|
|
|
Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’
6 czerwiec
Przytoczono mi dzisiaj fragment do zastanowienia:
„A Pan odwrócił się i spojrzał na Piotra. Przypomniał sobie Piotr słowo Pana, gdy mu powiedział: >Dzisiaj, nim kogut zapieje, trzy razy się mnie wyprzesz.< Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.” Łk 22, 61-62
Jak ważne jest spojrzenie, które kieruje na nas Bóg! Przyjść bliżej Niego, żeby mógł na nas patrzeć, żebyśmy mieli szansę nawrócenia.
Ale są różne spojrzenia: spojrzenie pełne miłości, czułości, oczekiwania, troski. Ale może też być spojrzenie pełne pogardy, niechęci, wściekłości, wyższości. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Nad czym więc trzeba pracować przede wszystkim? Nad tymi zwierciadłami czy za tym, co stoi głębiej, nad własnym sercem,? Pracować trzeba przede wszystkim nad swoim wnętrzem, żeby miało miłość, a wtedy i spojrzenie będzie czyste.
Cudowne przemieniające spojrzenie Jezusa, a równocześnie jego ostrzeżenie przed spojrzeniem: „A kto by pożądliwie spojrzał na niewiastę…” A więc Pan Jezus nie tylko w tym momencie nie zachęca do spoglądania, ale wręcz przestrzega przed nim. O ile lepiej w tym momencie odwrócić wzrok, spuścić go. I nie po to, żeby być ślepcem, ale po to, by oczyścić swój wzrok, żeby zatopić we wnętrze, które jest świątynią Ducha Świętego. Żeby odnaleźć spojrzenie dziecka Bożego.
Samo spojrzenie, choćby najbardziej otwarta skuteczna komunikacja nie wystarczy, gdy brakuje nam miłości.
Czy więc mamy uczyć naszych synów i córki, żeby zawsze spoglądać innym w oczy? Niekoniecznie. Ale koniecznie, żeby zawsze spoglądać na innych z miłością. A wzrok odwracać, spuszczać też się trzeba nauczyć.
31 maj
Opowieść pewnej napotkanej mamy. Gdy jej synek miał dwa lata, stwierdziła, że „musi odstawić od piersi”. Zrobiła to metodą „wyjazdową” czyli na kilka dni dziecko zostało z tatusiem czy babcią, żeby się odzwyczaiło, nie miało możliwości ssać. Po powrocie mały Krzysio odezwał się do mamy z wyrzutem: „Opuściłaś mnie! Zostawiłaś!”
Ile w tym stwierdzeniu emocji! Ile wyrzutu! Czy ta mama wiedząc, że taka gorzka będzie reakcja jej dziecka zdecydowałaby się na tą nagłą rezygnację, na postawienie swojego dziecka w sytuacji bez wyjścia? Gdy mamy do czynienia z faktem dokonanym: dziecko rzeczywiście już się odzwyczaiło, czuje się zrezygnowane, to matka patrzy już przed siebie, nie będzie wracać po to, co już wydaje się stracone, zakończone. I jest tu pewna racja: dalszy ciąg karmienia, kolejne odstawienie mogłoby otworzyć tą ranę, która już się zaczyna zabliźniać.
Bardzo mnie cieszy każde spotkanie z kobietkami, które uczęszczały niegdyś na spotkania grupy wsparcia dla karmiących piersią. Okazuje się, że wiele z nich karmiło powyżej 2 lat, 3 lata albo i 4. Czy to zadziałało nasze wsparcie, które sobie udzielałyśmy, że tyle czasu wytrwałyśmy, żeby dać możliwość dorosnąć do zakończenia naszym dzieciom? Być może w pewnym stopniu, ale, myślę, że przede wszystkim zadziałała intuicja matczyna towarzyszenia dziecku w jego rozwoju, zadziałała pewność siebie, że mam prawo karmić piersią, również według potrzeb rozwojowych mojego dziecka, mam prawo go nie łamać.
Gdy jest Ci więc ciężko z karmieniem, nie wahaj się szukać wsparcia, prosić o nie, domagać się go. Żeby być odważną i dzielną w swoich wyborach, żeby nie dać się porwać przez nurt „tak robią wszyscy”, żeby być pewną, że rozumienie potrzeb swojego dziecka, wrażliwość na nie jest wartością, której nie możemy pozwolić sobie zabrać.
