Archiwum kategorii ‘Rodzenie’


Poród- przejście między światami

Znowu będę skrzypieć jak zacinająca się płyta, bo na mojej rodzimej Alma Mater spędziłam kilka dni temu niemal cały dzień.

Tematem sympozjum był mój konik: porody domowe.

Pierwsza teologiczna część najbardziej mnie ujęła, choć była najbardziej ogólna. Bo i o czym tu mówić? Biblijne kobiety poza wyjątkami wszystkie rodziły w swoich domach.

Takie oczywistości, ale jakby zapomniane, mniej uświadamiane. Że rodzenia nie można redukować wyłącznie do fizyczności, jest to również fakt duchowy. Matka nie jest zredukowana podczas rodzenia wyłącznie do własnego ciała, jej działanie jest również duchowe. Podobnie rodzi całe dziecko: nie tylko jego ciało, ale i duszę.

To, że mam świra na punkcie karmienia piersią, to i sobie zwykle dopowiadam w takiej sytuacji. Skoro rodzimy całe dziecko: i ciało, i duszę, to i karmimy całe dziecko. Sycimy nie tylko jego ciało, ale i duszę, i ta cała fizyczna oprawka nie tylko tego nie niweluje, ale właśnie pełniej może wyrażać.

Zapewne cd. nastąpi.



Nielegalny poród?

Szokujące:

zaprotestujmy

Już się wpisałam, bo uważam, że to jakiś dalszy ciąg totalitarnych praktyk rodem z czasów komunizmu. W Polsce takie relikty też się znajdzie i to wcale nie jakoś wyjątkowo.

Nasza położna była poruszona porodem naszej najmłodszej Tosieńki, która nie zaczekała na nią i energicznie wymogła na nas, żebyśmy sami przyjęli ją w objęcia. Opowiedziała o tym swojej znajomej położnej, na co ta oburzyła się: „Ależ to zabronione!” „A oddychanie i trawienie też jest zabronione?”- nie pozostała jej dłużna. Na szczęście w polskiej ustawie o zawodzie położnej jest wpisane do kompetencji położnej przyjmowanie porodów fizjologicznych poza szpitalem (a więc i w domu). Położne domowe wykonują więc swoją pracę zupełnie legalnie.

Matki też legalnie rodzą w domu. Póki jesteśmy zdrowe nie jesteśmy zmuszone do wybierania szpitala. Wiele kobiet wybiera szpital do rodzenia swoich dzieci, bo po prostu woli tam rodzić, uważa, że tam będą czuć się bezpieczniejsze, część po prostu nie wie, że ma jakikolwiek wybór.



Ubezwłasnowolnione czy świadome i podejmujące decyzję?

Przedłużam poprzedni wpis skoro znalazł oddźwięk, pisząc jego ciąg dalszy.

Poprzednio nadmieniłam już, że bycie kobietą, to, czego jesteśmy uczone jako dziewczynki poniekąd nas predysponuje, żeby te nasze granice uelastyczniać, naginać do potrzeb innych osób nawet za bardzo, tak żeby nie stracić m.in. pozytywnego image’u dobrej miłej dziewczynki i nie stać się jędzą na podobieństwo Baby Jagi, żeby nie stracić dobrych więzi z innymi ludźmi.

Myślałam o tym i myślałam… Wolno mi to szło co prawda z powodu moich ostatnich predyspozycji odmóżdżających, ale wywnioskowałam, że ma to jednak też swój sens. Takie właśnie cechy są bardzo przydatne przy wychowaniu małych dzieci szczególnie. Co by było gdybyśmy takie granice utrzymywały względem niemowlęcia? Czy pozwoliłoby to dobrze odczytywać jego potrzeby, karmić go według jego potrzeb, usypiać według jego kruchej fizjologii, a nie na rozkaz, nie wedle własnego widzi-mi-się? Dzieci rodzą się nie mając wokół siebie żadnych granic, a więc będąc szczególnie delikatne i wrażliwe na zranienia, bezbronne wobec innych, ale też wobec siebie samych. Stąd nasze naginanie się do nich, dyspozycyjność  jest dla nich dobroczynna. Są różne kobiety i różni mężczyźni.

Są różne związki. Znam takie pary małżeńskie, gdzie to ojciec jest bardziej matczyny: ma więcej wrażliwości, bardziej odczytuje bezsłowną mowę swojego dziecka, jest w swej cierpliwości bardziej oddany. Jednak najczęściej kobiety mają w sobie wiele tego „wychylenia” w stronę dziecka, otwartości, które wyrażają się w różny sposób, czasem zaskakujący dla nich samych.

Czyli zwalczać bezwzględnie tych cech nie ma sensu, bo są nam również bardzo potrzebne. Jednak jak widać jest ogromna potrzeba, by te cechy różnicować: bo o ile otwartość, dyspozycyjność względem własnego zwłaszcza maleńkiego dziecka jest bardzo potrzebna, o tyle w stosunku do przypadkowo spotkanego lekarza czy innej osoby mieć sensu już nie musi.

