Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’


Wyzwoleni rodzice- przez kogo?

Rok temu na konferencji o porodach domowych na mojej Alma Mater Bogusia opowiadała o swoich trzech porodach domowych. Mówiła cała rozpromieniona o tym, że rodząc czuła się jak królowa. I to nie z tego powodu, by brakowało jej w czasie tych porodów trudu, bólu, zmagania się ze sobą. Zapewne miało to dużo wspólnego z wyrazem szczęścia, spełnienia, które dało się wyczytać z jej twarzy.

Cytat z pewnej lektury i to bynajmniej nie o porodach, a o wychowaniu dzieci, radzeniu sobie z nimi, a może przede wszystkim z sobą samym:

„Byłam Królową Matką, od której kondycji zależy stan całego ula, siłą, która scala jego życie. I biada nam wszystkim, jeśli potrzeby królowej są lekceważone.”

Jak bardzo doceniać trzeba własną rolę, potrzeby, a przede wszystkim własną osobę, by pozwalać sobie być właśnie Królową Matką. Pozwalać innym troszczyć się o siebie samą, uczyć ich tej troski.

I rodzi, i karmi się później dobrze własne dzieci, gdy doświadcza się wsparcia, gdy pozwala się sobie na bycie obsłużoną, gdy umie się o to prosić, a niekiedy nawet domagać się tego.

Czasem mówię do młodych tatusiów, że oni też mogą i powinni karmić piersią swoje dzieci. Mogą to robić podając podczas karmienia swojej żonie herbatę czy wodę, troszcząc się o jej komfort. Karmią wówczas piersią swojej żony i jest to właśnie to, czego w tym momencie potrzebuje cała trójka: związanie miłością, gdzie każdy jest każdemu potrzebny.

Powyższy cytat pochodzi z książki „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” autorstwa A. Faber, E. Mazlish.

Gdzieniegdzie wyczytać można tam takie banały jak: Rodzice nie są odpowiedzialni za szczęście swoich dzieci. Są odpowiedzialni za ich charakter.

Niby oczywiste, ale na pewno nie dla wszystkich, bo rozglądając się wokoło nie trudno zauważyć rodziców, którzy zachowują się jak babcie i dziadkowie własnych dzieci, jak dobre wróżki gotowe spełniać każde życzenie własnego dziecka. Po co dziecku same babcie i dziadkowie? Potrzebni są mu też rodzice, którzy będą je uczyć stawiania wymagań sobie samym i innym, którzy będą uczyć też pokonywania trudności, a nie tylko zaspokajania zachcianek. Ale znów same wymagania bez dozy czułości i zadowolenia byłyby trudne do zniesienia.

I jeszcze jedna z rad zawartych tam:

„Dla własnego zdrowia psychicznego rodzice nie powinni poddawać się nastrojom dzieci. (…) Nie byłoby żadnego pożytku z lekarzy, gdyby zarażali się chorobami pacjentów.”

Łatwiej doradzić tego typu zachowanie, trudniej zrobić, gdyż wymaga to dojrzałości, czasu, zdystansowania się. I zdaje się, że o wiele trudniej o taki dystans może być rodzicom jedynaków, bo jedyne dziecko stanowi dla nich pewien wzór i wyrocznię. Fora internetowe pełne są rad rodziców jedynaków: radzą oni innym, jak wychować, opiekować się cudzymi dziećmi na wzór i podobieństwo swojego jedynaka. Cóż stąd, że inne dzieci mają inne temperamenty, inną wrażliwość, inne doświadczenia życiowe, innych rodziców! Rady narzucają się same, skoro tak dobrze udaje się nam „pokierować” własnym jedynym dzieckiem.

Przez całą lekturę wisi nade mną pytanie o tytuł. Wyzwoleni rodzice? Książka ta jest w zasadzie świadectwem, że takie wyzwolenie jest na dobrą sprawę do końca niemożliwe. Jak bumerang wracają utarte przyzwyczajenia, wrodzone czy wyniesione z domu sposoby wyrażania się, postępowania, pomimo ćwiczeń, starań, przemyśleń. Więc może nie warto się starać? Oczywiście, że warto, bo tego potrzebujemy i my sami, i nasze dzieci. Brakuje jednak kropki nad „i”: wyzwolić w pełni nas jednak może jedynie Ten, który sam jest Wyzwoleniem.



Cesarka a naturalny poród- co kto woli?

Dlaczego jest tak wiele cesarek we współczesnym położnictwie? W niektórych rejonach świata odsetek ten sięga nawet 80% (Sao Paulo).

Generalizując pozycję Michela Odent „Cesarskie cięcie a poród naturalny” dzieje się to m.in. z powodu niezrozumienia potrzeb rodzącej fizjologicznie matki oraz z powodu wzrastającego bezpieczeństwa operacji cesarskiego cięcia, które staje się zabiegiem coraz mniej uszkadzającym, coraz mniej inwazyjnym (np. długie rozcinanie zastępuje się rozciąganiem, odciąganiem tkanek, mniej zszywania, mniejsza utrata krwi itd.).

Z jednej strony więc jego pozycja w pewien sposób oddramatyzowuje cesarkę: operacja ta stała się na tyle prosta, kilka ulepszeń przyniosło tak dobre rezultaty, że ryzyko tej operacji nie musi nam się śnić po nocach. W rzeczywistości w rozwiniętych krajach jest ono bardzo niewielkie.

