Migiem

Znacie taki kawał?

Jasio w niegrzeczny sposób upomina się o dokładkę. Wreszcie tato go naprowadza: „Powiedz magiczne słowo”. Na to Jasio odpowiada: „Migiem!”

To czego trzeba uczyć nasze dzieci to też czekanie, odraczanie swoich potrzeb, zachcianek, pragnień. Sami musimy się tego uczyć jako chrześcijanie, choćby wracając do praktyki postu. A że to boli? Że niewygodne?

Życie bez tego traci swój smak. Sól traci swój smak, jeśli chrześcijanin nie umie cierpieć. Gdy moje starsze dzieci płaczą, cierpią wyraźnie, zwracam im uwagę, że jest przy nich Dzieciątko Jezus, ono też płakało, gdy rozbiło kolano. Czasem nie jestem w stanie współczuć moim łobuziakom, ale wtedy tym bardziej wielki Bóg pochylić się musi do małego dziecięcego cierpienia. Bo On je kocha bardziej niż mama i tata razem wzięci.



Szpitalne wspomnienia…

Niemal każda spotkana kobieta, która miała do czynienia z personelem oddziałów położniczo-ginekologicznych nosi w sercu jakieś bolesne wspomnienia, a nawet jeśli nie bolesne, to często takie, które „uwierają”, niepokoją.

Cóż, akcja „Rodzić po Ludzku” trochę zrobiła zamieszania, ale bardzo powierzchownie. O ileż więcej i głębiej zadziałał profesor Włodzimierz Fijałkowski swoją modlitwą, ukochaniem dzieci od poczęcia i ich matek, swoimi książkami.

Wydaje mi się jakby to było całkiem niedawno, gdy z mężem (wtedy dopiero narzeczonym) słuchaliśmy jego wykładów na uniwersytecie. Taką pasję miłości może dawać tylko sam Bóg, jaką widziało się u profesora!

Niestety ja też mam takie „uwierające” wspomnienia, które czasami wracają jak horror. Stąd tym bardziej potrzebuję modlić się za tych, którzy zafundowali mi takie pamiątki z położnictwa: zamiast pomocy obrażanie czy zdrowy twardy sen lekarski. Jeśli nawet same nie macie bagażu trudnych przeżyć, proszę, jeśli jesteście chrześcijankami, módlcie się za tych lekarzy, te położne,  które zamiast pomagać idą spać. Za tych lekarzy, którzy zamiast towarzyszyć rodzącym, pomagać im, udowadniają im, że same nie są w stanie urodzić, że są głupie. Modlitwą jesteśmy w stanie zmienić więcej niż wiele akcji „gazetowych”. Módlcie się, kochane dziewczyny, za tych, którzy sprawili Wam wiele bólu.

Pan Bóg potrafi przemienić te trudne doświadczenia w drogocenną perłę, jeśli będziemy się modlić z wiarą.

Chrześcijanka nie może nie modlić się za tych, od których doznaje cierpienia. Zwłaszcza że często jest to cierpienie zadane bezmyślnie, rutynowo, nieświadomie. Musimy trenować modlitwę za tych ludzi, skoro Pan Jezus wzywa nas i do większych rzeczy: do modlitwy za nieprzyjaciół.



Odwagi nam trzeba na te dziwne czasy…

Właściwie w byciu mamą jest wiele powodów do narzekania.

A to dzieci chorują. Jak to dzieci, niedojrzałe, więc chorują, kiedy popadnie.

A to budzą się nie wtedy, kiedy trzeba: w nocy, nad ranem, śpiąc zbyt krótko, budząc się zbyt często.

A to akurat okresy buntu przechodzą. „Nie” i kropka wołając.

A to akurat przechodzimy ZNP (zespół napięcia przedmiesiączkowego) albo napięcia ciążowego, albo napięcia karmieniowego (ileż można karmić! jak on tak może często ssać, jeść, grymasić itd.!)