Stoi więc przed nami zadanie z jednej strony kształtowania własnej wrażliwości, opiekuńczości w stosunku do zaufanych osób, a z drugiej własnej wewnętrznej siły, pewności, odwagi, by wybierać to, co dla nas samych i dla naszych dzieci jest dobre, ważne, nie dając się zastraszyć autorytetom nawet tym groźnie patrzącym na nas z pozycji władzy np. szpitalnej, lekarskiej. Trzeba mieć tą siłę, by nie tylko świadomie zgodzić się lub sprzeciwiać zdaniu lekarza, ale by zacząć od zwykłego: „Dlaczego?” Stawiając to pytanie, wykorzystujemy prawo pacjenta do informacji o zdrowiu swoim i swoich dzieci, a zarazem równoważymy tą relację pacjent-lekarz. Lekarz mając obowiązek odpowiedzieć na nasze pytania dotyczące naszego zdrowia, badań, procedur medycznych, ich znaczenia, działania leków itp. musi się nam wytłumaczyć z sensowności swoich działań. My w ten sposób możemy dać sobie czas na przemyślenie sytuacji, skonfrontować to z własnymi przekonaniami, posiadanymi informacjami.

Właśnie bliska mi osoba poddała się serii bolesnych zastrzyków mających uśmierzyć jej ból. Niby zadziałało, ale dzięki temu dorobiła się interesującego skutku ubocznego: konieczności leczenia paskudnego zapalenia przyrannego. Brrr, nie opowiem Wam dokładnie, bo mnie ciary przechodzą jak sobie przypomnę.

A może dałoby się uniknąć tego typu typowo jatrogennych schorzeń, gdybyśmy się właśnie ośmieliły zadawać więcej pytań o możliwe skutki uboczne procedur leczniczych, badań, leków.

Z doświadczenia wiem, że choćby podczas rutynowego szczepienia dzieci lekarz ogranicza się do informacji o skutkach ubocznych „możliwa gorączka, możliwy obrzęk miejscowy” podczas gdy tychże w przypadku szczepień jest kilka stron (patrz: podręcznik „Wakcynologia”). Skąd więc taka oszczędność w informowaniu? Czy wynika ona wyłącznie z niechęci lekarza do wypowiadania się? Oczywiście, że nie! My też nie dopytujemy, poprzestajemy na małym, a więc zgadzamy się na bycie niedoinformowanymi, poinformowanymi w sposób niepełny, ograniczony bądź nawet rezygnujemy z jakichkolwiek informacji mając w zamian „święty spokój”.

O szczepionkach specjalnie nie zamierzam pisać, bo osobiście nie chcę zachęcać ani do szczepienia, ani do rezygnacji ze szczepień. Pisząc jednak o tym przykładzie łatwo zauważyć, że z wieloma badaniami, lekami jest podobnie.

Choćby KTG. Rutynowo podpinane do kardiotokografu rodzące matki muszą leżeć poprzypinane pasami najczęściej na plecach i przykute do łóżka na 20 minut, a czasem i cały poród, pomimo że często leżenie potęguje ich ból, a ponadto przyczynia się do niedotlenienia dziecka ze względu na ucisk naczyń krwionośnych doprowadzających tlen do dziecka. Ale czy pytamy dlaczego? „Żeby poznać pracę serca dziecka”- odpowie lekarz. „A przecież pracę serca można równie dobrze zbadać przy pomocy UDT-ki- przenośnego urządzenia, które nie wymaga leżenia, siedzenia. Po co więc ten uciążliwy kardiotokograf?” „W takim razie, żeby poznać częstotliwość i siłę skurczy macicy”- może argumentować lekarz. „Ale ja znam częstotliwość skurczy macicy, do tego potrzebny mi zegarek, a nie KTG!  A siłę skurczy czuję. Wystarczy mnie zapytać, a nie przywiązywać do łóżka!”

Z wieloma badaniami, procedurami jest podobnie. W szpitalach obowiązują procedury, standardy, ale zapomniana jest często sztuka położnicza, przedkładając nad nią wierność standardowej obowiązującej rutynie.

Katarzyna wpisując się do komentarzy stwierdziła, że zachęcam do walki z lekarzami. Jednak wcale nie taki jest mój cel. Jeśli to możliwe, to lepiej unikać walki, wrogości, nieprzyjaznych relacji. Personel medyczny to też ludzie z całym swoim bagażem zmęczenia, czasem wypalenia, a nierzadko mimo wszystko zachowujący wiele życzliwości, chęci pomocy. Stąd nie ma co z góry przekreślać tego typu pomocy, zwłaszcza że nie wiadomo, czy nie będzie nam rzeczywiście potrzebna.

