Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’


Wychowywanie- trud bez żadnej gwarancji

Witajcie!

Podzielę się z Wami słowami mojego proboszcza z początku roku szkolnego. Porównywał on wychowanie dzieci z uprawą ziemi. Właściwie na etapie spulchniania ziemi, usuwania chwastów, siania, wielokrotnego plewienia nie wiemy, czego można się spodziewać. Uprawa roli to praca ciężka, monotonna, nudna, nie przynosząca natychmiastowych rezultatów. Właściwie wszytko trzeba robić należycie, nie oglądając się na efekty. Trud włożony w to dzieło plus dużo cierpliwego czekania.

Właściwie kto by się podjął takiej pracy: dużo niewdzięcznej pracy, niepewne efekty, czekanie ponad miarę.

A jednak się podejmujemy. Choć wiele  osób uważa, że najemny pracownik: niania czy opiekunka będzie bardziej skutecznie doglądać, uczyć nasze dziecko.

Powinnyśmy jednak doceniać również własną pracę: kto zna to nasze ziarenko lepiej niż my? Kto zna jego słabości, zalety lepiej niż my sami? A przede wszystkim: od kogo dziecko oczekuje więcej cierpliwości, docenienia?

Ponieważ w wychowaniu nie ma żadnej gwarancji pomyślnych rezultatów, a nawet Ci którym się wydaje, że ją mają, mogą się mylić, warto podjąć jedyną rozsądną decyzję. Powierzyć własne dzieci Temu, który jest najlepszym Ojcem i Opiekunem.



Spojrzenie…

Przytoczono mi dzisiaj fragment do zastanowienia:

„A Pan odwrócił się i spojrzał na Piotra. Przypomniał sobie Piotr słowo Pana, gdy mu powiedział: >Dzisiaj, nim kogut zapieje, trzy razy się mnie wyprzesz.< Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.” Łk 22, 61-62

Jak ważne jest spojrzenie, które kieruje na nas Bóg! Przyjść bliżej Niego, żeby mógł na nas patrzeć, żebyśmy mieli szansę nawrócenia.

Ale są różne spojrzenia: spojrzenie pełne miłości, czułości, oczekiwania, troski. Ale może też być spojrzenie pełne pogardy, niechęci, wściekłości, wyższości. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Nad czym więc trzeba pracować przede wszystkim? Nad tymi zwierciadłami czy za tym, co stoi głębiej, nad własnym sercem,? Pracować trzeba przede wszystkim nad swoim wnętrzem, żeby miało miłość, a wtedy i spojrzenie będzie czyste.

Cudowne przemieniające spojrzenie Jezusa, a równocześnie jego ostrzeżenie przed spojrzeniem: „A kto by pożądliwie spojrzał na niewiastę…” A więc Pan Jezus nie tylko w tym momencie nie zachęca do spoglądania, ale wręcz przestrzega przed nim. O ile lepiej w tym momencie odwrócić wzrok, spuścić go. I nie po to, żeby być ślepcem, ale po to, by oczyścić swój wzrok, żeby zatopić we wnętrze, które jest świątynią Ducha Świętego. Żeby odnaleźć spojrzenie dziecka Bożego.

Samo spojrzenie, choćby najbardziej otwarta skuteczna komunikacja nie wystarczy, gdy brakuje nam miłości.

Czy więc mamy uczyć naszych synów i córki, żeby zawsze spoglądać innym w oczy? Niekoniecznie. Ale koniecznie, żeby zawsze spoglądać na innych z miłością. A wzrok odwracać, spuszczać też się trzeba nauczyć.



Dzień Córki

Dzisiaj Danielek stwierdził, że on chce mieć Dzień Syna. Na to Lidka, że w takim razie ona Dzień Córki. Po chwili namysłu stwierdziła, że właściwie zrobiłam jej niedawno Dzień Córki, kiedy zabrałam ją na wagary.

Potem opowiedziała mi sytuację ze szkoły. Jej koleżanka zaczęła przeklinać przy niej, czego Lidia bardzo nie lubi, odpaliła więc jej:

-Olka, nie klnij. Mi to nie imponuje, bo ja nie klnę. A im (tu pokazała pozostałe dzieciaki) to też nie imponuje, bo oni klną.

Pogratulowałam córci asertywności. Ech, jak to trzeba doceniać dziecięce zbuntowane „nie”, żeby potem umiało powiedzieć też „nie” swoim kolegom bez kompleksów.



Co to znaczy być kobietą?

