Zmęczenie- ludzka rzecz

Człowiek chodzi do pracy, nie raz przeżywa i chwile zmęczenia, i zniechęceń. Takie jest życie. Ale nikt nie mówi: przestań więc pracować. Bo gołym okiem zazwyczaj widać, że praca jest potrzebna.

Matka karmi piersią, opiekuje się dzieckiem, nie raz przeżywa chwile zmęczenia. Takie jest życie. Ale nasłucha się: „To po co dalej karmisz? Odstaw, to się wreszcie wyśpisz!”

W czym jest lepsza praca zawodowa od pracy matki, jaką ta wkłada w wykarmienie, w opiekę nad własnym dzieckiem? W niczym nie jest lepsza, jest inna. I praca zawodowa jest potrzebna, i praca mamy-karmicielki jest potrzebna i niezmiernie ważna.

Ani zmęczenie nie deprecjonuje pracy zawodowej, ani nie odbiera wartości karmieniu piersią. Jednak dodatkowe komentarze typu: „To przejdź na butelkę! Co się będziesz męczyć!”, dodatkowo obciążają kobietę.

Zmęczenie nie powinno być jednak powodem do zakończenia wspólnej mlecznej drogi. Zwłaszcza że często można wiele zrobić, by dać sobie wypocząć, poprawić własne samopoczucie mamy karmiącej:

  • pozwolić sobie na drzemkę razem z dzieckiem, na dłuższy sen;
  • zwolnić tempo życia; nic się nie stanie jak przez kilka dni dywan będzie nieodkurzony, a zlew nieco bardziej przepełniony niż zwykle; „kurz jest po to, żeby leżał”- lubiła mawiać pewna aktorka;
  • dać się wyręczyć, pomóc sobie: w sprzątaniu, opiece nad dzieckiem itp;
  • odprężyć się przy swoim ulubionym hobby, np. czytaniu, spacerowaniu itd.;
  • pozwolić sobie na wyjście z przyjaciółką, do fryzjera itp.;
  • jeśli powyższe sposoby nie pomogą, to warto zbadać się: m.in. zrobić badanie krwi, tarczycy i in.- mogą one wiele wyjaśnić;
  • wzbogacenie pokarmów w większą ilość magnezu, wapnia, witamin z grupy B mogą wydatnie poprawić samopoczucie;
  • wypróbowanie różnych wariantów wspólnego/oddzielnego spania (razem w łóżku, przystawka do łóżka, łóżeczko dosunięte do łóżka rodziców itd.).

Warto też pamiętać, że są okresy kiedy fizjologiczna jest zwiększona męczliwość, kiedy naturalna jest większa potrzeba odpoczynku: np. przesilenie wiosenne, kilka dni tuż przed miesiączką (syndrom napięcia przedmiesiączkowego). Wówczas często wystarczy przeczekać ten trudniejszy czas, by zmęczenie ustąpiło samoistnie.

Oczywiście nie każdy z tych sposobów jest do zastosowania w każdej sytuacji, ale coś można wybrać dla siebie, poszukać jeszcze innych sposobów swoich własnych na  nadmierne zmęczenie.

Bardzo przewlekle utrzymujące się zmęczenie (np. wiele miesięcy, lat) może być symptomem poważniejszej choroby, depresji- bez obaw trzeba skorzystać z porady lekarza, psychologa.

W zwykłej sytuacji poczucia przemęczenia, utrudzenia warto też zdobyć się na cierpliwość i pewną dawkę wyrozumiałości zarówno dla siebie, jak i dla dziecka. Karmienie piersią składa się właśnie z takich faz, kiedy karmi nam się łatwiej, spokojniej, weselej i kiedy karmi się trudniej, kiedy zmęczenie bierze górę. Świadomość, że to, co się przeżywa jest tylko przejściowe bywa nieco pokrzepiająca. Jeśli dorzuci się do tego zrozumienie, że inne matki przeżywają to samo, że macierzyństwo bez zmęczenia występuje wyłącznie w reklamach, to łatwiej udźwignąć te  chwile.

Bez karmienia piersią dzieci nierzadko też się budzą w nocy, też są marudne, też przyprawiają swoje mamy o zmęczenie. Nie warto więc robić akurat z karmienia piersią kozła ofiarnego.

Bycie ponad własne zmęczenie, otwieranie się na radość, jaką niesie ze sobą życie dodaje z czasem skrzydeł, które unoszą dalej poza ten niezbędny balast trudu.



Kiedy i gdzie karmić piersią?

Kiedy warto karmić piersią?