„Zawsze się radujcie!” „Wszystkie swoje troski przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na Was”. Taka Boża recepta na nasze marudzenie. Po prostu położyć głowę na ramieniu Pana Jezusa i się nie martwić. „Odwagi! Jam zwyciężył świat!” Czyli nasze dzieci są w dobrych rękach- jeśli tylko oddamy Mu je. My jesteśmy w dobrych rękach oddając bogu swoje życie.

Zupełnie z innej beczki.

Spotkałam się niedawno z rodzicami, którzy wybrali dla swoich dzieci edukację domową. Coś nieprawdopodobnego w świecie, gdzie tak przywykliśmy, by sprawę nauki zrzucać na szkołę, nauczycieli, wszelkiej maści profesjonalistów i to już od najwcześniejszych lat. Za przyczyną Moniki znalazła się u nas w domu również książka:

edukacja domowa w Polsce

Polecam gorąco zwłaszcza tym, przed którymi decyzja wyboru szkoły stoi otworem. Również tym, którzy nie chcą ograniczać swojego myślenia do szkół jako „jedynej słusznej opcji”.



Wyprawa matki z córką, ojca z synem

Mam to szczęście, że mam i synów, i córki. Szczęście do potęgi czwartej czyli kupa prania, ale też kupa radości. Z przewagą kupy- jak lubi zauważać mój mąż.

Mój małżonek oraz starszy syn wybierają się w niedalekiej przyszłości na wyprawę ojca z synem, „tropem jaskiniowców”. W czasach, kiedy ludziom się w głowach przewraca i nie umieją już rozróżniać normalności od zboczeń (np. homoseksualizm) bardzo ważne jest, by ojcowie uczyli swoich synów, by matki uczyły córki.

Kilkunastoletni syn powinien dowiedzieć się od ojca, że to normalne, że podobają mu się, imponują inni mężczyźni. I wcale nie oznacza to skłonności homoseksualnych, a prawidłową identyfikację z własną płcią, dopiero po niej następuje fascynacja płcią przeciwną. Kilkunastoletnia córka powinna zaś się dowiedzieć od własnej mamy, że to normalne, że podobają jej się inne dziewczyny, kobiety, bo sama jest kobietką. Dojrzałość osiąga się właśnie przez tą identyfikację, upodobanie we własnej płci. To tak jak z miłością: trzeba nauczyć się kochać siebie, widzieć w sobie wartość, żeby kochać innych.

A co w tej sytuacji, gdy ma się tylko synów? Warto wspierać swojego męża w nawiązywaniu bliskich indywidualnych relacji z każdym z nich.

„A ja też chcę na wyprawę tatusia z córeczką!”- zagrzmiała zazdrosna Tosia. Każdemu według potrzeb- zwłaszcza w rodzinie, gdzie jest więcej dzieci warto znajdować ten indywidualny czas, żeby każdy młody człowiek czuł się wyjątkowy.

Daje to satysfakcję nie tylko dziecku, ale również rodzicowi. Ten czas, by przyłożyć ucho do serca dziecka, żeby mogło się otworzyć i rozkwitnąć jest nie do przecenienia.



Wychowywanie- trud bez żadnej gwarancji

Witajcie!

Podzielę się z Wami słowami mojego proboszcza z początku roku szkolnego. Porównywał on wychowanie dzieci z uprawą ziemi. Właściwie na etapie spulchniania ziemi, usuwania chwastów, siania, wielokrotnego plewienia nie wiemy, czego można się spodziewać. Uprawa roli to praca ciężka, monotonna, nudna, nie przynosząca natychmiastowych rezultatów. Właściwie wszytko trzeba robić należycie, nie oglądając się na efekty. Trud włożony w to dzieło plus dużo cierpliwego czekania.

Właściwie kto by się podjął takiej pracy: dużo niewdzięcznej pracy, niepewne efekty, czekanie ponad miarę.