Michel Odent nie byłby jednak sobą, gdyby nie zauważył jak ważne jest w porodzie naturalnym respektowanie potrzeb rodzącej dla jego prawidłowego przebiegu i jak bardzo korzystny i dla matki, i dla dziecka jest trud rodzenia się.

A jakie są to potrzeby? Przede wszystkim zachowanie intymności, poczucia bezpieczeństwa, wyłączenia działania kory nowej. W czasie porodu naturalnego pracującą przede wszystkim częścią mózgu jest podwzgórze i przysadka mózgowa, a więc stare pierwotne części mózgu. Gdy jesteśmy pod obserwacją, zasypywane gradem pytań, stawiane w świetle reflektorów, oderwane od poczucia bezpieczeństwa po prostu możemy przestać rodzić. Pod wpływem bolesnego badania ginekologicznego kobieta może nawet zamknąć swój mięsień zwieracz, jakim jest szyjka macicy. Czy nie podobnie robimy podczas defekacji? Gdy coś nas wówczas niepokoi, przeszkadza nam, to po prostu przestajemy bądź w ogóle nie zaczynamy otwierać zwieracza odbytu.

Przepraszam za trywialne porównane. Poród jest jednak procesem o wiele bardziej delikatnym, narażonym na zakłócenia, ponieważ tu nie chodzi o częste wydalanie, ale jest on wyjątkowym przejawem naszej  miłości do dziecka, tak bardzo niepowtarzalnym. Bliższe i bardziej adekwatne byłoby porównanie porodu do stosunku seksualnego. Stosunek może być dla kobiety przykry i bolesny, jeśli wcześniej nie otworzy na niego swojej psychiki, nie ma warunków bezpieczeństwa, rozkochania, uniesienia. Nie bez kozery w czasie porodu matka rodząca jest zalewana licznymi hormonami miłości podobnymi jak podczas współżycia: oksytocyną, prolaktyną, endorfinami itd

Czy może więc dziwić, że szpitalne warunki: jarzeniówki, sterylność, kręcące się nieznane osoby, widok nieznanych leków, narzędzi, aparatów, robienie wywiadu z rodzącą sprawiają, że tak często „trzeba” podłączać stymulatory porodu (kroplówkę z oksytocyną) lub kończyć poród cesarką, ponieważ nie ma jego postępu.

Odent- będący zarazem chirurgiem i położnikiem zauważa, że „swą umiejętność kochania kobieta w pewnym stopniu rozwija właśnie podczas porodu” otwierając się właśnie i na ten dar rodzenia i na przychodzące dzięki niemu dziecko. Stwierdza on dalej, że nasza miłość do dziecka idzie dalej poza tą fizjologię: i po cesarskim cięciu jesteśmy w stanie wydobyć z siebie wiele miłości do rodzących się w ten sposób dzieci w odróżnieniu od zwierząt, które w takiej sytuacji nie interesują się swoim potomstwem. Jednak kobiety doświadczają większych trudności w rozwoju tej miłości, gdy nie jest im dane urodzić ich, gdy rodzi się za nie.

Poród naturalny jest zazwyczaj korzystny dla rodzącej się matki, ale także dla rodzącego się dziecka. Podczas skurczy pierwszego okresu układ oddechowy maleństwa jest szczególnie przygotowywany do oddychania, stąd nie dziwi więcej trudności oddechowych, a w późniejszym okresie astmy u dzieci pocesarkowych.

Zebrano dane, że dzieci urodzone przez cesarkę zwłaszcza niepoprzedzoną akcją skurczową różnią się od dzieci urodzonych drogami natury:

  • pracą serca i aktywnością oddechową;
  • niższym poziomem glukozy;
  • niższą temperaturą ciała (90 minut po porodzie).

Po pierwszym szybkim przeczytaniu tejże lekturki mam wrażenie ogromnego docenienia porodu naturalnego, ale i nowoczesnej operacji cesarskiego cięcia. Książka o tyle ciekawa, że stawia wiele pytań, jest wyrazem drążenia tematu przez autora, jego drogi refleksji. Polecam!

Cdn., bo jeszcze chciałabym odnieść się do jego widzenia stereotypów dotyczących porodu oraz badań ciążowych.



„Czekając na cud”

„Ciąża, jako że jest podróżą w kierunku nowego życia, naturalnie stanowi okres, który można określić jako czas pielgrzymowania, nie zaś jako czas odosobnienia. Obecność nienarodzonego jeszcze dziecka oznacza, że kobieta nigdy tak naprawdę nie jest sama – zawsze jest z dzieckiem. Doprawdy, ciąża nie powinna oznaczać samotności, ale raczej okres radosnego dzielenia się wszystkim tym, co oznacza bycie razem. (…)

Oczekujemy cudu narodzin, zdając jednak sobie sprawę, że czas oczekiwania jest już cudem sam w sobie.”

Książka „Czekając na cud”, zacytowana powyżej, napisana przez Jamie Stuart Wolfe mamę dziewięciorga dzieci, która uczy jak przeżywać ten czas błogosławiony razem z Maryją. Czasem wyobrażamy sobie zbyt bezcieleśnie, bez emocji Matkę Bożą, tymczasem doświadczała ona tych samych emocji, trudów, niepokojów co my. Musiała się nieźle przestraszyć, skoro Anioł Gabriel mówi do niej: „Nie bój się!” Musiała doświadczać niepewności i obaw, skoro dopytuje: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Także to zaufanie jakim obdarzyła Pana Boga nieźle ją kosztowało: lęk, niepewność, trud podróży do Elżbiety i Zachariasza, u których zobaczyła na własne oczy prawdziwość otrzymanych Słów.

