Dojrzałość? Ale jaka?

Zamyślam skrycie i całkiem otwarcie nad alternatywami: opóźnić moje obecnie 4-letnie dziecko do szkoły czy posłać niespełna 5-latkę do zerówki w przyszłym roku, a w kolejnym jako 6-latkę do pierwszej klasy zgodnie z reformą?

Większość praktyków szkolnych obserwując jak rozwijają się dzieci obecną reformę odbiera jako napisaną przez kogoś, kto sobie wygodnie siedzi na biurkiem i wymyśla. Nudzi się? Praktycy natomiast wiedzą, że i 6-, 7-latki potrafią być niedojrzałe i głupotą jest ogólne przyśpieszanie ich edukacji szkolnej, skoro dobrą alternatywą jest edukacja domowa bądź przedszkolna. I nie jest to wcale niedojrzałość dyskwalifikująca te dzieci, ale będąca zwykłą prawidłowością rozwojową. W książkach teoria głosi np. że do wieku 5 lat rozwijają się zdolności artykulacyjne czyli każdy 5-latek powinien wymawiać arcytrudne głoski „sz”, „ż”, „cz”, „dż” oraz „r”.

Dobrzy praktycy logopedzi dawali od dawna dziecku czas do 7 lat zauważając, że wcześniejsze „mordowanie” dziecka w tym kierunku bywa mało efektywne, a co więcej niekiedy prowadzi do nieprawidłowości. Np. zawzięte trenowanie małych dzieci w kierunku wymowy głoski „r” może zaowocować zamiast prawidłową wymową tzw. „r parisien” przypominającym nieco nasze „h”. I to co w wieku 5 lat ćwiczymy z mozołem, poświęcając na to wiele miesięcy, czasu i trudu niektórym 7-latkom „przychodzi samo”, z łatwością, mimowolnie, w krótkim czasie. Bo rozwój dzieci to nie tylko „coś”, uzyskanego ćwiczeniami, ale w znacznej mierze biologią, którą trudno ominąć.

Nie ukrywam, że do obecnej reformy podchodzę negatywnie i nie jestem pewna, czy własne dziecko chcę „narażać” na takie eksperymenty. Jednak reforma ta jest wyrazem czegoś, co się dzieje w głowach rodziców od dłuższego czasu, nie tylko ministrów.

Bo nad własną niedojrzałością pracować jest o wiele trudniej, nad niedojrzałością dziecka- łatwiej, bo efekty zwykle jakieś są, ponieważ większość dzieci wolniej bądź szybciej, ale jednak się rozwija. Z naszą pomocą lub bez, ale rozwój idzie naprzód (poza wyjątkami dzieci bardzo chorych, z poważnymi zaburzeniami).  Łatwo jest stawiać stopnie 1,2, 3, 4, 5 (czy w niektórych szkołach A,B,C,D), o wiele trudniej postarać się o opis: nad czym pracujemy w szkole, nad czym warto pracować w domu i w jaki sposób, jak pomagać konkretnemu dziecku.

W naszych rodzicielskich głowach takie dążenie do przyśpieszania dzieje się już na najwcześniejszych etapach: czy już przesypia noc? Czy już je dodatkową żywność? Czy już podnosi głowę? Czy już chodzi? Czy już mówi?

Dominuje to: „Czy już?” Zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze dziecko. Jest jakaś łatwość, by szukać zaspokojenia swoich ambicji właśnie w tym pierwszym, najstarszym dziecku.

Ale czy nie warto zmienić naszego myślenia, żeby zamiast „czy już” bardziej interesować się „w jaki sposób?”

Cóż z tego, że wymusimy na niemowlęciu czy dziecku w wieku poniemowlęcym przesypianie całej nocy, nieupominanie się o zaspokajanie swoich potrzeb, skoro nie jest to dla niego korzystne, grozi między innymi częstszymi powikłaniami bezdechem, skoro mózg pracuje podczas płytszego snu nad własnym rozwojem, bardziej efektywnie. Im mniejsze dziecko, tym śpi bardziej płytko, przeważa faza REM snu, co jest bardzo korzystne właśnie dla rozwoju mózgu dziecka, ale również dla jego bezpieczeństwa. Gdy płytko śpi, obudzi go pusty brzuszek, zatkany nos, zimno lub przegrzanie itd. Wygodny więc dla rodzica twardy długotrwały sen niemowlęcia, może więc wcale nie być korzystny dla dziecka. I to chwalenie się „już przesypia całą noc”, bywa działaniem na niekorzyść dziecka. Oczywiście zazwyczaj nieświadomie.

Podobnie z chodzeniem. „Już stoi, już chodzi.”- mówią dumni rodzice. Ich radość jest zrozumiała. Jednak niezmiernie ważne jest nie tylko to: „już  chodzi”, ale „jak chodzi”. Czy samo się podnosi do wstawania? Czy nie jest uczony nieprawidłowych nawyków przez chodzik? A przede wszystkim: czy nabywa wprawy w pełzaniu, potem w raczkowaniu? To bowiem sprzyja kształtowaniu lateralizacji czyli specjalizacji półkul mózgowych, co potem nie jest bez znaczenia w nauce czytania i pisania.

