję, własne zrozumienie dziecka.
„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”- pamiętacie może ten cytat? I my patrzymy na swoje dzieci sercem, dlatego tak dobrze je czujemy, rozumiemy, a czasem tak bardzo cierpimy razem z nimi.
22 wrzesień
O ile w pewnym stopniu zaczęło się odchodzić od typowo betonowego położnictwa (zabieranie dziecka od matki, 1 i 2 faza porodu w pozycji leżącej itd.), to tego typu „betonowe” postępowanie, zimny chów ma się dobrze w innych sferach życia.
Przykład z przedszkola. 2,5-letni Michaś (przykładowy) co dzień płacze przy rozstaniu ewidentnie nie będąc do tego dojrzałym emocjonalnie, potem na sali kontynuuje swój koncert łez. Pomimo że ten typ przedszkola w swoich założeniach zachęca, by stopniowo wprowadzać dzieci w życie przedszkolne towarzysząc im tak długo jak długo tego będą potrzebować. Mama jest jednak uparta: zostawia dziecko w miejscu, w którym najwyraźniej nie czuje się ono jeszcze ani dobrze, ani znajomo, ani tym bardziej pewnie. Dziecko też jest uparte- przez miesiąc wzywa swoją mamę płaczem na pomoc. Ale w końcu maluch rezygnuje- w swojej bezradności przestaje liczyć na wsparcie własnej mamy w trudnym dla siebie okresie i miejscu. Pozostaje tylko więcej apatii początkowo, więcej chorób. Przez pozostałe miesiące tego roku Michałek sprawia się dzielnie. Wydawałoby się, że ta cała sytuacja już dawno za nim, ale…
Rok następny. Mama znowu pewna swego zaprowadza synka do przedszkola oczekując, że tym razem będzie już „zahartowany”, a tu guzik z pętelką. Michaś znowu płacze, nie chce się rozstawać, przywiera do swojej mamy jak rzep błagając ją bezsłownie i słownie o więcej poczucia bezpieczeństwa, o wsparcie w tej sytuacji przedszkolnej, o oswojenie wraz z nim tego miejsca i grupy. Dziecko powtarza ubiegłoroczną traumę, choć już bardziej zrezygnowane, trwa to krócej. Pewnie też nieco bardziej dojrzałe- łatwiej mu się nieco przystosować. Jego zestresowane ciało zna też nieświadomie „fortele”, by wyjść z trudnej sytuacji. Wystarczy np. zachorować, by mama nie wysyłała do przedszkola, by można z nią zostać w domu.
Znany stereotyp myślowy głosi, że im później dziecko wysyła się do przedszkola/szkoły, tym trudniej oswoić mu tą sytuację, zaakceptować ją. Jest to błąd myślowy, który nie bierze pod uwagę tego, że wraz z wiekiem dziecka zwiększa się też jego dojrzałość, a wraz z nią zdolność radzenia sobie w nowych sytuacjach społecznych, zdolności poznawcze itp. Starsze więc dziecko, które wcale nie chodziło do przedszkola, ale o którego dojrzałość również emocjonalną dbali rodzice, może sobie łatwiej poradzić z wejściem w społeczność klasową niż dziecko, które było zmuszane od początku do samodzielnego zostawania w przedszkolu i odreagowywało to na różny sposób.
Drugi mit: zostawiaj od razu w przedszkolu dziecko samo, ponieważ tym bardziej będzie się trzymać Twojej spódnicy, tym bardziej przyzwyczai się do Twojej obecności. Nieprawda! Zainwestowanie własnego czasu, własnego wysiłku we wspieraniu dziecka w przedszkolnych początkach sprawia, że czuje się tam ono lepiej, pewniej, śmielej, co przynosi długofalowe korzyści. Potem gładko spokojnie wchodzi w kolejne lata przedszkola bądź szkolne, łatwiej się adaptuje.
