|
|
|
14 lipiec
Najważniejsza inwestycja w rodzinę i we własne dzieci to troska o własne małżeństwo, pielęgnowanie go.
Wierne kochające się małżeństwo to nieoceniony dar dla rodziny, również dla wychowania dzieci. Dlatego chodzić na randki trzeba przede wszystkim w małżeństwie. Rozmawiać ze sobą trzeba właśnie w małżeństwie, dbać o wzajemne uczucia, o chodzenie za rękę, o czułość i delikatność, zrozumienie i pogłębianie wzajemnej relacji w świetle Bożej obecności szczególnie.
Nawet przy małych i bardzo małych dzieciach jest to możliwe i wręcz konieczne, ponieważ to przy maluchach rodzice często czują się nadmiernie obciążeni. Znajdują więc mnóstwo wymówek: nie ma czasu, zmęczenie, częste pobudki dziecka. Jednak dla chcącego nic trudnego: ci małżonkowie, którym będzie zależeć na wzajemnej relacji po prostu będą dążyć do tych wyjątkowych spotkań, choć nie bez trudów. Nie musi to być perfekcyjne, ważniejszy powinien być wysiłek wzajemnego spotykania się i radość stąd płynąca.
Taka może oczywista refleksja, ale szczególna dla mnie po rozmowie z S. Drogie czytelniczki tego bloga, proszę o modlitwę razem ze mną za S.- żeby wytrwała w tej miłości, chociaż ona boli do dna serca i za jej dzieci, które płaczą zbyt żałośnie. Otulcie modlitwą ich cierpienie, żeby nie było zbyt przygniatające, bardzo proszę!
14 lipiec
W ciekawym społeczeństwie żyjemy, trochę schizofrenicznym.
Z jednej strony znieczulonym oglądaniem filmów, reklam zionących erotyzmem, nagością. Z drugiej strony podważającym sens i potrzebę naturalnego karmienia piersią widząc w nim obnażanie się kobiety, a nie zaspokajanie potrzeby dziecka.
Przez to nierzadko budzi się w karmiącej matce niepokój, czy robi dobrze karmiąc w tym czy owym miejscu, w parku czy na placu zabaw, w sklepie czy na ławce przy chodniku. Powiększa się on tym bardziej, gdy zamiast innych karmiących piersią matek widzi osoby karmiące przez smoczek, przez niekapki, dające smoczka-uspokajacza nawet bardzo małym niemowlętom.
Tak jakby karmienie piersią mogłoby być czymś wstydliwym, niewłaściwym. Nawet jeśli mama karmiąc piersią czuje zażenowanie z powodu obecności innych osób, nie świadczy to o tym, że jej zachowanie jest niewłaściwe. Świadczy bardziej o obawach, jakie ma z powodu spostrzegania kobiecej piersi w społeczeństwie jako obiektu seksualnego, a nie jako źródła pokarmu dla dziecka.
Czy jednak za tym odczuciem przykrości pomieszanej ze wstydem, zmieszaniem mamy podążać w swoich wyborach? Skoro uważamy karmienie piersią za normalne, naturalne, dobre, to dlaczego się wstydzimy?
Ten wstyd zapewne rozpowszechnił się z powodu zmieniania się wzorca społecznego. Gdyby wszystkie kobiety (bądź prawie wszystkie, np. 90%) mające małe dzieci karmiły je piersią i było to dla nich powodem do zadowolenia, dumy, to czy młode matki rozpoczynające swoją drogę macierzyństwa chowałyby się z własnym karmieniem? Gdyby znały „z widzenia” karmienie piersią w wykonaniu sióstr, sąsiadek, cioć itd., to czy sprowadzałyby je do podziemi, czy wstydziły by się tej oczywistości?
Gdyby i mężczyźni: ojcowie, bracia, wujkowie, księża, zakonnicy byli przyzwyczajeni, że normą dla małych dzieci jest karmienie piersią, to czy istniałby powód do jakiegokolwiek zawstydzenia? Niestety obecnie tak nie jest. Najbardziej rozpowszechniony jest wzorzec wszędobylskiego smoczka, jeśli nawet nie tego od butelki, to uspokajacza. Nawet małe dzieci kojarzą symbol „smoczek” jako znak niemowlęctwa, nawet te, które nigdy go nie używały. Poprzez zabawki, reklamy, kontakt z rówieśnikami szybko uczą się tego.