Drugie imię każdego dziecka to wrażliwość. Pierwsze to radość. Dajmy się zarazić tą radością i tym zaufaniem do życia.
30 maj
Dzisiaj Danielek stwierdził, że on chce mieć Dzień Syna. Na to Lidka, że w takim razie ona Dzień Córki. Po chwili namysłu stwierdziła, że właściwie zrobiłam jej niedawno Dzień Córki, kiedy zabrałam ją na wagary.
Potem opowiedziała mi sytuację ze szkoły. Jej koleżanka zaczęła przeklinać przy niej, czego Lidia bardzo nie lubi, odpaliła więc jej:
-Olka, nie klnij. Mi to nie imponuje, bo ja nie klnę. A im (tu pokazała pozostałe dzieciaki) to też nie imponuje, bo oni klną.
Pogratulowałam córci asertywności. Ech, jak to trzeba doceniać dziecięce zbuntowane „nie”, żeby potem umiało powiedzieć też „nie” swoim kolegom bez kompleksów.

26 maj
Z aktualności. Listonosz przedwczoraj wręczył mi cudne życzenia z okazji Dnia Matki. Bardzo się ucieszyłam, zwłaszcza że były ozdobione pięknymi trupimi czaszkami 🙂 Oprócz tego dostałam jeszcze bukiet różnokolorowych bibułkowych różyczek w słoiku zakamuflowanym barwnym papierem (cudo!) oraz propozycję zabrania swoich dzieci na lody z okazji tego pożytecznego święta.
Z innej beczki. Niedawno dostałam polskie tłumaczenie książki Gabrielle Palmer (zresztą dosyć kiepskie, bo dużo błędów), zatytułowanej „Polityka karmienia piersią”. Ale samej książki nie można nie przeczytać, zwłaszcza jeśli się jest mamą karmiącą, zwłaszcza jeśli trudno znaleźć w sobie, w otoczeniu wsparcie tegoż naturalnego karmienia. Ale też koniecznie, jeśli karmi się modyfikowanym mlekiem, żeby poznać tajniki jego produkcji. Chyba że ktoś woli żyć w nieświadomości.
Karmienie piersią- mój konik- więc często na niego wsiadam. Jednak ten i ów nierzadko mi zarzuci, że macierzyństwo nie ogranicza się do niego. Owszem ale jest to jakąś ilustracją symbolem czym w ogóle jest macierzyństwo. Karmienie piersią się szybko kończy. Cóż to znaczy te 2-3-4 czy 5 nawet lat karmienia jednego dziecka?! Niewiele. Równocześnie trzeba karmić z ciałem i duszę dziecka: przekazywaniem tego, co istotne, co nieprzemijające. Dusza dziecka spragniona jest przede wszystkim miłości, ale nie da się jej nakarmić, gdy zaniedbuje się to małe, kruche ciałko. Karmiąc ciało karmimy równocześnie duszę, bo są jednym. Karmiąc własną miłością, wzmacniamy też ciało.
Spotkałam się ostatnio z zarzutem, co do karmienia piersią po roku, dwóch, trzech, że może tylko uwsteczniać dziecko, że do niczego nie jest już potrzebne. Jednak jest tak wyjątkowo rzadko, bo rzadko która matka karmi wyłącznie z własnych pobudek, rzadko która zmusza własne dziecko do ssania, ogranicza je do niego. Jest zupełnie inaczej: dziecko np. 3-letnie ssie, ale równocześnie rozwija się fantastycznie we wszystkich dziedzinach. Z pozoru uwstecznia to dziecko, np. które wraca do karmienia, bo urodziło mu się młodsze rodzeństwo, ale są to tylko pozory. My mamy nie powinnyśmy im ulegać, a patrzeć głębiej na swoje dzieci, w ich serca. Takie nawet regresy, powroty do piersi są jak zapadanie się na skoczni: jest to potrzebne, by zapaść się z dużą siłą w dół, aby tym wyżej i dalej skoczyć. Trzeba zrobić kroczek w tył, żeby mieć siłę do trzech radosnych skoków do przodu.
Kiedyś powiedziałam przed porodem zaprzyjaźnionej mamie dziewięciorga dzieci, że boję się tego regresu u dziecka, które przestaje być najmłodszym. „Czego się boisz? To jest potrzebne, dzieci korzystają na tym, bo mogą zachowywać się jak dzieci, rekompensować sobie to, czego potrzebują. To mija szybko”.