A jednak się podejmujemy. Choć wiele  osób uważa, że najemny pracownik: niania czy opiekunka będzie bardziej skutecznie doglądać, uczyć nasze dziecko.

Powinnyśmy jednak doceniać również własną pracę: kto zna to nasze ziarenko lepiej niż my? Kto zna jego słabości, zalety lepiej niż my sami? A przede wszystkim: od kogo dziecko oczekuje więcej cierpliwości, docenienia?

Ponieważ w wychowaniu nie ma żadnej gwarancji pomyślnych rezultatów, a nawet Ci którym się wydaje, że ją mają, mogą się mylić, warto podjąć jedyną rozsądną decyzję. Powierzyć własne dzieci Temu, który jest najlepszym Ojcem i Opiekunem.



Jeszcze karmisz?

„Jeszcze pani karmi piersią?”- usłyszałam odnośnie mojego 4-miesięcznego maleństwa. Zdziwienie odjęło mi mowę na chwilę, ale wyjąkałam  w końcu: „Tak, oczywiście.” Zaskoczenie z powodu tego „jeszcze”.

Właściwie powinnam powiedzieć: „Dopiero zaczynam”, bo przecież dziecko potrzebuje mleka przez parę lat, a nie parę miesięcy. I mając najlepsze dla mojego dziecka mleko czyli moje własne nie mam powodu dawać mu mleka krowiego (reklama skrzętnie ukrywa obecnie, że większość mieszanek modyfikowanych to sproszkowane mleko krowie ze sztucznymi dodatkami).

Zazwyczaj nie przekonuje ludzi zalecenie Światowej Organizacji Zdrowia, która radzi minimum dwa lata karmienia piersią (w tym pół roku wyłącznego karmienia piersią bez dopajania, dokarmiania). Bardziej przekonująca jest nierzadko sąsiadka, mama, ciocia, wujek czy koleżanka, którzy potrafią wybrzydzać np. a propos półtorarocznego dziecka: „Jeszcze karmisz?” A taki delikwent właśnie przechodzi etap ogromnej potrzeby ssania i ani myśli kończyć, chyba że rodzice kończą za niego.

Jeszcze dochodzi do tego zdanie lekarzy, którzy lubią się wypowiadać jako eksperci. Niestety w temacie laktacji najwięcej z nich jest ekspertami od siedmiu boleści, bo na każdy problem z laktacją znają jedno rozwiązanie: podać butlę, będzie spokój.

Niedawno pewna mama opowiedziała mi, że dokarmianie preparatem mlekozastępczym zaleciła jej ciocia alergolog, bo dziecko ciągle chciało ssać oraz miało kolkę. Nieistotnym szczegółęm był dla pani doktor fakt, że matka na brak mleka nie narzekała, raczej na nadmiar, innych objawów alergii oprócz płaczów kolkowych nie miało. Nawet jednak gdyby miało, to lepszym rozwiązaniem jest zmienić dietę mamie niż eksperymentować na dziecku podając mu sztucznie zmodyfikowaną potrawę.

Nawet się już nie dziwię, że lekarzom tak łatwo przychodzi zalecić dokarmianie sztucznym mlekiem: w końcu jeśli ktoś ich szkoli w tym temacie (nie licząc etapu studiów), to w większości firmy produkujące mieszanki, herbatki, soczki. To one, a nie KUKP (czyt. Komitet Upowszechniania Karmienia Piersią) organizują częste szkolenia, rozdawnictwo gadżetów, broszurek, próbek. A przecież jest to grupa ulegająca wpływom reklamy równie bardzo jak pozostała część populacji. Ponieważ przeważają w niej kobiety, to również na zdanie o karmieniu piersią i jego roli będzie też miało osobiste doświadczenie: czy pani doktor sama karmiła piersią, czy kierując się mitami, niepełną wiedzą stwierdziła, że ma za mało mleka.