Są oczywiście sytuacje i przedszkola, gdzie nie dopuszcza się rodziców do wspierania preferując szybkie zamykanie za nimi drzwi, wypraszanie ich. Są sytuacje, kiedy nie możemy zrezygnować z pracy.
Jednak gdy tylko jest to możliwe warto wypracowywać z dzieckiem spokojne podejście do zostawania pod opieką innych osób, do nowych miejsc i osób. Te z nas, które są nieśmiałe też przeżywają większe onieśmielenie wśród nowych osób i szczególnie sobie cenią w takiej sytuacji obecność znajomej osoby. Czy więc powinniśmy dziwić się dzieciom, że dopóki nie przekonają się, że trafiły w miejsce bezpieczne, pod opiekę zaufanej dobrej opiekunki wolą liczyć na nasze wsparcie i obecność?
31 sierpień
Zachęcam do obejrzenia. Miałam w tym programie swój malutki wkład. Ten akurat odcinek 6 września o godzinie 12.20 jest poświęcony poronieniu. Jeden dzień z życia Basi, Wojtka i Jaromirka. Spotkania w rodzinie, z przyjaciółmi, z grupą wsparcia, którą Basia założyła itd. I dużo, dużo rozmów o dzieciach utraconych. Zwiastun poniedziałkowego programu:
Pytając o Boga
I jeszcze w tym temacie wywiad z moją drogą Moniką Staszewską i księdzem Kieniewiczem:
Zmarłych pochować, żywych bronić
24 sierpień
Taki sympatyczny artykuł pomagający nam rodzicom wyzbyć się kompleksów, że wymagamy od własnych dzieci, że zwracamy im uwagę na niestosowne zachowania, że mówimy im czasem „nie” i wreszcie sięgamy też po różne kary:
Zabroń mi wreszcie
Artykuł długi i właściwie pokazujący oczywistą oczywistość, ale obecnym rodzicom zapewne takie rzeczy trzeba przypominać w epoce, gdzie parlamentarzyści wtrącają się w krytykowanie, karcenie dzieci (patrz: o ustawie antyrodzinnej). I grożą przy tym paluszkiem prawa stanowionego.
Właściwie w powyższej czytance nie ma nic nowego, ani nic specjalnie odkrywczego. Już wiele setek lat temu Biblia w o wiele krótszych i treściwszych słowach przedstawiała tę prawdę. Zajrzyjmy choćby do czytań z ostatniej niedzieli:
„Synu mój, nie lekceważ karania Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo tego Pan miłuje, kogo karze, chłoszcze każdego, którego za syna przyjmuje.
Trwajcież w karności. Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił?
Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości.”
Z mowy o najlepszym wychowawcy – Bogu Ojcu możemy się uczyć i czerpać, jakimi my powinniśmy być rodzicami.
Z jednej strony takimi, którzy „przytulają do swojego policzka” dziecko w swej łagodności, a z drugiej strony takimi, którzy uczą dziecko przyjmować wymagania, uwagi, krytykę oprócz pochwał.
Jednej ważnej rzeczy zabrakło w tym artykule: zwrócenia uwagi, że te krytyki, kary powinny być adekwatne do wieku, a jeszcze bardziej do dojrzałości dziecka, tak aby mogło je przyjąć, zrozumieć, skorzystać z nich.
Innych bowiem rzeczy możemy wymagać od dziecka dwuletniego, a jeszcze innych od czteroletniego. Stąd i inne kary będą adekwatne, mądre dla różnych dzieci.
Negatywna krytyka, zwrócenie uwagi maluchowi, żeby miało to sens, musi być konkretne, konstruktywne. Słyszałam kiedyś uwagę matki do pełnoletniego syna, który przyszedł prosto od fryzjera: „Ty idioto, jak ty się ostrzygłeś!” To nie jest konstruktywna uwaga, tylko bardzo raniąca, oceniająca. Gdy precyzyjniej wyrażamy swoje myśli, konkretniej, możemy mocniej oddziaływać na swoje dzieci, a mniej je ranić: „Przykro mi, ale nie podoba mi się ta Twoja nowa fryzura. Uważam, że o wiele bardziej Ci do twarzy w klasycznych strzyżeniach.” O ile pierwsza wypowiedź rodzi bunt i niezgodę na obrażanie, to druga daje bardziej do myślenia.