Najpierw podzielę się z Wami cytatem, który mrozi krew w żyłach, a zarazem po którym robi się dziwnie ciepło na sercu. Niemożliwe?

Rzecz dzieje się w okupowanej Warszawie. Do domu państwa Żabińskich wpada banda własowców, żeby grabić, gwałcić. Z perspektywy pani Antoniny Żabińskiej, pani domu, matki wygląda to tak:

„Jeden z nich (własowców), najstarszy rangą, zatrzymał się przy mnie. Zmierzyliśmy się wzrokiem. Rozbiegane, półprzytomne oczy na chwilę znieruchomiały. Tuż w pobliżu w koszykowej kolebce spała maleńka… patrzyłam, wciąż patrzyłam bez drgnienia powiek na przybysza o wybitnie wschodnich rysach twarzy. Opalona ręka z wolna wyciągała się ku mnie i pochwyciła złoty łańcuszek od medalionu… między wargami zaświeciły białe zęby.

Możliwie spokojnym i łagodnym gestem wskazałam napastnikowi niemowlę i ważąc sylaby jak najcenniejszy kruszec, usiłowałam każdemu z wymawianych powoli słów nadać siłę rozkazu:

-Nielzia! Twaja mat’! Twaja żiena! Twaja siestra! Poniał? (tłum.: Nie wolno! Twoja matka! Twoja żona! Twoja siostra! Zrozumiałeś?)- i położyłam mu rękę na ramieniu. Zdumiał go mój ruch i zaskoczył. Dzikość jak spłoszony lis do głębokiej nory, uciekł ze skośnych źrenic. Jakiś rozszalały żywioł w nim ucichł… jak pod magicznym zaklęciem… (…) Wsadził dłoń do tylnej kieszeni spodni. (…) Wyciągnął rękę… podał mi garść zlepionych różowych landrynek, pokrytych kurzem, brudem, resztkami tytoniu.

-Dla niewo wazmi! (tłum.: weź dla niego)- powiedział z kolei wskazując na dziecko.

Serdecznie, z wdzięcznością podałam mu rękę.

Odtajał. Uśmiechnął się po chłopięcemu…”

Z powieści „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim Zoo” Diane Ackerman.

Ten tekst i sytuacja są tak niezwykłe i wymowne, że nie wymagają komentarza. Jaką moc ma macierzyńska łagodność, stanowczość dobrego kobiecego serca. Jaką moc może mieć nad sercem mężczyzny samo słowo „matka”, „żona”, „siostra”, skoro potrafi zbrodniarza zmienić w brata. A mąż o niej mówił w wywiadzie: „Antonina była gospodynią domową. (…) Nie zajmowała się polityką czy wojną, była nieśmiała, a mimo to odegrała wielką rolę w ratowaniu innych i nigdy się nie skarżyła na niebezpieczeństwo, jakim to groziło. Jej ufność rozbrajała najbardziej nawet wrogo nastawionych”.

Gorąco polecam.

I jeszcze jeden fragment z tej samej książki o polskiej wsi z początków XX wieku:

„Na wsi kobiety miały specjalne pory, które uważały za dobre na odstawienie od piersi. Po pierwsze nie można tego było robić w czasie, gdy ptaki odlatują na zimę, żeby dziecko nie wyrosło na dzikusa i nie chowało się w lesie. Natomiast dziecko odstawione od piersi w czasie opadania liści szybko wyłysieje. Należy także unikać pory żniw, kiedy zboże starannie chowa się do spichrzy, gdyż groziło to dziecku wyrośnięciem na osobę bardzo skrytą.”

I co wy na to?



Dojrzałość? Ale jaka?

Zamyślam skrycie i całkiem otwarcie nad alternatywami: opóźnić moje obecnie 4-letnie dziecko do szkoły czy posłać niespełna 5-latkę do zerówki w przyszłym roku, a w kolejnym jako 6-latkę do pierwszej klasy zgodnie z reformą?

Większość praktyków szkolnych obserwując jak rozwijają się dzieci obecną reformę odbiera jako napisaną przez kogoś, kto sobie wygodnie siedzi na biurkiem i wymyśla. Nudzi się? Praktycy natomiast wiedzą, że i 6-, 7-latki potrafią być niedojrzałe i głupotą jest ogólne przyśpieszanie ich edukacji szkolnej, skoro dobrą alternatywą jest edukacja domowa bądź przedszkolna. I nie jest to wcale niedojrzałość dyskwalifikująca te dzieci, ale będąca zwykłą prawidłowością rozwojową. W książkach teoria głosi np. że do wieku 5 lat rozwijają się zdolności artykulacyjne czyli każdy 5-latek powinien wymawiać arcytrudne głoski „sz”, „ż”, „cz”, „dż” oraz „r”.