Nawet jeśli potrzebne jest dokarmianie, rzadko który lekarz umie doradzić, że z wyboru pierwszym mlekiem, którym można dokarmiać jest mleko matki. Czasami jest taka potrzeba, gdy np. maluszek zbyt mało efektywnie ssie i nadmiernie spadł z wagi.

Stojąc pod gabinetem lekarskim zagadnęła mnie miła starsza pani, zaczęła mnie wypytywać o to i o owo. W końcu zagadnęła również o karmienie i nie potrafiła ukryć zdziwienia, że karmię 4-miesięcznego człowieka wyłącznie piersią, a i starszą trójkę również wykarmiłam wyłącznie samą piersią przez okrągłe pół roku. „Ależ moja synowa, która jest lekarzem dopajała herbatkami! Chyba jako lekarz wiedziała, co robi.” Niestety chyba jednak nie wiedziała, skoro popełniła tak kardynalny błąd, który nierzadko kończy się słabymi przyrostami, czasem gdy ta herbatka jest podawana butelką jeszcze pogorszeniem techniki ssania u dziecka itd.

Przypomniał mi się w związku z tym dowcip. Czym się różni Pan Bóg od lekarza? Ten pierwszy wie, że nie jest lekarzem. I jak tu nie podchodzić z dystansem do lekarskich rad, gdy nawet sami siebie pozwalają nabijać w butelkę? Gdy potrafią się dziwić na równi z pozostałą populacją: „Jeszcze pani karmi?”



Wsparcie od zaraz potrzebne

W jednym z komentarzy pojawiła się wypowiedź, że wsparcie w karmieniu piersią jest niepotrzebne, wystarczy rzeczowa wiedza.

Czasami i tak bywa. Teoretyczna wiedza wystarczy w zupełności. Jednak niekiedy mimo rzeczowej wiedzy rodzi się tyle wątpliwości, że nie tylko wyparowuje wiedza, ale rodzi się całkiem niezły mętlik w głowie.

Ciekawie ten stan opisuje Sheila Kitzinger w książce „Rok po urodzeniu dziecka”.

Okazuje się, że nawet jeśli zapamiętało się potrzebne informacje, to trudno się rozeznać, które z nich są najistotniejsze, w danej sytuacji pasujące. Więc często zamiast tego wybiera się to, co najbliższe, co dociera z największą siłą, np. radę przybywającej z pomocą mamy, teściowej, siostry.

Czy zawsze te rady będą dobre? Oczywiście, że nie. Zwłaszcza młode mamy otrzymują tak wiele rad, że łatwo się w nich zagubić. Z jednej strony czytają, że rozwojowi dziecka, uspokojeniu go sprzyja noszenie go, z drugiej, żeby nie nosić, bo się przyzwyczai.

Nasi przyjaciele rodzice piątki dzieci podzielili się z nami wynikami swoich obserwacji-eksperymentu. Jaka będzie reakcja otaczających osób, gdy ze sporą grupką dzieci idzie sama matka? Jaka będzie reakcja, gdy z tymi samymi dziećmi idzie sam ojciec? Jedno z rodziców w ramach eksperymentu szło z tyłu i rejestrowało reakcje przypadkowych przechodniów.

Gdy szedł sam ojciec z dziećmi, reakcje z reguły były pozytywne, pełne podziwu, akceptacji. Gdy szła sama matka z dziećmi, dało się zaobserwować reakcje krytyczne, jeśli nie negatywne.

Czy może w takim wypadku dziwić, że nierzadko brakuje nam mamom pewności siebie, wiary, że zdołamy sprostać nowym obowiązkom?

Stąd niesłychanie ważne jest wsparcie, jakie możemy otrzymać. Przede wszystkim od Stwórcy: nawet jeśli nikt inny nie wierzy w nasze możliwości, to sam Bóg ufa nam, jest Przyjacielem wspierającym. Na Niego zawsze możemy liczyć, nawet jeśli same się zawodzimy, jeśli inni nas rozczarowują.

