Najlepsze przywitanie dziecka

Każde dziecko chce być serdecznie przywitane. To maleńkie oczekujące utulenia, akceptacji. I to wracające ze szkoły potrzebuje rodzinnego ciepła, życzliwości, przyjęcia, a niekoniecznie od razu zaatakowania pytaniami o stopnie, klasówki itp.

I to rodzące maleństwo chce być przyjęte przez ciepłe kochające ręce rodziców, przez ich otwarte serce. Co jest najważniejsze w tym przywitaniu? Dobre samopoczucie matki lub dziecka? Szybki pierwszy niezakłócony kontakt?

Bardzo ważne to rzeczy, warto się o nie starać, ale nie zawsze tylko od nas zależą. Często personel medyczny wkracza tu z całym swym „bogactwem” oferty. To, co oferuje niezwykle ważne dla dzieci z zaburzeniami, chorymi, bardzo słabymi. W przypadku dzieciaczków zdrowych te medyczne zabiegi na „dzień dobry” nie tylko nie są specjalnie potrzebne, ale czasami są szkodliwe.

Ale jest coś, co może podarować każdy rodzic nowo narodzonemu dziecku oraz temu starszemu.

„…błogosławcie. Do tego bowiem jesteście powołani, abyście odziedziczyli błogosławieństwo.” 1P 3,9

Myślę, że tego rodzicielskiego błogosławieństwa nic nie jest w stanie zastąpić. I jest ono najlepszym przywitaniem i nowo poczętego człowieka, i tego, co dopiero się urodził, i tego, co to pierwszy raz do przedszkola czy szkoły. I na co dzień. To szczególne powołanie rodziców, żeby błogosławić swoje dzieci, co oznacza otwarcie się na szczęście, jakiego źródłem może być tylko Pan Bóg w swojej wielkiej miłości: szczęścia, którego nic ani nikt nie będzie w stanie zabrać naszym dzieciom.

To błogosławienie własnego dziecka to otwarcie własnego serca na jego wzrost, bo rodzicielskie błogosławieństwem nigdy nie jest tylko błogosławieństwem rodzicielskim, ale zawsze też Rodzicielskim przez duże R.



Otwarte drzwi

Przygnębiające wrażenie robią zawsze na mnie kościoły, gdzie drzwi są zamknięte na cztery spusty. Nie są one obrazem Boga, który zawsze czeka, zawsze tęskni za mną i za Tobą. Zawsze ma otwarte Serce.

Póki dzieci są małe są jak świątynie z otwartymi drzwiami: przyjmują, zapraszają. Będąc stworzone na obraz Boży są otwarte. Od rodziców chętnie czerpią ich obecność, wartości którymi ci żyją. Domagają się tej obecności, nawet głęboko zranione długo pozostawiają swoje serce szeroko otwarte, tak spragnione miłości, że aż bezbronne.

W drodze do klubu przedszkolaka Tosieńka zauważyła dzisiaj: „Ile gwiazdek się ukryło dziś w śniegu” skąpanym w słońcu. Chłonęła ten cud przyrody, zatrzymała się nad nim pogodnie nie śpiesząc się. Otwierała swoje oczy na to przechodzące obok nas piękno, ale mam wrażenie jakby i jej dusza kąpała się w tym słońcu. Tak niewiele często wystarcza dziecku: chwila zatrzymania się.

Bliskość, która patrzy z zachwytem na tego, którego kocha 🙂



Nie tylko nogą zamiata

Z przedszkola z zamierzchłych jeszcze czasów: „Agata nogą zamiata”- wołały dzieciaki. Wspomnienie świętej Agaty przypadało na 5 lutego.

Święta Agata nie obrazi się za to przypomnienie dziecinnej wyliczanki. W sumie dopiero niedawno, bo parę lat temu dowiedziałam się, że jest to patronka matek karmiących piersią. Męczennica, której przed śmiercią zadano potworną torturę: obcięcie piersi.

Dlaczego taka święta została uznana za patronkę matek karmiących? To trochę paradoksalny wybór.

Właściwie karmienie piersią jest czynnością, do której nie należałoby się przywiązywać: nawet jeśli jakaś mama karmi kilka lat, to dziecko prędzej czy później maluch wyrasta z tego procederu. Taki dar Boży na ten niedługi okres czasu, kiedy dziecko ma jeszcze niedojrzały przewód pokarmowy (przynajmniej pierwsze dwa lata), odporność dopiero rozwija się,  jest niedojrzałe emocjonalnie.