W Dniu Matki i w każdym innym dniu warto ucieszyć się ze swoich dzieci, bo ten czas nam podarowany się nigdy nie powtórzy.
5 maj
Rok temu na konferencji o porodach domowych na mojej Alma Mater Bogusia opowiadała o swoich trzech porodach domowych. Mówiła cała rozpromieniona o tym, że rodząc czuła się jak królowa. I to nie z tego powodu, by brakowało jej w czasie tych porodów trudu, bólu, zmagania się ze sobą. Zapewne miało to dużo wspólnego z wyrazem szczęścia, spełnienia, które dało się wyczytać z jej twarzy.
Cytat z pewnej lektury i to bynajmniej nie o porodach, a o wychowaniu dzieci, radzeniu sobie z nimi, a może przede wszystkim z sobą samym:
„Byłam Królową Matką, od której kondycji zależy stan całego ula, siłą, która scala jego życie. I biada nam wszystkim, jeśli potrzeby królowej są lekceważone.”
Jak bardzo doceniać trzeba własną rolę, potrzeby, a przede wszystkim własną osobę, by pozwalać sobie być właśnie Królową Matką. Pozwalać innym troszczyć się o siebie samą, uczyć ich tej troski.
I rodzi, i karmi się później dobrze własne dzieci, gdy doświadcza się wsparcia, gdy pozwala się sobie na bycie obsłużoną, gdy umie się o to prosić, a niekiedy nawet domagać się tego.
Czasem mówię do młodych tatusiów, że oni też mogą i powinni karmić piersią swoje dzieci. Mogą to robić podając podczas karmienia swojej żonie herbatę czy wodę, troszcząc się o jej komfort. Karmią wówczas piersią swojej żony i jest to właśnie to, czego w tym momencie potrzebuje cała trójka: związanie miłością, gdzie każdy jest każdemu potrzebny.
Powyższy cytat pochodzi z książki „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” autorstwa A. Faber, E. Mazlish.
Gdzieniegdzie wyczytać można tam takie banały jak: Rodzice nie są odpowiedzialni za szczęście swoich dzieci. Są odpowiedzialni za ich charakter.
Niby oczywiste, ale na pewno nie dla wszystkich, bo rozglądając się wokoło nie trudno zauważyć rodziców, którzy zachowują się jak babcie i dziadkowie własnych dzieci, jak dobre wróżki gotowe spełniać każde życzenie własnego dziecka. Po co dziecku same babcie i dziadkowie? Potrzebni są mu też rodzice, którzy będą je uczyć stawiania wymagań sobie samym i innym, którzy będą uczyć też pokonywania trudności, a nie tylko zaspokajania zachcianek. Ale znów same wymagania bez dozy czułości i zadowolenia byłyby trudne do zniesienia.
I jeszcze jedna z rad zawartych tam:
„Dla własnego zdrowia psychicznego rodzice nie powinni poddawać się nastrojom dzieci. (…) Nie byłoby żadnego pożytku z lekarzy, gdyby zarażali się chorobami pacjentów.”
Łatwiej doradzić tego typu zachowanie, trudniej zrobić, gdyż wymaga to dojrzałości, czasu, zdystansowania się. I zdaje się, że o wiele trudniej o taki dystans może być rodzicom jedynaków, bo jedyne dziecko stanowi dla nich pewien wzór i wyrocznię. Fora internetowe pełne są rad rodziców jedynaków: radzą oni innym, jak wychować, opiekować się cudzymi dziećmi na wzór i podobieństwo swojego jedynaka. Cóż stąd, że inne dzieci mają inne temperamenty, inną wrażliwość, inne doświadczenia życiowe, innych rodziców! Rady narzucają się same, skoro tak dobrze udaje się nam „pokierować” własnym jedynym dzieckiem.
Przez całą lekturę wisi nade mną pytanie o tytuł. Wyzwoleni rodzice? Książka ta jest w zasadzie świadectwem, że takie wyzwolenie jest na dobrą sprawę do końca niemożliwe. Jak bumerang wracają utarte przyzwyczajenia, wrodzone czy wyniesione z domu sposoby wyrażania się, postępowania, pomimo ćwiczeń, starań, przemyśleń. Więc może nie warto się starać? Oczywiście, że warto, bo tego potrzebujemy i my sami, i nasze dzieci. Brakuje jednak kropki nad „i”: wyzwolić w pełni nas jednak może jedynie Ten, który sam jest Wyzwoleniem.