Zazwyczaj więc mamy wybierają środek, choć bynajmniej nie jest on złoty: karmią tam, gdzie ich dziecko jest głodne, starając się robić to jednak dyskretnie, bez zwracania na siebie uwagi, nie bardzo otwarcie tak by i dziecko było ukontentowane, i one same nie były narażone na czyjeś złe spojrzenia.
Jednak warto pracować nad sobą, by karmienie piersią dla nas samych, naszych rodzin było tak zwyczajną częścią macierzyństwa, byśmy nie dały się zwariować reklamie i sztucznym wzorcom. Nieraz trzeba uświadamiać sobie własne uczucia: skąd takie a nie inne emocje rodzą się w nas w związku z karmieniem piersią? I szukać rozwiązań, czasem zmiany w sobie, by być pewniejszą, a czasem zmiany zewnętrznej:
- ubrania dające poczucie dyskrecji, np. poncha, karmienie w chuście, szukanie ubrań, w których czujemy się komfortowo karmiąc;
- gdy czujemy się niepewne we własnym karmieniu piersią, nie wszystkim musimy zawsze otwarcie się do niego przyznawać; jeśli same potrzebujemy wsparcia w tym względzie, to aktywnie poszukujmy go u osób, które są przyjaźnie ustosunkowane do tej sfery macierzyństwa;
- poszukanie innych mam karmiących w swoim otoczeniu daje poczucie bycia zaakceptowaną, normalności, współtowarzyszenia sobie;
- nie pozwalanie na negatywne oceny karmienia piersią i nie wchodzenie w dyskusję z osobami wyraźnie uprzedzonymi do karmienia piersią: „uważam inaczej, proszę zachować swoje zdanie dla siebie”; „dlaczego Ci przeszkadza moje karmienie?”- zauważenie, że problem nie jest w mamie karmiącej, a w głowie osoby go zgłaszającej.
Trwają upalne miesiące, wiele kobiet chodzi po ulicach niemal roznegliżowanych. Karmienie piersią w tym kontekście i nasza dyskrecja, spokój karmienia przypomina o normalności, o tym, że trzeba się bardziej liczyć z kruchością dzieci niż ze skrzywieniem życia społecznego.
Czasami kobiety całkiem dobrze radzą sobie z karmieniem piersią niemowlęcia, a dopiero karmienie piersią w okresie poniemowlęcym zaczyna im doskwierać z powodu nieakceptacji społecznej. Stąd nierzadkie odstawienie w przestrzeni publicznej, a kontynuowanie karmienia w zaciszu domowym. Nie każde jednak dziecko jest jednak tak uległe, tak zgodne, by zaakceptować to rozwiązanie. Stąd pytanie: czy rzeczywiście warto bardziej cenić odbiór społeczny niż zgodę z własnym dzieckiem?
13 lipiec
Młoda mama, nazwijmy ją Hermenegilda, żeby było anonimowo, trafia do szpitala z 4-tygodniowym maleństwem z powodu jednorazowego incydentu nieutulonego płaczu.
Lekarze nie znajdują żadnej przyczyny takiego stanu rzeczy, diagnozują więc: „głodne dziecko, dawać mu Bebiko”.
Żeby przybliżyć miejsce akcji, rzecz dzieje się w wojewódzkim szpitalu dziecięcym. Przyjrzyjmy się jednak wadze dziecka, żeby mieć obraz tej diagnozy. Malutki Rafałek w ciągu 4 tygodni (bez 3 dni) na samym pokarmie matki przybrał 880g, co stanowi całkiem ładną sumkę, wystarczającą dla maleństwa, ponieważ minimalny przybór to około 120g w ciągu tygodnia. Młodzieniec, który przybierał od masy spadkowej 220g/tydzień osiąga więc całkiem dobre przyrosty wagowe, które w żadnym razie nie powinny niepokoić.
Lekarze jednak są zdolni zaniepokoić najspokojniejszego człowieka na świecie. Zalecili młodej Hermenegildzie, żeby ważyła dziecko przed karmieniem i po karmieniu i zapisywała te „osiągi”, choć wartość tej metody jest wątpliwa nie od dziś.