W tej książce ze strony na stronę przekonuję się, że Maryja idzie i do mnie, choć nie mieszkam w pobliżu. Uwierzyła, że jest Matką i kieruje do wszystkich matek swe kroki, które chcą z nią przeżywać swoje macierzyństwo. Nie przynosi ze sobą zapewne kilogramów cukierków, kolorowych prezentów, ale autentyczną nieudawaną radość, a do tego własną obecność, przy której nie straszy więcej nasza samotność czy poczucie bycia niezrozumianą, niekochaną. „Oto z radości poruszyło się dzieciątko w moim łonie!”- krzyknęła uradowana Elżbieta, tyle głębokiej radości wnosi ze sobą Maryja.

„Uświadomiłam sobie, że moim podstawowym zadaniem nie jest ich (dzieci) ukształtowanie, ale raczej umożliwienie rozwinięcia ich własnej osobowości, którą Bóg – a nie ja -dla nich przewidział.

W końcu dotarło do mnie, że za sprawą Boga dzieci te pojawiły się w moim życiu, aby pomóc również mnie samej w odkryciu mojej własnej osobowości.”

Szczególnie mamy czekające na cud narodzin swoich dzieci, a teraz już doświadczające cudu ich ukrytej obecności mogę zaprosić już do tej drogi odkrywania tajemnic macierzyństwa z Maryją. Jeśli komuś się spodobały powyższe fragmenty, to i z tą doświadczoną mamą – autorką „Oczekiwania na cud”.



Dla analfabetów kulinarnych

Zawsze własny wypiek chleba wydawał mi się czymś ponad moje siły i zdolności.

Jednak dzięki przepisowi od Mariolki bardzo się podbudowałam.

Cudny chlebek z wieloma ziarnami, który równie dobrze mogą robić starsze dzieci co ich mamy. Dzisiaj swoich umiejętności spróbował 7-letni Daniel i efekt jest równie pyszny jak wczoraj, gdy ja go uzyskiwałam. Na jutro do robienia zgłosiła się jako chętna moja Liduśka.

Do michy wsypaliśmy 1kg mąki takiej jaką mieliśmy pod ręką. W przepisie co prawda jest mąka-krupczatka, ale nie wzięliśmy sobie tego do serca mając kilka kilo wiejskiej mąki. Dodaliśmy do tejże mąki do dużej miski 1 szklankę otrąb pszennych, 6 łyżek pestek ze słonecznika, 6 łyżek siemienia lnianego, 3 łyżki sezamu oraz 3 łyżki pestek z dyni. Do tego dorzuciliśmy  5 dkg ciepłych drożdży, 2 łyżki cukru, 1,5 łyżki soli oraz 1 litr ciepłej wody.

Gwoli ścisłości wzięliśmy wszystkiego połowę, a i tak wyszły nam 2 prostokątne krótkie  formy (jak na keks). Daniel to wszystko mieszał łychą kilka minut, wedle własnej siedmioletniej cierpliwości czyli niezbyt dokładnie. Wedle przepisu należałoby zarabiać tą chlebową masę „aż” 3 minuty. Powstaje przyjemna rzadka paćka, którą od razu do nasmarowanych foremek włożyliśmy, a może raczej wlaliśmy.

Po 30-35 minutach porostu tejże brei (podwojeniu objętości)  nadaje się ona do włożenia do piekarnika na godzinę. Jeszcze tylko nastawiło lube dziecię 180 stopni na termoobiegu i chlebek już się piekł. Mmm, a jakie zapachy się rozchodziły po domu!

Może ktoś się dołączy do wypieku chleba naszego powszedniego 🙂

Muszę przyznać, że zrobiony samodzielnie i pachnący na cały dom smakuje o 150 % lepiej niż gotowiec ze sklepu.

Po drugim śniadaniu z dwóch bochenków została może ćwiartka. Jest to propozycja zwłaszcza dla dzieci-niejadków: zrobione, wymieszane samodzielnie równa się smaczniejsze.

Chociaż generalnie jestem przeciwko używania tego typu etykietek „niejadek”: nie ma dzieci niejadków, są tylko rodzice, którzy niepotrzebnie nadmiernie kontrolują talerz i buzię swojego dziecka.

Dla zainteresowanych rodziców dzieci nie przejawiających zainteresowania jedzeniem polecam książeczkę: „Bobas lubi wybór”. Coś w tym jest.

Jak można radośnie tworzyć jedzenie i zabawy z dziećmi dało mi dziś do myślenia następujące czytanko:

O, matko!



Ach, te dzieci

„Tadzio (chodzi o zaprzyjaźnionego starszego pana) jest chodzącym argumentem, że nawet najwredniejszych dzieci nie należy topić od razu po urodzeniu (a takie myśli przychodziły mi do głowy, kiedy Tadzio był mały), tylko poczekać, czy aby nie wyrosną z nich czarujący, błyskotliwi, dobrzy, serdeczni, altruistyczni dorośli.”

Stefania Grodzieńska „Nie ma się z czego śmiać”.

Życie jest pełne niespodzianek jak ta książka, którą właśnie połykam pomiędzy przekąszaniem dwóch innych.

Czasem łatwo nam o osądy: Ci to z ilością dzieci przesadzają! A ci to nadmiernie nadopiekuńczy bądź tacy i owacy! Lub: taka mała (bądź duża- w zależności od preferencji) przerwa między dziećmi to zarzynanie się, wpadka itp.!