Jednak swoje relacje z położną czy lekarzem lepiej opierać na relacji partnerstwa, a nie podległości. Dlaczego partnerstwa? Bo na czas porodu, ani jakiegoś leczenia nie stajemy się ubezwłasnowolnione, jeśli pozostajemy w kontakcie z własnym ciałem to pozostajemy ekspertkami co do własnej fizjologii czyli stanu zdrowia.

Typowa sytuacja podczas porodu. „Proszę się położyć do badania”- mówi lekarz. Często się jednak zdarza, że rodząca matka przeżywa wówczas skurcz. I jedna kobieta zaciśnie zęby i podda się grzecznie badaniu, pomimo że jest ono o wiele bardziej przykre w momencie skurczu, wszystko się w niej buntuje wobec tego. Ale inna kobieta przedstawi swoje stanowisko bez kompleksów: „Po skurczu. Teraz nie mogę się położyć, bo mam skurcz.” Lekarz dalej nalega na natychmiastowe badanie, ale kobieta rodząca jest nieustępliwa, choć przedstawia swoją decyzję przyjaźnie: „Za minutkę, bardzo proszę. Teraz nie mogę.”.

W szpitalu tak bardzo wchodzimy w rolę grzecznej pacjentki, że większość zaleceń przyjmujemy bezrefleksyjnie. A czy nie powinnyśmy być współdecydentami odnośnie własnego porodu, własnego dziecka? Rola „grzecznej pacjentki” w prosty sposób zdejmuje z nas odpowiedzialność. Potem powrót do domu bywa bolesny: bo się nagle okazuje, że niemal całkowita odpowiedzialność w rzeczywistości spoczywa na rodzicach i to oni i ich dzieci ponoszą skutki działań lekarzy, nawet jeśli w ogóle nie wnikali w ich sensowność, nie próbowali nawet o niej decydować. Taka zmiana bywa bardzo trudna, niepokojąca. Spotkałam się z relacjami matek, że były tym tak bardzo przytłoczone, że nie umiały sobie z tym radzić aż do popadania w stany depresyjne.

A czy nie byłoby sensowne od początku bardziej przejmować się rolą matki- osoby głęboko i aktywnie uczestniczącej w podejmowaniu decyzji dotyczących własnego dziecka niż być potem rzuconym na głęboką wodę? Oczywiście w różnych realiach może to być zadanie o różnym stopniu trudności. Są lekarze bardzo komunikatywni i chętni do współpracy z rodzicami, ale są i tacy, dla których są oni zawadą.

Tak więc nie zachęcam tu do żadnych walk na porodówce, ani na położnictwie, ale do zachowywania szacunku, wierności również dla siebie samej poprzez zachowanie wolnego wyboru, słuchanie przede wszystkim tego, co mówi nam własne dziecko, czego domaga się własne ciało, choć oczywiście może być to również we współpracy z personelem. Stając na porodówce nie stajemy się nagle ubezwłasnowolnione, niezdolne do decydowania o sobie- stąd narzucanie nam choćby pozycji do rodzenia jest przekroczeniem naszych praw. Warto o tym pamiętać idąc na porodówkę oraz o tym, że wiele położnych i położników zostało mistrzami w przełamywaniu naszych granic.



Granice

Po niemal dwunastu latach macierzyństwa, tudzież ojcostwa zapisaliśmy się z mężem na Szkołę Rodziców i Wychowawców. Najwyższy czas się czegoś nauczyć! Po pierwszym spotkaniu byłam pewna, że podjęliśmy dobrą decyzję ze względu na ciekawe osoby, które dane mi było w ten sposób spotkać, poznać. Po drugim jednak nabrałam pewności, że i ze względu na zawartość treściową, ciekawe ćwiczenia coś uda mi się skorzystać.

Tematem spotkania były granice, jakie stawiamy innym ludziom, a więc także naszym dzieciom.

Przeczytana rano arcyciekawa relacja, która i podczas tychże warsztatów odbijała się echem w moim umyśle:

poród asertywny w szpitalu.

Niby podstawy psychologii, dobrego samopoczucia we własnej skórze: wystarczające granice własnej intymności, poszanowania siebie samego. Zauważenie, że i inni mają takie granice, które trzeba respektować. Spotkanej po raz pierwszy czy drugi osoby nie będziemy pytać o kolor noszonej bielizny czy zaglądać jej do torebki.

Ale w tych naszych i cudzych granicach czasami z niewiedzy, nieświadomości, lęku, przyzwyczajeń i wdrożonych zasad robimy wyłomy.  Na przykład jak w opisanej relacji z porodu. Czy ten sam doktor, który chciał bez pytania, wiedzy i zgody rodzącej zbadać ją ginekologicznie odważyłby się na takie zachowanie w innej sytuacji? Czy to zachowanie jednego z przedstawicieli służby zdrowia nie obrazuje pewnej patologii, która niestety dalej drąży zwłaszcza tą szpitalną działkę okołoporodową?