W starszych latach to pytanie „już?” dotyczyć będzie nierzadko: „Czy już czyta?”, „czy już pisze?” Rodzice więc już niemowlę uczą globalnego czytania, bo jego mózg jest chłonny jak gąbka. Owszem jest chłonny jak gąbka,  ale czym powinien nasiąkać? Czy niemowlęciu albo dziecku w wieku poniemowlęcym potrzebne jest do harmonijnego rozwoju czytanie? Czy nie jest to raczej realizowanie rodzicielskich ambicji? I nie piszę tego dlatego, by dyskwalifikować w jakiś sposób ten sposób nauki, ale raczej by podzielić się wątpliwościami, że „już” nie zawsze musi oznaczać „czy warto”.

Oprócz nauki na pewno należy się naszym dzieciom i odpoczynek, i radość oraz twórczość, do których to dzieci mają szczególne uzdolnienia. Jako rodzice sami doznajemy niejednokrotnie presji pytani o to „czy już” bardzo często, jednak nie dajmy się zwariować.

Moje doświadczenie pokazuje, że dojrzałość nie przyśpieszana, nie stymulowana sztucznie potrafi być o wiele głębsza, pełniejsza, prawdziwsza niż ta wymuszona. „Jest czas na wszystkie sprawy pod niebem”– mówi Kohelet. Tylko żeby przyjąć ten cytat za swój warto przejąć się nie tylko szybkością rozwoju swojego dziecka, ale także pracą nad własną cierpliwością.



Płomyk do nieba

Jeśli przeżyliście poronienie czyli stratę dziecka we wczesnym okresie, to doświadczenie będzie jakoś obecne w życiu, choćbyśmy starali się o nim zapomnieć, nie przyjąć do wiadomości. Najlepiej gdy wprost pozwolimy sobie, współmałżonkowi na przeżycie żałoby po ukochanym maleństwie. Gdy ten żal nie będzie miał okazji być wypłakany, gdy nie pożegnamy się z naszym dzieckiem, te trudne uczucia gdzieś mogą buzować w naszej głębi. Niby zakopane, a drążące wnętrze przez jakąś apatię, depresję, rozdrażnienie, trudności z zajściem ponownym w ciążę itd.

Okazją do przeżycia żałoby, zmierzenia się z nią, zwłaszcza jeśli nie mogliśmy pochować naszego dziecka są tego typu spotkania:

Płomyk do nieba w Lublinie

Zapraszam i proszę o przekazanie dalej, jeśli znacie rodziców dotkniętych śmiercią małego i bardzo małego dziecka.

Płomyk do nieba w Lublinie



Niefrasobliwie

O raku piersi

Zastanawiam się w kontekście tych badań nad zalecaniem przez lekarzy oraz zażywaniem przez matki karmiące piersią pigułek antykoncepcyjnych. Z jakim drżeniem kobiety karmiąc piersią przyjmują jakiekolwiek leki choćby i tydzień, dwa, a z jaką niefrasobliwością całe miesiące zażywają silne środki hormonalne jakimi są tabletki antykoncepcyjne. Gdzie tu logika?

Co prawda Amerykańska Akademia Pediatrii dopuszcza ich stosowanie nie obserwując w badaniach specjalnego wpływu na dziecko, jednak zdrowy rozsądek sam mówi za siebie, że zażywanie substancji, która przez wiele miesięcy uszkadza działanie organizmu kobiety (jej układu rozrodczego) z dużą dozą prawdopodobieństwa nie zostanie bez wpływu na dziecko, choćby otrzymywało minimalne ilości syntetycznego hormonu.

Lekarz zapisując w celach ubezpłodnienia kobiety tabletki, sprzeciwia się swojemu powołaniu lekarskiemu: „primum non nocere” czyli „po pierwsze nie szkodzić”. Tabletki antykoncepcyjne właśnie mają takie zadanie: uszkadzać układ rozrodczy kobiety tak by działał nieefektywnie, co nie pozostaje oczywiście bez wpływu na działanie całego organizmu. Trudno jest uszkadzać przez wiele miesięcy jeden układ w organizmie tak by to nie wywarło wpływu bardziej ogólnego- sama logika się kłania.



Pośpiech w usamodzielnianiu

Najwięcej rad zarówno w książkach, czasopismach jak i kontaktach społecznych można uzyskać na temat usamodzielniania dziecka:

  • począwszy od usamodzielniania fizjologii: jak nauczyć szybko samodzielnie spać, siusiać, jeść itp.;
  • po usamodzielnianie nauki: najlepiej, gdy jak najwcześniej samo się dziecko bawi, ubiera, ogląda, słucha itd.

Tego typu rady biorą sobie do serca już rodzice bardzo małych dzieci nie licząc się nieraz z ich kruchą wrażliwością, niedojrzałością, która nieraz nie toleruje jeszcze samodzielności.