W klimatach naszej kultury często żeby karmić piersią trzeba się zwłaszcza na początku wiele nauczyć, wiele przeszkód, trudności pokonać- niejednokrotnie nie jest to proste i oczywiste: i w swoich początkach, i gdy ma się ku końcowi.

Dobrze zachować wówczas właściwą perspektywę: jest to wspaniały dar od Stwórcy, którym możemy się (zazwyczaj) podzielić z własnymi dziećmi, ale dar chwilowy, bardzo przemijający, podarowany tylko na pewien czas. Taka perspektywa pomaga i znosić początkowe perypetie laktacyjne oraz zachować cierpliwość na koniec karmienia, kiedy czasem się mamom wydaje, że temu ssaniu dziecka nie będzie końca. Nic bardziej błędnego. Cierpliwość mamy, jej pewność siebie jako matki oraz tego końca i dzielenie się tą pewnością z dzieckiem tylko może pomóc mu dorosnąć do uniezależnienia się od tego pokarmu, ale też tej bliskości.

Święta Agata oddała swoje życie, swoje ciało Zbawicielowi. My matki karmiąc swoje dzieci też oddajemy im swoje życie, swoje ciało. „Co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, nieście uczynili”- mówi Jezus i to nadaje również perspektywę naszemu macierzyństwu, może pomagać pamiętać o godności dzieci, o podobieństwie ukrytym w ich sercu, duszy do samego Stwórcy Wszechrzeczy.



Cesarka a naturalny poród- co kto woli?

Dlaczego jest tak wiele cesarek we współczesnym położnictwie? W niektórych rejonach świata odsetek ten sięga nawet 80% (Sao Paulo).

Generalizując pozycję Michela Odent „Cesarskie cięcie a poród naturalny” dzieje się to m.in. z powodu niezrozumienia potrzeb rodzącej fizjologicznie matki oraz z powodu wzrastającego bezpieczeństwa operacji cesarskiego cięcia, które staje się zabiegiem coraz mniej uszkadzającym, coraz mniej inwazyjnym (np. długie rozcinanie zastępuje się rozciąganiem, odciąganiem tkanek, mniej zszywania, mniejsza utrata krwi itd.).

Z jednej strony więc jego pozycja w pewien sposób oddramatyzowuje cesarkę: operacja ta stała się na tyle prosta, kilka ulepszeń przyniosło tak dobre rezultaty, że ryzyko tej operacji nie musi nam się śnić po nocach. W rzeczywistości w rozwiniętych krajach jest ono bardzo niewielkie.

Michel Odent nie byłby jednak sobą, gdyby nie zauważył jak ważne jest w porodzie naturalnym respektowanie potrzeb rodzącej dla jego prawidłowego przebiegu i jak bardzo korzystny i dla matki, i dla dziecka jest trud rodzenia się.

A jakie są to potrzeby? Przede wszystkim zachowanie intymności, poczucia bezpieczeństwa, wyłączenia działania kory nowej. W czasie porodu naturalnego pracującą przede wszystkim częścią mózgu jest podwzgórze i przysadka mózgowa, a więc stare pierwotne części mózgu. Gdy jesteśmy pod obserwacją, zasypywane gradem pytań, stawiane w świetle reflektorów, oderwane od poczucia bezpieczeństwa po prostu możemy przestać rodzić. Pod wpływem bolesnego badania ginekologicznego kobieta może nawet zamknąć swój mięsień zwieracz, jakim jest szyjka macicy. Czy nie podobnie robimy podczas defekacji? Gdy coś nas wówczas niepokoi, przeszkadza nam, to po prostu przestajemy bądź w ogóle nie zaczynamy otwierać zwieracza odbytu.

Przepraszam za trywialne porównane. Poród jest jednak procesem o wiele bardziej delikatnym, narażonym na zakłócenia, ponieważ tu nie chodzi o częste wydalanie, ale jest on wyjątkowym przejawem naszej  miłości do dziecka, tak bardzo niepowtarzalnym. Bliższe i bardziej adekwatne byłoby porównanie porodu do stosunku seksualnego. Stosunek może być dla kobiety przykry i bolesny, jeśli wcześniej nie otworzy na niego swojej psychiki, nie ma warunków bezpieczeństwa, rozkochania, uniesienia. Nie bez kozery w czasie porodu matka rodząca jest zalewana licznymi hormonami miłości podobnymi jak podczas współżycia: oksytocyną, prolaktyną, endorfinami itd

Czy może więc dziwić, że szpitalne warunki: jarzeniówki, sterylność, kręcące się nieznane osoby, widok nieznanych leków, narzędzi, aparatów, robienie wywiadu z rodzącą sprawiają, że tak często „trzeba” podłączać stymulatory porodu (kroplówkę z oksytocyną) lub kończyć poród cesarką, ponieważ nie ma jego postępu.