1 kwiecień
Macierzyństwo to sztuka cierpliwości.
Tej rozumianej w sposób pozytywny jako długomyślność czyli patrzenie przed siebie i zdolność czekania. Łatwiej znosić pewne trudy towarzyszenia własnemu dziecku, gdy widzi się jego rozwój w dalszej perspektywie.
Przykłady? Końcówka stanu błogosławionego i naturalne wówczas uczucie niecierpliwości, wydłużania się czasu do granic wytrzymałości psychicznej. Trzeba jednak widzieć ten etap życia dziecka jako bardzo przemijający. Choć dłuży się niemiłosiernie, jest potrzebny dziecku (ostateczny rozwój płuc, ostatnie tygodnie to intensywna migracja przeciwciał odpornościowych do organizmu dziecka jako prezent od matki). I gdy spojrzymy jak krótki jest ten czas oczekiwania na spotkanie twarzą w twarz, a jak długie „rozwojowe potem”, to może nie jest łatwiej oczekiwać na rozwiązanie, ale łatwiej docenić ten czas, dotrwać. Ten czas intensywnego oczekiwania jest też wbrew pozorom potrzebny matce: rozwojowi jej uczucia do maluszka, aby nie straciła tych cennych ostatnich tygodni, dni godzin tak ogromnej bliskości „serce-przy sercu”, która już nie wróci.
„Jedynym sensownym lekarstwem na tęsknotę jest cierpliwość.” Zazwyczaj od lekarzy, położnych dostają całkiem konkretną propozycję uśmierzenia tej tęsknoty, pozbycia się trudu cierpliwości, np. indukcję porodu. Stęsknionym rodzicom przekazuje jedynie świetlany obraz wyboru tej drogi niecierpliwości: szybsze spotkanie, ujrzenie ukochanego dziecka. Rzadko kiedy idą za tym jakiekolwiek medyczne wskazania: małowodzie, źle prosperujące łożysko, co sugerowałoby potrzebę takiej interwencji. Skutki uboczne tej decyzji najczęściej pomija się, bo kto by się tam chciał dowiadywać, że grozi mu w związku z tym pęknięcie macicy, bardziej bolesne nieefektywne skurcze, ostatecznie nawet cesarka. Wszystko ma swoją cenę. I cierpliwość czekania, i niecierpliwość, że „musi być tu i teraz”.
Cierpliwość ma też swój sens negatywny: może być rozumiana jako zdolność do czekania na dobro i znoszenia w związku z tym jakiegoś cierpienia, trudu. Jak wielką ma to wartość!
Obecnie rzadko kiedy się to docenia, że wielką wartością jest znosić trud, ból dla drugiej osoby. I nie chodzi wcale o żadne cierpiętnictwo, ale po prostu można z radością przyjmować np. skurcze porodowe, każdy przyjmując jako obietnicę spotkania. Każdy witając modlitwą- podziękowaniem Bogu, ale też dziecku za ten ogromny dar bycia matką.
4 marzec
Każde dziecko chce być serdecznie przywitane. To maleńkie oczekujące utulenia, akceptacji. I to wracające ze szkoły potrzebuje rodzinnego ciepła, życzliwości, przyjęcia, a niekoniecznie od razu zaatakowania pytaniami o stopnie, klasówki itp.
I to rodzące maleństwo chce być przyjęte przez ciepłe kochające ręce rodziców, przez ich otwarte serce. Co jest najważniejsze w tym przywitaniu? Dobre samopoczucie matki lub dziecka? Szybki pierwszy niezakłócony kontakt?
Bardzo ważne to rzeczy, warto się o nie starać, ale nie zawsze tylko od nas zależą. Często personel medyczny wkracza tu z całym swym „bogactwem” oferty. To, co oferuje niezwykle ważne dla dzieci z zaburzeniami, chorymi, bardzo słabymi. W przypadku dzieciaczków zdrowych te medyczne zabiegi na „dzień dobry” nie tylko nie są specjalnie potrzebne, ale czasami są szkodliwe.
Ale jest coś, co może podarować każdy rodzic nowo narodzonemu dziecku oraz temu starszemu.