Na kursie „wychowania rodziców”, w którym akurat bierzemy udział z mężem ostatnie zajęcia poświęcone były właśnie rozwijaniu samodzielności. Widziałam wówczas wypieki, z jakimi uczestniczyli w tych zajęciach rodzice półtorarocznych maluchów. Zastanawiam się na ile zaczerpną z tych zajęć.

Generalnie zachęcanie do samodzielności jest w porządku, o ile bierze ono pod uwagę dojrzałość, możliwości dziecka.

Czasami mogą się okazać przydatne metody służące zachęcie do podjęcia przez dziecko samodzielności, ale czasami stwarzają one więcej niepokoju, utrudnień w relacji rodzic-dziecko:

  • pozwalanie dziecku na wybór: „Wolisz spódnicę niebieską czy różową?”; dla 3-latka czy 4-latka to może dobra alternatywa, ale dla dziecka 2-letniego to stawianie go w sytuacji przerastającej jego zdolności zwłaszcza emocjonalne; i dla dorosłego rozwiązywanie takiego konfliktu motywacyjnego może być bardzo trudne, gdy chodzi o bardzo istotną kwestię, o różne alternatywy bardzo kuszące; dla tak małego dziecka niemal wszystko jest bardzo ważne, wszystko jest pociągające; rodzice rozumiejący psychikę takiego malucha będą mu oszczędzać tego typu „utrudniania” życia dając wybór jednokierunkowy: „Chcesz tę niebieską spódnicę?”; dziecko może wtedy odpowiedzieć: „Tak, chcę.” Choć może powiedzieć: „Nie, chcę różową.” Nie zawsze dawanie wyboru maluchowi jest zresztą rozsądne, są sytuacje, kiedy dziecko czuje się lepiej, bezpieczniej, gdy rodzic swoim pewnym wyborem ukierunkowuje jego zachowania.
  • reagowanie z szacunkiem na borykanie się dziecka z trudnościami; np. sytuacja, gdy dziecko biedzi się z zakładaniem buta: „Te buty rzeczywiście z trudem wchodzą na Twoją nogę. Czasem łatwiej jest je wkładać, gdy nogę stawiamy na pięcie.” Ta akurat metoda bardzo mi się podoba, ponieważ uczy rodzica dużej dozy empatii, a zarazem dając możliwość samodzielności, udziela się też niezbędnej pomocy, podpowiedzi do rozwiązania trudnego zadania. Jednak ograniczeniem tej metody będzie jej werbalizm. Im mniejsze dziecko, tym więcej potrzebuje przykładu, tym mniej słownych wskazówek. Dla młodszego dziecka można by więc zastosować tę metodę: „Zobacz, tak się wkłada buta: stajemy na pięcie. Teraz ty spróbuj.”
  • Bez zadawania zbyt wielu pytań. Takie konkretne wskazówki nie zawsze się sprawdzają. Wydaje mi się, że niekiedy intuicja rodziców pozwoli bardziej dotrzeć do dziecka niż jakieś rady „przygotowane dla ogółu”, nie znające natomiast konkretów.
  • Nie warto śpieszyć się z dawaniem odpowiedzi. Czy rzeczywiście? Owszem nadchodzi taki moment, że dziecko dalej pyta, ale zaczyna uważać, że samo wie lepiej. Pamiętam moje rozmowy z 5-letnią Lidzią i Danielem, po których pytałam ich: „Po co w takim razie pytasz, skoro sam/-a uważasz, że wiesz lepiej?” W takim wieku rzeczywiście warto odpowiadać pytaniem na pytanie: „To bardzo ważne pytanie. A jak myślisz, jak można na nie odpowiedzieć?” Jednak pytające roczne, dwuletnie dzieci często powtarzają bez końca te same pytania, bo zwyczajnie potrzebują utrwalić sobie odpowiedź, nauczyć jej się, potrzebują czerpać od rodziców. No i chyba warto być źródłem wiedzy dla własnego dziecka dopóki ono chce od nas czerpać, a nie będzie trwało to wiecznie. Choć i dla małego dziecka po 12 pytaniu o to samo i 12 odpowiedzi, czasem warto odbić pałeczkę, by zobaczyć, co dziecko zapamiętało, zrozumiało.
  • Zachęta do korzystania z doświadczeń innych osób, innych źródeł. „Ciekawe, co na ten temat jest napisane w internecie?” Jednak nie lekceważyłabym tego, że skoro dziecko pyta i to pyta nas, tzn. że nam ufa, że oczekuje odpowiedzi, pomocy, wsparcia, a nie wymigania się od odpowiedzi, rozwiązania. Skoro widzi w nas autorytet zdolny do udzielenia wsparcia, odpowiedzi, to czasem będzie dla niego zawodem odwoływanie się do innych osób, źródeł.
  • Nie zabieranie nadziei dziecku. „Chciałbym być pogromcą dzikich zwierząt!.” „Widzę, że interesują Cię dzikie zwierzęta.” Jednak rodzic to nie kolega, który będzie poklepywał zawsze po ramieniu. Czasem cenniejsza może się okazać realistyczna uwaga dotycząca predyspozycji, możliwości dziecka. Rodzic znając dziecko tak dobrze, może ukierunkować realistyczniej, sensowniej, choć oczywiście nie jest alfą i omegą. Na pewno warto być entuzjastą własnego dziecka, bo to mu dodaje skrzydeł. Jeśli dziecko jednak w domu nie dowie się, że nie każdy pomysł jest do zrealizowania, prędzej czy później zostanie sprowadzony na ziemię.