Rzeczywiście zmiany w ten sposób osiągane były minimalne. Dlaczego?
- Karmienie piersią to nie egzamin. Robienie z niego egzaminu powoduje, że zestresowana matka wytwarza adrenalinę, która skutecznie ogranicza wytwarzanie oksytocyny odpowiedzialnej za sam wypływ mleka.
- Dziecko najwięcej często najada się nocą, a nie w dzień podczas kontroli: w nocy jest najwyższy poziom prolaktyny (hormonu mlecznego), oksytocyny (hormonu miłości, który wytwarzany jest gdy matka jest spokojna);
- Dziecko karmione piersią zazwyczaj jada często i krótko, a więc jego żołądek nie jest rozepchany, jednorazowo zjada niewielką ilość pokarmu. Ilość pokarmu zjadanego przez dziecko ma też duże wahania dobowe, np. rano porcje wypijanego mleka są zwykle większe niż wieczorem.
Ta mama na tyle miała rozsądku, że wypisała się na własne żądanie ze szpitala. Kontynuowała swoje karmienie piersią, dzięki wiedzy jaką miała, wsparciu osób, z którymi rozmawiała. Ale czy wiele kobiet w jej sytuacji nie uznałaby wyższości wiedzy lekarzy i posłusznie nie karmiłoby proszkowaną imitacją kobiecego mleka grzebiąc tym samym swoją laktację?
13 lipiec
Ponieważ czekam na kolejny poród co prawda nie jako rodząca, ale jej osoba wspierająca, to temat rodzenia wraca w moim myśleniu jak bumerang.
Temat intymności porodu wraca szczególnie, bo jest to dla douli w naszej polskiej rzeczywistości jakiś dylemat nierozwiązywalny. Naturalny poród, żeby przebiegał bez komplikacji powinien mieć zapewnione warunki intymności. Dlaczego? Dlatego, że mięśnie szyjki macicy są zwieraczami.
Ponieważ ten akurat zwieracz jest używany rzadko, odwołam się do innych zwieraczy, które znamy z częstszego używania. Zwróćmy uwagę, kiedy uruchamiamy zwieracz odbytu czy zwieracz cewki moczowej, kiedy pozwalamy im się otwierać. Czy w towarzystwie innych osób, publicznie czy w zacisznych ustronnych miejscach, gdzie czujemy się bezpiecznie?
Rzadko kto z własnej woli wybiera rozwieranie własnych zwieraczy w licznym towarzystwie, w miejscu publicznym, nie wyizolowanym, w świetle reflektorów, w sytuacji bycia obserwowanym. Jeśli znajdziemy się w takiej sytuacji, a musimy załatwić potrzebę fizjologiczną, to czym prędzej opuszczamy liczne towarzystwo, uciekamy z pola obserwacji innych. Gdy załatwiamy się oczywiście sami w publicznej toalecie w osobnej kabinie, to nawet odgłosy dobiegające z innych kabin nie są miłe, jedynie tolerujemy je, nie jest to jednak miłe uczucie.
Dla kobiet poród też jest wydarzeniem intymnym i to o wiele większym ładunku emocjonalnym, wymagającym uszanowania tej intymności. Dlatego w warunkach naszych szpitali kobiety często przestają rodzić właśnie po przyjeździe do szpitala. Jest to tak zwany efekt izby przyjęć. Rozwarcie szyjki macicy staje w miejscu bądź nawet znika: kobieta przestaje się otwierać lub wręcz zamyka swoje zwieracze, gdy zaczynają ją obserwować inni. No bo jak otwierać intymną część ciała w świetle reflektorów, gdzie wiele nieznajomych osób wchodzi i wychodzi?
Szpitalnym antidotum na taką sytuację jest podanie dożylnego wlewu sztucznej oksytocyny, żeby szyjka dalej się rozwierała, co niesie jednak za sobą szereg ryzyk.
Zastanawiam się, jak można przywrócić to poszanowanie intymności w warunkach szpitalnych, gdzie są niejednokrotnie pieniądze na skórzane meble dla ordynatorów, nie ma ich jednak na zrobienie oddzielnych pomieszczeń dla każdej rodzącej. I jest to jakaś syzyfowa praca przede wszystkim nad zmianą mentalności.
