Koniec świata z tymi dziećmi…

Tak.

W dzisiejszych czytaniach mszalnych co nieco o o Paruzji czyli końcu świata. Szkoda tylko, że nie wiadomo, czy będzie on jeszcze dziś, jutro, za 145, a może 1000 lat. Szkoda? A może właśnie bardzo dobrze, że nie wiemy, że możemy każdy dzień przeżywać w pełni, bez odkładania na miesiąc, rok czy 10 lat?

Wiele jest tekstów typu apokaliptycznego, choćby:

„…ziemia jak odzież ulegnie zniszczeniu,

a jej mieszkańcy wyginą jak komary.

Lecz moje zbawienie będzie trwać na wieki,

a moje wyzwolenie nigdy nie przeminie.” Iz 51, 6

Na efekty naszych działań wychowawczych rzadko patrzymy z takiej dalekosiężnej perspektywy wieczności. Właściwie by się chciało, by dziecko już tu i teraz: przestało płakać, już nie marudziło, było posłuszne itd., itp. To nasze zmęczenie, niecierpliwość się odzywa, ale też może tęsknota za niebem, gdzie śmierci już nie będzie, a Pan Bóg otrze z naszych oczu, z oczu naszych dzieci wszelką łzę.

Bo po co aż tyle płaczu, marudzeń, niezrozumień wzajemnych, bólu, śmierci? Wydaje się, że na świecie jest o każde cierpienie, smutek za dużo. Zwłaszcza za dużo płaczu dzieci.

Moja przyjaciółka w takich razach, gdy dzielę się z nią takimi myślami, mówi mi o krzyżu, jaki niosą już dzieci. Krzyżu samotności, obaw, cierpienia. Krzyżu nieznośnym, ale będącym kluczem do nieba.

Nieznośnym, bo mało jest świętych Janów i Matek Boskich, którzy sami by szli na Golgotę bez bata świstającego nad głową. Zazwyczaj jednak musimy być przymuszani jak Szymon z Cyreny, by wybrać towarzyszenie w bólu, w smutku. Przymuszani przez fakty, okoliczności, ludzi.

Kto by nie chciał mieć takich ciągle radosnych, wdzięcznych, jak z reklamy dzieci? Kto by chciał dzieci chore, płaczące, smutne, trudne, umierające?

A jednak Bóg takie chce i kocha, nawet jak my nie kochamy, bo nas niecierpliwi, bo nas zawodzi, bo nie takiego się spodziewaliśmy.

Kto przyjmuje dziecko chore, przyjmuje samo Dzieciątko Jezus, które też nie raz pewnie było chore i płaczące. Kto przyjmuje dziecko trudne, przyjmuje 12-letniego Pana Jezusa, którego nie mogli znaleźć Maryja z Józefem i któremu robili wymówki: „czemuś nam to uczynił? (…) z bólem serca szukaliśmy ciebie.”  Kto przyjmuje umierające dziecko, przyjmuje konającego Zbawiciela, który wybiera właśnie dziecięcą modlitwę: „Ojcze, w Twe ręce składam ducha mego!” Kto walczy o życie najmniejszego i najsłabszego, zobaczy kiedyś w jego duszy odbicie Pana Jezusa, który też był kiedyś bezbronny.

Towarzysząc na razie tu na ziemi naszym dzieciom w ich cierpieniach, możemy się wiele od nich nauczyć. Choćby i przeżywania radości całym sercem. Kosztem tej wrażliwości jest też przeżywanie każdego bólu całym sobą, bez owijania go w bawełnę i udawanie. Życie chwilą obecną skutkuje też tym, że i w koniec świata dzieci bawią się z entuzjazmem, i w pogrzeb z nieudawaną radością. Ale czemu miałyby się nie bawić z radością, skoro wiedzą, że mają kochających rodziców? Podobnie i my ze spokojem i otuchą możemy myśleć o końcu świata oddając się w ręce Miłosiernego Ojca.



Dla analfabetów kulinarnych

Zawsze własny wypiek chleba wydawał mi się czymś ponad moje siły i zdolności.

Jednak dzięki przepisowi od Mariolki bardzo się podbudowałam.