Może nie miałabym takich podejrzeń, gdyby nie to, że stale się stykam z podobnymi relacjami. Świeżutka i pachnąca tygodniowym noworodkiem sytuacja ze szpitala. Rodząca dotarła w trakcie porodu pół godziny przed jego zakończeniem do szpitala. Skurcze już miała co minutę i częściej, a więc temperatura przeżywania bliska wrzeniu. Położna natomiast jak to standardy medyczne nakazują uparła się założyć jej wenflon (czyli ostre urządzenie zakończone igłą służące m.in. do zatrzymywania akcji porodu fizjologicznego). Ponieważ matka rodząca wiedziała, że założenie jej wenflonu jest i w normalnej sytuacji bardzo trudne, nie zgodziła się na to. Położna jednak nie wzięła sobie tego do serca i od tej pory poród wyglądał jak zabawa w kotka i myszkę, gdzie położna zaczajała się na rodzącą i mimo wszystko usiłowała się wbić jej w żyłę, a rodząca usiłowała uciekać przed nią i nie dać sobie przeszkodzić w swobodnym poruszaniu, co przynosiło jej największą ulgę na tym etapie porodu. Kilkakrotne próby dobrego umieszczenie wenflonu spełzły na niczym.

W końcu pod wpływem perswazji i manipulacji lekarza matka urodziła w pozycji żuczka (czyli wbrew sile grawitacji utrudniając dziecku wyjście na świat oraz wbrew własnym przekonaniom). Wtedy położna wreszcie dopadła leżącą matkę tuż po narodzinach i wkłuła się jej z satysfakcją w żyłę. I w tym momencie zalała jej krwią pół pościeli. Nietrudno się domyślić, że w tym momencie poczucie dobrze spełnionego obowiązku nieco zblakło.

Kobiety oczytane, mające świadomość, czym jest i powinien być poród naturalny coraz częściej kwitują swoje porody odbywające się siłami natury w tych przybytkach medycznych zwanych szpitalami: „to byłby taki dobry poród, gdyby mi nie przeszkadzano, nie niepokojono, nie zawracano głowy w trakcie porodu ankietami długimi na kilka stron, gdyby mi pozwolono rodzić tak jak tego potrzebowałam, a nie jak lekarzowi wygodniej mnie podglądać”.

Może i nie byłoby tak częstego łamania naszych kobiecych granic, gdyby nie to, że chyba już od kołyski nierzadko jesteśmy uczone, by być grzecznymi dziewczynkami, miłymi, zgodnymi. Dzieciom przykleja się naklejki „dobry pacjent”. Dobry? Co to znaczy? Wpajamy często naszym milusińskim, że dobry to znaczy uległy, a to przecież nie do końca prawda. Dobry to też potrafiący zawalczyć o to dobro, o to, co ważne.

Tak wyuczone spokojnie i grzecznie więc znosimy i po porodzie uwagi tym razem dotyczące naszego karmienia piersią wygłoszone np. przez przechodnia. Albo bierzemy sobie do serca negatywne uwagi męża, teściowej, babci, koleżanki dotyczące karmienia tak jakbyśmy to my matki nie były specjalistkami od karmienia własnym mlekiem własnych pociech. I nie chodzi o to, by być głuchą na uwagi bliskich czy innych osób, ale mieć na tyle dobrze wykształcone poczucie własnej wartości, żeby wiedzieć, że jest to sytuacja, kiedy należy nam się wsparcie, a nie podkopywanie naszej samooceny, podważanie naszych kompetencji.

Również dobrze wytyczone granice zewnętrzne i wewnętrzne pozwalają nam się obronić przed natrętnymi uwagami kulturalnie i zdecydowanie:

  • Nie prosiłam pana/panią o konsultacje laktacyjne;
  • Przepraszam bardzo, ale czy ja pani/panu zaglądam w biust i komentuję? Nie zgadzam się na podobne uwagi.
  • Drogi mężu, skoro znasz się tak dobrze na karmieniu naszego dziecka piersią, to może mnie dzisiaj zastąpisz? Oczekuję od Ciebie wsparcia. Tak samo jak zamierzam sama z siebie Cię wspierać w roli ojca, tak potrzebuję, byś popierał mój sposób bycia mamą itd., itp.

Jeśli pozwalamy przekraczać innym nasze granice, to potem często odreagowujemy to wewnętrznym niepokojem. Warto więc zastanowić się, dlaczego ich nie mamy, bądź nie bronimy skutecznie. Czy sam sens karmienia gdzieś tam wewnętrznie podważamy, nie mamy pewności w tym, co robimy? Czy tego typu uwagi uderzają w nasze ogólnie zaniżone poczucie wartości? Czy mamy jeszcze inny powód dla którego nie troszczymy się o własną spójność wewnętrzną, dobre samopoczucie?