Odent- będący zarazem chirurgiem i położnikiem zauważa, że „swą umiejętność kochania kobieta w pewnym stopniu rozwija właśnie podczas porodu” otwierając się właśnie i na ten dar rodzenia i na przychodzące dzięki niemu dziecko. Stwierdza on dalej, że nasza miłość do dziecka idzie dalej poza tą fizjologię: i po cesarskim cięciu jesteśmy w stanie wydobyć z siebie wiele miłości do rodzących się w ten sposób dzieci w odróżnieniu od zwierząt, które w takiej sytuacji nie interesują się swoim potomstwem. Jednak kobiety doświadczają większych trudności w rozwoju tej miłości, gdy nie jest im dane urodzić ich, gdy rodzi się za nie.

Poród naturalny jest zazwyczaj korzystny dla rodzącej się matki, ale także dla rodzącego się dziecka. Podczas skurczy pierwszego okresu układ oddechowy maleństwa jest szczególnie przygotowywany do oddychania, stąd nie dziwi więcej trudności oddechowych, a w późniejszym okresie astmy u dzieci pocesarkowych.

Zebrano dane, że dzieci urodzone przez cesarkę zwłaszcza niepoprzedzoną akcją skurczową różnią się od dzieci urodzonych drogami natury:

  • pracą serca i aktywnością oddechową;
  • niższym poziomem glukozy;
  • niższą temperaturą ciała (90 minut po porodzie).

Po pierwszym szybkim przeczytaniu tejże lekturki mam wrażenie ogromnego docenienia porodu naturalnego, ale i nowoczesnej operacji cesarskiego cięcia. Książka o tyle ciekawa, że stawia wiele pytań, jest wyrazem drążenia tematu przez autora, jego drogi refleksji. Polecam!

Cdn., bo jeszcze chciałabym odnieść się do jego widzenia stereotypów dotyczących porodu oraz badań ciążowych.



Śpieszmy się kochać nasze dzieci nie tylko dlatego, że tak szybko odchodzą

Miałam dzisiaj okazję poznać nową sąsiadkę. Gadu gadu o tym i o owym, zeszło w końcu na dzieci. Wymieniłyśmy się informacjami, ile która ma pociech. I wypłynęła taka oto historia: piękna, jak to z życia. Jedno z jej czworga dzieci stwierdziło, że dobrze, że jest ich tyle, nie mniej. „Dlaczego?”- zapytała. „Bo jest więcej ludzi do kochania„.

Chciałam już wczoraj zastanowić się z Wami, odwiedzającymi mnie czasem internetowo nad bogactwem wczorajszego święta. Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni czyli na ludową nutę Matki Bożej Gromnicznej.

Jaką mądrością dzieli się z nami ta najpiękniejsza z Mam? Na pewno, że oddając Panu Bogu swoje dzieci, przynosząc je do Niego, nigdy nie tracimy, bo oddajemy je w jedyne Pewne Ręce, bezpieczne i zawsze kochające. Maryja z Józefem postąpili zgodnie ze zwyczajem: przychodzą do świątyni po 40 dniach od narodzin. Mądrość Bożego prawa daje kobiecie wytchnienie w czasie połogu, ale też przynagla do spotkania ze Stwórcą dziecka, do oczyszczenia nie tylko ciała, ale i duszy.

Chrześcijanie co prawda nie są zobligowani, by obmywać swoje dziecko w wodach chrztu w tym bądź innym terminie. Matki i ojcowie nie muszą korzystać z sakramentu zanurzenia w Miłosierdzie Boże- ze spowiedzi w tym bądź innym czasie, ale może warto, by jednak zastanowili się, jakim przykładem jest dla nas święta Rodzina.

Po urodzinach naszych dzieci czekają na nie gotowe cudne ubranka, łóżeczka, kołyski, wózki, chusty do noszenia, pieluszki, zabawki i in. My matki chcemy jak najszybciej podzielić się z dzieckiem swoim pokarmem- tym, co mamy najlepszego. Czyli same dobre dary chcemy dla swoich skarbów i to szybko. I to jest świetne, bo jak przysłowie twierdzi: dwa razy daje, kto szybko daje!