Biblia wiele razy zachęca nas, żebyśmy za wszystko dziękowali Bogu. Za wszystko?- można się zastanawiać, bez przesady. Nawet za własne błędy? Za brak pewności siebie? Za nieumiejętność? Właśnie tak, bo nawet z naszych błędów, nieumiejętności Pan Jezus umie wyprowadzić jakieś dobro, choć nie zawsze od razu wiemy, jakie. I jesteśmy dla Boga jak dzieci, które dopiero uczą się chodzić. Czy może nas Zbawiciel mniej kochać, że się przewracamy, dlatego że potłuczeni jesteśmy? Oczywiście, że nie- tym bardziej nas przygarnia, bo tym bardziej tego potrzebujemy.

I dlatego zawsze możemy mieć radość w sercu.



Noszenie potrzebującego

„Dusza dojrzewała powoli, ciało natomiast hartowało się niezwykle szybko.” K.Makuszyński

Wakacje w toku, więc i lektura bardzo lekka, pożyczona od koleżanki mojej córki. Ten jednak cytat wywarł na mnie wrażenie. Autor ten ma przenikliwość większą niż niejeden pisarz nowoczesnych poradników. Z tego prostego powodu, że widzi w dziecku coś tak prostego jak dusza.

Dziecko od początku jest człowiekiem, a więc od początku jest narażone na cierpienie. Co więcej, jest nim zarażone, bo przychodzi na świat z grzechem pierworodnym.

Wczoraj miałam właśnie możliwość niańczyć takie cierpiące dziecko, mojego 4-miesięcznego Ignasia. Odkrył młodzieniec, że odkładanie go na kocyk jest narażaniem go na samotność i bezradność. Natychmiast po położeniu buźka zmieniała się w podkówkę, więc, cóż było robić, przywiązywałam go sobie do chusty na plecy bądź na brzuch.

Chusta zapewnia dziecku przytulenie bardzo bliskie, maluch ma szansę wtulić się i zasnąć, wyciszyć, dać znać, kiedy czegoś potrzebuje.

Mam wrażenie, że znakiem czasu jest to, w jaki sposób obecnie są noszone niemowlęta. Nierzadko widzi się je w nosidełkach bądź na rękach oparte plecami o brzuch rodzica, twarzą do świata, tak, że pierwsze znajduje się dziecko, za nim rodzic. Nie dość, że jest to sposób niebezpieczny (w razie upadku zagrożona jest twarz dziecka, nieprawidłowe ułożenie bioderek), to jest to dodatkowo wbrew potrzebom niemowlęcej osoby. Małe dziecko w ramionach rodzica szuka ukojenia, odpoczynku, schronienia. Jeśli jest noszone w ten nieprawidłowy sposób, to nie dość, że nie znajduje go, to jest wystawione na nadmierną ilość bodźców, doznań, nie ma możliwości uciec przed nimi. Czy można się dziwić, że rodzice noszący w ten sposób małe niemowlę skarżą się, że ich dziecko zbyt mało śpi, jest niespokojne, ma trudności z zaśnięciem?

Dziecko gdy będzie gotowe do tego, by być skierowane twarzą do świata, potupta na swoich małych nóżkach, samodzielnie odwróci się od nas. I wtedy nie zaszkodzi mu wyprzedzanie mamy czy taty.

Niestety też miałam skłonność do noszenia w tak nieprawidłowy sposób najstarszej córeczki, nie wiedząc, że jest to niezdrowe i nieprawidłowe. Dlatego myślę, na swoim przykładzie, że wiąże się z tym również pewne zmęczenie dzieckiem. Odwracamy od siebie dziecko i już nie musimy na nie patrzeć, dokładnie za to widzą go inni, można się pochwalić wówczas lepiej swoją pociechą. Dziecko jest tu w roli przewodnika, nie znajduje natomiast oparcia w rodzicu. Na jego barki zbyt duży ciężar jest przerzucany.