Kara nie będzie też adekwatna i przynosząca dużego pożytku, jeśli będzie wyładowaniem się na dziecku. Wyżywanie się- tego po prostu nie można robić.
Krytykując i karząc w duchu miłości własne dziecko trzeba się więc wyzbyć kompleksów, że robi się coś niewłaściwego. Dziecko potrzebuje uczyć się przyjmować i pochwały, i krytykę- są to dwie strony tego samego medalu dobrego wychowania.
Słowo Boże rzeczywiście najlepiej zna serce człowieka. Sami też zapewne pamiętamy, że sami byliśmy besztani, krytykowani, karani przez naszych rodziców- i wówczas nie było to dla nas przyjemne. Jednak mądrą krytykę, słuszne kary jesteśmy w stanie docenić z perspektywy wielu lat, niektóre dopiero wówczas, gdy sami zostajemy rodzicami.
Tak się wymądrzyłam, ech, ale samo życie nie jest takie łatwe.
Choć jeśli ktoś jeszcze nie zaczął uczyć dzieci wartościowego karania, może warto zacząć od najbardziej naturalnych kar (zrozumiałych!- a więc jeśli dziecko nie rozumie, co do niego mówimy, np. z powodu jego zmęczenia, to lepiej sobie darować), typu:
- rozlałeś-wytrzyj;
- rozrzuciłeś-pozbieraj;
- zgubiłeś- no to nie masz.
Czyli poznawanie zwykłej konsekwencji własnego działania. Małe dzieci, jeśli się na nie mocno nie gniewa, entuzjastycznie podchodzą do kar. Fajnie jest tak sobie szmatą pomachać po wodzie, którą się wcześniej rozlało, zwłaszcza gdy się jest dwulatkiem i dostało się od mamy ciekawą ścierkę, a w wykonaniu kary ma się pomoc własnej mamy.
Nie bójmy się karać naszych dzieci, wówczas kary będą bardziej adekwatne, gdy nie będą podszyte lękiem, złością.
Myślę, że jest to zadanie na lata. Ech, dużo nauki przed nami 🙂
23 sierpień
Wpadł mi w oko taki artykuł:
Skupianie się na dziecku
Jest on jakby ciągiem dalszym książki „W głębi kontinuum” Jean Liedloff.
No więc jak to jest:
- Wystarczy nie zwracać zbytnio uwagi na własne dzieci, żeby były grzeczne?
- Czy wystarczy powierzyć młodsze dziecko opiece starszego?
- Wystarczy dziecko puścić samopas z innymi dziećmi, żeby nie stwarzało problemów i nie buntowało się?
- Wystarczy wprowadzić typ przywódczy własnego rodzicielstwa?
Nie wystarczy. Kluczem do tego jest przede wszystkim nieprzerwana bliskość z własnym dzieckiem dopóki tego potrzebuje poprzez noszenie, karmienie piersią, wspólne spanie oraz życie w specyficznej kulturze i ścisła struktura wsparcia z innymi członkami społeczeństwa. Matki są wspierane przez inne matki w ich roli matczynej, a także przez innych, ojcowie mają wsparcie wśród innych mężczyzn i wzór postępowania oraz od innych członków plemienia. Dorośli nie podważają autorytetu innych dorosłych. Dziadkowie nie podważają autorytetu rodziców, rodzice nie podważają autorytetu dziadków itd.
Dlatego nie ma takiego prostego przełożenia z tamtej kultury na naszą, z tamtego wychowania- bo nie ma tej bliskości wśród dorosłych, tej współzależności. Nie ma również tego prostego przełożenia ze względu na specyficzne warunki: puszczenie samopas w naszych warunkach dzieci wiązałoby się zwyczajnie z brakiem ich bezpieczeństwa.