Nie ma chyba idealnych rozwiązań, ale można udzielić jednak kilka podpowiedzi, co można spróbować zrobić w sytuacji wystąpienia efektu izby przyjęć i w celu zapobiegania mu:
- jeśli rodząca czuje się na siłach, dziecko jest zdrowe, to warto możliwie długo pozostać we własnym domu; kiedy rozwarcie szyjki macicy jest już bardzo duże, to nawet przyjazd do szpitala nie jest w stanie zahamować porodu (choć i tu są wyjątki, znam sytuację, kiedy przez wiele godzin rozwarcie stanęło na 8 cm właśnie w sytuacji zmiany miejsca pobytu na szpitalne);
- czasem ulgę przynosi i pozwala się rozluźnić dłuższy pobyt w łazience szpitalnej;
- poczucie wyizolowania odprężenia dostarcza czasem zanurzenie w wodzie;
- jeśli kobieta rodzi razem z mężem, mogą jej pomóc zacząć ponownie się otwierać jego czułe, intensywne pocałunki i inne pieszczoty; mąż szuka wtedy w szpitalu możliwie wyizolowanego miejsca, co jednak w sytuacji porodu szpitalnego nie jest łatwe;
- zamykanie drzwi, wypraszanie postronnych osób;
- wielkie skupienie się na rodzącym się dziecku, na oddychaniu, by dostarczyć sobie i dziecku tlenu aż do psychicznego odizolowania się od tego, co dzieje się „na zewnątrz” itd.
Właśnie troska o godność, poszanowanie intymności jest ważne i przy pierwszym porodzie i przy dziewiątym. Lubię rozmowy z Anią mamą dziewiątki dzieci: każdy poród ma w pamięci, i o każdym ma coś wyjątkowego do powiedzenia. Poród dla kobiety to są wspomnienia na całe życie- nie można więc przeżyć go byle jak.
12 lipiec
Przeżywanie i nazywanie wszystkich uczuć jest nam potrzebne. Wiele jednak kobiet ma tendencję do wypierania, tłumienia złości, gniewu. Z trudnością idzie w związku z tym nauczenie dziecka przez mamę zdrowego przeżywania tych emocji. Stąd łatwiej nam wybuchnąć złością, ale już na bieżąco informować o swoim przeżywaniu- niekoniecznie.
Wczoraj najstarsza latorośl udzieliła mi ciekawej lekcji. Najpierw pokłóciła się z własnym tatą i pogniewała na niego (z wzajemnością), po czym się pogodzili i przytulili.
Wówczas córcia, żeby mi udowodnić, że ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że złość taty świadczy o tym, że mu na niej zależy opowiedziała mi zagadkę:
„Mamusiu, który rodzic bardziej kocha swoje dziecko:
ten, który wściekły pobiegnie za nim na ulicę, by uratować je spod kół samochodu czy ten, który spokojnie da mu wpaść pod samochód?”
Moja córa dała mi w ten sposób poznać, jak bardzo docenia nawet ten sposób troski: poprzez zagniewanie się, zwrócenie sobie uwagi.
Zarówno złość, jak i gniew czy nawet wściekłość jest więc nam potrzebna w niektórych sytuacjach: te emocje mówią przede wszystkim coś o nas samych, o otaczającym świecie. Zaletą nie jest nieodczuwanie tych emocji, ale panowanie nad nimi.
Dzieci dają się rodzicom we znaki nierzadko: potrafią na światło dzienne wyciągnąć z nas zarówno najlepsze jak i najgorsze cechy.
Jak panować nad tymi „gniewnymi” emocjami tak, by one nie panowały nad nami?
- Odczuć je- czyli uświadomić sobie, co się czuje bez spychania tego w jakieś podświadome przeżywanie, które by nas drążyło uwierało;
- Nazwać je- np. „czuję złość, gdy cała zawartość Twojego talerza ląduje na mojej spódnicy”;
- Działać zgodnie z rozumem, niekoniecznie z emocjami.
Warto sobie uświadomić, że emocje negatywne: złość, gniew nie są naganne moralnie. Takim nagannym moralnie może być natomiast dopiero to, co zrobimy z naszymi emocjami, z własnym postępowaniem.