Cudny chlebek z wieloma ziarnami, który równie dobrze mogą robić starsze dzieci co ich mamy. Dzisiaj swoich umiejętności spróbował 7-letni Daniel i efekt jest równie pyszny jak wczoraj, gdy ja go uzyskiwałam. Na jutro do robienia zgłosiła się jako chętna moja Liduśka.

Do michy wsypaliśmy 1kg mąki takiej jaką mieliśmy pod ręką. W przepisie co prawda jest mąka-krupczatka, ale nie wzięliśmy sobie tego do serca mając kilka kilo wiejskiej mąki. Dodaliśmy do tejże mąki do dużej miski 1 szklankę otrąb pszennych, 6 łyżek pestek ze słonecznika, 6 łyżek siemienia lnianego, 3 łyżki sezamu oraz 3 łyżki pestek z dyni. Do tego dorzuciliśmy  5 dkg ciepłych drożdży, 2 łyżki cukru, 1,5 łyżki soli oraz 1 litr ciepłej wody.

Gwoli ścisłości wzięliśmy wszystkiego połowę, a i tak wyszły nam 2 prostokątne krótkie  formy (jak na keks). Daniel to wszystko mieszał łychą kilka minut, wedle własnej siedmioletniej cierpliwości czyli niezbyt dokładnie. Wedle przepisu należałoby zarabiać tą chlebową masę „aż” 3 minuty. Powstaje przyjemna rzadka paćka, którą od razu do nasmarowanych foremek włożyliśmy, a może raczej wlaliśmy.

Po 30-35 minutach porostu tejże brei (podwojeniu objętości)  nadaje się ona do włożenia do piekarnika na godzinę. Jeszcze tylko nastawiło lube dziecię 180 stopni na termoobiegu i chlebek już się piekł. Mmm, a jakie zapachy się rozchodziły po domu!

Może ktoś się dołączy do wypieku chleba naszego powszedniego 🙂

Muszę przyznać, że zrobiony samodzielnie i pachnący na cały dom smakuje o 150 % lepiej niż gotowiec ze sklepu.

Po drugim śniadaniu z dwóch bochenków została może ćwiartka. Jest to propozycja zwłaszcza dla dzieci-niejadków: zrobione, wymieszane samodzielnie równa się smaczniejsze.

Chociaż generalnie jestem przeciwko używania tego typu etykietek „niejadek”: nie ma dzieci niejadków, są tylko rodzice, którzy niepotrzebnie nadmiernie kontrolują talerz i buzię swojego dziecka.

Dla zainteresowanych rodziców dzieci nie przejawiających zainteresowania jedzeniem polecam książeczkę: „Bobas lubi wybór”. Coś w tym jest.

Jak można radośnie tworzyć jedzenie i zabawy z dziećmi dało mi dziś do myślenia następujące czytanko:

O, matko!



Poród- przejście między światami

Znowu będę skrzypieć jak zacinająca się płyta, bo na mojej rodzimej Alma Mater spędziłam kilka dni temu niemal cały dzień.

Tematem sympozjum był mój konik: porody domowe.

Pierwsza teologiczna część najbardziej mnie ujęła, choć była najbardziej ogólna. Bo i o czym tu mówić? Biblijne kobiety poza wyjątkami wszystkie rodziły w swoich domach.

Takie oczywistości, ale jakby zapomniane, mniej uświadamiane. Że rodzenia nie można redukować wyłącznie do fizyczności, jest to również fakt duchowy. Matka nie jest zredukowana podczas rodzenia wyłącznie do własnego ciała, jej działanie jest również duchowe. Podobnie rodzi całe dziecko: nie tylko jego ciało, ale i duszę.

To, że mam świra na punkcie karmienia piersią, to i sobie zwykle dopowiadam w takiej sytuacji. Skoro rodzimy całe dziecko: i ciało, i duszę, to i karmimy całe dziecko. Sycimy nie tylko jego ciało, ale i duszę, i ta cała fizyczna oprawka nie tylko tego nie niweluje, ale właśnie pełniej może wyrażać.