Ale skutki naszych wyborów czasem dopiero po wielu wielu latach widać. Daru życia nie da się zmierzyć i zważyć- zbyt bezcenny, nieoceniony zwłaszcza z zewnątrz. Pan Bóg zawsze umie docenić to życie, dać mu szansę- my nie zawsze.

Uratowane życie jest taką perłą.

Czasem perłą schowaną głęboko we wnętrzu jakiejś oślizgłej niezbyt kuszącej małży.

Następny cytat czepił się znowu mnie i jęczy mi nad uchem, żeby go wykorzystać. Niech mu będzie:

„Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi, dzieci naszych przyjaciół są naszymi dziećmi, wnuki naszych przyjaciół są naszymi wnukami, prawnuki naszych przyjaciół są naszymi prawnukami, pies dziecka naszych przyjaciół jest naszym psem, a nasze życie jest poszukiwaniem skarbów – takich jak przyjaciele, przyjaciele przyjaciół itd. Nie ma z czego się śmiać.”

Książka pełna ludzi, czytając ją spędza się czas w doborowym towarzystwie, grywa w kierki z Brzechwą i odwiedza Tuwima. Takie tam jedno wielkie a propos na każdy możliwy temat dziewięćdziesięcioparoletniej pani.

Musiałam się z Wami podzielić czymś bardziej frywolnym dzisiaj, żeby nie pęknąć z nadmiaru powagi własnej pisaniny. Pękanie przy takim wietrze niebezpieczne.



Granice

Po niemal dwunastu latach macierzyństwa, tudzież ojcostwa zapisaliśmy się z mężem na Szkołę Rodziców i Wychowawców. Najwyższy czas się czegoś nauczyć! Po pierwszym spotkaniu byłam pewna, że podjęliśmy dobrą decyzję ze względu na ciekawe osoby, które dane mi było w ten sposób spotkać, poznać. Po drugim jednak nabrałam pewności, że i ze względu na zawartość treściową, ciekawe ćwiczenia coś uda mi się skorzystać.

Tematem spotkania były granice, jakie stawiamy innym ludziom, a więc także naszym dzieciom.

Przeczytana rano arcyciekawa relacja, która i podczas tychże warsztatów odbijała się echem w moim umyśle:

poród asertywny w szpitalu.

Niby podstawy psychologii, dobrego samopoczucia we własnej skórze: wystarczające granice własnej intymności, poszanowania siebie samego. Zauważenie, że i inni mają takie granice, które trzeba respektować. Spotkanej po raz pierwszy czy drugi osoby nie będziemy pytać o kolor noszonej bielizny czy zaglądać jej do torebki.

Ale w tych naszych i cudzych granicach czasami z niewiedzy, nieświadomości, lęku, przyzwyczajeń i wdrożonych zasad robimy wyłomy.  Na przykład jak w opisanej relacji z porodu. Czy ten sam doktor, który chciał bez pytania, wiedzy i zgody rodzącej zbadać ją ginekologicznie odważyłby się na takie zachowanie w innej sytuacji? Czy to zachowanie jednego z przedstawicieli służby zdrowia nie obrazuje pewnej patologii, która niestety dalej drąży zwłaszcza tą szpitalną działkę okołoporodową?

Może nie miałabym takich podejrzeń, gdyby nie to, że stale się stykam z podobnymi relacjami. Świeżutka i pachnąca tygodniowym noworodkiem sytuacja ze szpitala. Rodząca dotarła w trakcie porodu pół godziny przed jego zakończeniem do szpitala. Skurcze już miała co minutę i częściej, a więc temperatura przeżywania bliska wrzeniu. Położna natomiast jak to standardy medyczne nakazują uparła się założyć jej wenflon (czyli ostre urządzenie zakończone igłą służące m.in. do zatrzymywania akcji porodu fizjologicznego). Ponieważ matka rodząca wiedziała, że założenie jej wenflonu jest i w normalnej sytuacji bardzo trudne, nie zgodziła się na to. Położna jednak nie wzięła sobie tego do serca i od tej pory poród wyglądał jak zabawa w kotka i myszkę, gdzie położna zaczajała się na rodzącą i mimo wszystko usiłowała się wbić jej w żyłę, a rodząca usiłowała uciekać przed nią i nie dać sobie przeszkodzić w swobodnym poruszaniu, co przynosiło jej największą ulgę na tym etapie porodu. Kilkakrotne próby dobrego umieszczenie wenflonu spełzły na niczym.

W końcu pod wpływem perswazji i manipulacji lekarza matka urodziła w pozycji żuczka (czyli wbrew sile grawitacji utrudniając dziecku wyjście na świat oraz wbrew własnym przekonaniom). Wtedy położna wreszcie dopadła leżącą matkę tuż po narodzinach i wkłuła się jej z satysfakcją w żyłę. I w tym momencie zalała jej krwią pół pościeli. Nietrudno się domyślić, że w tym momencie poczucie dobrze spełnionego obowiązku nieco zblakło.

Kobiety oczytane, mające świadomość, czym jest i powinien być poród naturalny coraz częściej kwitują swoje porody odbywające się siłami natury w tych przybytkach medycznych zwanych szpitalami: „to byłby taki dobry poród, gdyby mi nie przeszkadzano, nie niepokojono, nie zawracano głowy w trakcie porodu ankietami długimi na kilka stron, gdyby mi pozwolono rodzić tak jak tego potrzebowałam, a nie jak lekarzowi wygodniej mnie podglądać”.