Czasami ucząc dziecko samodzielności zapominamy, że mogą być wartości większe. Prędzej czy później dziecko nauczy się i samo jeść, i ubierać, i uczyć, ale warto nie nauczyć dziecka przy okazji, że w tej samodzielności nie można nawet liczyć na wsparcie, pomoc rodziców. Wychowując do samodzielności nie warto zapominać, że powinna to być nauka podana z życzliwością. Podana bez życzliwości, liczenia się z kruchością, indywidualnymi możliwościami dziecka rodzi w małym człowieku bunt i niezgodę.



Nierozsądna decyzja

Przecież tak się nie robi:

  • nie zachodzi się w ciążę, kiedy jest się nastolatką;
  • nie forsuje się podróżą, kiedy tylko się dowie o tym, że nosi się pod sercem dziecko;
  • w terminie porodu nie wędruje się w miejsce, gdzie nawet nocleg jest problemem;
  • co więcej nie decyduje się na dziecko, gdy jest się ubogim,

bo to nierozsądne. Żeby decydować się na dziecko, trzeba mieć zapewnione: warunki, odpowiedni wiek, sytuację życiową, zaplecze materialne, bezpieczne miejsce urodzenia.

Stąd decyzja Maryi o przyjęciu Dziecka rozsądną po ludzku nie była, podobnie wędrówka po poczęciu przez góry do świętej Elżbiety czy wyprawa do Betlejem w terminie porodu. Zamiast wędrować, gdy Dziecko mogło się lada moment urodzić, Maryja zapewne w oczach jej współczesnych lepiej by zrobiła, gdyby została we własnym domu- uchodzącym w tym czasie za najlepsze, najbezpieczniejsze miejsce porodu.

Na szczęście Maryja nie myślała tymi kategoriami, bo inaczej nie zgodziłaby się, nie zdecydowała na Dziecko. Myślała za to kategoriami Miłości, zaufania Jej, oparciu się na Bogu w każdym czasie: i przed Poczęciem, i przed Narodzinami i w ich trakcie, jak i po narodzinach decydując się na niespodziewaną podróż do Egiptu.

Łatwo nam osądzić:

  • że egoiści, bo mają tylko jedno dziecko;
  • że bezmyślni, bo decydują się na gromadkę dzieci;
  • że nierozsądni, bo nie mają środków na utrzymanie rodziny, a mimo to przyjmują kolejne dziecko na świat;
  • że niemądrzy, bo zbyt starzy na rodziców, bo ryzykują wady rozwojowe, które są częstsze wraz z upływem lat; itd., itp.

Łatwo jest osądzić, bo zbyt dużo wiemy o możliwych ryzykach.  O wiele trudniej natomiast odczytywać wolę Bożą, jej niezgłębioną mądrość. O wiele trudniej zaufać, gdy i w naszym życiu nie wszystko dzieje się zgodnie z naszymi wyobrażeniami, planami. Co więcej dzieci często uczą nas, że życie jest bogatsze, bardziej zaskakujące niż nasze jakiekolwiek wyobrażania o nim.

Błogosławiona nierozsądna decyzja Matki Bożej.

Błogosławiona miłość rodziców bardziej ufających planowi Bożemu niż „wytycznym medialnym”.



„Czekając na cud”

„Ciąża, jako że jest podróżą w kierunku nowego życia, naturalnie stanowi okres, który można określić jako czas pielgrzymowania, nie zaś jako czas odosobnienia. Obecność nienarodzonego jeszcze dziecka oznacza, że kobieta nigdy tak naprawdę nie jest sama – zawsze jest z dzieckiem. Doprawdy, ciąża nie powinna oznaczać samotności, ale raczej okres radosnego dzielenia się wszystkim tym, co oznacza bycie razem. (…)

Oczekujemy cudu narodzin, zdając jednak sobie sprawę, że czas oczekiwania jest już cudem sam w sobie.”

Książka „Czekając na cud”, zacytowana powyżej, napisana przez Jamie Stuart Wolfe mamę dziewięciorga dzieci, która uczy jak przeżywać ten czas błogosławiony razem z Maryją. Czasem wyobrażamy sobie zbyt bezcieleśnie, bez emocji Matkę Bożą, tymczasem doświadczała ona tych samych emocji, trudów, niepokojów co my. Musiała się nieźle przestraszyć, skoro Anioł Gabriel mówi do niej: „Nie bój się!” Musiała doświadczać niepewności i obaw, skoro dopytuje: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Także to zaufanie jakim obdarzyła Pana Boga nieźle ją kosztowało: lęk, niepewność, trud podróży do Elżbiety i Zachariasza, u których zobaczyła na własne oczy prawdziwość otrzymanych Słów.