Zapewne cd. nastąpi.



pod znakiem uśmiechu

„Bośmy nareszcie pod Boga uśmiechem

Stali się sobą a nie swoim echem”

Ernest Bryll

Znajoma żaliła się, że ledwo od paru tygodni dziecko zaczęło chodzić do szkoły, już przynosi do domu ciekawe kwiatki. Dzieli się z rodzeństwem „uroczymi” słówkami poznanymi przed świętem Wszystkich Świętych: kościotrup, strachy, duchy itp.

Wcześniej na moje opowieści, że takie pogańskie indoktrynowanie dzieci ma miejsce od początku. Teraz wstrząsnęło to nią i zastanowiło nad wyborem szkoły dla swojego dziecka. Dzieci bowiem nasiąkają tymi treściami, które słyszą, tymi słowami, które poznają, tym klimatem emocjonalnym, który się im stwarza. A jeśli wokół mowa głównie o dyniach, potworach i trupach- to czym się karmi ich dusze w powszechnej szkole?

Stąd potrzeba z nimi dużo rozmawiać i dzielić się piękną polską tradycją zamyślenia nad świętych obcowaniem czyli życiem pod Bożym uśmiechem, kiedy człowiek odzyskuje to, co najcenniejsze, najpiękniejsze, najprawdziwsze w nim samym i w innych. Zachwycenie się tym uśmiechem świętych, ich pełnią człowieczeństwa, radości – mam nadzieję, że ochroni nasze dzieci przed mdłymi głupawymi zabawami Halloween, gdzie od myślenia o śmierci ucieka się z pustym rechotem.

Niebo- czas rozwoju i zachwytu

Czy dzielimy się z naszymi dziećmi tęsknotą za niebem, walką o nie? Jak mają do niego trafić, gdy przed sobą nie widzą zdążających właśnie w tym kierunku?



Normalne wyrastanie

Około roku, półtorej, czasem dwóch, a niektórych zapalonych małych ludzkich ssaczków nawet w okolicy dwóch i pół roku fenomen wyrastania z potrzeby ssania wydaje się nierealny.

Zwłaszcza 18-miesięczni młodzi ludzie potrafią tak przywrzeć do swoich mam jak nigdy dotąd. Wiąże się z tym i duża zachorowalność i niestabilność emocjonalna.

Ale jeśli dziecku się zaufa, że ono się rozwija, a nie uwstecznia i że, pozorne cofanie jest często takim potężnym odbiciem do przodu.

Te okresy wielkiego przylgnięcia do mamy, do czerpania od niej bywają dla mam bardzo wyczerpujące, stąd zwłaszcza w tym okresie istnieje wielka potrzeba, by być wspieranym, by słyszeć „to normalne”. Natomiast brak akceptacji, sugerowanie, że coś z nami, z dzieckiem jest nie w porządku potrafi niestety odbierać siły: „Ty jeszcze karmisz?”

Dobrze jest w takim czasie spotkać się z taką relacją:

mogę być dumna z mojego dziecka.

Kto raz doświadczy tego, jak dziecko pięknie dorasta, tego spokoju i pewności siebie, jakie ono daje, nie będzie innym proponował przedwczesnych zakończeń okupionych płaczem, wzajemnym szarpaniem, walką, kłamstwem, atrapami czy opuszczaniem dziecka nierozumiejącego sytuacji.

Naturalne karmienie piersią ma swój naturalny ciąg i naturalne zakończenie. Najczęściej kwestią cierpliwości i wzajemnego zaufania jest pozwolenie dziecku na to dorośnięcie. Ale kto by w dzisiejszych czasach miał cierpliwość do karmienia piersią, skoro trzeba mieć cierpliwość do własnej kariery, do dbania o własny image, do oglądania TV, korzystania z internetu itd. ? 😉



Co można robić jesienią?

Ostatnie podrygi ciepłej jesieni jakiś czas temu i szkolna impreza, w której mogliśmy rodzinnie uczestniczyć:

Ognisko integracyjne

Na zdjęciach nasze piękne okolice, a co, obejrzyjcie sobie.

Dobrze jest się spotykać, co widać na zalinkowanych obrazkach.

Kasia podesłała mi też artykuł o spotkaniach dla mam (dziękuję za to). Można się nie tylko przyłączyć, ale samej też wyjść z podobną inicjatywą, choćby i we własnym domu:

mamy z pomysłem.