Może i nie byłoby tak częstego łamania naszych kobiecych granic, gdyby nie to, że chyba już od kołyski nierzadko jesteśmy uczone, by być grzecznymi dziewczynkami, miłymi, zgodnymi. Dzieciom przykleja się naklejki „dobry pacjent”. Dobry? Co to znaczy? Wpajamy często naszym milusińskim, że dobry to znaczy uległy, a to przecież nie do końca prawda. Dobry to też potrafiący zawalczyć o to dobro, o to, co ważne.

Tak wyuczone spokojnie i grzecznie więc znosimy i po porodzie uwagi tym razem dotyczące naszego karmienia piersią wygłoszone np. przez przechodnia. Albo bierzemy sobie do serca negatywne uwagi męża, teściowej, babci, koleżanki dotyczące karmienia tak jakbyśmy to my matki nie były specjalistkami od karmienia własnym mlekiem własnych pociech. I nie chodzi o to, by być głuchą na uwagi bliskich czy innych osób, ale mieć na tyle dobrze wykształcone poczucie własnej wartości, żeby wiedzieć, że jest to sytuacja, kiedy należy nam się wsparcie, a nie podkopywanie naszej samooceny, podważanie naszych kompetencji.

Również dobrze wytyczone granice zewnętrzne i wewnętrzne pozwalają nam się obronić przed natrętnymi uwagami kulturalnie i zdecydowanie:

  • Nie prosiłam pana/panią o konsultacje laktacyjne;
  • Przepraszam bardzo, ale czy ja pani/panu zaglądam w biust i komentuję? Nie zgadzam się na podobne uwagi.
  • Drogi mężu, skoro znasz się tak dobrze na karmieniu naszego dziecka piersią, to może mnie dzisiaj zastąpisz? Oczekuję od Ciebie wsparcia. Tak samo jak zamierzam sama z siebie Cię wspierać w roli ojca, tak potrzebuję, byś popierał mój sposób bycia mamą itd., itp.

Jeśli pozwalamy przekraczać innym nasze granice, to potem często odreagowujemy to wewnętrznym niepokojem. Warto więc zastanowić się, dlaczego ich nie mamy, bądź nie bronimy skutecznie. Czy sam sens karmienia gdzieś tam wewnętrznie podważamy, nie mamy pewności w tym, co robimy? Czy tego typu uwagi uderzają w nasze ogólnie zaniżone poczucie wartości? Czy mamy jeszcze inny powód dla którego nie troszczymy się o własną spójność wewnętrzną, dobre samopoczucie?

Tak się nad tym zastanawiam…



Upomnienia, kary i negatywne uwagi

Taki sympatyczny artykuł pomagający nam rodzicom wyzbyć się kompleksów, że wymagamy od własnych dzieci, że zwracamy im uwagę na niestosowne zachowania, że mówimy im czasem „nie” i wreszcie sięgamy też po różne kary:

Zabroń mi wreszcie

Artykuł długi i właściwie pokazujący oczywistą oczywistość, ale obecnym rodzicom zapewne takie rzeczy trzeba przypominać w epoce, gdzie parlamentarzyści wtrącają się w krytykowanie, karcenie dzieci (patrz: o ustawie antyrodzinnej). I grożą przy tym paluszkiem prawa stanowionego.

Właściwie w powyższej czytance nie ma nic nowego, ani nic specjalnie odkrywczego. Już wiele setek lat temu Biblia w o wiele krótszych i treściwszych słowach przedstawiała tę prawdę. Zajrzyjmy choćby do czytań z ostatniej niedzieli:

„Synu mój, nie lekceważ karania Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo tego Pan miłuje, kogo karze, chłoszcze każdego, którego za syna przyjmuje.

Trwajcież w karności. Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił?

Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości.”

Z mowy o najlepszym wychowawcy – Bogu Ojcu możemy się uczyć i czerpać, jakimi my powinniśmy być rodzicami.

Z jednej strony takimi, którzy „przytulają do swojego policzka” dziecko w swej łagodności, a z drugiej strony takimi, którzy uczą dziecko przyjmować wymagania, uwagi, krytykę oprócz pochwał.

Jednej ważnej rzeczy zabrakło w tym artykule: zwrócenia uwagi, że te krytyki, kary powinny być adekwatne do wieku, a jeszcze bardziej do dojrzałości dziecka, tak aby mogło je przyjąć, zrozumieć, skorzystać z nich.

Innych bowiem rzeczy możemy wymagać od dziecka dwuletniego, a jeszcze innych od czteroletniego. Stąd i inne kary będą adekwatne, mądre dla różnych dzieci.

Negatywna krytyka, zwrócenie uwagi maluchowi, żeby miało to sens, musi być konkretne, konstruktywne. Słyszałam kiedyś uwagę matki do pełnoletniego syna, który przyszedł prosto od fryzjera: „Ty idioto, jak ty się  ostrzygłeś!” To nie jest konstruktywna uwaga, tylko bardzo raniąca, oceniająca. Gdy precyzyjniej wyrażamy swoje myśli, konkretniej, możemy mocniej oddziaływać na swoje dzieci, a mniej je ranić: „Przykro mi, ale nie podoba mi się ta Twoja nowa fryzura. Uważam, że o wiele bardziej Ci do twarzy w klasycznych strzyżeniach.” O ile pierwsza wypowiedź rodzi bunt i niezgodę na obrażanie, to druga daje bardziej do myślenia.

Kara nie będzie też adekwatna i przynosząca dużego pożytku, jeśli będzie wyładowaniem się na dziecku. Wyżywanie się- tego po prostu nie można robić.