  • Kiedy potrzebuje tego dziecko;
  • Kiedy potrzebuje tego matka;
  • Kiedy mamy „za dużo mleka” a więc zwłaszcza w początkowych zmaganiach z nawałem, nadprodukcją;
  • Kiedy mamy „za mało mleka”, a więc kiedy dziecko dopiero pracuje nad wytworzeniem większej ilości i potrzebuje na to czasu i częstych karmień;
  • W dzień, kiedy dzieci te większe jedzą różnorodne posiłki, żeby mleko osłaniało ich niedojrzały przewód pokarmowy;
  • W nocy, kiedy mleko ma najwięcej kalorii, a więc dziecko jest w stanie bez rozbudzenia najeść się i spać dalej z pełnym już brzuszkiem;
  • Kiedy dziecko ssie bardzo często, ale też kiedy samo ogranicza sobie karmienia piersią bądź my je ograniczamy z jakiś względów, itd, itp.

Gdzie karmić piersią? Czy tylko w zaciszu domowym? Nie każda mama jest domatorką, żeby ją to satysfakcjonowało. Mała podpowiedź, gdzie można jeszcze karmić piersią:

„Specjalne” miejsca do karmienia

Ostatnio jedna z moich forumowiczek napisała, że w tym roku karmiła swoje dziecko piersią pod ziemią, w kopalni złota. Większość z nas jednak karmi na powierzchni ziemi, co nie znaczy, że inaczej znaczy gorzej.

Nasze dzieci nie potrafią zrozumieć, że jakieś miejsce jest niewłaściwe do zaspokojenia swojego pragnienia, głodu, dopóki go tego nie nauczymy. Owszem na tą naukę jest czas, ale na pewno nie wtedy, gdy dziecko jest zbyt zmęczone, zrozpaczone lub głodne, by chcieć i umieć cokolwiek zrozumieć.



Czas na miłość

Od kiedy warto kochać dziecko?

  • Czy wówczas dopiero, gdy się urodzi i możemy je sami zobaczyć?
  • Czy może wtedy, kiedy na obrazie monitora ultrasonografu je zobaczymy i wzruszymy się tym widokiem?
  • A może wówczas, kiedy dziecko skończy jakiś etap rozwoju: zarodkowy albo przedszkolny, albo płodowy bądź niemowlęcy?
  • Czy wtedy warto kochać dziecko, gdy już jesteśmy spokojniejsi o jego życie i zdrowie, gdy jego wygląd, zachowanie bardziej nam odpowiada?
  • A może wtedy dopiero warto kochać swoje dziecko, kiedy udaje nam się ucieszyć z niego?

Niektórzy mówią, że zarodek to jeszcze nie dziecko, ale inni mówią, że pijak/złodziej (itp. etykietki) to też nie człowiek, tylko świnia. Z tymże o ile ci drudzy sobie w jakiejś mierze zasługują na to miano odczłowieczone, o tyle dziecko poczęte w swej bezbronności, kruchości nikogo nie krzywdzi, nie rani, a człowiekiem jest na równi z każdym z nas. Tylko bardziej zależnym, a więc domagającym się tym więcej troski i delikatności.

Dla kochającego rodzica nie jest powodem do wymigiwania się od miłości wiek dziecka ani jego wygląd, ani stan zdrowia, ani własny brak entuzjazmu. To brak miłości sprawia, że w poczętym dziecku nie chcemy widzieć człowieka, zwalniamy się z ludzkiego traktowania własnego dziecka.

„Ukochałem Cię odwieczną miłością”- mówi Pan Bóg poprzez Biblię i zwyczajnie uczy mnie w ten sposób od kiedy warto kochać. Warto kochać od poczęcia, a nawet już wcześniej być otwartym na wymagającą Miłość i uczyć się od niej.



Odcinanie pępowiny

Dwa porody – dwa różne zakończenia.

1 poród: dziecko się rodzi naturalnie, pozwala się tętnić pępowinie. Nie śpieszy się z jej przecinaniem, dziecko nie podejmuje samodzielnego oddychania przez 40 minut, ale jest w dobrym stanie, dzięki zachowanemu połączeniu z działającym łożyskiem. Dopiero po 40 minutach zaczyna samodzielnie oddychać, wtedy pępowina przestaje tętnić.

2 poród: dziecko się rodzi naturalnie, przecina się natychmiast pępowinę. Dziecko sinieje w oczach. Reanimacja, sztuczna wentylacja niewiele daje. Dziecko umiera.