Dobrzy praktycy logopedzi dawali od dawna dziecku czas do 7 lat zauważając, że wcześniejsze „mordowanie” dziecka w tym kierunku bywa mało efektywne, a co więcej niekiedy prowadzi do nieprawidłowości. Np. zawzięte trenowanie małych dzieci w kierunku wymowy głoski „r” może zaowocować zamiast prawidłową wymową tzw. „r parisien” przypominającym nieco nasze „h”. I to co w wieku 5 lat ćwiczymy z mozołem, poświęcając na to wiele miesięcy, czasu i trudu niektórym 7-latkom „przychodzi samo”, z łatwością, mimowolnie, w krótkim czasie. Bo rozwój dzieci to nie tylko „coś”, uzyskanego ćwiczeniami, ale w znacznej mierze biologią, którą trudno ominąć.

Nie ukrywam, że do obecnej reformy podchodzę negatywnie i nie jestem pewna, czy własne dziecko chcę „narażać” na takie eksperymenty. Jednak reforma ta jest wyrazem czegoś, co się dzieje w głowach rodziców od dłuższego czasu, nie tylko ministrów.

Bo nad własną niedojrzałością pracować jest o wiele trudniej, nad niedojrzałością dziecka- łatwiej, bo efekty zwykle jakieś są, ponieważ większość dzieci wolniej bądź szybciej, ale jednak się rozwija. Z naszą pomocą lub bez, ale rozwój idzie naprzód (poza wyjątkami dzieci bardzo chorych, z poważnymi zaburzeniami).  Łatwo jest stawiać stopnie 1,2, 3, 4, 5 (czy w niektórych szkołach A,B,C,D), o wiele trudniej postarać się o opis: nad czym pracujemy w szkole, nad czym warto pracować w domu i w jaki sposób, jak pomagać konkretnemu dziecku.

W naszych rodzicielskich głowach takie dążenie do przyśpieszania dzieje się już na najwcześniejszych etapach: czy już przesypia noc? Czy już je dodatkową żywność? Czy już podnosi głowę? Czy już chodzi? Czy już mówi?

Dominuje to: „Czy już?” Zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze dziecko. Jest jakaś łatwość, by szukać zaspokojenia swoich ambicji właśnie w tym pierwszym, najstarszym dziecku.

Ale czy nie warto zmienić naszego myślenia, żeby zamiast „czy już” bardziej interesować się „w jaki sposób?”

Cóż z tego, że wymusimy na niemowlęciu czy dziecku w wieku poniemowlęcym przesypianie całej nocy, nieupominanie się o zaspokajanie swoich potrzeb, skoro nie jest to dla niego korzystne, grozi między innymi częstszymi powikłaniami bezdechem, skoro mózg pracuje podczas płytszego snu nad własnym rozwojem, bardziej efektywnie. Im mniejsze dziecko, tym śpi bardziej płytko, przeważa faza REM snu, co jest bardzo korzystne właśnie dla rozwoju mózgu dziecka, ale również dla jego bezpieczeństwa. Gdy płytko śpi, obudzi go pusty brzuszek, zatkany nos, zimno lub przegrzanie itd. Wygodny więc dla rodzica twardy długotrwały sen niemowlęcia, może więc wcale nie być korzystny dla dziecka. I to chwalenie się „już przesypia całą noc”, bywa działaniem na niekorzyść dziecka. Oczywiście zazwyczaj nieświadomie.

Podobnie z chodzeniem. „Już stoi, już chodzi.”- mówią dumni rodzice. Ich radość jest zrozumiała. Jednak niezmiernie ważne jest nie tylko to: „już  chodzi”, ale „jak chodzi”. Czy samo się podnosi do wstawania? Czy nie jest uczony nieprawidłowych nawyków przez chodzik? A przede wszystkim: czy nabywa wprawy w pełzaniu, potem w raczkowaniu? To bowiem sprzyja kształtowaniu lateralizacji czyli specjalizacji półkul mózgowych, co potem nie jest bez znaczenia w nauce czytania i pisania.

W starszych latach to pytanie „już?” dotyczyć będzie nierzadko: „Czy już czyta?”, „czy już pisze?” Rodzice więc już niemowlę uczą globalnego czytania, bo jego mózg jest chłonny jak gąbka. Owszem jest chłonny jak gąbka,  ale czym powinien nasiąkać? Czy niemowlęciu albo dziecku w wieku poniemowlęcym potrzebne jest do harmonijnego rozwoju czytanie? Czy nie jest to raczej realizowanie rodzicielskich ambicji? I nie piszę tego dlatego, by dyskwalifikować w jakiś sposób ten sposób nauki, ale raczej by podzielić się wątpliwościami, że „już” nie zawsze musi oznaczać „czy warto”.