Krytykując i karząc w duchu miłości własne dziecko trzeba się więc wyzbyć kompleksów, że robi się coś niewłaściwego. Dziecko potrzebuje uczyć się przyjmować i pochwały, i krytykę- są to dwie strony tego samego medalu dobrego wychowania.

Słowo Boże rzeczywiście najlepiej zna serce człowieka. Sami też zapewne pamiętamy, że sami byliśmy besztani, krytykowani, karani przez naszych rodziców- i wówczas nie było to dla nas przyjemne. Jednak mądrą krytykę, słuszne kary jesteśmy w stanie docenić z perspektywy wielu lat, niektóre dopiero wówczas, gdy sami zostajemy rodzicami.

Tak się wymądrzyłam, ech, ale samo życie nie jest takie łatwe.

Choć jeśli ktoś jeszcze nie zaczął uczyć dzieci wartościowego karania, może warto zacząć od najbardziej naturalnych kar (zrozumiałych!- a więc jeśli dziecko nie rozumie, co do niego mówimy, np. z powodu jego zmęczenia, to lepiej sobie darować), typu:

  • rozlałeś-wytrzyj;
  • rozrzuciłeś-pozbieraj;
  • zgubiłeś- no to nie masz.

Czyli poznawanie zwykłej konsekwencji własnego działania. Małe dzieci, jeśli się na nie mocno nie gniewa, entuzjastycznie podchodzą do kar. Fajnie jest tak sobie szmatą pomachać po wodzie, którą się wcześniej rozlało, zwłaszcza gdy się jest dwulatkiem i dostało się od mamy ciekawą ścierkę, a w wykonaniu kary ma się pomoc własnej mamy.

Nie bójmy się karać naszych dzieci, wówczas kary będą bardziej adekwatne, gdy nie będą podszyte lękiem, złością.

Myślę, że jest to zadanie na lata. Ech, dużo nauki przed nami 🙂



Proste rozwiązania niełatwych spraw

Wpadł mi w oko taki artykuł:

Skupianie się na dziecku

Jest on jakby ciągiem dalszym książki „W głębi kontinuum” Jean Liedloff.

No więc jak to jest:

  • Wystarczy nie zwracać zbytnio uwagi na własne dzieci, żeby były grzeczne?
  • Czy wystarczy powierzyć młodsze dziecko opiece starszego?
  • Wystarczy dziecko puścić samopas z innymi dziećmi, żeby nie stwarzało problemów i nie buntowało się?
  • Wystarczy wprowadzić typ przywódczy własnego rodzicielstwa?

Nie wystarczy. Kluczem do tego jest przede wszystkim nieprzerwana bliskość z własnym dzieckiem dopóki tego potrzebuje poprzez noszenie, karmienie piersią, wspólne spanie oraz życie w specyficznej kulturze i ścisła struktura wsparcia z innymi członkami społeczeństwa. Matki są wspierane przez inne matki w ich roli matczynej, a także przez innych, ojcowie mają wsparcie wśród innych mężczyzn i wzór postępowania oraz od innych członków plemienia. Dorośli nie podważają autorytetu innych dorosłych. Dziadkowie nie podważają autorytetu rodziców, rodzice nie podważają autorytetu dziadków itd.

Dlatego nie ma takiego prostego przełożenia z tamtej kultury na naszą, z tamtego wychowania- bo nie ma tej bliskości wśród dorosłych, tej współzależności. Nie ma również tego prostego przełożenia ze względu na specyficzne warunki: puszczenie samopas w naszych warunkach dzieci wiązałoby się zwyczajnie z brakiem ich bezpieczeństwa.

Skąd się bierze mnóstwo wypadków na wsi wśród dzieci, np. spowodowanych obsługą przez nich narzędzi rolniczych?

Skąd się biorą wypadki samochodowe z udziałem dzieci jako pieszych?

Owszem pewne zaufanie i doza swobody jest niezbędna. Tym większa swoboda jest możliwa, im bardziej dziecko nauczy się właśnie przestrzegania potrzebnych granic. Ale i wówczas jakieś minimum opieki, kontroli jest potrzebne.

Nie zapomnę naszej małej sąsiadki, może wówczas 5-letniej, która wzięła sobie siekierę i zaczęła rąbać. Co gorsza w ogóle nie chciała się posłuchać, choć na różny sposób jej to perswadowałam.

-Odłóż tą siekierę!

-?

-Nie wolno się bawić siekierą!

-(spojrzenie w moją stronę)

-A czy pozwalają Ci się rodzice bawić siekierą?Itd.

W końcu na moją groźbę, że zawołam mamę dziewczynka odłożyła swoją „zabaweczkę”, ale najpierw tak jak tatuś i dziadek to robią musiała ją zostawić wbitą. I tak wygląda w naszej kulturze posłuszeństwo dziecka od najmłodszych lat puszczonego samopas z innymi dziećmi. Bo generalnie od kiedy pamiętam tą małą, zawsze biegała cały dzień z innymi dziećmi po całej wsi, po ulicach i polach.

Także czytając tego typu publikacje warto zachować dużą dozę rozsądku. Bo unikanie nadmiernej koncentracji na dziecku nie oznacza, że w ogóle nie potrzebuje naszej uwagi, troski, gdy zaczyna wyrywać się spod naszych skrzydeł. Oznacza, że opiekując się nim:

  • warto też znajdować czas dla swoich spraw;
  • trzeba znaleźć własny sposób odpoczywania od dziecka, ale również przy dziecku;
  • trzeba być przykładem dla dziecka.