Ich własna strona:

Twórcze mamy.



Ach, te dzieci

„Tadzio (chodzi o zaprzyjaźnionego starszego pana) jest chodzącym argumentem, że nawet najwredniejszych dzieci nie należy topić od razu po urodzeniu (a takie myśli przychodziły mi do głowy, kiedy Tadzio był mały), tylko poczekać, czy aby nie wyrosną z nich czarujący, błyskotliwi, dobrzy, serdeczni, altruistyczni dorośli.”

Stefania Grodzieńska „Nie ma się z czego śmiać”.

Życie jest pełne niespodzianek jak ta książka, którą właśnie połykam pomiędzy przekąszaniem dwóch innych.

Czasem łatwo nam o osądy: Ci to z ilością dzieci przesadzają! A ci to nadmiernie nadopiekuńczy bądź tacy i owacy! Lub: taka mała (bądź duża- w zależności od preferencji) przerwa między dziećmi to zarzynanie się, wpadka itp.!

Ale skutki naszych wyborów czasem dopiero po wielu wielu latach widać. Daru życia nie da się zmierzyć i zważyć- zbyt bezcenny, nieoceniony zwłaszcza z zewnątrz. Pan Bóg zawsze umie docenić to życie, dać mu szansę- my nie zawsze.

Uratowane życie jest taką perłą.

Czasem perłą schowaną głęboko we wnętrzu jakiejś oślizgłej niezbyt kuszącej małży.

Następny cytat czepił się znowu mnie i jęczy mi nad uchem, żeby go wykorzystać. Niech mu będzie:

„Przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi, dzieci naszych przyjaciół są naszymi dziećmi, wnuki naszych przyjaciół są naszymi wnukami, prawnuki naszych przyjaciół są naszymi prawnukami, pies dziecka naszych przyjaciół jest naszym psem, a nasze życie jest poszukiwaniem skarbów – takich jak przyjaciele, przyjaciele przyjaciół itd. Nie ma z czego się śmiać.”

Książka pełna ludzi, czytając ją spędza się czas w doborowym towarzystwie, grywa w kierki z Brzechwą i odwiedza Tuwima. Takie tam jedno wielkie a propos na każdy możliwy temat dziewięćdziesięcioparoletniej pani.

Musiałam się z Wami podzielić czymś bardziej frywolnym dzisiaj, żeby nie pęknąć z nadmiaru powagi własnej pisaniny. Pękanie przy takim wietrze niebezpieczne.



Nielegalny poród?

Szokujące:

zaprotestujmy

Już się wpisałam, bo uważam, że to jakiś dalszy ciąg totalitarnych praktyk rodem z czasów komunizmu. W Polsce takie relikty też się znajdzie i to wcale nie jakoś wyjątkowo.

Nasza położna była poruszona porodem naszej najmłodszej Tosieńki, która nie zaczekała na nią i energicznie wymogła na nas, żebyśmy sami przyjęli ją w objęcia. Opowiedziała o tym swojej znajomej położnej, na co ta oburzyła się: „Ależ to zabronione!” „A oddychanie i trawienie też jest zabronione?”- nie pozostała jej dłużna. Na szczęście w polskiej ustawie o zawodzie położnej jest wpisane do kompetencji położnej przyjmowanie porodów fizjologicznych poza szpitalem (a więc i w domu). Położne domowe wykonują więc swoją pracę zupełnie legalnie.

Matki też legalnie rodzą w domu. Póki jesteśmy zdrowe nie jesteśmy zmuszone do wybierania szpitala. Wiele kobiet wybiera szpital do rodzenia swoich dzieci, bo po prostu woli tam rodzić, uważa, że tam będą czuć się bezpieczniejsze, część po prostu nie wie, że ma jakikolwiek wybór.



Ubezwłasnowolnione czy świadome i podejmujące decyzję?

Przedłużam poprzedni wpis skoro znalazł oddźwięk, pisząc jego ciąg dalszy.

