Zwykłe dziecko

W oczach dzieci jest coś niezwykłego. Radość, z jaką wita każdego mój 3-miesięczny synek jest tak pełna słodyczy, że otwiera serce szeroko.

„Ziemia jest pełna nieba,

A każdy zwykły krzew płonie Bogiem,

Ale tylko ci, którzy widzą, zdejmują sandały” E.B. Browning (tłum. Szymik)

 



Noszenie-dziwienie

Całkiem niechcący budzę u ludzi mieszane uczucia.

Spaceruję sobie na przykład po jurze krakowsko-częstochowskiej, jej cudnych skałkach, ostańcach, zamkach i jaskiniach. Ignasia w chuście niosę na przemian z mężem. Śpi sobie błogo ukryty w połach chusty. Po dwóch sekundach od założenia mu na głowę chusty już młodzieniec drzemie. No i spotykamy się z pytaniami: „Czy się nie udusi?”, „Czy mu nie za gorąco?”, „Czy oddycha?” A w pewnym momencie nawet słyszę oburzone pouczenie: „Ależ dziecko powinno spać w wózku!”

Powinno? Dlaczego  powinno? Czy nosząc je przez 9 miesięcy ciąży przyzwyczaiłam je do spania w wózku czy w swojej bliskości?

Właściwie to nie powinnam się dziwić tym pytaniom, sugestiom. Pokolenie naszych mam było uczone opieki „na dystans”: oddzielania tuż po narodzinach, karmienia z butelki, przetrzymywania w wózku, łóżeczku pomimo płaczu dziecka, nie brania na ręce, bo się przyzwyczai.

Jednak ta sugestia: „Czy się nie udusi?” jest okropna. Tak jakby nosząc własne dziecko szkodziło mu się. Nic bardziej mylnego: dziecko w tym okresie potrzebuje bardzo noszenia jak nigdy później. Jeśli teraz nie będziemy nosić, bujać, tulić, kołysać, to potem mamy większą szansę na rehabilitowanie, terapie integracji sensorycznej, nadpobudliwość itp.



Karmienie piersią przegrywa, bo dziecko dorasta

To czego najczęściej brakuje nam mamom karmiącym piersią to pewności siebie, ale też wiary we własne dziecko. Tej pewności, która pozwala w dobrym nastroju karmić, cieszyć się ze swojej laktacji, swojego dziecka, uznawać to karmienie za zwyczajną, ale zarazem bardzo pozytywną część swojego macierzyństwa . Tej wiary, która widzi we własnym dziecku zdolność do dojrzewania, do dorastania, do wybierania tego, co dla niego dobre, która wie, że pewnego dnia dziecko zrezygnuje ze ssania, bo nauczy się radzić sobie pod każdym względem bez niego, bardziej dojrzale.
Mam w domu dwa chodzące przykłady jak zmniejsza się znaczenie karmienia piersią w życiu dziecka, jak dziecko wyrasta z niego. Już po raz drugi tego doświadczam i jest to bardzo pozytywne doświadczenie. Ssanie samo się ogranicza, bo dziecko dojrzewa i stopniowo mniej potrzebuje mleka, ale też mniej potrzebuje bliskości fizycznej okazywanej w taki akurat sposób.
No i karmienie piersią przegrywa w konkurencji ze:

  • spaniem z bratem na piętrowym łóżku;
  • spaniem z siostrą w przyczepie kempingowej;
  • z absorbującą zabawą;
  • z bieganiem po dworze i wymyślaniem tysiąca zabaw z kolegami i koleżankami;
  • z letnimi atrakcjami;
  • z całuskami, przytulaskami do mamy, do bliskich i zapewnieniami o miłości;
  • ze zdolnością samodzielnego zasypiania, zasypiania z tatą bądź babcią albo dziadkiem;
  • z radością, jaką odczuwa dziecko rozwijając się, z radością, jaką mają z tego powodu rodzice.