W takiej prostej sprawie jak przechadzka, spacer: jak być przykładem dla dziecka? Czy drepcząc za nim posłusznie? A może idąc właśnie przed nim i pokazując dokąd się samemu zmierza? Jeśli dziecko od najwcześniejszych miesięcy widzi, że to dorosły jest skłonny iść za nim, śledzić jego każdy ruch nerwowo, kroczyć krok w krok, to dziecko właściwie nie ma możliwości nauczyć się, że ważne jest, żeby iść za rodzicem, przyglądać się jego drodze.I to zaczyna się od najwcześniejszej nauki chodzenia.

Rzeczywiście wówczas maluch może przeginać, żeby dowiedzieć się: „Jak daleko rodzic będzie podążał za mną?” „Jak daleko mogę się od niego oddalić?” I o ile na krótką metę może być dobrą zabawą, że to rodzic podąża za dzieckiem, o tyle na dłuższą metę jest to męczące i dla dziecka, i dla rodzica. Czy rodzic ma wchodzić w rolę dziecka, żeby podążać za własnym dzieckiem? Owszem dziecku takie naśladownictwo nie wyjdzie na złe, jeśli rodzic kroczy w dobrym kierunku.

Bardzo częstym błędem rodziców jest wymaganie od zbyt małego dziecka zdolności decyzyjnych. „Wolisz bluzeczkę w samochodziki czy w rowerki?” Takie pytanie zadane dwulatkowi jest przedwczesne, zbyt trudne. O ile dorosły może mieć w takiej sytuacji konflikt decyzyjny, o tyle dla dziecka jest to postawienie go w bardzo trudnej sytuacji, często nierozwiązywalnej. Jeśli chcemy żeby tak małe dziecko rzeczywiście spróbowało zdecydować, lepiej zadać pytanie o jedną tylko możliwość wyboru: „Chcesz ten podkoszulek w samochodziki?” W ten sposób uprościmy i swoje życie, i jego.

Rodzice w dobrej wierze stawiają dziecko przed zbyt trudnym dla niego wyborem, a potem dziwią się jego złości, frustracji, niezdecydowaniu.

I jeszcze jeden aspekt całej sprawy:  czy nasze dzieci na pewno nie potrzebują więcej zwracania nań uwagi? Czy nasza kultura nie jest bardziej twórcza, bardziej niezależna? Czy puszczając dzieci samopas nie mamy później do nich żalu, pretensji, że broją, psują, rozrabiają, brudzą się? Czy nie lepiej jednak rzucić okiem na własne dziecko, tak żeby się też samemu tym zbytnio nie umęczyć, ale również żeby móc je jednak w odpowiedni sposób ukierunkować jego zabawę?



„ludzie wszyscy podobni do siebie”

Przyrząd zwany ultrasonografem (w skrócie USG zwany) zrobił ogromną karierę. Lekarze czasem z nonszalancką pewnością informują na jego podstawie nie tylko o stanie zdrowia, ale i o płci dziecka.

Małżeństwo oczekuje narodzin dzieciątka. Starsze dziecko to synek. O tym młodszym dziecku w drodze dowiadują się na badaniu USG, że jest dziewczynką. Różowe sukieneczki i słodkie śpioszki są zakupione. Piękne imię dziewczęce też wybrane. Dziecko jeszcze ciche pod sercem, a rodzice do niego zwracają się po imieniu: „Michalink0!” Pięknie, osobowo rozwija się ta relacja.

Tyle że zgrzyt następuje w momencie porodu. Bo rodzi się chłopczyk. Będzie więc Michał, a nie Michalinka. Jednak przyzwyczajenie 5 miesięcy do mówienia „Michalinka” zostaje. Rodzice mówią dalej „Michalinka” do półtorarocznego dziecka, czasem Michał. Osoba z zewnątrz już głupieje, bo w końcu nie wie, czy ma do czynienia z dziewczynką czy chłopcem. Jak się zwracać do tego dziecka, skoro sami rodzice raz używają formy żeńskiej, a raz męskiej.

Czy lekarz uczynił przysługę tym rodzicom? Tak, niedźwiedzią. Ten kij ma dwa końce. I to nie jest odosobniony przypadek. Znamy też Piotrusia, co w różowych śpioszkach spał, bo też „miał być dziewczynką”. Na sali porodowej, na położnictwie rodzice często nie mogą się otrząsnąć ze zdumienia nad pomyłką lekarza. A czy należałoby się dziwić tym pomyłkom? Lekarz też człowiek, może się mylić.

Tego typu sytuacje utrudniają dziecku identyfikację z własną płcią, co jest potem bardzo ważne dla normalnego rozwoju jako dziewczyna lub jako chłopak. Co prawda współczesna kultura często stara się zatrzeć różnice między płciami, ich wagę, ale na szczęście zwykli rodzice spostrzegają je nadal. A spostrzegając doceniają najczęściej.

W swej książce „Prawidła życia” Janusz Korczak cały rozdział poświęca różnicom i podobieństwom między chłopcami i dziewczętami. I generalnie doceniając człowieczeństwo obojga kończy w następujący sposób:

„Zauważyłem, że tylko głupcy chcą, żeby ludzie wszyscy podobni byli do siebie. Kto rozumny, tego cieszy, że są na świecie: dzień i noc, lato i zima, młody i stary, że jest i motyl, i ptak, że są różne kolory kwiatów i oczów ludzkich, że są dziewczęta i chłopcy. Kto nie lubi myśleć, tego niecierpliwi rozmaitość, która zmusza do myślenia.”