Skąd się bierze mnóstwo wypadków na wsi wśród dzieci, np. spowodowanych obsługą przez nich narzędzi rolniczych?
Skąd się biorą wypadki samochodowe z udziałem dzieci jako pieszych?
Owszem pewne zaufanie i doza swobody jest niezbędna. Tym większa swoboda jest możliwa, im bardziej dziecko nauczy się właśnie przestrzegania potrzebnych granic. Ale i wówczas jakieś minimum opieki, kontroli jest potrzebne.
Nie zapomnę naszej małej sąsiadki, może wówczas 5-letniej, która wzięła sobie siekierę i zaczęła rąbać. Co gorsza w ogóle nie chciała się posłuchać, choć na różny sposób jej to perswadowałam.
-Odłóż tą siekierę!
-?
-Nie wolno się bawić siekierą!
-(spojrzenie w moją stronę)
-A czy pozwalają Ci się rodzice bawić siekierą?Itd.
W końcu na moją groźbę, że zawołam mamę dziewczynka odłożyła swoją „zabaweczkę”, ale najpierw tak jak tatuś i dziadek to robią musiała ją zostawić wbitą. I tak wygląda w naszej kulturze posłuszeństwo dziecka od najmłodszych lat puszczonego samopas z innymi dziećmi. Bo generalnie od kiedy pamiętam tą małą, zawsze biegała cały dzień z innymi dziećmi po całej wsi, po ulicach i polach.
Także czytając tego typu publikacje warto zachować dużą dozę rozsądku. Bo unikanie nadmiernej koncentracji na dziecku nie oznacza, że w ogóle nie potrzebuje naszej uwagi, troski, gdy zaczyna wyrywać się spod naszych skrzydeł. Oznacza, że opiekując się nim:
- warto też znajdować czas dla swoich spraw;
- trzeba znaleźć własny sposób odpoczywania od dziecka, ale również przy dziecku;
- trzeba być przykładem dla dziecka.
W takiej prostej sprawie jak przechadzka, spacer: jak być przykładem dla dziecka? Czy drepcząc za nim posłusznie? A może idąc właśnie przed nim i pokazując dokąd się samemu zmierza? Jeśli dziecko od najwcześniejszych miesięcy widzi, że to dorosły jest skłonny iść za nim, śledzić jego każdy ruch nerwowo, kroczyć krok w krok, to dziecko właściwie nie ma możliwości nauczyć się, że ważne jest, żeby iść za rodzicem, przyglądać się jego drodze.I to zaczyna się od najwcześniejszej nauki chodzenia.
Rzeczywiście wówczas maluch może przeginać, żeby dowiedzieć się: „Jak daleko rodzic będzie podążał za mną?” „Jak daleko mogę się od niego oddalić?” I o ile na krótką metę może być dobrą zabawą, że to rodzic podąża za dzieckiem, o tyle na dłuższą metę jest to męczące i dla dziecka, i dla rodzica. Czy rodzic ma wchodzić w rolę dziecka, żeby podążać za własnym dzieckiem? Owszem dziecku takie naśladownictwo nie wyjdzie na złe, jeśli rodzic kroczy w dobrym kierunku.
Bardzo częstym błędem rodziców jest wymaganie od zbyt małego dziecka zdolności decyzyjnych. „Wolisz bluzeczkę w samochodziki czy w rowerki?” Takie pytanie zadane dwulatkowi jest przedwczesne, zbyt trudne. O ile dorosły może mieć w takiej sytuacji konflikt decyzyjny, o tyle dla dziecka jest to postawienie go w bardzo trudnej sytuacji, często nierozwiązywalnej. Jeśli chcemy żeby tak małe dziecko rzeczywiście spróbowało zdecydować, lepiej zadać pytanie o jedną tylko możliwość wyboru: „Chcesz ten podkoszulek w samochodziki?” W ten sposób uprościmy i swoje życie, i jego.