Oprócz nauki na pewno należy się naszym dzieciom i odpoczynek, i radość oraz twórczość, do których to dzieci mają szczególne uzdolnienia. Jako rodzice sami doznajemy niejednokrotnie presji pytani o to „czy już” bardzo często, jednak nie dajmy się zwariować.

Moje doświadczenie pokazuje, że dojrzałość nie przyśpieszana, nie stymulowana sztucznie potrafi być o wiele głębsza, pełniejsza, prawdziwsza niż ta wymuszona. „Jest czas na wszystkie sprawy pod niebem”– mówi Kohelet. Tylko żeby przyjąć ten cytat za swój warto przejąć się nie tylko szybkością rozwoju swojego dziecka, ale także pracą nad własną cierpliwością.



Pośpiech w usamodzielnianiu

Najwięcej rad zarówno w książkach, czasopismach jak i kontaktach społecznych można uzyskać na temat usamodzielniania dziecka:

  • począwszy od usamodzielniania fizjologii: jak nauczyć szybko samodzielnie spać, siusiać, jeść itp.;
  • po usamodzielnianie nauki: najlepiej, gdy jak najwcześniej samo się dziecko bawi, ubiera, ogląda, słucha itd.

Tego typu rady biorą sobie do serca już rodzice bardzo małych dzieci nie licząc się nieraz z ich kruchą wrażliwością, niedojrzałością, która nieraz nie toleruje jeszcze samodzielności.

Na kursie „wychowania rodziców”, w którym akurat bierzemy udział z mężem ostatnie zajęcia poświęcone były właśnie rozwijaniu samodzielności. Widziałam wówczas wypieki, z jakimi uczestniczyli w tych zajęciach rodzice półtorarocznych maluchów. Zastanawiam się na ile zaczerpną z tych zajęć.

Generalnie zachęcanie do samodzielności jest w porządku, o ile bierze ono pod uwagę dojrzałość, możliwości dziecka.

Czasami mogą się okazać przydatne metody służące zachęcie do podjęcia przez dziecko samodzielności, ale czasami stwarzają one więcej niepokoju, utrudnień w relacji rodzic-dziecko:

  • pozwalanie dziecku na wybór: „Wolisz spódnicę niebieską czy różową?”; dla 3-latka czy 4-latka to może dobra alternatywa, ale dla dziecka 2-letniego to stawianie go w sytuacji przerastającej jego zdolności zwłaszcza emocjonalne; i dla dorosłego rozwiązywanie takiego konfliktu motywacyjnego może być bardzo trudne, gdy chodzi o bardzo istotną kwestię, o różne alternatywy bardzo kuszące; dla tak małego dziecka niemal wszystko jest bardzo ważne, wszystko jest pociągające; rodzice rozumiejący psychikę takiego malucha będą mu oszczędzać tego typu „utrudniania” życia dając wybór jednokierunkowy: „Chcesz tę niebieską spódnicę?”; dziecko może wtedy odpowiedzieć: „Tak, chcę.” Choć może powiedzieć: „Nie, chcę różową.” Nie zawsze dawanie wyboru maluchowi jest zresztą rozsądne, są sytuacje, kiedy dziecko czuje się lepiej, bezpieczniej, gdy rodzic swoim pewnym wyborem ukierunkowuje jego zachowania.
  • reagowanie z szacunkiem na borykanie się dziecka z trudnościami; np. sytuacja, gdy dziecko biedzi się z zakładaniem buta: „Te buty rzeczywiście z trudem wchodzą na Twoją nogę. Czasem łatwiej jest je wkładać, gdy nogę stawiamy na pięcie.” Ta akurat metoda bardzo mi się podoba, ponieważ uczy rodzica dużej dozy empatii, a zarazem dając możliwość samodzielności, udziela się też niezbędnej pomocy, podpowiedzi do rozwiązania trudnego zadania. Jednak ograniczeniem tej metody będzie jej werbalizm. Im mniejsze dziecko, tym więcej potrzebuje przykładu, tym mniej słownych wskazówek. Dla młodszego dziecka można by więc zastosować tę metodę: „Zobacz, tak się wkłada buta: stajemy na pięcie. Teraz ty spróbuj.”
  • Bez zadawania zbyt wielu pytań. Takie konkretne wskazówki nie zawsze się sprawdzają. Wydaje mi się, że niekiedy intuicja rodziców pozwoli bardziej dotrzeć do dziecka niż jakieś rady „przygotowane dla ogółu”, nie znające natomiast konkretów.
  • Nie warto śpieszyć się z dawaniem odpowiedzi. Czy rzeczywiście? Owszem nadchodzi taki moment, że dziecko dalej pyta, ale zaczyna uważać, że samo wie lepiej. Pamiętam moje rozmowy z 5-letnią Lidzią i Danielem, po których pytałam ich: „Po co w takim razie pytasz, skoro sam/-a uważasz, że wiesz lepiej?” W takim wieku rzeczywiście warto odpowiadać pytaniem na pytanie: „To bardzo ważne pytanie. A jak myślisz, jak można na nie odpowiedzieć?” Jednak pytające roczne, dwuletnie dzieci często powtarzają bez końca te same pytania, bo zwyczajnie potrzebują utrwalić sobie odpowiedź, nauczyć jej się, potrzebują czerpać od rodziców. No i chyba warto być źródłem wiedzy dla własnego dziecka dopóki ono chce od nas czerpać, a nie będzie trwało to wiecznie. Choć i dla małego dziecka po 12 pytaniu o to samo i 12 odpowiedzi, czasem warto odbić pałeczkę, by zobaczyć, co dziecko zapamiętało, zrozumiało.
  • Zachęta do korzystania z doświadczeń innych osób, innych źródeł. „Ciekawe, co na ten temat jest napisane w internecie?” Jednak nie lekceważyłabym tego, że skoro dziecko pyta i to pyta nas, tzn. że nam ufa, że oczekuje odpowiedzi, pomocy, wsparcia, a nie wymigania się od odpowiedzi, rozwiązania. Skoro widzi w nas autorytet zdolny do udzielenia wsparcia, odpowiedzi, to czasem będzie dla niego zawodem odwoływanie się do innych osób, źródeł.
  • Nie zabieranie nadziei dziecku. „Chciałbym być pogromcą dzikich zwierząt!.” „Widzę, że interesują Cię dzikie zwierzęta.” Jednak rodzic to nie kolega, który będzie poklepywał zawsze po ramieniu. Czasem cenniejsza może się okazać realistyczna uwaga dotycząca predyspozycji, możliwości dziecka. Rodzic znając dziecko tak dobrze, może ukierunkować realistyczniej, sensowniej, choć oczywiście nie jest alfą i omegą. Na pewno warto być entuzjastą własnego dziecka, bo to mu dodaje skrzydeł. Jeśli dziecko jednak w domu nie dowie się, że nie każdy pomysł jest do zrealizowania, prędzej czy później zostanie sprowadzony na ziemię.

Czasami ucząc dziecko samodzielności zapominamy, że mogą być wartości większe. Prędzej czy później dziecko nauczy się i samo jeść, i ubierać, i uczyć, ale warto nie nauczyć dziecka przy okazji, że w tej samodzielności nie można nawet liczyć na wsparcie, pomoc rodziców. Wychowując do samodzielności nie warto zapominać, że powinna to być nauka podana z życzliwością. Podana bez życzliwości, liczenia się z kruchością, indywidualnymi możliwościami dziecka rodzi w małym człowieku bunt i niezgodę.



Metody wychowawcze? Ale czy cierpliwie i wielkodusznie stosowane?

Można chodzić na Szkołę dla Rodziców, Szkołę Rodzenia, ćwiczyć od rana do wieczora bycie wzorowym rodzicem, stosowanie dobrych metod wychowawczych. Uczyć się rozumieć swoje dziecko, akceptować je, zachęcać do współpracy, uczyć ponoszenia konsekwencji własnego działania, przestrzegania zasad. Itd., itp. To wszystko dobre, często potrzebne.

Ale to wszystko psu na budę bez cierpliwości, bez wielkoduszności, radości z bycia razem, przebaczania i przepraszania.

Całkiem sympatyczne te wszystkie książki o wychowaniu bez porażek, o wyzwolonych rodzicach i dzieciach, którzy słuchają się nawzajem świetnie, porozumiewają się bez przemocy. Jednak czym zostaną te metody wykorzystane małodusznie, niecierpliwie? Czy nie pustą formą bez pokrycia? Czym zostaną, gdy zalewać będziemy nasze dziecko naszą złością, irytacją, smutkiem, „bo tak czujemy”, „bo musimy wyrazić swoje emocje”? Czym staną się te świetne metody, gdy nauczymy się z nich tylko słów?