Złość i gniew mają też pozytywną rolę:
- skłaniają do szybkiego zareagowania (czasem takie jest potrzebne);
- pomagają podjąć szybką decyzję;
- ostrzegają nas o jakimś niebezpieczeństwie, potrzebie ucieczki, reakcji;
- dodają nam energii do działania itp.
Emocje te poddane działaniu rozumu mogą służyć nam też pomocą przy wychowaniu, jeśli umiejętnie będziemy z tą sferą współpracować.
„Niech nad Waszym gniewem nie zachodzi słońce”, „gniewajcie się, a nie grzeszcie”– mówi Biblia.
Nie warto starać się dopasować do modelu „miłej” kobiety kosztem tej sfery swojej osobowości. Stereotyp mówi nam, że miłe, dobre kobiety nie odczuwają, nie wyrażają złości. Jeśli przyjrzymy się sobie w prawdzie, to zauważymy, że nie jest tak do końca. „Nic co ludzkie nie jest nam obce”- do pełni człowieczeństwa i dojrzałego rodzicielstwa i takie trudne przeżycia bywają pomocne.
12 lipiec
Jest karmienie piersią naturalne:
- według potrzeby dziecka i mamy;
- bez protez piersi typu smoczki, butelki.
Jest też karmienie piersią nienaturalne: według zegarka, gdy potrzeby dziecka i mamy nie są uwzględniane, z zatykaniem dziecka tłumikiem zwanym pospolicie smoczkiem-uspokajaczem czy smoczkiem-gryzaczkiem, gdy niecierpliwość bierze górę.
Chciałam się przyjrzeć tym razem roli smoczka-uspokajacza w zaspokajaniu potrzeby ssania dziecka.
Zacznijmy od plusów: jest to niewątpliwie potrzebne urządzenie, gdy mamy do czynienia z karmieniem li i jedynie butelką. Ponieważ wypływ z butelki jest niefizjologiczny dziecko karmione w ten sposób często ma rozepchany żołądek z powodu zbyt dużej wypijanej ilości pokarmu. Stąd wprowadzenie smoczka-uspokajacza jest wentylem bezpieczeństwa, by nie przekarmiać dziecka, a równocześnie zaspokajać jego potrzebę ssania.
W naturalny sposób dzieci często zasypiają podczas ssania piersi. Zapobiega to w jakimś stopniu zespołowi nagłego zgonu niemowląt (SIDS, zw. śmiercią łóżeczkową). Gdy niemowlę nie ssie piersi, powinno się więc do zasypiania umożliwić dziecku ssanie smoczka, który nie będzie powodował krztuszenia, a więc tego z rodzaju uspokajacza.
Minusy podawania smoczka-gryzaczka występują zwłaszcza przy karmieniu piersią, a jest ich niemało:
- ryzyko zbyt słabego przybierania na wadze;
- zwiększone ryzyko przedwczesnego zakończenia karmienia piersią;
- ryzyko zmiany prawidłowego naturalnego wzorca ssania;
- możliwość uczenia się przez dziecko, że można na przemian ssać i gryźć, co później negatywnie może odbijać się na sposobie ssania piersi;
- wprowadzanie sztucznej bariery w kontakcie z dzieckiem;
- możliwość oduczania się matki prawidłowego odczytywania sygnałów wysyłanych przez dziecko na rzecz ich tłumienia.
„Zasługi” smoczka-uspokajacza w likwidowaniu laktacji są nie do przecenienia. To, że nawet postawa konsultantów laktacyjnych mięknie w tym względzie jest wyrazem wyłącznie tego w jakim środowisku żyjemy, dostosowania się do tła społecznego. Skoro tak wiele kobiet nie wyobraża sobie wychowania niemowlęcia bez smoczka, to dostosowują się do tego wyboru i zmiękczają swoje zalecenia.
Walka z podawaniem smoczka jest jak walka z wiatrakami. Konsultant swoje, matka swoje.
Przykład? (Nastąpi zmiana imion.)
Jeszcze w szpitalu:
Tłumaczę zasady, na jakich działa karmienie piersią. Dobrze radzą też położne, z którymi mamy akurat tu do czynienia. Wspólnymi siłami pomagamy Agnieszce w likwidowaniu zastoju w piersiach.