Rodzice w dobrej wierze stawiają dziecko przed zbyt trudnym dla niego wyborem, a potem dziwią się jego złości, frustracji, niezdecydowaniu.
I jeszcze jeden aspekt całej sprawy: czy nasze dzieci na pewno nie potrzebują więcej zwracania nań uwagi? Czy nasza kultura nie jest bardziej twórcza, bardziej niezależna? Czy puszczając dzieci samopas nie mamy później do nich żalu, pretensji, że broją, psują, rozrabiają, brudzą się? Czy nie lepiej jednak rzucić okiem na własne dziecko, tak żeby się też samemu tym zbytnio nie umęczyć, ale również żeby móc je jednak w odpowiedni sposób ukierunkować jego zabawę?
19 sierpień
Nie pracuję jako psycholog, ale jednak ponieważ żadne wykształcenie nie hańbi i każde można wykorzystać mniej lub bardziej udolnie, zdarza mi się dokonywać oglądu rzeczywistości właśnie przez pryzmat mojej psychologicznej wiedzy.
Otóż dzięki pomyłce mojego męża stałam się posiadaczką książki Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”. Dlaczego dzięki pomyłce? Bo luby mój małżonek pomylił tą osóbkę z Beatą Pawlikowską, której fanką jestem. Po przeczytaniu lektury zakupionej przez pomyłkę potwierdzam moje mętne przeczucie, że fanką Martyny nie jestem.
Jako bohaterki lektury i nagrania telewizyjnego Martyna wybrała sobie: kobietę-zapaśniczkę, kobietę-sapera, kobietę-menagera w pływającym domu, kobietę-założycielkę schroniska dla słoni, kobietę-kowboya, kobietę- Miss, dwie kobiety-żony jednego męża i 1 pannę młodą z afrykańskiego plemienia. Wszystkie te wymienione kobiety stanowiły dla autorki głównie tło dla jej porównań ze sobą, tudzież atrakcyjne tło dla jej własnego piękna (w domyśle: też wewnętrznego).
Najbardziej chyba zaciekawiła mnie jej relacja ze schroniska dla małych ocalonych słoniątek. Okazuje się, że uratowanie takich słoniowych bobasów wymaga oddania, ciężkiej pracy i bardzo dużo czasu. W naturze słoniątka są bowiem karmione przez matkę jej mlekiem przez 4-5 lat. Gdy ginie matka (najczęściej z powodu polowania kłusowników na kość słoniową), nie tak łatwo ją zastąpić. Autorka roztkliwia się tam nad kilkumiesięcznym słoniątkiem, które zdycha z powodu wyjazdu opiekuna do domu na 2 tygodnie (oczywiście słonik zostaje z innym opiekunem). Podkreśla jak bardzo my ludzie i słonie jesteśmy do siebie podobni z powodu inteligencji oraz ogromnego przywiązania.
Ciekawe jak daleka jest owa pani od analogii do własnego życia. Jej słynny wyjazd na wiele tygodni, gdy jej dziecko miało niespełna rok wywołał kiedyś burzę na moim forum. Z psychologicznego punktu widzenia dziecko przeżywa w takiej sytuacji nie tylko stres, ale ono wręcz „zmienia mamę”. Niemowlę i dziecko do lat minimum 2-3 potrzebuje bowiem stałego przywiązania do jednej osoby i jej systematycznej obecności. Jeśli ta osoba je opuszcza na wiele tygodni, to rodzi się przywiązanie do innego opiekuna, które jest przywiązaniem „jak-do-mamy”. Z psychologicznego punktu widzenia mamą staje się niania czy babcia, która sprawuje dalej opiekę.
Dzieje się tak tym szybciej, im mniejsze jest dziecko. Po dwóch tygodniach wyjazdu moich sąsiadów ich 18-miesięczna córeczka nie pamiętała ich, bała się swojej mamy. A więc słaba jeszcze pamięć świadoma, trwała małego dziecka sprawia, że dziecko tym bardziej potrzebuje stałej codziennej obecności własnej mamy, własnego taty, aby czuć się zdrowe, pogodne, związane bezpieczną więzią.