Tak się nad tym zastanawiam…



Poród- tajemnicze przejście między światami

Interesujący wywiad z bardzo zajmującą osobą:

Czworo dzieci urodzonych w domu

Ciekawe, że te same wnioski, co miłośnicy porodów naturalnych wyciągają np. biskupi (choćby amerykańscy i inni). Protestując przeciwko refundowaniu antykoncepcji i aborcji z funduszy rządowych (czy innych, w każdym bądź razie pochodzących z podatków), argumentują to tym, że ciąża nie jest chorobą, żeby trzeba było jej za pomocy antykoncepcji zapobiegać. Obecność dziecka w ciele matki nie jest chorobą, a objawem zdrowia i żywotności, a więc leczyć jej nie trzeba również  za pomocą aborcji.

Warto też lekarzom przypominać, że podobnie finał tejże ciąży -poród to nie żadna obłożna choroba, a czynność życiowa, w której warto kobietę wspierać, ale na pewno nie powinno jej się sprowadzać do roli ubezwłasnowolnionej pacjentki i odbierać jej tej ważnej roli „rodząc za nią”.  Nawet gdy rodząca matka potrzebuje pomocy medycznej w jej trudzie rodzenia, nie wolno odbierać wartości jej wysiłkowi i zmaganiom, przekreślać ją stawiając siebie na piedestale.

Ile siły w sobie samych musimy znaleźć my- matki, by w sytuacji porodu wsłuchiwać się uważnie w głos własnego dziecka, nie tylko aparatury, postronnych głosów, by dać mu miejsce i czas w sobie na wyjście do świata.



Z rodzinnego pikniku…

Ponieważ byliśmy na rodzinnym pikniku miłośników porodów domowych zorganizowane przez Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni, podzielę się z tej okazji kilkoma refleksjami.

Ciągle wracam myślami zwłaszcza do spotkania z opowiadaczką, która przybliżyła nam historie porodowe z różnych kultur ubarwione własną osobowością, interpretacją i uczuciem. Coś pięknego!

Otóż we wszystkich niemal tradycyjnych kulturach poród angażuje wiele pomocnych i wspierających kobiet. Czasem nawet całe plemię lub wszystkie kobiety wspierają rodzącą matkę przez różne tradycyjne formy, np. wspólne rytmiczne pstrykanie, rytmiczne bębnienie czy śpiew.

Ofiarowanie tego rytmu rodzącej wydaje mi się bardzo cennym „prezentem” dla niej i dziecka- bo jest to zanurzenie jej w pewne misterium, zrozumienie rytmu porodu.

Obecnie propaguje się zwłaszcza zaangażowanie ojca i we wspólne  przeżywanie ciąży, porodu, co jest bardzo wartościowe, jednak warto też zwrócić uwagę na ten rys „kobiecy” porodu. Otóż nie jest przypadkiem, że przez wieki i tysiąclecia kobiecie przy porodzie pomagały szczególnie inne kobiety. Same potrzebując wsparcia w czasie porodu i czerpiąc je, same też stawały się ekspertkami we wspieraniu na różne sposoby:  przez cichą obecność, dotyk, masaż, wspólne działanie, troskę o rodzącą, zapewnianie jej na różny sposób poczucia bezpieczeństwa.

I obecnie ekspertkami od porodu naturalnego wcale nie są lekarze-położnicy, a właśnie kobiety położne. Choć i one szkolone często przez lekarzy przyjmują nierzadko punkt widzenia medyków jakby poród fizjologiczny był ciężką patologią, której: najlepiej zapobiegać, w razie wystąpienia ściśle monitorować, nadzorować, z góry założyć tragiczne zakończenia, możliwie często uniemożliwić go robiąc bezpieczniejszą operację.

Z jednej strony kobiety najlepiej umieją wspierać w trakcie porodu czy przed nim, w czasie przygotowania, ale też to właśnie od kobiet można nasłuchać się najgorszych, najbardziej niedorzecznych „przestróg”, strachów.

Tak jak ta opowiadaczka, jak wiele kultur każda z nas ma swoją własną wyjątkową opowieść o porodzie. Obyśmy umiały również nią dodawać innym ducha, odwagi do życia, do rodzenia. Bo nie sztuka napełnić drugą osobę lękiem, wystraszyć ją, nasycić obawami. Sztuką jest dzielić się własną historią tak, by była ona budująca, choć nie znaczy to łatwa, niebolesna.

Ten temat porodów niemal dla każdej kobiety jest życiowo ważny, bo ciągle rodzimy te nasze dzieci: wydając je na świat, wydając je na życie przedszkolne, szkolne, pozwalając im dojrzewać, odrywać od nas.



Talent do rodzenia dzieci

Natrafiłam na ciekawą relację pewnej forumowiczki. Najpierw przed porodem wyrażała ogromne obawy przed narodzinami czwartego dziecka, jak zniesie ten poród, różne obawy, lęki ją dręczyły. I potem kapitalna relacja poporodowa, gdzie stwierdza, że dopiero teraz przy rodzeniu czwartego dziecka odkryła, że „ma talent do rodzenia dzieci”.