Obserwuję, że moje starsze dzieci mają bardzo pozytywny stosunek do karmienia piersią, pomimo zakończenia tego procederu dawno dawno temu. I właściwie dlaczego miałoby być inaczej?
Czy nie będzie dobrze, gdy dziewczynki wyrosną na kobiety zdolne do karmienia piersią, zadowolone z niego matki pozbawione kompleksów, doceniające ten aspekt macierzyństwa? Czy chłopaki nie mają wyrosnąć na mężów wspierających swoje żony w wykarmieniu własnych dzieci, rozumiejących znaczenie i wartość tego etapu życia dziecka?
Może i dlatego warto by zakończenie karmienia piersią, jeśli to tylko możliwe, odbywało się w zgodzie z własnym dzieckiem bez deprecjonowania karmienia piersią, bez zawstydzania czy wprowadzania w błąd dziecka.
Zastanawiam się, na ile negatywny obraz mleka matki oraz karmienia piersią pozostawiają w psychice dziecka tego typu metody np.: smarowanie czymś obrzydliwym piersi („gorzki paluszek”, musztarda itp.).
Na ile pozostaje w jego umyśle obraz ssania jako czegoś niewłaściwego, gdy jest zawstydzane, poniżane, zniechęcane z jego powodu: „taki duży, a jeszcze ssie, wstyd”, „dzidziuś jesteś, że jeszcze ssiesz”.?

Dzisiaj znalazłam następujący tekst o karmieniu piersią w Mongolii:

to się nazywa karmienie bez kompleksów!

Tutaj tłumaczenie:

część I

część II

I choć nie jestem miłośniczką zatykania dziecka piersią za każdym razem: i wtedy, gdy chce mu się jeść, i wtedy, gdy chce mu się odbić, i gdy się żali z jakiegoś powodu, to docenienie naturalnego karmienia w Mongolii godne jest pozazdroszczenia.

Ten fragment końcowy wydał mi się szczególnie interesujący:

„W Ameryce Północnej tak bardzo cenimy sobie niezależność, że jest ona we wszystkim, co robimy. Cały czas mówi się o tym, co twoje dziecko już je, jak ograniczyć mu ssanie piersi. Nawet jeśli to nie ty zadajesz te pytania, trudno jest uciec od ich wpływu. Sprzedaje się tak wiele przedmiotów zaprojektowanych po to, by pomóć dziecku zająć się sobą i żeby potrzebowało Cię mniej, że przekaz jest dość jasny. Ale w Mongolii karmienia piersią nie postrzega się w kategoriach zależności, a odstawienia jako jej końca. Oni wiedzą, że dzieci i tak dorosną – w rzeczywistości przeciętny mongolski pięciolatek jest znacznie bardziej samodzielny niż jego zachodni rówieśnik, karmiony piersią czy też nie. Nie ma żadnego pośpiechu w odstawianiu dzieci od piersi.”

I nasuwa mi się pytanie: czy damy sobie tyle wolności, by okazać cierpliwość i dziecku, i sobie w tej wspólnej mlecznej drodze? Polecam, bo warto to przeżyć.

Bardzo rozsądny wyważony głos Moniki Staszewskiej znanej i kochanej przez młode mamy konsultantki laktacyjnej i położnej:

Jak długo warto karmić piersią?



Oczyszczenie? Ale jakie?

Pan Bóg nas powołał, żebyśmy były matkami naszych dzieci. Więc trzeba prosić z wiarą, by uczył nas opiekować się mądrze dziećmi, wychowywać je na świętych ludzi. Skoro sam przeznaczył nam takie zadanie, to i zechce nas wyposażyć odpowiednio do wykonania takiego zadania. Jeśli będziemy prosić- z wiarą koniecznie.

Mi się nie udaje wychowywać dobrze dzieci, ciągle robię coś nie tak, dlatego bardzo potrzebuję prosić stale i świętych, i Aniołów, by wspierali mnie w tym wychowaniu. Dlatego koniecznie zabiegać muszę o Ducha Świętego, by dodawał mi mądrości, bo sama to raczej głupia jestem.

I w leczeniu swoich dzieci trzeba prosić o Ducha Świętego. Też to robię, bo łatwo się gubię w tym wszystkim. Po pierwsze widzę, że trzeba kierować się w tym rozumem- to taki zwykły dar od Pana Boga, ale każdemu potrzebny. Skoro więc np. homeopatia nie ma żadnych niezależnych badań wskazujących na jej działanie, to nie ruszamy jej. Podejrzana jest i tyle. Nawet niekoniecznie zaraz podejrzana o jakieś czary-mary, ale o to, że sprzedają nam bardzo drogo „wielkie nic”. No to ja wolę sobie wody z jeziora nabrać- tańsza.