W tej książce ze strony na stronę przekonuję się, że Maryja idzie i do mnie, choć nie mieszkam w pobliżu. Uwierzyła, że jest Matką i kieruje do wszystkich matek swe kroki, które chcą z nią przeżywać swoje macierzyństwo. Nie przynosi ze sobą zapewne kilogramów cukierków, kolorowych prezentów, ale autentyczną nieudawaną radość, a do tego własną obecność, przy której nie straszy więcej nasza samotność czy poczucie bycia niezrozumianą, niekochaną. „Oto z radości poruszyło się dzieciątko w moim łonie!”- krzyknęła uradowana Elżbieta, tyle głębokiej radości wnosi ze sobą Maryja.

„Uświadomiłam sobie, że moim podstawowym zadaniem nie jest ich (dzieci) ukształtowanie, ale raczej umożliwienie rozwinięcia ich własnej osobowości, którą Bóg – a nie ja -dla nich przewidział.

W końcu dotarło do mnie, że za sprawą Boga dzieci te pojawiły się w moim życiu, aby pomóc również mnie samej w odkryciu mojej własnej osobowości.”

Szczególnie mamy czekające na cud narodzin swoich dzieci, a teraz już doświadczające cudu ich ukrytej obecności mogę zaprosić już do tej drogi odkrywania tajemnic macierzyństwa z Maryją. Jeśli komuś się spodobały powyższe fragmenty, to i z tą doświadczoną mamą – autorką „Oczekiwania na cud”.



Publiczne karmienie piersią- prawem dziecka?

Obrazek do dyskusji o publicznym karmieniu piersią.

Opis po filmiku głosi w moim wolnym tłumaczeniu:

„Nie musisz jeść w toalecie. Dlaczego dziecko miałoby musieć?

Publiczne karmienie piersią- prawem dziecka.”

Oczywiście nie każda kobieta musi chcieć korzystać z tego prawa. Jednak każda powinna móc dokonać wolnego wyboru, nie podyktowanego strachem. Zastanawiam się w takich sytuacjach, gdy matki chowają się ze swoim karmieniem piersią:  dlaczego opinia postronnych osób staje się dla nich ważniejsza od potrzeb własnego dziecka zdanego wyłącznie na ich łaską, niełaskę? Dlaczego dokonano takiego przewartościowania, że uchodzi w towarzystwie mieć dekolt niemal do pasa, a nie uchodzi odpowiedzieć adekwatnie na głód, pragnienie własnego dziecka?

W internecie głównie można spotkać wyrazy zgorszenia, obrzydzenia z powodu karmienia piersią. Można by zapytać takiego delikwenta: czy tak samo gorszą go liczne filmy, reklamy pokazujące kobiecy biust? Czy tak samo zgorszony jest w kościele, gdzie można się natknąć na obraz Matki Bożej Karmiącej?



Po spotkaniu…

W ubiegłym tygodniu byłam na spotkaniu dla mam karmiących piersią oraz zainteresowanych nim. Trochę prowadziłam to spotkanie, trochę mamy prowadziły, trochę samo się prowadziło.

Po pierwsze to cenne doświadczenia, gdy matki dzielą się tym, co dla nich ważne: swoim doświadczeniem macierzyństwa, swoimi przeżyciami, przeżywanymi radościami i trudami.

Była i mama z dzieckiem ponad rocznym, była i z dwumiesięcznym. Były i mamy karmiące obecnie 24 godziny na dobę czyli te noszące swoje dzieci pod sercem. Z ich obecności szczególnie się cieszyłam z kilku powodów.

Po pierwsze, że zechciały się spotkać z nami.

Po drugie, że już teraz chcą poszerzać swoje doświadczenie, uczyć się i na błędach, i na sukcesach innych, nie zaś wyłącznie swoich.

Wydaje mi się, że często mamy na tym wczesnym etapie macierzyństwa zdobywają z różnych źródeł wiele informacji o porodzie, jednak stosunkowo mało o karmieniu piersią. Poród zwykle trwa kilka-góra kilkanaście, kilkadziesiąt godzin, a karmienie piersią powinno trwać o wiele dłużej. Nie chcę przez to umniejszać znaczenia porodu- jest to przecież wydarzenie przełomowe,  wyjątkowe, wpisujące się głęboko w psychikę kobiety, dziecka. Jednak chciałabym na pewno uwypuklić również znaczenie przygotowania do karmienia piersią.