Jeszcze rozmowy z mamą dziesięciorga dzieci. Właśnie dziesiąte w drodze. Wszystkie swoje dzieci rodziła w szpitalu. I taka refleksja jej się wyrwała, że właściwie te wszystkie zabiegi medyczne wokół porodowe bardziej jej w rodzeniu przeszkadzały niż pomagały. Że najdotkliwsza w czasie rodzenia była dla niej samotność. A jedynym ratunkiem i ukojeniem w tej samotności szpitalnej była modlitwa w rytmie skurczy porodowych.

Myślę, że w naszych mocno zbiurokratyzowanych szpitalach, gdzie nierzadko ważniejsze są wszystkie urządzenia, badania, a niekoniecznie rodząca nie jest łatwo odkryć w sobie ten talent do rodzenia dzieci. Skierowanie uwagi na badania ginekologiczne, aparaty KTG, wenflony, kroplówki sprawiają, że kobiety rodzące fizjologicznie nie doceniają własnej roli podczas rodzenia dzieci, a przeceniają role lekarzy i położnych. Ich rola jest oczywiście niebagatelna, gdy mamy do czynienia z jakimiś patologiami w przebiegu porodu, z zagrożeniem życia i zdrowia, jednak podczas prawidłowo przebiegającego porodu to rodząca matka powinna móc się wykazać zdolnością rodzenia, a rola położnej i lekarza powinna być wówczas bardzo dyskretna.

Gdy głupio wpakowałam się do szpitala 10 dni po terminie liczonym z miesiączki, usłyszałam 3 dnia leżenia tam odłogiem podczas obchodu „trzeba to urodzić” i nie było to do mnie skierowane, tylko do innych lekarzy. Nawet trudno opisać, jakie uczucia mną owładnęły?

Zamiast mnie chcą urodzić?

Dlaczego „to” mówi się o moim dziecku?

Dlaczego autorytarnie stwierdza, że wie lepiej ode mnie, kiedy powinno się urodzić moje dziecko podczas, gdy to ja jestem bardziej zaznajomiona z własnym cyklem owulacyjnym, z terminami współżycia?

Dopóki lekarze i położne nie zaczną traktować poważnie rodzących jako równorzędnych partnerów relacji, których trzeba słuchać, dopóki nie będzie normalności w położnictwie. Dopóki nie docenią siły i daru rodzenia, tak aby nie przeszkadzać w rodzeniu kobietom w ich skupieniu porodowym, znajdowaniu najlepszych pozycji porodowych itd., dopóty położnictwo w ich wykonaniu będzie powielaniem, zawodem odtwórczym, a nie sztuką.

Tych kilka refleksji tuż przed wyjazdem na Zjazd Rodziców i Dzieci Urodzonych w Domu zorganizowanych przez Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni.



„ludzie wszyscy podobni do siebie”

Przyrząd zwany ultrasonografem (w skrócie USG zwany) zrobił ogromną karierę. Lekarze czasem z nonszalancką pewnością informują na jego podstawie nie tylko o stanie zdrowia, ale i o płci dziecka.

Małżeństwo oczekuje narodzin dzieciątka. Starsze dziecko to synek. O tym młodszym dziecku w drodze dowiadują się na badaniu USG, że jest dziewczynką. Różowe sukieneczki i słodkie śpioszki są zakupione. Piękne imię dziewczęce też wybrane. Dziecko jeszcze ciche pod sercem, a rodzice do niego zwracają się po imieniu: „Michalink0!” Pięknie, osobowo rozwija się ta relacja.

Tyle że zgrzyt następuje w momencie porodu. Bo rodzi się chłopczyk. Będzie więc Michał, a nie Michalinka. Jednak przyzwyczajenie 5 miesięcy do mówienia „Michalinka” zostaje. Rodzice mówią dalej „Michalinka” do półtorarocznego dziecka, czasem Michał. Osoba z zewnątrz już głupieje, bo w końcu nie wie, czy ma do czynienia z dziewczynką czy chłopcem. Jak się zwracać do tego dziecka, skoro sami rodzice raz używają formy żeńskiej, a raz męskiej.

Czy lekarz uczynił przysługę tym rodzicom? Tak, niedźwiedzią. Ten kij ma dwa końce. I to nie jest odosobniony przypadek. Znamy też Piotrusia, co w różowych śpioszkach spał, bo też „miał być dziewczynką”. Na sali porodowej, na położnictwie rodzice często nie mogą się otrząsnąć ze zdumienia nad pomyłką lekarza. A czy należałoby się dziwić tym pomyłkom? Lekarz też człowiek, może się mylić.

Tego typu sytuacje utrudniają dziecku identyfikację z własną płcią, co jest potem bardzo ważne dla normalnego rozwoju jako dziewczyna lub jako chłopak. Co prawda współczesna kultura często stara się zatrzeć różnice między płciami, ich wagę, ale na szczęście zwykli rodzice spostrzegają je nadal. A spostrzegając doceniają najczęściej.