Ale za to wielką tradycję i swoistą renomę ma leczenie zielarskie mnichów.

Ich produkty stosowane rozumnie są na pewno i duchowo, i zdrowotnie bezpieczniejsze.

Np.: benedyktyni.

Mam nieodparte wrażenie, że im mniej o duchową czystość się zabiega, im mniej kocha się sakrament pokuty i pojednania, tym bardziej trąbi o „oczyszczaniu organizmu”. Tworzy jakąś wizję super oczyszczonego organizmu. A i owszem pewne oczyszczanie jest bardzo potrzebne, np. ze złogów cholesterolu w chorobie wieńcowej, z kamieni w kamicy nerkowej itd. Jednak nie będziemy w stanie przy pomocy jakiejś kuracji choćby nie wiem jak dobrej, dopasowanej do nas, naturalnej czy jeszcze innej doprowadzić do stanu zdrowia >na zawsze<, >idealnego<. Tu na ziemi mamy tylko tymczasowość kuracji.

Warto oczyszczać swoje nerki, tętnice, serce, wątrobę, ale jeszcze bardziej swoją duszę w szczerej rozmowie z Bogiem. Warto uczyć oczyszczających nawyków swoje dziecko, ale jeszcze bardziej warto mu pokazać Stwórcę wszelkiego oczyszczenia.

Zauważam, że jestem człowiekiem całkiem zanurzonym w ten świat: i łatwiej mi myśleć i starać się o to oczyszczenie wyłącznie tymczasowe, organiczne przynoszące krótkotrwałą ulgę niż to, które sięga wieczności i sięga ducha.

Ale jednak zaczynać trzeba od tego spotkania, które oczyszcza, bo Bóg przechodzi ze swoją mocą. „Szukajcie wpierw królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam dane”.

Czy ktoś jadł porzeczki z wierzby? Polecam. Jadłam ja i moje dzieciaki. Zamieszczę niedługo zdjęcia. Pan Bóg jest naprawdę wielki 🙂 I to w takiej małej zwykłej wioseczce się dzieje. Należy oczekiwać wielkich rzeczy od Pana Boga- dlaczego mielibyśmy Go ograniczać do swych małych próśb? I w małych, i w wielkich rzeczach chce przychodzić z mocą. Tylko czy czekamy na Niego? Oczekujemy od niego wiele?

Niedawno przeczytałam „Uwierzcie w koniec świata” ojca Badeniego- polecam gorąco. Pewna znajoma powiedziała mi, że nie chce jej ode mnie pożyczyć, bo jest sto straszna książka. Straszna?- zastanowiłam się. Może i tak. Na tyle, na ile straszna jest miłość i sprawiedliwość Boża. To dopiero będzie oczyszczenie 🙂 Dlatego modlitwa „marana tha” (przyjdź, Panie Jezu), stale aktualna.



Niemowlę też człowiek

U początku życia człowiek jest dzieckiem. Najpierw niewidocznym ukrytym głęboko we wnętrzu swojej mamy. Potem jest noworodkiem. Wyrasta z noworodka i staje się niemowlęciem. Od urodzenia zdrowe dziecko posiada zdolność nawiązania łączności emocjonalnej ze swoimi rodzicami, ma żywą, rozwijającą się w zawrotnym tempie mimikę. Zdolność naśladowania ekspresji twarzy rodzica. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książeczki „Twoje zadziwiające maleństwo”, gdzie zilustrowane jest to serią zdjęć.

Żadnego rodzica chyba nie trzeba o tym przekonywać- patrzenie na własne dziecko jest fascynujące, ponieważ od urodzenia jego reakcje są tak zróżnicowane, interesujące, podtrzymujące kontakt.

Uwielbiam obserwować maleńkie dzieci w ich wyrażaniu siebie, w ich porozumiewaniu się z rodzicami. Czasami też zdarza mi się widzieć, że w tej komunikacji już w tak wczesnym okresie zgrzyta: dziecko przekazuje jedno, a rodzic tak zafiksowany jest swoim widzeniem świata, że nie przyjmuje za dobrą monetę odczuć dziecka.