-No i, żeby zlikwidować zastój, żeby pokarmu Twojego było stosownie do potrzeb dziecka, to najlepiej nie podawać smoczka: ani tego z butelki, ani uspokajacza-gryzaczka- staram się tłumaczyć.
-Tak? Tego uspokajacza też? A ja myślałam, że tylko tego z butelki.
Kolejne spotkanie, gdy mały Rafałek ma 3 tygodnie. Ważymy i okazuje się, że waży słabiutko: na granicy normy (niecałe 17g na dobę przybiera). Oczywiście jeszcze raz tłumaczę, że dzidziuś ssie pierś za krótko o ten czas, w ciągu którego zaprzyjaźnia się ze smokiem. Proponuję, żeby mama odstawiła całkowicie smoczek, a karmiła, karmiła i karmiła piersią, a za 3 dni zważymy obywatela i w ten sposób upewnimy zaniepokojoną mamę, że człowiek potrafi się najadać z piersi, jeśli da mu się tą szansę. W każdym bądź razie nie ma potrzeby podawania mieszanki, którą już usłużnie zaleciła lekarka.
Po tych 3 dniach: Rafałek przybrał 60g/dobę. Jego mama rzeczywiście starała się nie podawać smoczka, jak najczęściej karmić piersią. Ale zostawiła sobie oczywiście smoczka.
Po 2 kolejnych tygodniach. Znowu smoczek wszedł w ruch. Dzidziuś znów zaczął przybierać o wiele gorzej niż mógłby bez tegoż tłumika.
Itd, itd. aż do skutecznego przedwczesnego zakończenia karmienia piersią. Bo smoczek i wygodna niecierpliwość okazały się ważniejsze niż wykarmienie własnego dziecka piersią.
Ech…
9 lipiec
Jeżeli wystarczy nam byle jakie wychowanie, to możemy się go uczyć od byle kogo.
Jeżeli wystarczy nam dobre wychowanie, to można się uczyć od dobrych.
Ale jeśli zależy nam na najlepszym wychowaniu, to warto uczyć się od najlepszych.
Z mojego punktu widzenia najlepsi są nie idole, nie pisarze poradników zapatrzeni w czubek własnego nosa, ale święci. Chyba żeby się znalazł jakiś święty piszący poradnik 😉 Czego w obecnych czasach nie można wykluczyć.
Warto zapisać się na takie korepetycje do świętych, oni są chętni do pomocy. Na ten przykład Jan Paweł II podczas swojej ostatniej bodajże pielgrzymki do Polski zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. I tak się zastanawiam, czy nie byłoby rozsądne zawierzyć własne macierzyństwo również i starać się właśnie patrzeć na te nasze dzieci uruchamiając wyobraźnię miłosierdzia. Doceniając ich wrażliwość, kruchość jak bezcenny skarb.
Spędzam ten weekend w towarzystwie świętej siostry Faustyny, więc będę się zastanawiać, co by to też miało znaczyć.
Do zobaczenia po weekendzie!
8 lipiec
Karmienie piersią to szkoła przetrwania zarówno dla dziecka jak i dla matki. Trzeba mieć zrozumienie, ale też cierpliwość dla dziecka, dla siebie samej, dla czynności karmienia. Osoby, które z góry odrzucają wagę cierpliwości nie wytrwają często. Zwłaszcza gdy w odsiecz przychodzą łatwe namiastki typu smoczek-tłumik.