A z Chrztem Świętym czyli zanurzeniem w Chrystusa jest tak samo? Też tak się spieszymy, by obdarować nim swoje dziecko? W wybieraniu dnia chrztu wychodzi często na jaw, czy uważamy to za ważny dar, prezent dla swojego dziecka. Bo jeśli ważny, jeśli piękny, jeśli istotny to dar, to czy nie powinniśmy brać przykładu z Maryi i nie odwlekać tego momentu oddania Bogu jego własności? Dawniej rodzice chrzcili swe dzieci bardzo szybko: nawet kilka, kilkanaście dni po ich narodzinach, kilka godzin. Czasem robili to z obawy przed śmiercią dziecka, bo wówczas dzieci o wiele częściej chorowały, umierały. Ale zapewne wielu z nich, zwłaszcza świętych rodziców ofiarowało swoje dzieci w świątyni, by zanurzyć je jak najszybciej w Boże życie, bo po prostu warto, by nasiąkało Miłością Jedyną jak najwcześniej.

Czasem się zastanawiam, czy nie słusznie właśnie wrócić do tego zwyczaju wczesnego chrztu. Nawet mocno zaangażowani w przeżywanie swojej wiary rodzice czasem nie śpieszą się wcale z ochrzczeniem swojego dziecka, wielu z nich chrzci dopiero po kilku, kilkunastu miesiącach. Dlaczego? Oczywiście nie wiem tego, serce człowieka jest tajemnicą. Ale dźwięczy mi w uszach zarazem takie zawołanie Zbawiciela: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie zabraniajcie im”. Sami ochrzciliśmy najstarsze dziecko dopiero po czterech miesiącach po narodzinach- na pewno jego zjawienie się po drugiej stronie brzucha było dość przełomowe w naszej rodzinie. Z perspektywy czasu myślę jednak, że mogliśmy wcześniej. Ale właśnie te wszystkie karmienia, przewijania, uśmiechy zdobywające nasze serca, gruchania, łóżeczka, noszenie, kąpiele, usypianie przesłoniły nam na jakiś czas to, co najważniejsze: zaproszenie dla naszego dziecka do życia i umierania z Panem Jezusem.

„Umierania?”- ktoś zapyta. „Takie małe zdrowe dziecko, po co mówić o umieraniu?” Ale czy i najmniejsze dzieci nie cierpią od początku? Choćby i najtroskliwsi rodzice nie zapobiegną zawsze w porę zmęczeniu dziecka, bólom brzuszka, czasem przegrzaniu, a innym razem zmarznięciu. Nie ma ani idealnego pokarmu, ani idealnych chust, nosidełek, wózków, ubranek. Owszem można szukać i znajdować te najlepsze dla konkretnego dziecka, dobre- ale i tak nie zapobiegnie to cierpieniu dziecka, co najwyżej załagodzi je, oszczędzi większych cierpień, skróci płacz. Dlatego trzeba wszczepiać swoje dziecko jak najszybciej i w życie, i śmierć Zbawiciela, bo to jedyna śmierć, która ocala na 100%.



Dyskryminacja karmienia dziecka?

Protestowały karmiąc piersią

Ponad sto kobiet karmiących piersią – taki niecodzienny widok mogli zobaczyć klienci jednego z centrów handlowych w Montrealu. Kobiety walczyły w ten sposób o prawne zagwarantowanie możliwości karmienia w miejscach publicznych. Dlaczego akurat w tym centrum handlowym?
Właśnie tam, kilkanaście dni wcześniej pracownik jednego ze sklepów z odzieżą dla dzieci poprosił karmiącą piersią dziecko panią Smith, by opuściła sklep.

cd.”

Czy ten sam pracownik sklepu wyprosiłby matkę, gdyby karmiła swoje dziecko z butelki lub podała dziecku smoczka, żeby go uspokoić? Czy proteza piersi, jej atrapa, jaką jest smoczek czy butelka ze smoczkiem jest mniej gorsząca?

Ciekawe, czy ten sam pracownik wyprasza ze sklepu panie zbyt nieskromnie ubrane, ze zbyt powycinanymi dekoltami czy tylko karmiący biust mu się nie podoba. Czy nie jest to swego rodzaju schizofrenia naszych czasów albo bodajże daleko posunięta obłuda, że godzimy się na tyle nagości w filmach i reklamach, a od matek wymagamy chowania się z karmieniem własnego dziecka w sposób naturalny, nie będący wyrazem bezwstydu, ale zwyczajnie normalności?