Czasami mamy tak są skupione są na karmieniu piersią bądź na innym aspekcie opieki, że mają ogromną trudność z odczytaniem sygnału wysyłanego przez dziecko: „Nie chcę jeść!” lub „Przestań! Nie potrzebuję tego!”  Już noworodek potrafi odpychać się od piersi, krzywić, gdy się go przystawia do niej, wypychać ją językiem, w inny sposób okazywać swoje niezadowolenie, że jest się niezrozumianym. Czasami w tą grę między dzieckiem a mamą jestem wmieszana z tej racji, że się mnie zaprasza do pomocy jako konsultantkę. Żebym uczyła karmić piersią.

Niekiedy widzę wyraźnie, że dziecku chce się odbić: wykrzywia się, niepokoi, pręży jakby samo chciało się podnieść, odwrócić, a jestem poproszona o pomoc w przystawieniu do piersi. I niełatwą mam wówczas rolę, żeby przekazać, że nie zawsze, gdy dziecko płacze, chce ssać. Przystawianie dziecka do piersi, gdy chce mu się odbić albo coś mu dokucza bywa siłowaniem się z nim. Nie warto tego robić.

Próbuję więc odczekać, zaproponować podniesienie, opukanie delikatne plecków, ew. położenie na brzuszku do odbicia, przyjrzenie się dziecku.

Gdy dziecko z bólem w głosie płacze, mogę zaproponować chwyt antykolkowy, ponoszenie maleństwa, ułożenie w pozycji fasolki.

Karmienie wówczas nie wychodzi, bo ma nie wyjść. Kiedy dziecku chce się ulać, ono się broni przed nakarmieniem, bo mu niedobrze. Też bym się broniła przed zjedzeniem kolejnych kęsów, gdyby jedzenie podchodziło mi pod gardło. Moją rolą więc będzie próba przedstawienia młodej mamie różnorodności potrzeb dziecka, że nie na każde kwilenie musowo przystawiać do piersi, sposoby radzenia sobie z różnymi płaczami, uwrażliwienie na odczytywanie tych płaczów. Często przeszkadza mamom w dobrym odbiorze rodzaju płaczu dziecka jej stres, jej obawa przed tym płaczem, a nawet przed niepokojami dziecka, przed byciem spostrzeganą jako zła matka. Więc jak najszybciej zestresowana mama stara się „zatkać” piersią kochane usteczka, żeby nie kwiliły tak dotkliwie, nie jęczały, nie krzyczały. Pierś staje się więc swego rodzaju tłumikiem. A płacz zamiast się uspokoić, staje się jeszcze większy po oderwaniu się dziecka od piersi.

Owszem większość dzieci potrzebuje być karmiona piersią często i zwłaszcza w okresie nadprodukcji (zwłaszcza nawału) mama może zaproponować possanie również według własnych potrzeb. Jednak żadne z dzieci nie potrzebuje stale wypijać kolejnej porcji mleka w momentach, kiedy to mleko podchodzi mu pod gardło np. na skutek połkniętego powietrza. W sytuacji, kiedy boli je coś, też niekoniecznie musi chcieć się pocieszać jedzeniem, czasami przyjemniejsze będzie utulenie, noszenie, masowanie.

Rodzice nierzadko potrzebują przepracować własne uczucia rodzące się, gdy dziecko płacze. Dlaczego się boją płaczu własnego dziecka? Co im ten płacz przypomina? Czy czują się mu winni i dlaczego? Co chcą udowodnić swoim zachowaniem?

Płacz dziecka nie jest przeciwko rodzicom- nie warto wchodzić w spiralę walki z własnym potomstwem.

Płaczu malucha bać się nie trzeba, ale nie trzeba też dziecka do niego doprowadzać. Najczęściej noworodki pod względem karmienia są kulturalnymi osobami. Głodne, zanim zaczną płakać najpierw szukają (odruch szukania), kręcą głową na boki, mlaskają, wkładają piąstki do buzi. Wówczas najłatwiej je przystawić do piersi- gdy są jeszcze spokojne. Gdy ulewa im się, odbija- zachowują się nieco podobnie, ale z większym niepokojem. Kiedy mleko podchodzi pod gardło, nic dziwnego, że zaczynają intensywnie je przełykać, mlaskać, ale jest to nieprzyjemne, więc często pojawia się oprócz tego krzyk, niepokój, prężenie ciała. Tego prężenia i niepokoju nie ma, gdy dziecko jest głodne.