Widzę, jak moje bardzo krótkotrwałe (niecałe 3 dni) pobyty w szpitalu zaburzyły poczucie bezpieczeństwa najmłodszej córci, choć to był już jej trzeci rok życia. Musiała później „nadrabiać” te zaległości tym większą potrzebą kontaktu, bliskości, utulenia, karmienia. A czym w takim razie jest dla dziecka rozstanie kilkutygodniowe? Wydaje się, że przerwą nie do nadrobienia. Dla dziecka to jak otchłań, bycie osamotnionym, porzuconym, ponieważ ono jeszcze nie rozumie, co to jest czas, tydzień, miesiąc, godzina. Nawet jeśli używa tych słów, to ich znaczenie jest dla niego wyjątkowo niejasne.
To, czego nie warto żałować własnemu dziecku zwłaszcza w jego pierwszych latach życia to czas z nim spędzony. Praca zawodowa jest często bardzo potrzebna i konieczna, ale dziecku równie konieczne dla równowagi psychicznej są systematyczne powroty mamy i pogrążanie się w bezpieczeństwie jej ramion.
Książki tejże specjalnie nie polecam, a więc nawet nie dodaję, że do poczytania się to nadaje. Bardziej do oglądania.
Także powracam do lektury książek Beaty Pawlikowskiej mniej kręcącej się wokół własnej osi, za to z o wiele bardziej dostrzegającej humor sytuacji codziennych i niecodziennych. I o wiele bardziej kobiecej, choć wykazującą tę samą podróżniczą smykałkę. Takie tam moje odczucia…
18 sierpień
Często się spotykam z obawami mam, że nosząc swoje dzieci, karmiąc je często piersią, rozpuści się je, przyzwyczai do noszenia, do karmienia.
Niepokojami takimi dzielą się też z młodszym pokoleniem także dziadkowie sami nierzadko wychowujący według zegarka, stylem zimnego chowu.
Dlaczego obawy takie nie tylko są bezpodstawne, ale wręcz są uprzedzeniem wobec dotyku rodzicielskiego, karmienia piersią?
Od dawna już zaobserwowano reakcję niemowląt na brak kontaktu, dotyku rodzicielskiego przypominający depresję. Ukuto nawet już w czasie II wojny światowej termin „depresja anaklityczna” jako reakcję dziecka na rozdzielenie z matką.
W latach 50-tych wsławił się swoimi badaniami Harlow eksperymentując z małpiatkami. Jedno z jego najsłynniejszych badań polegało na odizolowaniu małpich niemowląt i skonstruowaniu 2 sztucznych matek. Jedna z matek zrobiona była z drutu i miała możliwość dostarczania mleka. Druga natomiast była skonstruowana na ramie pluszu, a więc dawały komfort dotykowy, ale nie oferowała mleka.
Małe małpki wybierały na swoje matki kukły bardziej przytulne, pozbawione za to mleka. Wolały je i wybierały, były z nimi wyraźnie związane. Naukowcy na tej podstawie orzekli, że to dotyk, przytulenie rodzi więź emocjonalną. Pożywienie jest natomiast mniej istotne dla tejże więzi.
Małe małpki pozbawione swoich matek wykształcały szereg nienormalnych zachowań, np. ssanie kciuka, bujanie się.
Opierając się na tej całej grupie badań, czy może dziwić, że i ludzkie niemowlęta, od których oczekuje się, że „grzecznie” będą leżeć w swoich łóżeczkach przez wiele godzin, że nie będą zbyt absorbujące, jeśli chodzi o karmienie piersią również będą stosowały takie emocjonalne „wyciszacze” jak np. ssanie palca.