Poprzednio nadmieniłam już, że bycie kobietą, to, czego jesteśmy uczone jako dziewczynki poniekąd nas predysponuje, żeby te nasze granice uelastyczniać, naginać do potrzeb innych osób nawet za bardzo, tak żeby nie stracić m.in. pozytywnego image’u dobrej miłej dziewczynki i nie stać się jędzą na podobieństwo Baby Jagi, żeby nie stracić dobrych więzi z innymi ludźmi.

Myślałam o tym i myślałam… Wolno mi to szło co prawda z powodu moich ostatnich predyspozycji odmóżdżających, ale wywnioskowałam, że ma to jednak też swój sens. Takie właśnie cechy są bardzo przydatne przy wychowaniu małych dzieci szczególnie. Co by było gdybyśmy takie granice utrzymywały względem niemowlęcia? Czy pozwoliłoby to dobrze odczytywać jego potrzeby, karmić go według jego potrzeb, usypiać według jego kruchej fizjologii, a nie na rozkaz, nie wedle własnego widzi-mi-się? Dzieci rodzą się nie mając wokół siebie żadnych granic, a więc będąc szczególnie delikatne i wrażliwe na zranienia, bezbronne wobec innych, ale też wobec siebie samych. Stąd nasze naginanie się do nich, dyspozycyjność  jest dla nich dobroczynna. Są różne kobiety i różni mężczyźni.

Są różne związki. Znam takie pary małżeńskie, gdzie to ojciec jest bardziej matczyny: ma więcej wrażliwości, bardziej odczytuje bezsłowną mowę swojego dziecka, jest w swej cierpliwości bardziej oddany. Jednak najczęściej kobiety mają w sobie wiele tego „wychylenia” w stronę dziecka, otwartości, które wyrażają się w różny sposób, czasem zaskakujący dla nich samych.

Czyli zwalczać bezwzględnie tych cech nie ma sensu, bo są nam również bardzo potrzebne. Jednak jak widać jest ogromna potrzeba, by te cechy różnicować: bo o ile otwartość, dyspozycyjność względem własnego zwłaszcza maleńkiego dziecka jest bardzo potrzebna, o tyle w stosunku do przypadkowo spotkanego lekarza czy innej osoby mieć sensu już nie musi.

Stoi więc przed nami zadanie z jednej strony kształtowania własnej wrażliwości, opiekuńczości w stosunku do zaufanych osób, a z drugiej własnej wewnętrznej siły, pewności, odwagi, by wybierać to, co dla nas samych i dla naszych dzieci jest dobre, ważne, nie dając się zastraszyć autorytetom nawet tym groźnie patrzącym na nas z pozycji władzy np. szpitalnej, lekarskiej. Trzeba mieć tą siłę, by nie tylko świadomie zgodzić się lub sprzeciwiać zdaniu lekarza, ale by zacząć od zwykłego: „Dlaczego?” Stawiając to pytanie, wykorzystujemy prawo pacjenta do informacji o zdrowiu swoim i swoich dzieci, a zarazem równoważymy tą relację pacjent-lekarz. Lekarz mając obowiązek odpowiedzieć na nasze pytania dotyczące naszego zdrowia, badań, procedur medycznych, ich znaczenia, działania leków itp. musi się nam wytłumaczyć z sensowności swoich działań. My w ten sposób możemy dać sobie czas na przemyślenie sytuacji, skonfrontować to z własnymi przekonaniami, posiadanymi informacjami.

Właśnie bliska mi osoba poddała się serii bolesnych zastrzyków mających uśmierzyć jej ból. Niby zadziałało, ale dzięki temu dorobiła się interesującego skutku ubocznego: konieczności leczenia paskudnego zapalenia przyrannego. Brrr, nie opowiem Wam dokładnie, bo mnie ciary przechodzą jak sobie przypomnę.

A może dałoby się uniknąć tego typu typowo jatrogennych schorzeń, gdybyśmy się właśnie ośmieliły zadawać więcej pytań o możliwe skutki uboczne procedur leczniczych, badań, leków.