Współczuję serdecznie współczesnym mamom, bo nie dość, że wsparcie w karmieniu piersią bywa mizerne, to jeszcze rady udzielane ad hoc nieadekwatne. Matka zamiast skupić się na potrzebach swojego malucha, wysłuchuje wątpliwości innych co do jej własnego karmienia. I jak tu nie popaść w jeszcze większe wątpliwości!

Dzieci, których mamy mają za szybki wypływ z piersi płaczą często podczas karmienia lub po karmieniu: a dotyczy to większości kobiet z naszej populacji. Jak łatwo dać sobie wówczas wmówić, że to z powodu, że dziecko się nie najada, że ma się zły pokarm, że zjadło się coś niewłaściwego. Zwłaszcza gdy brakuje nam akceptacji i cierpliwości dla tego typu zachowań dziecka. A są one normalne. Owszem można starać się pomagać dziecku, łagodzić tego typu sensacje: podnosić nawet kilkakrotnie po jedzeniu (lub w trakcie jedzenia) do odbicia, karmić pod górkę (dziecko wyżej od piersi- duże podparcie pod plecy), karmić często i krótko zamiast długo i w odległych odstępach czasowych, odciągać przed karmieniem odrobinę pokarmu, żeby piersi nie były zbytnio przepełnione. Jednak stosowanie nawet licznych sposobów pomagania sobie i dziecku nie sprawi, że dziecko w ogóle nie będzie płakać. Dziecko zwyczajnie ma prawo płakać, bo jest niedojrzałe, nie umie w inny sposób wyrażać swoich uczuć. Tak jak my mamy prawo przeżywać trudne uczucia, bo ten świat jest niedoskonały, grzeszny.

Uczenie się komunikacji z własnym maleństwem to niekiedy długa droga, czasem niełatwa, ale jakże fascynująca.

Dla początkujących w karmieniu piersią proponuję więc wsparcie Matki Bożej Karmiącej 🙂 To bardzo konkretne, cierpliwe wsparcie. No i nie do pogardzenia będzie ludzkie wsparcie: warto o nie prosić i samej go udzielać.



Uśmiech

Czyż nie jest najpiękniejszym wynalazkiem Boga uśmiech dziecka?

I USG, i mikrokamery rejestrują, że już dziecko pod sercem mamy uśmiecha się.

Ledwo się rodzi- już się uśmiecha. Samo dobro i słodycz zawarta w tym uśmiechu. Często przez sen, najpierw gdzieś w przestrzeń skierowany uśmiech, później w stronę ludzi. W moich okolicach mówi się, że dziecko najpierw uśmiecha się do aniołków zanim zacznie uśmiechać się do rodziców.

Czy to może być prawda? Szkiełko i oko mędrca powie, że to mimowolny skurcz mięśni bądź nieświadoma reakcja fizjologiczna. Ale dlaczego w tym uśmiechu ma nie być widać przezroczystej duszy dziecka? Skąd możemy wiedzieć, że ten uśmiech nie jest skierowany w stronę duchową, do Stworzyciela spod ręki którego dopiero co wyszedł młody człowiek?

 

Gdy widzę, ile bezbronności, łagodności i czułości kryje się w oczach dziecka, nie dziwię się, że Zbawiciel stał się dzieckiem.



Dla Niego nie ma nic niemożliwego

Jeśli jesteś zraniona przez to, co Cię spotkało w szpitalu z rąk lekarzy, położnych, a jesteś chrześcijanką- trzeba się za nich modlić.

My nie jesteśmy dobrymi sędziami dla innych ludzi. Łatwiej przebaczyć, jeśli się wstawiamy u Pana Boga za tymi, którzy nam wyrządzają krzywdę.

A na porodówkach, na położnictwie wiele bólu cierpią rodzące matki, ich dzieci. Nie tylko tego bólu fizjologicznego, ale bólu nieuzasadnionego, dodanego procedurami, niepotrzebnymi ingerencjami, również bólu psychicznego. Ból arogancji, bezduszności, ignorancji, samotności.

Jeśli chcemy, żeby zmieniło się w naszych szpitalach, trzeba się modlić dla nas o mądrość, odwagę, a dla lekarzy, położnych o przebaczenie ich grzechów, o ich nawrócenie.