Od kiedy jedzenie dziecka i karmienie go stało się tak gorszącą czynnością, że wymaga się od matek dyskretnego karmienia? Chyba od tego czasu, gdy przestało ono być w rzeczywistości modelem normalnego karmienia niemowlęcia i małego dziecka. Przez wieki i tysiące lat od kiedy istnieje rodzaj ludzki karmienie piersią było normą. Ostatnie czasy to pod tym względem novum. Zleca się przejście na sztuczne karmienie często przy lada problemie:

-gdy dziecko ulewa i nie ulewa (po mleku AR czyli antyrefluksowym też zazwyczaj dalej ulewa, choć może trochę mniej, ale jest też od zarania nieźle tuczone ze względu na dodawane zagęszczacze);

-gdy za mało bądź za dużo przybiera na wadze (zbyt mały przybór na wadze często jest wynikiem limitowania karmienia, ograniczania go, czasem jakiejś infekcji, a więc w rzeczywistości jest to koleny powód by dalej karmić, a nie przechodzić na butelkę);

-gdy matka musi brać leki (choć rzadko się sięga do badań AAP, choć to główna instytucja zbierająca dane o wpływie na dziecko leków, ich przenikaniu do mleka itd.- w rzeczywistości wiele leków można stosować podczas karmienia, czasem potrzebne jest tylko czasowe zaprzestanie);

-gdy musi iść do pracy (choć w wieku 5-6 miesięcy człowiek jest na tyle duży, że z łatwością można go karmić przy pomocy łyżeczki, kubeczka), itd, itp..

Można by tak wymieniać i wymieniać. Już małe dziewczynki są wdrażane poprzez zabawki nie do karmienia piersią, ale właśnie do karmienia butelką. Większość lalek- dzidziusiów ma dołączone do kompletu smoczki i butelki. Wręcz zdziwienie w rodzicach budzą zabawki promujące karmienie piersią, zresztą jest ich tak niewielka ilość, że giną w tłumie tych ze smoczkami. Nawet mamy karmiące piersią nie mają nic przeciwko takiemu wdrażaniu swoich córek, a niejednokrotnie dziwią się zabawkom idącym pod prąd temu trendowi.

Dajemy sobie wtłaczać do głów reklamy promujące już od najwcześniejszych miesięcy wprowadzanie dodatkowego jedzenia: herbatek, warzyw, deserków, zupek ze słoiczków, choć nikt jeszcze ie podważył badań ukazujących, że dla zdrowia dziecka najlepszym pożywieniem przez pierwsze pół roku jest właśnie matczyne mleko.

Pomimo refleksji na temat pożytków płynących z karmienia piersią, matki nierzadko tak karmią piersią jakby na pewnym etapie stawało się ono czymś niewłaściwym, niekorzystnym. Np. sytuacja wprowadzania żywności dodatkowej, gdy dziecko już jest do tego dojrzałe. Matki często z łatwością wchodzą w walkę z własnym dzieckiem: zamiast karmić piersią, gdy dziecko wysyła sygnały, że tego oczekuje, potrzebuje, próbują w tym momencie wcisnąć mu nawet wbrew niemu inne jedzonko, czasami podstępem przez zagadywanie, wprowadzanie atrakcji. Tworzy to niekiedy pętlę wzajemnych nacisków, niechęci. Jak inaczej postępuje matka, która doceniając własne karmienie naturalne proponuje dziecku żywność uzupełniającą, gdy jest ono zadowolone, chętne do eksperymentów z nowościami kulinarnymi. Jak odmienny klimat wokół jedzenia to wytwarza!

Wracając do głównego tematu spotkania matek karmiących i wspólnego karmienia, które miało być wyrazem protestu, ciekawe, że nie organizują tego typu zlotów matki karmiące sztucznie. Ich nikt po prostu nie dyskryminuje, stąd nie mają takiej potrzeby.



Co jest modelem karmienia niemowlęcia?

Protestowały karmiąc piersią

Ponad sto kobiet karmiących piersią – taki niecodzienny widok mogli zobaczyć klienci jednego z centrów handlowych w Montrealu. Kobiety walczyły w ten sposób o prawne zagwarantowanie możliwości karmienia w miejscach publicznych. Dlaczego akurat w tym centrum handlowym?
Właśnie tam, kilkanaście dni wcześniej pracownik jednego ze sklepów z odzieżą dla dzieci poprosił karmiącą piersią dziecko panią Smith, by opuściła sklep.

cd.”

Czy ten sam pracownik sklepu wyprosiłby matkę, gdyby karmiła swoje dziecko z butelki lub podała dziecku smoczka, żeby go uspokoić? Czy proteza piersi, jej atrapa, jaką jest smoczek czy butelka ze smoczkiem jest mniej gorsząca?

Ciekawe, czy ten sam pracownik wyprasza ze sklepu panie zbyt nieskromnie ubrane, ze zbyt powycinanymi dekoltami czy tylko karmiący biust mu się nie podoba. Czy nie jest to swego rodzaju schizofrenia naszych czasów albo bodajże daleko posunięta obłuda, że godzimy się na tyle nagości w filmach i reklamach, a od matek wymagamy chowania się z karmieniem własnego dziecka w sposób naturalny, nie będący wyrazem bezwstydu, ale zwyczajnie normalności?