Z doświadczenia wiem, że choćby podczas rutynowego szczepienia dzieci lekarz ogranicza się do informacji o skutkach ubocznych „możliwa gorączka, możliwy obrzęk miejscowy” podczas gdy tychże w przypadku szczepień jest kilka stron (patrz: podręcznik „Wakcynologia”). Skąd więc taka oszczędność w informowaniu? Czy wynika ona wyłącznie z niechęci lekarza do wypowiadania się? Oczywiście, że nie! My też nie dopytujemy, poprzestajemy na małym, a więc zgadzamy się na bycie niedoinformowanymi, poinformowanymi w sposób niepełny, ograniczony bądź nawet rezygnujemy z jakichkolwiek informacji mając w zamian „święty spokój”.

O szczepionkach specjalnie nie zamierzam pisać, bo osobiście nie chcę zachęcać ani do szczepienia, ani do rezygnacji ze szczepień. Pisząc jednak o tym przykładzie łatwo zauważyć, że z wieloma badaniami, lekami jest podobnie.

Choćby KTG. Rutynowo podpinane do kardiotokografu rodzące matki muszą leżeć poprzypinane pasami najczęściej na plecach i przykute do łóżka na 20 minut, a czasem i cały poród, pomimo że często leżenie potęguje ich ból, a ponadto przyczynia się do niedotlenienia dziecka ze względu na ucisk naczyń krwionośnych doprowadzających tlen do dziecka. Ale czy pytamy dlaczego? „Żeby poznać pracę serca dziecka”- odpowie lekarz. „A przecież pracę serca można równie dobrze zbadać przy pomocy UDT-ki- przenośnego urządzenia, które nie wymaga leżenia, siedzenia. Po co więc ten uciążliwy kardiotokograf?” „W takim razie, żeby poznać częstotliwość i siłę skurczy macicy”- może argumentować lekarz. „Ale ja znam częstotliwość skurczy macicy, do tego potrzebny mi zegarek, a nie KTG!  A siłę skurczy czuję. Wystarczy mnie zapytać, a nie przywiązywać do łóżka!”

Z wieloma badaniami, procedurami jest podobnie. W szpitalach obowiązują procedury, standardy, ale zapomniana jest często sztuka położnicza, przedkładając nad nią wierność standardowej obowiązującej rutynie.

Katarzyna wpisując się do komentarzy stwierdziła, że zachęcam do walki z lekarzami. Jednak wcale nie taki jest mój cel. Jeśli to możliwe, to lepiej unikać walki, wrogości, nieprzyjaznych relacji. Personel medyczny to też ludzie z całym swoim bagażem zmęczenia, czasem wypalenia, a nierzadko mimo wszystko zachowujący wiele życzliwości, chęci pomocy. Stąd nie ma co z góry przekreślać tego typu pomocy, zwłaszcza że nie wiadomo, czy nie będzie nam rzeczywiście potrzebna.

Jednak swoje relacje z położną czy lekarzem lepiej opierać na relacji partnerstwa, a nie podległości. Dlaczego partnerstwa? Bo na czas porodu, ani jakiegoś leczenia nie stajemy się ubezwłasnowolnione, jeśli pozostajemy w kontakcie z własnym ciałem to pozostajemy ekspertkami co do własnej fizjologii czyli stanu zdrowia.

Typowa sytuacja podczas porodu. „Proszę się położyć do badania”- mówi lekarz. Często się jednak zdarza, że rodząca matka przeżywa wówczas skurcz. I jedna kobieta zaciśnie zęby i podda się grzecznie badaniu, pomimo że jest ono o wiele bardziej przykre w momencie skurczu, wszystko się w niej buntuje wobec tego. Ale inna kobieta przedstawi swoje stanowisko bez kompleksów: „Po skurczu. Teraz nie mogę się położyć, bo mam skurcz.” Lekarz dalej nalega na natychmiastowe badanie, ale kobieta rodząca jest nieustępliwa, choć przedstawia swoją decyzję przyjaźnie: „Za minutkę, bardzo proszę. Teraz nie mogę.”.