Mamy skłonność w ogóle zbyt długo nosić dziecko na brzuchu, twarzą w twarz. Skutki? Problemy z mięśniami dna macicy, które mogą dopiero ujawnić się po latach, niekoniecznie od razu, nie wykorzystanie okazji, by uczyć malucha patrzeć z tej samej perspektywy.



Marzenia

Jak dzieci choć trochę podrosną, zaczynają mieć dużo pragnień.

-Mama, loda! zabawkę! balonika! konika! itd., itp.

-Chcę zostać podróżnikiem! (następnego dnia) kolejarzem! (kolejnego) malarzem! itd., itp.

Dzieci poruszają się w świecie wyobraźni lekko, szybko i bez zahamowań. Właściwie najłatwiej jest albo ulegać dziecku, albo stawiać ograniczenia. I jednego, i drugiego dzieci potrzebują, ale potrzebują też rozwijać skrzydła swojej wyobraźni.

A więc na nierealistyczną wizję dziecka nie posiadającego słuchu muzycznego „chciałbym zostać muzykiem”, można by odpowiedzieć rozwijając razem z nim podobne wyobrażenia: „ciekawe, jaką muzykę byś wtedy grał”.

„Chciałbym mieć konia, takiego prawdziwego”. „A jakiej maści byłby Twój konik? Kasztanek czy siwek, a może kary?” Wchodząc z dzieckiem w świat jego wyobraźni nawiązujemy z nim niesłychaną łączność, jego marzenia stają się dla nas ważną częścią życia, a nie kłopotliwym balastem.

Już roczne dziecko zamienia mocą swojej fantazji klocek w ptaszka i pokazuje jak ptaszek fruwa. Czy pozbawiać je tego poczucia ekscytacji i mocy swoim poczuciem rzeczywistości tłumacząc, że to nie ptak, a klocek? Oczywiście, że nie, cieszymy się wraz z takim nieporadnym maluchem, że radość tworzenia mu towarzyszy. Twórcza radość jeszcze bez zawodu i porażki.

Warto nie tylko marzyć razem z dzieckiem, ale uczyć je ukonkretniać te marzenia, realizować je. Czekać na ich spełnienie, pomagać im się spełniać, zmieniać je, rozwijać.

Moje dzieci są miłośnikami psiej hałastry, jesteśmy też szczęśliwymi posiadaczami szlachetnej krzyżówki mieszańca z kundlem. Równocześnie jednak kochane dzieciaki planują stać się posiadaczami psów rasy: husky, owczarek belgijski, beagle, owczarek szkocki collie, wodołaz, itd. Czy za każdym razem mam im wybijać z głowy pomysły na nowego psa? A po co? Czy nie lepiej zapytać: „A co cię tak urzekło w tej rasie, że aż byś chciał ją mieć?”

„Chciałbym wynaleźć pojazd jeżdżąco-latająco-ryjący”. „O, to musiałoby być ciekawe!”

Jest to jedna z metod ze szkoły dla rodziców i wychowawców: zamiast pozbawiać złudzeń i nadziei, towarzyszyć dziecku w tworzeniu marzeń, ich przekształcaniu. Równocześnie jednak ciąg dalszy rodzicielstwa bliskości. Bliskie stają się nam własne dzieci również przez wysłuchanie ich marzeń, planów, przez fantazje, którymi się z nami dzielą.



Długotrwała inwestycja

Inwestując w swoje małżeństwo, inwestujesz w wychowanie dzieci. Długofalowo.

Rozwód?

Pobierając się nie tylko nie należy zrezygnować z chodzenia na randki, ale wręcz uczynić z tego przywilej, prawo małżeńskie. Choć inaczej może będzie wyglądać randka, gdy ma się równocześnie małe dziecko, ale zrezygnować z niej to jak pozbawić się dopływu świeżego powietrza.

O ile przed zawarciem związku małżeńskiego chodzenie na randki było miłe, o tyle po jego zalegalizowaniu zaczyna być potrzebne.