Karmiąc piersią prędzej czy później dopadają nas kryzysy:
- Laktacyjne: kiedy dziecko ssie na umór i zdaje się matce karmiącej, że już tak będzie na wieki; ten rodzaj kryzysu jeszcze jest dość łatwy do przejścia; kilka dni, niekiedy tydzień lub dwa, czasem pierwsze 3-4 miesiące intensywnego ssania dzień i noc
 robi swoje: mleka zaczyna przybywać, maluch zaczyna ssać skuteczniej wraz z wiekiem i nie potrzebuje już tyle czasu spędzać przy piersi;
- Zmęczenia: niedospanie, przesilenie wiosenne, jesienne, zachorowania mogą sprawić, że czujemy się zmęczone karmieniem; przeżywamy zniechęcenia, jesteśmy osłabione; ale tak jak z powodu zmęczenia nie przestajemy pracować zawodowo, tak z powodu zmęczenia nie ma powodu przestawać karmić piersią; trzeba za to obmyślić sposoby regeneracji sił, odpoczynku, zwolnić obroty, zatroszczyć się o zdrowszy tryb życia, zrobić ewentualnie badania lekarskie;
- Emocjonalne: często z karmienia piersią robi się kozła ofiarnego tworząc mity typu „gdyby nie karmienie piersią, to by dziecko tyle nie płakało, to by się nie budziło w nocy”; „gdyby nie karmienie piersią, to by matka nie czuła się taka uwiązana do dziecka” itd. itp. Łatwo wtedy o pewną ambiwalencję: i ceni się tą mleczną drogę własnego dziecka i odsądza ją od czci i wiary. Pomocne w wyjściu z takiego zapętlenia mogą okazać się rozmowy, ujawnienie pokładów własnych emocji i poddanie ich refleksji. Wsparcie emocjonalne przez inne osoby oraz dostarczone samej sobie z wewnętrznych pokładów. Czasem jakaś trudna sytuacja osobista (np. przeprowadzka) rzuca też cień na karmienie piersią. Przemyślenie jej jednak plus kierowanie się empatią w stosunku do dziecka pozwala nam iść dalej w towarzyszeniu naszemu dziecku w erze mlekolubnej. Brak wsparcia społecznego karmienia piersią może też uwikłać mamę w nieradzenie sobie z własnymi uczuciami dotyczącymi karmienia piersią.
Kryzysy są jednak po to, by je pokonywać i wychodzić z nich z podniesioną głową. Nie trzeba się na nich zatrzymywać: towarzyszenie dziecku w pędzie jego rozwoju jest zbyt fascynujące, by tracić czas na biadolenie nad własnymi obciążeniami.
7 lipiec
„Nasze emocje nie podlegają gwałtownym przemianom na wewnętrzne żądania. „Mocne postanowienia”, by zmienić odruchowe reagowanie uczuciowe, nie przynoszą większych rezultatów. Świat naszych uczuć wymaga wielkiej cierpliwości i wolności wewnętrznej. Dopiero stopniowa przemiana wewnętrznych postaw i całego nastawienia do życia sprawia, że powoli opuszczają nas lęki, żale, obawy, zazdrość, gniew i skłonność do obrażania się na siebie i cały świat.” J. Augustyn „O miłości, małżeństwie i rodzinie”
Ledwo niemowlę zacznie chodzić, ledwo dziecko zaczyna mówić, już słyszy: „Nie płacz, bo wstyd, taki duży!” „Nie złość się, bo to nieładnie”. „Nie jęcz tyle!” Czy zawsze jest to słuszne? W końcu emocje nie są złe ani dobre pod względem moralnym. One dobre lub złe mogą być dopiero w zależności od tego, co z nimi zrobimy.
Przykład? Emocje: złość po stłuczeniu przez dziecko wazonu.
Zachowanie rodzica:
- Krzyk i wymyślanie dziecku od „niezgrabot”;
- Powiedzenie bez przestraszenia dziecka: „To był mój ulubiony wazon! Bardzo mi przykro, że go stłukłeś”.
„Rodzice pomagają swoim pociechom dobrze przeżywać ich świat emocji, nie tyle usiłując na niego oddziaływać bezpośrednio i nim kierować, ale raczej dając dzieciom przykład wewnętrznej pracy nad swoimi własnymi emocjami. Niekonsekwencja wychowawcza wielu ojców i matek przejawia się między innymi i w tym, że dając się ponosić własnym gwałtownym emocjom, ganią i karcą dzieci za ich spontaniczne ujawnianie tych samych uczuć”- cd. powyższej lektury.
Jest pewna pokusa, by szybko i skutecznie uciszyć dziecko, spacyfikować je i mieć chwilę wolnego.
Zawsze mnie zastanawiało ogromne powodzenie, jakim się cieszyły m.in. przedszkola prowadzone przez siostry zakonne. Gdzie tkwi owocność prowadzonej przez siostry pracy wychowawczej?
Jestem przekonana, że ona sięga głębi pracy wewnętrznej i bliskości z Bogiem, nad własnym wyciszeniem, zasłuchaniem, prostotą. I te rozkrzyczane, baraszkujące bez przerwy dzieci siostry potrafią zarazić swoją wewnętrzną ciszą.