„…błogosławcie. Do tego bowiem jesteście powołani, abyście odziedziczyli błogosławieństwo.” 1P 3,9
Myślę, że tego rodzicielskiego błogosławieństwa nic nie jest w stanie zastąpić. I jest ono najlepszym przywitaniem i nowo poczętego człowieka, i tego, co dopiero się urodził, i tego, co to pierwszy raz do przedszkola czy szkoły. I na co dzień. To szczególne powołanie rodziców, żeby błogosławić swoje dzieci, co oznacza otwarcie się na szczęście, jakiego źródłem może być tylko Pan Bóg w swojej wielkiej miłości: szczęścia, którego nic ani nikt nie będzie w stanie zabrać naszym dzieciom.
To błogosławienie własnego dziecka to otwarcie własnego serca na jego wzrost, bo rodzicielskie błogosławieństwem nigdy nie jest tylko błogosławieństwem rodzicielskim, ale zawsze też Rodzicielskim przez duże R.
21 luty
Przygnębiające wrażenie robią zawsze na mnie kościoły, gdzie drzwi są zamknięte na cztery spusty. Nie są one obrazem Boga, który zawsze czeka, zawsze tęskni za mną i za Tobą. Zawsze ma otwarte Serce.
Póki dzieci są małe są jak świątynie z otwartymi drzwiami: przyjmują, zapraszają. Będąc stworzone na obraz Boży są otwarte. Od rodziców chętnie czerpią ich obecność, wartości którymi ci żyją. Domagają się tej obecności, nawet głęboko zranione długo pozostawiają swoje serce szeroko otwarte, tak spragnione miłości, że aż bezbronne.
W drodze do klubu przedszkolaka Tosieńka zauważyła dzisiaj: „Ile gwiazdek się ukryło dziś w śniegu” skąpanym w słońcu. Chłonęła ten cud przyrody, zatrzymała się nad nim pogodnie nie śpiesząc się. Otwierała swoje oczy na to przechodzące obok nas piękno, ale mam wrażenie jakby i jej dusza kąpała się w tym słońcu. Tak niewiele często wystarcza dziecku: chwila zatrzymania się.
Bliskość, która patrzy z zachwytem na tego, którego kocha 🙂
3 luty
Miałam dzisiaj okazję poznać nową sąsiadkę. Gadu gadu o tym i o owym, zeszło w końcu na dzieci. Wymieniłyśmy się informacjami, ile która ma pociech. I wypłynęła taka oto historia: piękna, jak to z życia. Jedno z jej czworga dzieci stwierdziło, że dobrze, że jest ich tyle, nie mniej. „Dlaczego?”- zapytała. „Bo jest więcej ludzi do kochania„.
Chciałam już wczoraj zastanowić się z Wami, odwiedzającymi mnie czasem internetowo nad bogactwem wczorajszego święta. Ofiarowanie Pana Jezusa w świątyni czyli na ludową nutę Matki Bożej Gromnicznej.
Jaką mądrością dzieli się z nami ta najpiękniejsza z Mam? Na pewno, że oddając Panu Bogu swoje dzieci, przynosząc je do Niego, nigdy nie tracimy, bo oddajemy je w jedyne Pewne Ręce, bezpieczne i zawsze kochające. Maryja z Józefem postąpili zgodnie ze zwyczajem: przychodzą do świątyni po 40 dniach od narodzin. Mądrość Bożego prawa daje kobiecie wytchnienie w czasie połogu, ale też przynagla do spotkania ze Stwórcą dziecka, do oczyszczenia nie tylko ciała, ale i duszy.
Chrześcijanie co prawda nie są zobligowani, by obmywać swoje dziecko w wodach chrztu w tym bądź innym terminie. Matki i ojcowie nie muszą korzystać z sakramentu zanurzenia w Miłosierdzie Boże- ze spowiedzi w tym bądź innym czasie, ale może warto, by jednak zastanowili się, jakim przykładem jest dla nas święta Rodzina.
Po urodzinach naszych dzieci czekają na nie gotowe cudne ubranka, łóżeczka, kołyski, wózki, chusty do noszenia, pieluszki, zabawki i in. My matki chcemy jak najszybciej podzielić się z dzieckiem swoim pokarmem- tym, co mamy najlepszego. Czyli same dobre dary chcemy dla swoich skarbów i to szybko. I to jest świetne, bo jak przysłowie twierdzi: dwa razy daje, kto szybko daje!