Drastyczne dwa przykłady z życia wzięte, ale pokazujące, że niewiele w naturze jest przypadków. Dopóki pępowina tętni po urodzeniu, spełnia swoją funkcję, dziecko otrzymuje wraz z nią wystaraczającą dawkę tlenu, kolejne dawki krwi (mniej jest narażone na niedotlenienie, niedokrwistość, gdy samo ustanie tętnienie).

Szybkie przecięcie pępowiny częściej zamiast tragicznych skutków ma jedynie chorobliwe następstwa, np. lekkie niedotlenienie, niedokrwistość leczona później miesiącami.

Można też mówić o przecinaniu pępowiny psychicznej, przechodzeniu na kolejne etapy dojrzałości. Zakończenie karmienia piersią też można porównać do porodu, do zakończenia jakiegoś etapu, przecięcia pępowiny.

Gdy dziecku bardzo mocno zależy na kontynuowaniu ssania piersi, można się zastanowić: jakie ono ma dalsze funkcje, że nie ustaje? To nie jest ani złośliwość, ani nałóg ze strony dziecka. Jest w tym jakieś znaczenie, które myśląca mama odkrywa.

Czasem odkrywa dopiero poniewczasie. Dziecko odstawione od piersi zaczyna np. chronicznie chorować.

Najlepiej odkrywać to znaczenie w czasie karmienia biorąc pod uwagę:

  • stan zdrowia dziecka;
  • etap rozwoju;
  • radzenie sobie z emocjami;
  • sytuację życiową.

Oczywiście, że z karmienia piersią wcześniej lub później trzeba zrezygnować, jednak porozumienie z własnym dzieckiem jest tu niezmiernie istotne. Jeśli jest to możliwe, warto wziąć pod uwagę kruchość i delikatność zdrowia i psychiki własnego dziecka.



Szczęśliwa matka- szczęśliwe dziecko

Taki właśnie slogan robi karierę: „szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko”. Dzisiaj pierwszy raz zdarzyło mi się słyszeć, że z tego powodu matka odmówiła dziecku piersi (jeszcze na położnictwie). „Bo byłaby uwiązana do dziecka, a przez to nieszczęśliwa”.

Hm.

Jeśli się tak dobrze zastanowić, skąd wynika, że kariera tego sloganu jest tak zawrotna. Otóż jest w tym szczypta prawdy. Żeby prawdziwie kochać, kogokolwiek, męża, dziecko czy przyjaciółkę, to rzeczywiście trzeba umieć też dbać o siebie, umieć przyjmować wyrazy miłości, pozwalać się uszczęśliwiać i umieć też szukać własnej drogi szczęścia. Ale to jest tylko jedna strona medalu.

Jeśli sięgniemy do psychologii rozwojowej, to ten etap rozwoju mogą już osiągnąć zadbane, kochane dzieci, które zwyczajnie wiedzą, co lubią, wiedzą, że mogą się domagać okazywania miłości, zaspokajania ich potrzeb, a nawet pragnień.

Jednak człowiek dorosły ten etap wyłącznej koncentracji na własnym zaspokajaniu szczęśliwie powinien mieć za sobą, ponieważ dojrzałość polega na pójściu dalej. Wcześniejszy etap nie jest zanegowany przez następne, ale człowiek dorosły winien umieć też działać dla dobra drugiej osoby, a nie tylko poprzestawać na kurczowym trzymaniu się własnego zaspokojenia. I to niezależnie od własnych emocji.

Prosty przykład. To, że rodzic nie czuje się danego dnia uszczęśliwiony przewijaniem swojego dziecka, to w najmniejszym stopniu nie zwalnia go z tego obowiązku.

Także w tym kontekście slogan „szczęśliwa mama- szczęśliwe dziecko” jest zwyczajnie nieprawdziwy. O ileż bardziej wiarygodnie i prawdziwie brzmi „kochająca mama to szczęśliwe dziecko”.

Z miłości można też karmić piersią, nawet jeśli się tego nie lubi dystansując się od swoich własnych uczuć. Właśnie ze względu na dobro dziecka.

W kontekście takich wyborów, gdzie mama „musi” być szczęśliwa niezależnie od dobra dziecka zastanawiam się, czy nie adekwatniej byłoby zacząć modelować inne określenia: „szczęśliwa mama- opuszczone dziecko”.

Dlaczego opuszczone? Ponieważ karmienie piersią jest naturalną kontynuacją tej bliskości, kiedy dziecko było przy sercu mamy dosłownie przez cały czas.