Przygotowanie to jest o tyle ważne, że zazwyczaj w naszym środowisku kulturowym więcej jest mitów na temat karmienia piersią niż rzeczowej wiedzy, nawet wśród lekarzy, położnych, a więc zdawałoby się, że ludzi odpowiedzialnych za pomoc w zachowaniu zdrowia, a więc także karmienia piersią. Zawsze zadziwia mnie, że również matki karmiące tak mało interesują się swoim karmieniem bądź nie docierają do pogłębionej wiedzy na temat „piersiologii” i „ssakologii”, same podzielając i powtarzając wiele mitów.

Choćby bardzo często odtwarzany mit pt. „nie miałam w pierwszych dniach po porodzie pokarmu”. Owszem zdarza się taka przypadłość, że brakuje tego pokarmu albo jest go za mało w stosunku do potrzeb dziecka, jednak bardzo bardzo rzadko. Zdarza się np. w sytuacji olbrzymiego krwotoku poporodowego i następującego w związku z nim niedokrwienia przysadki mózgowej i co za tym dalej idzie zespołu Sheehana. Ile jednak kobiet doświadcza tego typu ciężkiej przypadłości? Bardzo mało.

U większości kobiet, gdyby po porodzie nie było pokarmu w piersiach, byłby to prawdziwy cud. Bo jak to? Od 16 tygodnia ciąży piersi wytwarzają siarę i nagle w zagadkowy sposób przestają po porodzie, choć całe przeorganizowanie hormonalne (choćby urodzenie łożyska) skłania organizm do aktywniejszej laktacji, do jej rozwoju.

Bardzo się dziwię personelowi medycznemu, że w dalszym ciągu, pomimo wielu oferowanych szkoleń, całej dostępnej wiedzy powtarza nieefektywne rytuały sprawdzania, czy kobieta ma pokarm i oceniania jej w tej materii. Raz, że uderza to zazwyczaj w samopoczucie matki, dwa, że jest to zupełnie niemiarodajne. Kobieta to nie maszyna, żeby miała działać za naciśnięciem obcej łapy. Pierś to nie urządzenie, żeby je sprawdzać.

Co więcej właśnie takie „sprawdzanie” powoduje, że kobieta spinając się, denerwując tą sytuacją, blokuje wypływ mleka. Za sam wypływ/wyciek z piersi jest bowiem odpowiedzialny hormon miłości czyli oksytocyna, a jego wrogiem jest hormon stresu- adrenalina. Stąd kobieta zaniepokojona, egzaminowana, może zupełnie nieświadomie hamować wypływ mleka z piersi. Zdarzało mi się na salach położniczych spotykać kobiety z piersiami przepełnionymi niemożliwie mlekiem (w sytuacji nawału, zastoju), a twierdzącymi, że nie mają pokarmu, bo gdy naciskają swoją pierś, nic im nie wypływa.

Dalsze efektywne wytwarzanie pokarmu po porodzie zależy w dużej mierze od efektywnego przystawiania do piersi przez matkę i efektywnego ssania. Sprawdzenie, czy matka karmi skutecznie: ma dobrą pozycję, przystawia prawidłowo dziecko, wystarczająco często i długo zabiera o wiele więcej czasu. Sprawdzenie tej efektywności ze strony dziecka zabiera również sporo czasu, bo trzeba przyjrzeć się sposobowi ssania dziecka: jak głęboko trzyma pierś, jak pracuje jego język, jak wyglądają jego wargi, policzki podczas ssania, jak dziecko jest ułożone do karmienia, jak często się budzi na karmienie, jakie ma cykle ssania, czy ssie odżywczo czy nieodżywczo itd. O wiele szybciej jest nacisnąć pierś pacjentce i rzucić od niechcenia: „Eee, nic tam nie ma, Sahara”. Często potem matka, zwłaszcza niedoświadczona nosi przez długi czas bagaż tych słów, doświadczając zwiększonej niepewności, niewiary w swoją zdolność wykarmienia.

Stąd czasami o wiele lepszym źródłem wsparcia od przypadkowo spotkanego personelu medycznego może być inna mama karmiąca, która przeszła już przez ten etap swojej niepewności i może dzielić się właśnie pewnością, umacniać jej poczucie własnej wartości.

Mamy leżące na położnictwie bardzo skarżą się na rady, które udziela im personel. Przychodzi lekarz: mówi jedno. Przychodzi położna: mówi drugie. Przychodzi salowa i jeszcze dorzuca swoje trzy grosze nieprzystające oczywiście do poprzednich wskazówek. Po powrocie do domu bywa nie lepiej, ponieważ odwiedzający, rodzina, przyjaciele często są źródłem zupełnie sprzecznych rad. Same rady nie są zazwyczaj wyrazem nieżyczliwości, przeciwnie, często jednak wprowadzają jednak wielki mętlik, zwłaszcza w niedoświadczonych głowach.