A z Chrztem Świętym czyli zanurzeniem w Chrystusa jest tak samo? Też tak się spieszymy, by obdarować nim swoje dziecko? W wybieraniu dnia chrztu wychodzi często na jaw, czy uważamy to za ważny dar, prezent dla swojego dziecka. Bo jeśli ważny, jeśli piękny, jeśli istotny to dar, to czy nie powinniśmy brać przykładu z Maryi i nie odwlekać tego momentu oddania Bogu jego własności? Dawniej rodzice chrzcili swe dzieci bardzo szybko: nawet kilka, kilkanaście dni po ich narodzinach, kilka godzin. Czasem robili to z obawy przed śmiercią dziecka, bo wówczas dzieci o wiele częściej chorowały, umierały. Ale zapewne wielu z nich, zwłaszcza świętych rodziców ofiarowało swoje dzieci w świątyni, by zanurzyć je jak najszybciej w Boże życie, bo po prostu warto, by nasiąkało Miłością Jedyną jak najwcześniej.
Czasem się zastanawiam, czy nie słusznie właśnie wrócić do tego zwyczaju wczesnego chrztu. Nawet mocno zaangażowani w przeżywanie swojej wiary rodzice czasem nie śpieszą się wcale z ochrzczeniem swojego dziecka, wielu z nich chrzci dopiero po kilku, kilkunastu miesiącach. Dlaczego? Oczywiście nie wiem tego, serce człowieka jest tajemnicą. Ale dźwięczy mi w uszach zarazem takie zawołanie Zbawiciela: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie zabraniajcie im”. Sami ochrzciliśmy najstarsze dziecko dopiero po czterech miesiącach po narodzinach- na pewno jego zjawienie się po drugiej stronie brzucha było dość przełomowe w naszej rodzinie. Z perspektywy czasu myślę jednak, że mogliśmy wcześniej. Ale właśnie te wszystkie karmienia, przewijania, uśmiechy zdobywające nasze serca, gruchania, łóżeczka, noszenie, kąpiele, usypianie przesłoniły nam na jakiś czas to, co najważniejsze: zaproszenie dla naszego dziecka do życia i umierania z Panem Jezusem.
„Umierania?”- ktoś zapyta. „Takie małe zdrowe dziecko, po co mówić o umieraniu?” Ale czy i najmniejsze dzieci nie cierpią od początku? Choćby i najtroskliwsi rodzice nie zapobiegną zawsze w porę zmęczeniu dziecka, bólom brzuszka, czasem przegrzaniu, a innym razem zmarznięciu. Nie ma ani idealnego pokarmu, ani idealnych chust, nosidełek, wózków, ubranek. Owszem można szukać i znajdować te najlepsze dla konkretnego dziecka, dobre- ale i tak nie zapobiegnie to cierpieniu dziecka, co najwyżej załagodzi je, oszczędzi większych cierpień, skróci płacz. Dlatego trzeba wszczepiać swoje dziecko jak najszybciej i w życie, i śmierć Zbawiciela, bo to jedyna śmierć, która ocala na 100%.
11 styczeń
Właściwie to bardzo dobrze się składa, że jako rodzice, jako matki, jako ojcowie ciągle popełniamy błędy. Nasze życie nie jest idealne, pełne jest niedociągnięć, słabości, grzechów.
Już jakiś czas temu przeczytałam, że właściwie wychowanie jest sumą popełnionych błędów. Coś w tym jest. Czy to jednak powód, by załamywać nad sobą ręce, odpuszczać sobie, zniechęcać się, zamartwiać się?
„Droga uświęcania przebiega przez nieustanne uznawanie w sobie omylności.” (o. A. Pelanowski). Zauważając własną niewystarczalność, łatwiej wtedy otworzyć się na Tego, który jest naszym Najlepszym Wychowawcą, Ojcem, który rzeczywiście jest nieomylny.
Świetne są niektóre warsztaty z psychoedukacji, z terapii pozwalające spojrzeć na siebie z pewnego dystansu, przepracować niektóre swoje doświadczenia. Są świetne, ale niewystarczające.
Nie ma jak uczyć się u Źródeł macierzyństwa i ojcostwa. U Tego, który jest Mocą, a zarazem „nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku.” Iz 42, 1-4
Ile delikatnej i czułej miłości w tym obrazie Boga przychodzącego- wystarczy prosić o te dary delikatności i pochylenia się nad drugim człowiekiem, bo Bóg jest hojnym Dawcą 🙂
|