Ci doskonali psycholodzy i pedagodzy od wychowania,  których książki polecam są świetnymi trenerami rodziców. Jednak najlepszymi wychowawcami rodziców są święci kanonizowani i niekanonizowani. Każdy może znaleźć bliskiego sobie świętego, który będzie uczył go przede wszystkim wychowania samego siebie: swojego umysłu, uczuć, zachowań.



Granice

Po niemal dwunastu latach macierzyństwa, tudzież ojcostwa zapisaliśmy się z mężem na Szkołę Rodziców i Wychowawców. Najwyższy czas się czegoś nauczyć! Po pierwszym spotkaniu byłam pewna, że podjęliśmy dobrą decyzję ze względu na ciekawe osoby, które dane mi było w ten sposób spotkać, poznać. Po drugim jednak nabrałam pewności, że i ze względu na zawartość treściową, ciekawe ćwiczenia coś uda mi się skorzystać.

Tematem spotkania były granice, jakie stawiamy innym ludziom, a więc także naszym dzieciom.

Przeczytana rano arcyciekawa relacja, która i podczas tychże warsztatów odbijała się echem w moim umyśle:

poród asertywny w szpitalu.

Niby podstawy psychologii, dobrego samopoczucia we własnej skórze: wystarczające granice własnej intymności, poszanowania siebie samego. Zauważenie, że i inni mają takie granice, które trzeba respektować. Spotkanej po raz pierwszy czy drugi osoby nie będziemy pytać o kolor noszonej bielizny czy zaglądać jej do torebki.

Ale w tych naszych i cudzych granicach czasami z niewiedzy, nieświadomości, lęku, przyzwyczajeń i wdrożonych zasad robimy wyłomy.  Na przykład jak w opisanej relacji z porodu. Czy ten sam doktor, który chciał bez pytania, wiedzy i zgody rodzącej zbadać ją ginekologicznie odważyłby się na takie zachowanie w innej sytuacji? Czy to zachowanie jednego z przedstawicieli służby zdrowia nie obrazuje pewnej patologii, która niestety dalej drąży zwłaszcza tą szpitalną działkę okołoporodową?

Może nie miałabym takich podejrzeń, gdyby nie to, że stale się stykam z podobnymi relacjami. Świeżutka i pachnąca tygodniowym noworodkiem sytuacja ze szpitala. Rodząca dotarła w trakcie porodu pół godziny przed jego zakończeniem do szpitala. Skurcze już miała co minutę i częściej, a więc temperatura przeżywania bliska wrzeniu. Położna natomiast jak to standardy medyczne nakazują uparła się założyć jej wenflon (czyli ostre urządzenie zakończone igłą służące m.in. do zatrzymywania akcji porodu fizjologicznego). Ponieważ matka rodząca wiedziała, że założenie jej wenflonu jest i w normalnej sytuacji bardzo trudne, nie zgodziła się na to. Położna jednak nie wzięła sobie tego do serca i od tej pory poród wyglądał jak zabawa w kotka i myszkę, gdzie położna zaczajała się na rodzącą i mimo wszystko usiłowała się wbić jej w żyłę, a rodząca usiłowała uciekać przed nią i nie dać sobie przeszkodzić w swobodnym poruszaniu, co przynosiło jej największą ulgę na tym etapie porodu. Kilkakrotne próby dobrego umieszczenie wenflonu spełzły na niczym.

W końcu pod wpływem perswazji i manipulacji lekarza matka urodziła w pozycji żuczka (czyli wbrew sile grawitacji utrudniając dziecku wyjście na świat oraz wbrew własnym przekonaniom). Wtedy położna wreszcie dopadła leżącą matkę tuż po narodzinach i wkłuła się jej z satysfakcją w żyłę. I w tym momencie zalała jej krwią pół pościeli. Nietrudno się domyślić, że w tym momencie poczucie dobrze spełnionego obowiązku nieco zblakło.

Kobiety oczytane, mające świadomość, czym jest i powinien być poród naturalny coraz częściej kwitują swoje porody odbywające się siłami natury w tych przybytkach medycznych zwanych szpitalami: „to byłby taki dobry poród, gdyby mi nie przeszkadzano, nie niepokojono, nie zawracano głowy w trakcie porodu ankietami długimi na kilka stron, gdyby mi pozwolono rodzić tak jak tego potrzebowałam, a nie jak lekarzowi wygodniej mnie podglądać”.