Znajoma położna, kobieta o wielkim sercu o jeszcze jednej bolączce swoich podopiecznych z oddziału położniczego opowiadała mi czasami. Otóż bardzo współczuła tej ogromnej samotności, która niejednokrotnie jest udziałem kobiet, nawet na oddziałach położniczych, gdzie dozwolone są odwiedziny. Matki wyrwane ze swojego rodzinnego środowiska, z otoczenia przyjaznego, bliskiego, domowego, w pierwszych dniach po narodzinach niejednokrotnie czują się opuszczone, zostawione same sobie, rzucone na głęboką wodę bez zabezpieczeń w swoim macierzyństwie. Tej pustki nie zaspokaja czasem nawet kilkugodzinny pobyt bliskiej osoby, tak wielka jest potrzeba bycia otoczoną czułą stałą opieką w tym okresie. Rozbieżne, często sprzeczne rady powiększają tylko to uczucie osamotnienia i rozbicia.

Stąd prowadzenie spotkań dla matek, karmiących piersią bądź nie jest dla mnie zawsze dużym wyzwaniem. Jak budować wzajemnie wsparcie, radość z przebywania ze sobą, kiedy tak wiele nas różni, tak wiele boli już od początków macierzyństwa, a przede wszystkim, jak sprawić, by każda kobieta z takiego spotkania wyszła silniejsza, pewniejsza, z większą cierpliwością dla siebie samej i dla swojego dziecka?

Ta początkowa samotność oddziału położniczego czasami pokutuje w naszym przeżywaniu. Dobrze, gdy takie spotkania matek dają szansę ujścia takim i innym trudnym emocjom. Czy taki klimat zaufania udało mi się stworzyć? Na pewno jeszcze nie, ale warto go budować. Wszystko przed nami.

Zapraszam na następne spotkanie dla mam z Lublina bądź okolic:

Spotkania dla matek, nie tylko o karmieniu piersią



Zagrożenie życia i zdrowia dziecka?

Aga napisała oburzona w jednym z komentarzy, żebym nie przesadzała, że sztuczne mleko to zagrożenie dla życia i zdrowia. Jakoś większość dzieci w naszym kraju, choć karmionych sztucznie niemal od początku, żyje i ma się dobrze.

Postanowiłam jednak przesadzać, bo mam ku temu wiele powodów. Zazwyczaj pisze się jedynie o korzyściach płynących z karmienia piersią czyli na sposób pozytywny. Jednak patrząc na sprawę obiektywnie, można też równie dobrze tę sprawę opisać od drugiej strony czyli o zagrożeniach płynących z karmienia mlekiem modyfikowanym.

Skoro ryzyko infekcji dróg moczowych niemowląt karmionych wyłącznie piersią jest w pierwszy półroczu ich życia 5 razy niższe, to można przedstawić też drugą wersję. Ryzyko infekcji u dzieci karmionych sztucznie w tym czasie jest pięciokrotnie wyższe.

Skoro dzieci karmione wyłącznie piersią przez 2 pierwsze miesiące życia są dwukrotnie mniej narażone na wystąpienie cukrzycy młodzieńczej typu I (czyli tej najwredniejszej), tzn. że dzieci karmione sztucznie będą dwa razy częściej zapadać na tą chorobę.

Oczywiście statystyka to szara ujednolicona masa, rzeczywistość jest w porównaniu z nią o wiele ciekawsza. Statystycznie chłop i krowa, którą prowadzi przez most mają po trzy nogi. W rzeczywistości wygląda to nieco inaczej, na pewno ciekawiej, nieprawdaż?

Wymieńmy sobie jednak te ryzyka, na jakie są narażone dzieci nie korzystające z dobrodziejstw matczynego mleka lub szybko kończące korzystać oprócz tych wymienionych powyżej:

  • otyłość i nadwaga– większe prawdopodobieństwo o 35-40% w porównaniu z dziećmi karmionymi piersią wyłącznie przez 6 miesięcy;
  • choroby nowotworowe – dwukrotnie częściej będą występować przed ukończeniem 15 roku życia u dzieci karmionych sztucznie; w czterech z tych badań wykazano, że dzieci karmione sztucznie częściej chorują na białaczki oraz chłoniaki, w tym ziarnicę złośliwą (choroba Hodgkina)- nawet 7-krotnie częściej zapadają na chłoniaki;
  • zespół nagłej śmierci łóżeczkowej – trzykrotnie częściej „przytrafia się” dzieciom karmionym sztucznie; no cóż, mamy karmiące butelką chwalą sobie ten twardy i długi sen swoich dzieci, ale ma to swoje koszty; może jednak lepiej dla niemowlęcia spać płycej, ale nie zapominać o oddychaniu; a mamy karmiący piersią uskarżające się na częste pobudki swych dzieci mogą nawet ten aspekt docenić jako potrzebny;
  • wrzodziejące zapalenie jelita grubego – na tą chorobę, która najczęściej się ujawnia w wieku 14-30 lat zapadnie więcej dzieci karmionych w dzieciństwie sztucznie (1,5-3,6 częściej były karmione sztucznie te, które zachorowały);
  • choroby alergiczne – dobrze udokumentowana skuteczność wywoływania przez sztuczne mieszanki np. celiakii (choroba alergiczna na gluten): czterokrotnie częściej chorują nań dzieci karmione jako niemowlęta sztucznie;
  • biegunka – badania ze Stanów Zjednoczonych pokazały, że dzieci karmione sztucznie dwukrotnie częściej zapadały na biegunkę; zaobserwowano efekt dawki: im mniej mleka matki było w diecie dziecka, tym większe ryzyko biegunki;
  • zapalenie ucha środkowego – dwukrotnie częściej u maluchów na butli;
  • wady zgryzu; co ciekawe potwierdzają to nawet badania archeologiczne: dzieci karmione dawniej wyłącznie piersią jako dorośli niemal nie miewali wad zgryzu;
  • choroba niedokrwienna serca, nadciśnienie – dorosłe osoby karmione sztucznie jako niemowlęta mają większą szansę na wyższe poziomy cholesterolu, wyższe ciśnienie (badania na Finach i Holendrach);
  • ryzyko zgonu – metaanaliza z 6 krajów mniej zaawansowanych ekonomicznie pokazała, że dzieci karmione sztucznie w dwóch pierwszych miesiącach życia sześciokrotnie częściej umierały z powodu chorób infekcyjnych; nawet w drugim roku życia dzieci te dwukrotnie częściej umierały z powodu infekcji układu oddechowego; w ciągu pierwszych 6 miesięcy życia dzieci karmione sztucznie z powodu biegunek umierają tam 6-krotnie częściej; firmy rozprowadzające swoje mieszanki, gratisy dla niemowląt zwłaszcza w tych krajach dopuszczają się więc czynności nagannej moralnie, bo mają na swoim sumieniu śmierć bardzo wielu dzieci; czy możemy się pocieszać, że u nas to ryzyko śmierci i zachorowalności nie jest tak duże? Oczywiście możemy. I to najczęściej robią mamy karmiące sztucznie. A mają wybór, skoro pogrzebały swoje karmienie piersią? trudno żeby cały czas opłakiwały naturalne karmienie.

Można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać, bo badań na ten temat jest na pęczki. Dlatego wiele z tych danych nie pochodzi nawet z pojedynczych badań, ale z całych ich grup.

Stąd można zapytać: czy rzeczywiście przesadą jest mówienie o zagrożeniach płynących z nie-karmienia mlekiem matki? Oczywiście, że nie jest- jest wyłącznie stwierdzeniem faktów i rzetelną oceną ryzyk, na co mamy setki badań pochodzących z różnych krajów i narodów.  Co oczywiście nie znaczy, bym chciała, by matki karmiące sztucznie tarzały się w popiele z tego powodu i załamywały ręce. Na pewno bym chciała, żeby lekarze czyli zdawałoby się kompetentne osoby zaczęły uczyć się pomagania w karmieniu piersią, bo najczęściej ich „pomoc” polega na zapisaniu recepty na sztuczne mleko, zaleceniu dokarmiania sztucznym, dopajania czyli na redukcji bądź eliminacji karmienia piersią itp.

Są oczywiście sytuacje, kiedy trzeba karmić sztucznym mlekiem, ale są to bardzo rzadkie przypadki ciężkich chorób matki bądź dziecka- wówczas mieszanka jest bardzo cennym wynalazkiem. Zazwyczaj jednak da się pomóc w karmieniu naturalnym, zazwyczaj ono jest najlepszy wyborem. Ale żeby się powiodło musi tego chcieć matka, osoby pomagające oraz mieć rzetelną wiedzę na ten temat.



Metody wychowawcze? Ale czy cierpliwie i wielkodusznie stosowane?

Można chodzić na Szkołę dla Rodziców, Szkołę Rodzenia, ćwiczyć od rana do wieczora bycie wzorowym rodzicem, stosowanie dobrych metod wychowawczych. Uczyć się rozumieć swoje dziecko, akceptować je, zachęcać do współpracy, uczyć ponoszenia konsekwencji własnego działania, przestrzegania zasad. Itd., itp. To wszystko dobre, często potrzebne.

Ale to wszystko psu na budę bez cierpliwości, bez wielkoduszności, radości z bycia razem, przebaczania i przepraszania.

Całkiem sympatyczne te wszystkie książki o wychowaniu bez porażek, o wyzwolonych rodzicach i dzieciach, którzy słuchają się nawzajem świetnie, porozumiewają się bez przemocy. Jednak czym zostaną te metody wykorzystane małodusznie, niecierpliwie? Czy nie pustą formą bez pokrycia? Czym zostaną, gdy zalewać będziemy nasze dziecko naszą złością, irytacją, smutkiem, „bo tak czujemy”, „bo musimy wyrazić swoje emocje”? Czym staną się te świetne metody, gdy nauczymy się z nich tylko słów?

Ci doskonali psycholodzy i pedagodzy od wychowania,  których książki polecam są świetnymi trenerami rodziców. Jednak najlepszymi wychowawcami rodziców są święci kanonizowani i niekanonizowani. Każdy może znaleźć bliskiego sobie świętego, który będzie uczył go przede wszystkim wychowania samego siebie: swojego umysłu, uczuć, zachowań.