W swej książce „Prawidła życia” Janusz Korczak cały rozdział poświęca różnicom i podobieństwom między chłopcami i dziewczętami. I generalnie doceniając człowieczeństwo obojga kończy w następujący sposób:

„Zauważyłem, że tylko głupcy chcą, żeby ludzie wszyscy podobni byli do siebie. Kto rozumny, tego cieszy, że są na świecie: dzień i noc, lato i zima, młody i stary, że jest i motyl, i ptak, że są różne kolory kwiatów i oczów ludzkich, że są dziewczęta i chłopcy. Kto nie lubi myśleć, tego niecierpliwi rozmaitość, która zmusza do myślenia.”

Są rodziny, w których jest tylko synek lub tylko córeczka. Są takie, gdzie i syn, i córka przychodzą na świat. Są też rodziny powołane, by być przytulnym miejscem dla gromadki chłopców. Są też tacy małżonkowie, którzy są powołani, by być rodzicami dla swych córeczek.

Dlaczego?

Tajemnica. Niewiadoma, ale też Boży dar. Niespodzianka wykrojona przez Stwórcę na miarę tych konkretnych rodziców.

Czasem ciocie, wujkowie, znajomi zapytają starszego rodzeństwa: „A chciałbyś mieć braciszka czy siostrzyczkę?” „Chciałbym mieć tego, kto tam mieszka już u mamusi w brzuszku”- odpowie już uświadomione starsze dziecko. Ale maluch jest bezbronny wobec takiego pytania. Robi się krzywdę dziecku tak pytając, bo wykształca w nim oczekiwanie tego, co mówi jego chcenie. Tak jak się pyta: „Wolisz gofra czy loda?” Dziecko odpowiada licząc, że dostanie to, o czym mówi.

Warto więc uświadamiać swoje dziecko, jeśli zdoła pojąć, „że to już jest chłopczyk albo dziewczynka, tylko my tego nie wiemy; Pan Bóg zaplanował dla nas kogoś, kto jest nam potrzebny i komu my jesteśmy potrzebni do kochania„.

Nie jestem zwolenniczką tak popularnego dowiadywania się płci podczas badań USG. Lekarz zamiast skupić się na stanie zdrowia rozprasza się sprawami mniejszej wagi na tym etapie życia. Rodzice zamiast z ekscytacją czekać na narodziny czekają na już wiadome, znajome. Czytałam kiedyś o badaniach, które pokazywały korelację (współistnienie):

  • znajomości płci i dłuższego parcia (II fazy porodu);
  • nieznajomości płci dziecka i krótszej fazy parcia.

Coś w tym jest. Na pewno nie wyczerpuje to bogactwa zjawiska, ale pokazuje, że być może jesteśmy skłonne więcej trudu włożyć w poród, żeby poznać własne dziecko, gdy nie znamy jego płci. Zastanawiające.

Czy płeć dziecka jest ważna? Na pewno nie najważniejsza, ale ma jednak głęboki sens, którego nie trzeba pomijać, żeby dobrze wychowywać młodego człowieka.



Odcinanie pępowiny

Dwa porody – dwa różne zakończenia.

1 poród: dziecko się rodzi naturalnie, pozwala się tętnić pępowinie. Nie śpieszy się z jej przecinaniem, dziecko nie podejmuje samodzielnego oddychania przez 40 minut, ale jest w dobrym stanie, dzięki zachowanemu połączeniu z działającym łożyskiem. Dopiero po 40 minutach zaczyna samodzielnie oddychać, wtedy pępowina przestaje tętnić.

2 poród: dziecko się rodzi naturalnie, przecina się natychmiast pępowinę. Dziecko sinieje w oczach. Reanimacja, sztuczna wentylacja niewiele daje. Dziecko umiera.

Drastyczne dwa przykłady z życia wzięte, ale pokazujące, że niewiele w naturze jest przypadków. Dopóki pępowina tętni po urodzeniu, spełnia swoją funkcję, dziecko otrzymuje wraz z nią wystaraczającą dawkę tlenu, kolejne dawki krwi (mniej jest narażone na niedotlenienie, niedokrwistość, gdy samo ustanie tętnienie).

Szybkie przecięcie pępowiny częściej zamiast tragicznych skutków ma jedynie chorobliwe następstwa, np. lekkie niedotlenienie, niedokrwistość leczona później miesiącami.

Można też mówić o przecinaniu pępowiny psychicznej, przechodzeniu na kolejne etapy dojrzałości. Zakończenie karmienia piersią też można porównać do porodu, do zakończenia jakiegoś etapu, przecięcia pępowiny.