Od kiedy jedzenie dziecka i karmienie go stało się tak gorszącą czynnością, że wymaga się od matek dyskretnego karmienia? Chyba od tego czasu, gdy przestało ono być w rzeczywistości modelem normalnego karmienia niemowlęcia i małego dziecka. Przez wieki i tysiące lat od kiedy istnieje rodzaj ludzki karmienie piersią było normą. Ostatnie czasy to pod tym względem novum. Zleca się przejście na sztuczne karmienie często przy lada problemie:

-gdy dziecko ulewa i nie ulewa (po mleku AR czyli antyrefluksowym też zazwyczaj dalej ulewa, choć może trochę mniej, ale jest też od zarania nieźle tuczone ze względu na dodawane zagęszczacze);

-gdy za mało bądź za dużo przybiera na wadze (zbyt mały przybór na wadze często jest wynikiem limitowania karmienia, ograniczania go, czasem jakiejś infekcji, a więc w rzeczywistości jest to koleny powód by dalej karmić, a nie przechodzić na butelkę);

-gdy matka musi brać leki (choć rzadko się sięga do badań AAP, choć to główna instytucja zbierająca dane o wpływie na dziecko leków, ich przenikaniu do mleka itd.- w rzeczywistości wiele leków można stosować podczas karmienia, czasem potrzebne jest tylko czasowe zaprzestanie);

-gdy musi iść do pracy (choć w wieku 5-6 miesięcy człowiek jest na tyle duży, że z łatwością można go karmić przy pomocy łyżeczki, kubeczka), itd, itp..

Można by tak wymieniać i wymieniać. Już małe dziewczynki są wdrażane poprzez zabawki nie do karmienia piersią, ale właśnie do karmienia butelką. Większość lalek- dzidziusiów ma dołączone do kompletu smoczki i butelki. Wręcz zdziwienie w rodzicach budzą zabawki promujące karmienie piersią, zresztą jest ich tak niewielka ilość, że giną w tłumie tych ze smoczkami. Nawet mamy karmiące piersią nie mają nic przeciwko takiemu wdrażaniu swoich córek, a niejednokrotnie dziwią się zabawkom idącym pod prąd temu trendowi.

Dajemy sobie wtłaczać do głów reklamy promujące już od najwcześniejszych miesięcy wprowadzanie dodatkowego jedzenia: herbatek, warzyw, deserków, zupek ze słoiczków, choć nikt jeszcze ie podważył badań ukazujących, że dla zdrowia dziecka najlepszym pożywieniem przez pierwsze pół roku jest właśnie matczyne mleko.

Pomimo refleksji na temat pożytków płynących z karmienia piersią, matki nierzadko tak karmią piersią jakby na pewnym etapie stawało się ono czymś niewłaściwym, niekorzystnym. Np. sytuacja wprowadzania żywności dodatkowej, gdy dziecko już jest do tego dojrzałe. Matki często z łatwością wchodzą w walkę z własnym dzieckiem: zamiast karmić piersią, gdy dziecko wysyła sygnały, że tego oczekuje, potrzebuje, próbują w tym momencie wcisnąć mu nawet wbrew niemu inne jedzonko, czasami podstępem przez zagadywanie, wprowadzanie atrakcji. Tworzy to niekiedy pętlę wzajemnych nacisków, niechęci. Jak inac



Rodzenie się rodziców

Właściwie to bardzo dobrze się składa, że jako rodzice, jako matki, jako ojcowie ciągle popełniamy błędy. Nasze życie nie jest idealne, pełne jest niedociągnięć, słabości, grzechów.

Już jakiś czas temu przeczytałam, że właściwie wychowanie jest sumą popełnionych błędów. Coś w tym jest. Czy to jednak powód, by załamywać nad sobą ręce, odpuszczać sobie, zniechęcać się, zamartwiać się?

„Droga uświęcania przebiega przez nieustanne uznawanie w sobie omylności.” (o. A. Pelanowski). Zauważając własną niewystarczalność, łatwiej wtedy otworzyć się na Tego, który jest naszym Najlepszym Wychowawcą, Ojcem, który rzeczywiście jest nieomylny.

Świetne są niektóre warsztaty z psychoedukacji, z terapii pozwalające spojrzeć na siebie z pewnego dystansu, przepracować niektóre swoje doświadczenia. Są świetne, ale niewystarczające.