Jeśli jesteśmy przez nich poranione, a modlimy się z wiarą, to taka modlitwa ma wielką moc. Moc zmieniania serc.

„Szukajcie, a znajdziecie. Kołaczcie, a otworzą wam.”

Jeśli szukamy w Bogu, znajdziemy na pewno rozwiązanie, pomoc. Wystarczy ufać Mu. I kochać Go.

„Serce Jezusa hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają!”

 



Ratujmy maluchy

Pani minister oświaty wymyśliła sobie, że dobrym rozwiązaniem dla polepszenia stanu szkolnictwa będzie wysłanie już 5-latków do do zerówki, a 6-latków do pierwszej klasy. To nic, że polskie szkoły wcale się do tej zmiany nie przystosowały, ani zewnętrznie (przystosowanie klas), ani merytorycznie (szkolenie dla nauczycieli, program nauczania). To nic, że i młodzi uczniowie jakoś nie zaczęli wcześniej dojrzewać emocjonalnie. „Marsz do szkoły”- brzmi przekaz pani minister- „jakoś to będzie”.

Dlatego to właśnie rodzice zaprotestowali przeciwko „takiej” reformie, która jest wbrew interesom ich dzieci. Kto chce się dołączyć do akcji?

Ten niech zapozna się z nią i włączy:

Ratuj maluchy

My już zebraliśmy 27 podpisów 🙂

 



Spojrzenie…

Przytoczono mi dzisiaj fragment do zastanowienia:

„A Pan odwrócił się i spojrzał na Piotra. Przypomniał sobie Piotr słowo Pana, gdy mu powiedział: >Dzisiaj, nim kogut zapieje, trzy razy się mnie wyprzesz.< Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.” Łk 22, 61-62

Jak ważne jest spojrzenie, które kieruje na nas Bóg! Przyjść bliżej Niego, żeby mógł na nas patrzeć, żebyśmy mieli szansę nawrócenia.

Ale są różne spojrzenia: spojrzenie pełne miłości, czułości, oczekiwania, troski. Ale może też być spojrzenie pełne pogardy, niechęci, wściekłości, wyższości. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Nad czym więc trzeba pracować przede wszystkim? Nad tymi zwierciadłami czy za tym, co stoi głębiej, nad własnym sercem,? Pracować trzeba przede wszystkim nad swoim wnętrzem, żeby miało miłość, a wtedy i spojrzenie będzie czyste.

Cudowne przemieniające spojrzenie Jezusa, a równocześnie jego ostrzeżenie przed spojrzeniem: „A kto by pożądliwie spojrzał na niewiastę…” A więc Pan Jezus nie tylko w tym momencie nie zachęca do spoglądania, ale wręcz przestrzega przed nim. O ile lepiej w tym momencie odwrócić wzrok, spuścić go. I nie po to, żeby być ślepcem, ale po to, by oczyścić swój wzrok, żeby zatopić we wnętrze, które jest świątynią Ducha Świętego. Żeby odnaleźć spojrzenie dziecka Bożego.

Samo spojrzenie, choćby najbardziej otwarta skuteczna komunikacja nie wystarczy, gdy brakuje nam miłości.

Czy więc mamy uczyć naszych synów i córki, żeby zawsze spoglądać innym w oczy? Niekoniecznie. Ale koniecznie, żeby zawsze spoglądać na innych z miłością. A wzrok odwracać, spuszczać też się trzeba nauczyć.



Leczenie dzieci

Bardzo dużo zawdzięczam mojej kochanej domowej położnej. Nie tylko wsparcie i pomoc w czasie porodów, ale też naukę opieki nad moimi zdrowymi, ale też chorymi dziećmi.

To moja kochana Zosia półrocznemu Danielkowi ciągle kaszlącemu postawiła po raz pierwszy bańki (można od wagi 7 kg), ośmieliła do obserwowania własnego dziecka, masowania, nacierania, oklepywania, robienia okładów, inhalacji, korzystania z ziół. Ale przede wszystkim do brania odpowiedzialności za własne dziecko i korzystania z rozumu podczas leczenia go.