Gdy dziecku bardzo mocno zależy na kontynuowaniu ssania piersi, można się zastanowić: jakie ono ma dalsze funkcje, że nie ustaje? To nie jest ani złośliwość, ani nałóg ze strony dziecka. Jest w tym jakieś znaczenie, które myśląca mama odkrywa.

Czasem odkrywa dopiero poniewczasie. Dziecko odstawione od piersi zaczyna np. chronicznie chorować.

Najlepiej odkrywać to znaczenie w czasie karmienia biorąc pod uwagę:

  • stan zdrowia dziecka;
  • etap rozwoju;
  • radzenie sobie z emocjami;
  • sytuację życiową.

Oczywiście, że z karmienia piersią wcześniej lub później trzeba zrezygnować, jednak porozumienie z własnym dzieckiem jest tu niezmiernie istotne. Jeśli jest to możliwe, warto wziąć pod uwagę kruchość i delikatność zdrowia i psychiki własnego dziecka.



Poród- przygoda życia

Pusto tu na blogu, ale dużo się dzieje u mnie. Urlop to taki owocny czas zmiany i dojrzewania. Mam nadzieję, że nie zmarnuję tej szansy zmiany przede wszystkim siebie.

Dziękuję Monice za przytoczenie takiego ciekawego filmu o porodach:

wieloraczki naturalnie.

Jak mieć budujące spojrzenie na poród, gdy:

  • mama, siostra czy ciocia trąbią o patologiach przychodzenia na świat, chorych matkach i dzieciach „z powodu rodzenia”;
  • gdy podręczniki, książki popularno-naukowe koncentrują się często na tym, co źle może pójść w okresie okołoporodowym;
  • gdy koleżanki, przyjaciółki, fora internetowe trąbią o zagrożeniach, jakie niosą ze sobą narodziny dziecka;
  • gdy samej doznało się traumy doświadczeń porodowych?

Jak odczytywać poród jako dar od Boga, przygodę życia i spotkania, gdy straszą nas nim niemiłosiernie?

Po pierwsze trzeba korzystać z najgłębszego wsparcia, jakiego nikt inny dać nie może, bez którego zawsze jesteśmy jak bańka mydlana. Pan Bóg jest w stanie udzielić nam i w tej głęboko ludzkim doświadczeniu wyjątkowego wsparcia, jakiego nikt inny nie jest w stanie nam dać. Bez Jego wsparcia zawsze będzie uwierać nas gdzieś głęboko samotność, a wsparcie ludzkie będzie zawsze zbyt powierzchowne.

Ludzkie wsparcie też bywa potrzebne i niekiedy warto go poszukać, warto go dawać innym. A może zwłaszcza dawać, bo „dając otrzymujemy, umierając rodzimy się na nowo”.

Czekam niecierpliwie na założenie strony przez Monikę i Kasię (i kogo jeszcze? nie wiem), która to ma być miejscem wsparcia dla kobiet po cesarskim cięciu, a nie porzucających myśli o kolejnych porodach siłami i drogami natury.   

Myślę sobie, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy zbyt często wdzięczne Panu Bogu za ten dar rodzenia wpisany w naszą naturę. Jakoś tak łatwiej ponarzekać na niego, zwrócić na siebie uwagę użalaniem się, jaka to wtedy byłam biedna i nieszczęśliwa (co zresztą nierzadko jest prawdą).

Czy można chwalić to przychodzenie na świat dziecka?

I przyszła mi na myśl, że tej radości życia możemy się uczyć i od świętego Franciszka. Pieśń słoneczna inspiruje do teraz.

Bądź pochwalony Najwyższy Panie,

że chciałeś posłużyć się naszym kruchym ciałem, by nosiło Twoje dzieci, będące naszymi dziećmi. Bądź pochwalony za cud rodzenia, przychodzenia na świat i powolnego cierpliwego otwierania się na Twój dar miłości. 

Pochwalony bądź, Panie, przez położne Twoje siostry, które są pokorne i cenne, i bardzo troskliwe.

Bądź pochwalony, Panie, przez siostry nasze słabość i moc rodzenia, nieporadność, poczucie bezsiły i siłę, by wydawać na świat- od Ciebie je otrzymujemy.

Bądź pochwalony za życie i za śmierć, za zdrowie i chorobę, bo od Ciebie je otrzymujemy i Zmartwychwstanie opromieni je kiedyś wielkim i przejmującym blaskiem.

Ródźcie, siostry drogie, z wielką wdzięcznością za każdy skurcz, z wielką pokorą i radością, bo nie z Was jest owa ogromna moc dawania życia.

Przypomina mi się często świadectwo pewnej mamy dziewięciorga dzieci, która opowiadała mi, że każdy poród to był dla niej czas zanurzenia się w modlitwie, oparcia swojej samotności szpitalnej właśnie na Bożej pomocy. I patrząc na jej dzieci, na jej relację z nimi widzę to. Ta modlitewna więź nie przemija, ta bliskość, która nie jest z nas samych towarzyszy dalej dziecku.