Nie ma jak uczyć się u Źródeł macierzyństwa i ojcostwa. U Tego, który jest Mocą, a zarazem „nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku.” Iz 42, 1-4

Ile delikatnej i czułej miłości w tym obrazie Boga przychodzącego- wystarczy prosić o te dary delikatności i pochylenia się nad drugim człowiekiem, bo Bóg jest hojnym Dawcą 🙂



Jedyne Takie Narodziny

Sielankowa wizja Bożego Narodzenia jest czasem dla nas pokusą. Podczas gdy Matka Święta miała normalny fizjologiczny poród niepozbawiony trudu i bólu, podczas gdy rodzące Dziecię Jezus już wtedy brało swój krzyż doznając ciężkiego wysiłku przychodzenia na świat, my snujemy czasem wizje lekkie, łatwe i przyjemne jak z telewizyjnej reklamy.

Z ostatnio zachwalanej Wam książki „Cud oczekiwania” dzieliłam się raczej pozytywnymi przemyśleniami. Pisze ona jednak w pewnym momencie również, że Maryja karmiła piersią Dziecię Jezus, ponieważ nie miała wyboru. I o porodzie naturalnym w tym wypadku można by powiedzieć również tak naskórkowo: Matka Boża urodziła drogami i siłami natury, bo nie miała wyboru. Ograniczona była warunkami zewnętrznymi, w jakich przyszło jej żyć, rodzić, karmić.

Przekułabym jednak to określenie „nie miała wyboru” na: rodziła i karmiła w największej wolności– to bardziej odzwierciedlałoby prawdę. Wybierając rodzenie w skupionej modlitwie, łączności z Bogiem, zatapiając się w radości zjednoczenia ze swoim Dzieckiem, pomagała mu przychodzić na świat na najbardziej kochające matczyne ręce. Odbierając skurcze porodowe rozwierające szyjkę macicy i te parte jako dar wychodzenia dziecku naprzeciw, drogocenny dar od Boga nie stawiała bariery między sobą a Dzieckiem, przyjmowała Je całym swoim sercem, całym ciałem i duszą.

Obecnie panujący trend, moda daje niejednokrotnie wyraz przekonaniu, że wolność to możliwość dokonania wyboru przez matkę między porodem fizjologicznym a cesarskim cięciem, między porodem drogami natury ze znieczuleniem i bez znieczulenia, itd. Zwłaszcza zwolenniczki cesarskiego cięcia potrafią krzyczeć głośno o konieczności pozostawienia tego wyboru kobiecie. Nic dla nich nie znaczy, że cesarskie cięcie jest poważną operacją, która powinna być zarezerwowana dla wyjątku ratowania życia bądź zdrowia.

Dobrze, że ceniona jest wolność- ona jest niezbędna. Ale czym ona jest? Czy wolna jest matka uciekająca trwożliwie w znieczulenie cesarki czy ta, która odważnie z wdzięcznością przyjmuje trud porodu naturalnego? Czy wolna jest ta matka, która pomimo istotnych racji medycznych upiera się przy swojej wizji porodu naturalnego czy ta, która umie z niej zrezygnować kierując się dobrem rodzącego się dziecka? Czy wolna jest w końcu ta matka, która chce rodzić według własnego pomysłu czy według Bożego planu dla jej życia i życia jej dziecka?

Czy wolna jest ta kobieta, która wybiera karmienie butelką „bo tak zadecydowała, tak chce” czy ta, która potrafi stawić czoła trudnościom karmienia naturalnego, wytrwać pomimo nich?

Jestem ostatnio pod wrażeniem przeżyć mojej przyjaciółki, która z wielką pokorą i zaufaniem potrafiła przyjąć rozwiązanie przez cesarskie cięcie pomimo swoich marzeń o porodzie domowym. W jej sytuacji była to niezbędna decyzja dla zdrowia i życia jej i jej dziecka. To zaufanie do Pana Boga, z jakim przyjęła tę trudną sytuację była dla mnie wielkim świadectwem jej oddania.

W gruncie rzeczy Maryja też nie mogła sobie zaplanować porodu w grocie w Betlejem. Wówczas wszystkie kobiety rodziły w domu, z pomocą innych doświadczonych kobiet- i zapewne taka wizja porodu była bliska Matce Bożej. Kto rozsądny w tym czasie chciałby rodzić w drodze, w obcych niekorzystnych warunkach, bez wsparcia?

Tajemnicą pozostaje Jej wielkie zaufanie do Stwórcy, że i tak urodzi pięknie, że nie zabraknie jej najważniejszego: miłości do Dziecka, do Boga.