Są rodziny, w których jest tylko synek lub tylko córeczka. Są takie, gdzie i syn, i córka przychodzą na świat. Są też rodziny powołane, by być przytulnym miejscem dla gromadki chłopców. Są też tacy małżonkowie, którzy są powołani, by być rodzicami dla swych córeczek.

Dlaczego?

Tajemnica. Niewiadoma, ale też Boży dar. Niespodzianka wykrojona przez Stwórcę na miarę tych konkretnych rodziców.

Czasem ciocie, wujkowie, znajomi zapytają starszego rodzeństwa: „A chciałbyś mieć braciszka czy siostrzyczkę?” „Chciałbym mieć tego, kto tam mieszka już u mamusi w brzuszku”- odpowie już uświadomione starsze dziecko. Ale maluch jest bezbronny wobec takiego pytania. Robi się krzywdę dziecku tak pytając, bo wykształca w nim oczekiwanie tego, co mówi jego chcenie. Tak jak się pyta: „Wolisz gofra czy loda?” Dziecko odpowiada licząc, że dostanie to, o czym mówi.

Warto więc uświadamiać swoje dziecko, jeśli zdoła pojąć, „że to już jest chłopczyk albo dziewczynka, tylko my tego nie wiemy; Pan Bóg zaplanował dla nas kogoś, kto jest nam potrzebny i komu my jesteśmy potrzebni do kochania„.

Nie jestem zwolenniczką tak popularnego dowiadywania się płci podczas badań USG. Lekarz zamiast skupić się na stanie zdrowia rozprasza się sprawami mniejszej wagi na tym etapie życia. Rodzice zamiast z ekscytacją czekać na narodziny czekają na już wiadome, znajome. Czytałam kiedyś o badaniach, które pokazywały korelację (współistnienie):

  • znajomości płci i dłuższego parcia (II fazy porodu);
  • nieznajomości płci dziecka i krótszej fazy parcia.

Coś w tym jest. Na pewno nie wyczerpuje to bogactwa zjawiska, ale pokazuje, że być może jesteśmy skłonne więcej trudu włożyć w poród, żeby poznać własne dziecko, gdy nie znamy jego płci. Zastanawiające.

Czy płeć dziecka jest ważna? Na pewno nie najważniejsza, ale ma jednak głęboki sens, którego nie trzeba pomijać, żeby dobrze wychowywać młodego człowieka.



Wychowanie uczuć

„Nasze emocje nie podlegają gwałtownym przemianom na wewnętrzne żądania. „Mocne postanowienia”, by zmienić odruchowe reagowanie uczuciowe, nie przynoszą większych rezultatów. Świat naszych uczuć wymaga wielkiej cierpliwości i wolności wewnętrznej. Dopiero stopniowa przemiana wewnętrznych postaw i całego nastawienia do życia sprawia, że powoli opuszczają nas lęki, żale, obawy, zazdrość, gniew i skłonność do obrażania się na siebie i cały świat.” J. Augustyn „O miłości, małżeństwie i rodzinie”

Ledwo niemowlę zacznie chodzić, ledwo dziecko zaczyna mówić, już słyszy: „Nie płacz, bo wstyd, taki duży!” „Nie złość się, bo to nieładnie”. „Nie jęcz tyle!” Czy zawsze jest to słuszne? W końcu emocje nie są złe ani dobre pod względem moralnym. One dobre lub złe mogą być dopiero w zależności od tego, co z nimi zrobimy.

Przykład? Emocje: złość po stłuczeniu przez dziecko wazonu.

Zachowanie rodzica:

  • Krzyk i wymyślanie dziecku od „niezgrabot”;
  • Powiedzenie bez przestraszenia dziecka: „To był mój ulubiony wazon! Bardzo mi przykro, że go stłukłeś”.

„Rodzice pomagają swoim pociechom dobrze przeżywać ich świat emocji, nie tyle usiłując na niego oddziaływać bezpośrednio i nim kierować, ale raczej dając dzieciom przykład wewnętrznej pracy nad swoimi własnymi emocjami. Niekonsekwencja wychowawcza wielu ojców i matek przejawia się między innymi i w tym, że dając się ponosić własnym gwałtownym emocjom, ganią i karcą dzieci za ich spontaniczne ujawnianie tych samych uczuć”- cd. powyższej lektury.

Jest pewna pokusa, by szybko i skutecznie uciszyć dziecko, spacyfikować je i mieć chwilę wolnego.

Zawsze mnie zastanawiało ogromne powodzenie, jakim się cieszyły m.in. przedszkola prowadzone przez siostry zakonne. Gdzie tkwi owocność prowadzonej przez siostry pracy wychowawczej?

Jestem przekonana, że ona sięga głębi pracy wewnętrznej i bliskości z Bogiem, nad własnym wyciszeniem, zasłuchaniem, prostotą. I te rozkrzyczane, baraszkujące bez przerwy dzieci siostry potrafią zarazić swoją wewnętrzną ciszą.

Zauważyłam, że znane mi przedszkolanki-ciocie, gdy dziecko zaczynało podnosić głos, krzyczeć, potrafiły niejednokrotnie odpowiedzieć mu czymś przeciwnym: ściszeniem głosu. Co wtedy dziecko robi? Jeśli zależy mu na usłyszeniu, to samo też musi przestać krzyczeć, nadstawić uszu.

Proponuję na początek takie właśnie ćwiczenie: do coraz bardziej rozkrzyczanego dziecka spróbujmy mówić coraz ciszej i ciszej. Może podzielicie się rezultatami?