To dzięki licznym rozmowom z nią zaczęłam się zastanawiać:

  • Dlaczego lekarze we wszystkich chorobach przebiegających z gorączką, bólem zalecają leki z paracetamolem (itd.) obniżające gorączkę, podczas gdy w każdym niemal podręczniku pediatrii można przeczytać jak to efektywnie organizm dziecka walczy z drobnoustrojami podczas podwyższonej temperatury?
  • Dlaczego większość lekarzy stało się „lekozapisywaczami” podczas gdy chorujące dziecko nierzadko bardziej niż leków potrzebuje obecności i wsparcia rodziców, kontaktu fizycznego,  przytulenia, ale też np. masażu, oklepywań?
  • Dlaczego lekarze są tak bardzo skłonni zapisywać antybiotyki podczas gdy większość pospolitych przeziębień, katarków jest natury wirusowej?
  • Dlaczego z wizyty lekarskiej wychodzi się ze spisem leków, najczęściej do wypicia/zjedzenia podczas gdy zaniedbuje się inhalacje, nacierania, masaże, okłady, dietę?
  • Dlaczego większość lekarzy woli zapisywać leki chemiczne podczas gdy jest tak duża grupa leków pochodzenia naturalnego (zioła, przyprawy, warzywa, owoce itd.)? Podczas gdy mamy wspaniałą tradycję benedyktyńską, bonifratrów itd.?

Piękne kobietki :)

Żeby nie wynikało stąd, że jestem jakoś szczególnie uprzedzona do lekarzy, muszę jednak dodać, że i od paru z nich nauczyłam się jednak pewnych cennych rzeczy, m.in.:

  • że w zapaleniu oskrzeli można postawić bańki zamiast antybiotyku;
  • że ważne jest oklepywanie dziecka, gdy kaszle, bo do 5-6 nawet lat kaszel jest jeszcze nieefektywny;
  • że na poprawę odporności można wyjechać z dzieckiem np. nad morze, a nie eksperymentować na nim z kolejnymi lekami;
  • że i w aptece można czasem znaleźć jakiś ziołowy odpowiednik chemicznego leku, np. w sytuacji gorączki, przeziębienia Pyrosal (ziołowy) zamiast paracetamolu, perełki czosnkowe zamiast antybiotyku.

Pierwszą książkę o domowym leczeniu pożyczyłam właśnie od Zosi. No i tak się zaczęło. Osobiście nie polecam domowych metod leczenia tym, którzy nie mają czasu obserwować własnego dziecka, być z nim i przy nim, tym, którzy nie chcą cierpliwości, bo zadowalają się szybkością i łatwością podania gotowców.

Słuchałam swego czasu wykładu pewnej lekarki, która mówiła o tym, że polscy rodzice niejednokrotnie za bardzo się śpieszą z umawianiem wizyt u lekarza zamiast poobserwować swoje dziecko, jego objawy chorobowe. Choroba częściej pełnię objawów przejawia dopiero począwszy od trzeciego dnia. Idąc więc pierwszego dnia do lekarza, może on łatwo popełnić błąd w diagnozie, nie jest w stanie powiedzieć nic pewnego o chorobie dziecka oprócz przepisania „uniwersalnych” leków, które działają jedynie objawowo.

Domowe sposoby leczenia pospolitych chorób mają wiele ograniczeń, podobnie zresztą jak te lekarskie. Z zapartym tchem słuchałam ostatnio historii Ani, która intuicyjnie wyczuła, że nie może czekać w domu, ani nawet na wizytę lekarską, a w te pędy gnać do szpitala. Nie myliła się.  Czasem i tak się zdarza. Dobrze nie stracić tej wrażliwości, nie unikać za wszelką cenę medycznego wsparcia, a rozsądnie z niego korzystać.

Przepis na kiszony czosnek:

obrane, przekrojone ząbki czosnku zalewamy kwasem z ogórków kiszonych i odstawiamy na kilka dni. Dzieci lubią pić tą miksturę, gdy jeszcze zbyt mocno nie naciągnie, a więc za wiele dni nie stoi :o)

Polecam w/w na różne wirusówki: przeziębienie, grypę, opryszczkę, ospę wietrzną. Robaki też nie lubią czosnku.

 

Są i tacy dziecięcy lekarze. Leczą głównie zabawą.

Po-zdrawiam Was serdecznie!

Czyżbym nauczyła się wklejać zdjęcia 😉