Bóg Ojciec, który jest w pełni wolny, bo w pełni wszystko rozumie, w pełni jest Miłością mógł inaczej zaplanować przyjście na świat Mesjasza, swojego Syna. W swojej wszechmocy mógł wybrać poczęcie w próbówce, bezbolesne (na krótką metę) rodzenie przez cesarskie cięcie, karmienie z butelki swojego Syna. Mógł, ale skoro tego nie zrobił, to znaczy, że miało to Sens. Wartość miłości w ludzkim wydaniu, której nie da się wysterylizować od ciała. Głęboki sens zamieszkania w kolebce ciała swojej Matki, przyjęcia jej wysiłku i bólu rodzenia, sens całego trudu prawdopodobnie co najmniej dwuletniego wykarmienia piersią.

„Bóg-Sens czeka, aż go przewinę, odłożywszy na bok swoją pychę, tytuły, wydumaną wielkość. Boże Narodzenie przynosi wielką pochwałę prozy życia, zwyczajności, która staje się nadzwyczajna dzięki miłości. (…) Nie dajmy się zwieść tym, którzy w święta będą tradycyjnie tłumaczyć, że to mit, bajka, psychologia, socjologia, a może nawet będą drwić z naszej radości. Bądźmy i dla nich zwiastunami Sensu, który zamieszkał w ludzkiej historii Jezusa po to, by każdą ludzką historię uczynić sensowną”- ks. T. Jaklewicz pisze w Gościu Niedzielnym z 26.12.10.

Żeby nie zabrakło Wam Bożego Narodzenia w te święta i w całym życiu życzę tego Wam i sobie 🙂 Oraz żeby nam matkom nie zabrakło odwagi wyruszenia do naszego Betlejem na spotkanie ze Zbawicielem 🙂



Bycie domem

Wracam jeszcze myślami do książki „Czekając na cud” J.S. Wolfe, pomimo że już jakiś czas temu ją zakończyłam, odłożyłam. Z jednej strony zawiera ona piękne myśli, które jeszcze po długim czasie pozostają w pamięci, ale z drugiej strony osadzona jest w swoich realiach i to, co pisze bardziej odczytuję jako wyraz jej drogi, jej wyborów niż jakiejś prawdy ogólnej. Niektóre jednak przemyślenia aż mnie kuszą, by się z Wami podzielić:

„Kobieta w ciąży jest pełna życia, a raczej wypełniona jest życiem – nie tylko swoim własnym, lecz także życiem swojego dziecka.” „Macierzyństwo nie tylko sprawia, iż wyglądamy jak dom, ale właściwie zmienia nas w niego. (…) Miłość sprawia, że budynek zmienia się w dom rodzinny.”

Zastanawiam się, na ile chcemy być tym domem dla naszych bliskich. Czas noszenia małego skarbu pod sercem jest stosunkowo krótki- około 38 tygodni od poczęcia. Ale czas, kiedy człowiek potrzebuje domu jest o wiele dłuższy. Rodzimy dziecko, a ono dalej już po narodzinach w każdy możliwy sposób dalej nam okazuje, że jesteśmy jego przestrzenią życiową, od której nie tylko nie chce się uwolnić, ale która jest mu potrzebna do życia. Już przedszkolak szuka w nas domu nieco więcej w płaszczyźnie psychicznej: przytulenia, pocieszenia, zrozumienia i akceptacji, poznania zasad obowiązujących w tymże domu, prawideł jego działania. Nastolatek często się buntuje przeciwko zastanej domowej rzeczywistości, ale często dalej szuka wytchnienia we własnym domu, a buntując się szuka dalej akceptacji i niezależności, żeby stać się zdolnym do założenia własnego domu.

O domu pisze też Ewa Błaszczyk w swojej książce-zmaganiu z chorobą córeczki: „Największy problem sprawiało mi otwieranie drzwi kluczem.” Gdy dom był pusty, gdy nie było w nim nikogo, jako dziecko w wieku szkolnym niezmiernie się irytowała, było to dla niej nienaturalne, przykre doświadczenie.  Gdy doświadcza jako dorosła kobieta, już matka trudnej życiowo sytuacji, te odczucia wracają i bolą. Otwieranie drzwi kluczem urasta do rangi problemu, bo dom przestał być domem i życiem, a boli jak otwarta rana.

Gdy uciekamy od bycia domem, często nasze dzieci są smutne, walczą o swoje w nim miejsce. Bo żeby odlecieć, nabrać wiatru w skrzydła, trzeba najpierw dobrze zapuścić korzenie, poczuć się silnym. I dzieci walczą i o te korzenie, i o te skrzydła, gdy jako rodzice przegapimy tę ich naturalną potrzebę.