W szpitalu tak bardzo wchodzimy w rolę grzecznej pacjentki, że większość zaleceń przyjmujemy bezrefleksyjnie. A czy nie powinnyśmy być współdecydentami odnośnie własnego porodu, własnego dziecka? Rola „grzecznej pacjentki” w prosty sposób zdejmuje z nas odpowiedzialność. Potem powrót do domu bywa bolesny: bo się nagle okazuje, że niemal całkowita odpowiedzialność w rzeczywistości spoczywa na rodzicach i to oni i ich dzieci ponoszą skutki działań lekarzy, nawet jeśli w ogóle nie wnikali w ich sensowność, nie próbowali nawet o niej decydować. Taka zmiana bywa bardzo trudna, niepokojąca. Spotkałam się z relacjami matek, że były tym tak bardzo przytłoczone, że nie umiały sobie z tym radzić aż do popadania w stany depresyjne.

A czy nie byłoby sensowne od początku bardziej przejmować się rolą matki- osoby głęboko i aktywnie uczestniczącej w podejmowaniu decyzji dotyczących własnego dziecka niż być potem rzuconym na głęboką wodę? Oczywiście w różnych realiach może to być zadanie o różnym stopniu trudności. Są lekarze bardzo komunikatywni i chętni do współpracy z rodzicami, ale są i tacy, dla których są oni zawadą.

Tak więc nie zachęcam tu do żadnych walk na porodówce, ani na położnictwie, ale do zachowywania szacunku, wierności również dla siebie samej poprzez zachowanie wolnego wyboru, słuchanie przede wszystkim tego, co mówi nam własne dziecko, czego domaga się własne ciało, choć oczywiście może być to również we współpracy z personelem. Stając na porodówce nie stajemy się nagle ubezwłasnowolnione, niezdolne do decydowania o sobie- stąd narzucanie nam choćby pozycji do rodzenia jest przekroczeniem naszych praw. Warto o tym pamiętać idąc na porodówkę oraz o tym, że wiele położnych i położników zostało mistrzami w przełamywaniu naszych granic.



Granice

Po niemal dwunastu latach macierzyństwa, tudzież ojcostwa zapisaliśmy się z mężem na Szkołę Rodziców i Wychowawców. Najwyższy czas się czegoś nauczyć! Po pierwszym spotkaniu byłam pewna, że podjęliśmy dobrą decyzję ze względu na ciekawe osoby, które dane mi było w ten sposób spotkać, poznać. Po drugim jednak nabrałam pewności, że i ze względu na zawartość treściową, ciekawe ćwiczenia coś uda mi się skorzystać.

Tematem spotkania były granice, jakie stawiamy innym ludziom, a więc także naszym dzieciom.

Przeczytana rano arcyciekawa relacja, która i podczas tychże warsztatów odbijała się echem w moim umyśle:

poród asertywny w szpitalu.

Niby podstawy psychologii, dobrego samopoczucia we własnej skórze: wystarczające granice własnej intymności, poszanowania siebie samego. Zauważenie, że i inni mają takie granice, które trzeba respektować. Spotkanej po raz pierwszy czy drugi osoby nie będziemy pytać o kolor noszonej bielizny czy zaglądać jej do torebki.

Ale w tych naszych i cudzych granicach czasami z niewiedzy, nieświadomości, lęku, przyzwyczajeń i wdrożonych zasad robimy wyłomy.  Na przykład jak w opisanej relacji z porodu. Czy ten sam doktor, który chciał bez pytania, wiedzy i zgody rodzącej zbadać ją ginekologicznie odważyłby się na takie zachowanie w innej sytuacji? Czy to zachowanie jednego z przedstawicieli służby zdrowia nie obrazuje pewnej patologii, która niestety dalej drąży zwłaszcza tą szpitalną działkę okołoporodową?

Może nie miałabym takich podejrzeń, gdyby nie to, że stale się stykam z podobnymi relacjami. Świeżutka i pachnąca tygodniowym noworodkiem sytuacja ze szpitala. Rodząca dotarła w trakcie porodu pół godziny przed jego zakończeniem do szpitala. Skurcze już miała co minutę i częściej, a więc temperatura przeżywania bliska wrzeniu. Położna natomiast jak to standardy medyczne nakazują uparła się założyć jej wenflon (czyli ostre urządzenie zakończone igłą służące m.in. do zatrzymywania akcji porodu fizjologicznego). Ponieważ matka rodząca wiedziała, że założenie jej wenflonu jest i w normalnej sytuacji bardzo trudne, nie zgodziła się na to. Położna jednak nie wzięła sobie tego do serca i od tej pory poród wyglądał jak zabawa w kotka i myszkę, gdzie położna zaczajała się na rodzącą i mimo wszystko usiłowała się wbić jej w żyłę, a rodząca usiłowała uciekać przed nią i nie dać sobie przeszkodzić w swobodnym poruszaniu, co przynosiło jej największą ulgę na tym etapie porodu. Kilkakrotne próby dobrego umieszczenie wenflonu spełzły na niczym.