Może i nie byłoby tak częstego łamania naszych kobiecych granic, gdyby nie to, że chyba już od kołyski nierzadko jesteśmy uczone, by być grzecznymi dziewczynkami, miłymi, zgodnymi. Dzieciom przykleja się naklejki „dobry pacjent”. Dobry? Co to znaczy? Wpajamy często naszym milusińskim, że dobry to znaczy uległy, a to przecież nie do końca prawda. Dobry to też potrafiący zawalczyć o to dobro, o to, co ważne.

Tak wyuczone spokojnie i grzecznie więc znosimy i po porodzie uwagi tym razem dotyczące naszego karmienia piersią wygłoszone np. przez przechodnia. Albo bierzemy sobie do serca negatywne uwagi męża, teściowej, babci, koleżanki dotyczące karmienia tak jakbyśmy to my matki nie były specjalistkami od karmienia własnym mlekiem własnych pociech. I nie chodzi o to, by być głuchą na uwagi bliskich czy innych osób, ale mieć na tyle dobrze wykształcone poczucie własnej wartości, żeby wiedzieć, że jest to sytuacja, kiedy należy nam się wsparcie, a nie podkopywanie naszej samooceny, podważanie naszych kompetencji.

Również dobrze wytyczone granice zewnętrzne i wewnętrzne pozwalają nam się obronić przed natrętnymi uwagami kulturalnie i zdecydowanie:

  • Nie prosiłam pana/panią o konsultacje laktacyjne;
  • Przepraszam bardzo, ale czy ja pani/panu zaglądam w biust i komentuję? Nie zgadzam się na podobne uwagi.
  • Drogi mężu, skoro znasz się tak dobrze na karmieniu naszego dziecka piersią, to może mnie dzisiaj zastąpisz? Oczekuję od Ciebie wsparcia. Tak samo jak zamierzam sama z siebie Cię wspierać w roli ojca, tak potrzebuję, byś popierał mój sposób bycia mamą itd., itp.

Jeśli pozwalamy przekraczać innym nasze granice, to potem często odreagowujemy to wewnętrznym niepokojem. Warto więc zastanowić się, dlaczego ich nie mamy, bądź nie bronimy skutecznie. Czy sam sens karmienia gdzieś tam wewnętrznie podważamy, nie mamy pewności w tym, co robimy? Czy tego typu uwagi uderzają w nasze ogólnie zaniżone poczucie wartości? Czy mamy jeszcze inny powód dla którego nie troszczymy się o własną spójność wewnętrzną, dobre samopoczucie?

Tak się nad tym zastanawiam…



Czy dziecko ma być grzeczne?

-Tosiu, dlaczego pani przedszkolanka się na ciebie skarżyła?

-Bo jest skarżypytą!

Zadziwiająca jest logika dzieci i niekiedy rozbrajająca.

Czy nie ma w tym cienia prawdy? Gdy dzieci zostaną w przedszkolu lub szkole i zachowują się ewidentnie nieprawidłowo, agresywnie, łamią zasady itd.- od razu rodzic otrzymuje na ten temat informację. Natomiast gdy dziecko przez wiele miesięcy zachowuje się spokojnie, dobrze się adaptuje i współżyje zgodnie z grupą, to przez długi czas można na ten temat nie otrzymać żadnych informacji. Ale taka łatwość zwracania uwagi na negatywne aspekty zachowania dziecka nie tylko tkwi w pedagogach szkolnych czy przedszkolnych. Czy nie odkrywamy też jej w sobie samych? Czy zwracanie uwagi na negatywy nie jest w jakiś sposób łatwiejsza?

I to począwszy od kołyski? Niemowlę spokojne, dużo i łatwo śpiące, prawidłowo się najadające, pogodne, niezbyt absorbujące sprawia, że zaczynamy to traktować jako oczywistość, ewentualnie powód do chwalenia się oraz do tego, żeby się nim nie zajmować, zostawić samo w łóżeczku. Dziecko płaczliwe, marudne, prężące się, z trudnościami to prawdziwy dopust Boży. Od razu wchodzi w grę częstsze noszenie, częstsze karmienie, masowanie, żeby tylko uniknąć scen płaczu, zanoszenia się.

A czy nie powinno być inaczej? Czy nie powinniśmy zwracać uwagi najpierw i bardziej na pozytywne cechy dziecka?

Pierwsze trzy miesiące życia dziecka uznawane są za tzw. czwarty trymestr ciąży. Oznacza to, że funkcjonowanie dziecka jest dość podobne do okresu sprzed narodzin, okresu płodowego. Dziecko potrafi przesypiać większą część doby równocześnie potrzebując i aktywnie domagając się nieustannej obecności matki poprzez: karmienie, noszenie, podnoszenie, tulenie. Przed narodzinami dziecko doznaje tej bliskości, karmienia przez 24 godziny na dobę.