Takie „prezenty” dla małych dzieci jak:
- noszenie;
- karmienie piersią;
- masaż,
to zwyczajne stymulatory rozwoju, dające dziecku siłę i napęd do rozwoju.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że dla małego dziecka duża dawka dotyku, kontaktu fizycznego to:
- lepsze przybieranie na wadze;
- większa aktywność dziecka;
- zmniejszenie w organizmie dziecka poziomu hormonów stresu;
- lepsze wyniki w ocenach psychologicznych;
- lepszy stan zdrowia, krótsze hospitalizacje.
Jak wszystko w życiu, dotyk nie może być mechaniczny, bo w gruncie rzeczy nie jesteśmy zwierzętami. Jeśli będziemy nosić, masować mechanicznie, dziecko prędzej czy później to odkryje. Dotyk potrzebuje więc miłości i serca, żeby był przynoszący owoce i miły dla drugiego człowieka.
Z powodu dotyku ciało-do-ciała również karmienie piersią ma tak terapeutyczne działanie: dziecko syci się wówczas nie tylko mlekiem matki, ale również jej bliskością i przytuleniem. Często matki karmiące butelką zastrzegają się, że mimo tego sztucznego karmienia dostarczają dziecku równie dużo przytulenia. Jednak o ile zdarzało mi się nie raz widzieć dziecko karmione butelką: leżące samo w wózeczku, siedzące samo, chodzące, to nigdy nie widziałam jeszcze dziecka karmionego piersią, które nie byłoby przytulone do swojej mamy. I ta różnica ma kapitalne znaczenie .
Obecnie psycholodzy zachęcają, by nawet z nastolatkiem nie tracić kontaktu fizycznego, że potrzebuje on i przytulenia, i poklepania. Jeśli jednak tego kontaktu bliskości i wcześniej nie było, to raczej nie pojawi się on dopiero w wieku nastu lat. Nastolatek potrzebuje już z całą pewnością wyraźnie się oddzielać od rodziców, jednak bliska więź z nim, nić porozumienia mająca i jakiś delikatny wymiar fizyczny pozwala, by robił to w bezpieczny dla siebie sposób.
10 sierpień
Od kiedy warto kochać dziecko?
- Czy wówczas dopiero, gdy się urodzi i możemy je sami zobaczyć?
- Czy może wtedy, kiedy na obrazie monitora ultrasonografu je zobaczymy i wzruszymy się tym widokiem?
- A może wówczas, kiedy dziecko skończy jakiś etap rozwoju: zarodkowy albo przedszkolny, albo płodowy bądź niemowlęcy?
- Czy wtedy warto kochać dziecko, gdy już jesteśmy spokojniejsi o jego życie i zdrowie, gdy jego wygląd, zachowanie bardziej nam odpowiada?
- A może wtedy dopiero warto kochać swoje dziecko, kiedy udaje nam się ucieszyć z niego?
Niektórzy mówią, że zarodek to jeszcze nie dziecko, ale inni mówią, że pijak/złodziej (itp. etykietki) to też nie człowiek, tylko świnia. Z tymże o ile ci drudzy sobie w jakiejś mierze zasługują na to miano odczłowieczone, o tyle dziecko poczęte w swej bezbronności, kruchości nikogo nie krzywdzi, nie rani, a człowiekiem jest na równi z każdym z nas. Tylko bardziej zależnym, a więc domagającym się tym więcej troski i delikatności.
Dla kochającego rodzica nie jest powodem do wymigiwania się od miłości wiek dziecka ani jego wygląd, ani stan zdrowia, ani własny brak entuzjazmu. To brak miłości sprawia, że w poczętym dziecku nie chcemy widzieć człowieka, zwalniamy się z ludzkiego traktowania własnego dziecka.
„Ukochałem Cię odwieczną miłością”- mówi Pan Bóg poprzez Biblię i zwyczajnie uczy mnie w ten sposób od kiedy warto kochać. Warto kochać od poczęcia, a nawet już wcześniej być otwartym na wymagającą Miłość i uczyć się od niej.
|