Zauważyłam, że znane mi przedszkolanki-ciocie, gdy dziecko zaczynało podnosić głos, krzyczeć, potrafiły niejednokrotnie odpowiedzieć mu czymś przeciwnym: ściszeniem głosu. Co wtedy dziecko robi? Jeśli zależy mu na usłyszeniu, to samo też musi przestać krzyczeć, nadstawić uszu.
Proponuję na początek takie właśnie ćwiczenie: do coraz bardziej rozkrzyczanego dziecka spróbujmy mówić coraz ciszej i ciszej. Może podzielicie się rezultatami?
6 lipiec
Zacznę o Tosieńce, a więc dziecku prawie małym (3 i pół roku), aby przejść do dzieci maleńkich.
Moje dziewczyny zaczęły rozmowę o ciuchach.
Tosia (3,5 r.): Mam dzisiaj bluzkę z telefonem.
Lidzia(10,5 r.): Bardzo ładna.
Tosia: Jak mi mama nałożyła tą bluzkę, to byłam trochę zła na mamę, a trochę dobra na mamę.
Tak sobie konwersowały moje piękne latorośle. Zadziwiła mnie moja mała Tosieńka precyzją nazywania uczuć i tym, że już nieduży trzylatek może przeżywać taką ambiwalencję. Zdziwiła- ale czy powinna zdziwić? Dzieci są w końcu specjalistami od emocji, żyją w ich świecie, póki są małe nie wypierają się ich.
Jeszcze nie tak dawno uważano dziecko przychodzące na świat za nieme, głuche i ślepe i w taki właśnie sposób się z nim obchodzono nierzadko. Jednak badania wykazują zupełnie coś innego. Owszem wzrok przez kilka pierwszych miesięcy nie jest doskonały, słuch też potrzebuje trochę czasu do adaptacji, „mowa” niemowlęcia też jest specyficzna, ale to nie znaczy, że dziecko nie posługuje się nimi dobrze w takim stopniu, w jakim tego potrzebuje.
Wzrok jest na tyle sprawny, by widzieć twarz matki karmiącej piersią, by widzieć ojca tulącego na rękach. Widzieć i nie tylko widzieć, ale nawiązywać również kontakt wzrokowy i emocjonalny.
Okazuje się, że noworodek ma zdolność porozumiewania się emocjonalnego z rodzicami, że te emocje w jakiś sposób rejestruje i nawet naśladuje niemal od pierwszych chwil. Jest mu to potrzebne, żeby nawiązać z własnymi opiekunami żywą, intensywną relację potrzebną mu do rozwoju równie bardzo jak mleko.
Dziecko rodzi się również z ukształtowanymi w pewnym stopniu preferencjami: woli głos swojej mamy od innych, woli również głos swojego taty, swój ojczysty język od innych.
Kto nie wierzy, zapraszam do zgłębienia lektury „Twoje zadziwiające maleństwo” Marshall H. Klaus, Phylis H. Klaus, gdzie te wnioski są przedstawione na pięknych ilustracjach.
Nie należy się bać „mowy” dziecka: jego płaczu, kwękania, kwilenia, wzdychania, posapywania, ruchów ciała, machania rączek i nóżek, kręcenia główką- przez te wszystkie oraz wiele innych sygnałów młody człowiek przekazuje nam informacje o sobie, o swoim samopoczuciu, o tym, co mu doskwiera, co cieszy, co niepokoi. Właśnie nasz lęk i niepokój, nerwowe reagowanie na różne sygnały wydawane przez dziecko nie pozwala nam się właściwie „uczyć” jego mowy. Maluchy inaczej płaczą, gdy chcą ssać, inaczej, gdy chcą odbić połknięte powietrze, inaczej, gdy niepokoi je kupka lub siusiu, inaczej, jak coś uwiera, inaczej, gdy chcą się wydobyć z męczącej samotności itd.
Tylko czy zechcemy cierpliwie słuchać swoje dziecko, nie zatykając go różnego rodzaju tłumikami? Ma to swoje wydatne wygody, ale bez porównania lepiej uczymy się rozumieć swoje dziecko, gdy nie stwarzamy „sztucznych” potrzeb, np. smoczkowych, flipsowych, lizakowych.
|