I sztuką jest właśnie zaspokajanie potrzeb dziecka zanim zacznie rozpaczać, że jego potrzeby są niezaspokojone. Coraz więcej mam, a także ojców zaczyna więcej nosić swoje dziecko nie czekając aż się rozwiną objawy kolki, a po to, by dostarczyć dziecku potrzebnej do rozwoju stymulacji, ale też bliskości. Wykorzystują do tego różnego rodzaju chusty, nosidełka czy najpopularniej własne ręce. Wówczas nie ma miejsca na etykietowanie dziecka jako „niegrzeczne”, a rodzi się pewny rodzaj odczytywania wzajemnych reakcji i odczytywania ich sensów.

I jakie to ma odniesienie do życia „niegrzecznego” przedszkolaka? Może takie, że na dobre zachowanie również najlepiej inwestować zanim pojawią się liczne negatywne cechy. W jaki sposób? Przez zwracanie uwagi na pozytywne cechy, zachowania dziecka i konkretne ich nazwanie oraz rozwijanie, przez zaplanowanie czasu dzieci tak, by nie doszło do zjawiska przestymulowania, o co wcale nietrudno w przedszkolu. Zaprzyjaźniona doświadczona mama twierdzi, że jej dzieci najbardziej rozrabiają, gdy się nudzą. Ja ze swojej strony dodałabym, że również wtedy, gdy nie umieją się wyciszyć, w porę skończyć zabawy, by odpocząć.

Czy więc martwić się, że dziecko niegrzeczne? Niekoniecznie. Można to również potraktować jako wołanie dziecka o to, żeby mu pomóc: znaleźć inne bardziej akceptowalne sposoby zachowania, nauczyć się znajdować lepsze granice między zabawą a odpoczynkiem itd.

Często okazuje się, że największe problemy mają nie te dzieci odbierane jako „niegrzeczne”, ale te „niewidzialne”, tak zamknięte w sobie, że nie umiejące upomnieć się o pomoc, tak ciche, że aż niemal nieobecne.

Czy więc przedszkolanka żaląca się na złe zachowanie dziecka jest skarżypytą? Niekoniecznie. Jest zazwyczaj zatroskaną, ale też zmęczoną czy zniecierpliwioną wychowawczynią, tak jak i my rodzice czasem bywamy.



Nie można zrozumieć dziecka…

Życie mnie ostatnio tak pochłonęło, że jego drobne reminiscencje w postaci pisania ledwie dochodziły do głosu i to niezbyt często. Sama potrzebując wsparcia innych wiele w ostatnim czasie, póki jeszcze tego nie „przetrawiłam”, nie potrafiłam się nim dzielić dalej. Tyle o mojej abstynencji blogowej.

Czasami każdemu z rodziców zdarza się dogadywać z dziećmi „pod górkę”, mieć trudniejszy okres w życiu, w pracy, w obowiązkach. Tak jakbyśmy zaczynali funkcjonować za jakąś zasłoną, oddzielającą nas od siebie.

I przychodzą do mnie słowa naszego ś.p. papieża Jana Pawła II: „Nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa”. Czyli nie można zrozumieć siebie samej bez Chrystusa, swojego męża bez Chrystusa. Nie można zrozumieć też swojego dziecka bez Chrystusa. W tych „łatwych” okresach naszego życia właściwe wydaje nam się, że sami sobie świetnie radzimy, że Szefa przez duże S nie potrzebujemy, że wystarcza nam nasza mała stabilizacja, sprawdzone sposoby, metody wychowawcze. Ale każdemu człowiekowi w końcu prędzej czy później otwierają się oczy, że jesteśmy bardzo ograniczeni, nasze życie jest ograniczone, zdolności, możliwości, zdrowie itd.

Te trudne okresy są więc na wagę złota, bo pozwalają zdać sobie sprawę, że nie przeżyjemy naszego macierzyństwa w pełni nie zapraszając do niego Tego, od którego je otrzymałyśmy.

Dzisiaj proboszcz w kazaniu dla dzieci zwrócił im uwagę, pokazując kromkę chleba, że takie miękkie świeże i wrażliwe powinno być nasze serce jak ten chleb. Moja refleksja idąca za tym: też nasze serce rodzicielskie dla dzieci, które przychodzą do nas na chwilę i odchodzą…