W końcu pod wpływem perswazji i manipulacji lekarza matka urodziła w pozycji żuczka (czyli wbrew sile grawitacji utrudniając dziecku wyjście na świat oraz wbrew własnym przekonaniom). Wtedy położna wreszcie dopadła leżącą matkę tuż po narodzinach i wkłuła się jej z satysfakcją w żyłę. I w tym momencie zalała jej krwią pół pościeli. Nietrudno się domyślić, że w tym momencie poczucie dobrze spełnionego obowiązku nieco zblakło.

Kobiety oczytane, mające świadomość, czym jest i powinien być poród naturalny coraz częściej kwitują swoje porody odbywające się siłami natury w tych przybytkach medycznych zwanych szpitalami: „to byłby taki dobry poród, gdyby mi nie przeszkadzano, nie niepokojono, nie zawracano głowy w trakcie porodu ankietami długimi na kilka stron, gdyby mi pozwolono rodzić tak jak tego potrzebowałam, a nie jak lekarzowi wygodniej mnie podglądać”.

Może i nie byłoby tak częstego łamania naszych kobiecych granic, gdyby nie to, że chyba już od kołyski nierzadko jesteśmy uczone, by być grzecznymi dziewczynkami, miłymi, zgodnymi. Dzieciom przykleja się naklejki „dobry pacjent”. Dobry? Co to znaczy? Wpajamy często naszym milusińskim, że dobry to znaczy uległy, a to przecież nie do końca prawda. Dobry to też potrafiący zawalczyć o to dobro, o to, co ważne.

Tak wyuczone spokojnie i grzecznie więc znosimy i po porodzie uwagi tym razem dotyczące naszego karmienia piersią wygłoszone np. przez przechodnia. Albo bierzemy sobie do serca negatywne uwagi męża, teściowej, babci, koleżanki dotyczące karmienia tak jakbyśmy to my matki nie były specjalistkami od karmienia własnym mlekiem własnych pociech. I nie chodzi o to, by być głuchą na uwagi bliskich czy innych osób, ale mieć na tyle dobrze wykształcone poczucie własnej wartości, żeby wiedzieć, że jest to sytuacja, kiedy należy nam się wsparcie, a nie podkopywanie naszej samooceny, podważanie naszych kompetencji.

Również dobrze wytyczone granice zewnętrzne i wewnętrzne pozwalają nam się obronić przed natrętnymi uwagami kulturalnie i zdecydowanie:

  • Nie prosiłam pana/panią o konsultacje laktacyjne;
  • Przepraszam bardzo, ale czy ja pani/panu zaglądam w biust i komentuję? Nie zgadzam się na podobne uwagi.
  • Drogi mężu, skoro znasz się tak dobrze na karmieniu naszego dziecka piersią, to może mnie dzisiaj zastąpisz? Oczekuję od Ciebie wsparcia. Tak samo jak zamierzam sama z siebie Cię wspierać w roli ojca, tak potrzebuję, byś popierał mój sposób bycia mamą itd., itp.

Jeśli pozwalamy przekraczać innym nasze granice, to potem często odreagowujemy to wewnętrznym niepokojem. Warto więc zastanowić się, dlaczego ich nie mamy, bądź nie bronimy skutecznie. Czy sam sens karmienia gdzieś tam wewnętrznie podważamy, nie mamy pewności w tym, co robimy? Czy tego typu uwagi uderzają w nasze ogólnie zaniżone poczucie wartości? Czy mamy jeszcze inny powód dla którego nie troszczymy się o własną spójność wewnętrzną, dobre samopoczucie?

Tak się nad tym zastanawiam…