I nie chodzi o to, żeby nie dbać o własne potrzeby, ale nauczyć się realizować je w łączności z dzieckiem. W takiej łączności, jakiej potrzebuje. Gdyż z perspektywy zwłaszcza maleńkiego dziecka więź z mamą to życie.



Dziecko a może piesek lub kotek?

Byłam swego czasu na szkoleniu dla douli (osób profesjonalnie wspierających podczas porodu) zorganizowanym przez Fundację Rodzić po Ludzku. Prowadziły je dwie Holenderki, będące doulami.

Na sam koniec swobodna rozmowa, wymiana pytań i odpowiedzi. Jedna z tych pań poradziła doulom, w większości młodym kobietom, że jeśli na skutek tej pracy „zachce” im się samym urodzenia dziecka, to zamiast tego można kupić sobie kolejnego kotka lub pieska. I że jest to dobre rozwiązanie problemu „chęci powiększenia rodziny”.

Uderzyła mnie ta rada. Zwłaszcza że kierowana do takiego audytorium, zwłaszcza że udzielona przez kobiety towarzyszące rodzącym.

Jaka duchowa postawa za tym się kryje? Czy nie ta sama, która o wzięciu zwierzęcia mówi w ostatnich czasach „adopcja”, a wzbrania się przed nazwaniem aborcji morderstwem najmłodszego dziecka? Skoro osoby, które uczą wspierania innych kobiet w ich macierzyńskim trudzie rodzenia sugerują, że nie warto mieć dzieci lub nie warto mieć ich więcej niż „mało”, to o czym to świadczy? Nie tyle jest to jakieś oskarżenie pod ich względem, ale pewne zapytanie, na które nie znalazłam odpowiedzi.

 Owszem nie każda kobieta jest powołana, by mieć wiele dzieci, ale to nie powód, by sobie znajdować obiekty zastępcze typu kotki-pieski-świnki itp. Każda kobieta jest jednak powoływana, by być córką, siostrą, matką czy w sensie duchowym czy fizycznym, by rozwijać się, uczyć się rodzić innych dla Boga, dla świata czyli kochać swoje, ale też nieswoje dzieci, swoje synowe, dzieci opuszczone. By być w relacji miłości do innych ludzi. Rada, by zamiast tego opiekować się zwierzątkami jest … hm… Z deka infantylna? Matki są też powołane, by odważyć się mieć więcej dzieci niż „standardowe” jedno czy dwoje. Czy nie inne kobiety dostrzegające wartość macierzyństwa powinny dodawać im odwagi, by iść pod prąd i dawać życie tylu dzieciom, ile tego od nas oczekuje Pan Bóg, a nie media lub otoczenie?

Podobny wpis znalazłam na jedym z blogów, podobny dylemat:

Dziecko czy mercedes?

W tym kontekście przypomina mi się Matka Teresa, która broniła życia dzieci i dosrosłych, opiekowała się konającymi, najbiedniejszymi. Gdy zapytano ją o kobiety najbiedniejsze, a mimo to rodzące dzieci i sens takiego macierzyństwa, odpowiedziała pytaniem retorycznym. A za kogo my się uważamy, skoro mamy czelność odbierać prawo tym najuboższym do ich jedynego i najcenniejszego skarbu, jakim jest dziecko? Nie jest to wierne przytoczenie jej słów, ale ich sens. Czy nie jest to ogromna pycha ludzi zamożnych, „że ich stać na dziecko”? Pomimo że finansowo może kogoś być stać na dziecko, ale emocjonalnie, duchowo może być stać na dziecko również osobę ubogą, o minimalnych środkach finansowych. „Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Zdarzają się rodziny bogaczy, w których są niekochane dzieci, opuszczone przez swoich rodziców, zdarzają się też rodziny ubogie, gdzie dzieci nie mają wątpliwości, że są najukochańsze i rodzice poświęcą się dla nich, gdy tego będą potrzebować.

Nie znaczy to, że jestem przeciwniczką posiadania zwierzaków. Bardzo je lubię, a nawet jestem szczęśliwą posiadaczką psa i kota. Ale miłość rezerwuję wyłącznie dla ludzi, zwierzętom wystarczy rozsądek i odrobina sympatii, z przewagą rozsądku.



Kamyki, muszelki i słońce, które utonęło

Dziś byliśmy na wieczornym zbieraniu kamieni i muszelek. Dzieci obserwowały „tonące” w morzu słońce.

Cenny jest taki wolny czas, bo można dać się oczarować własnym dzieciom:

  • że kamyczek ma różowe pasemko, a drugi jest brązowo-czarny;
  • że morszczyn wyrzucony na piasek może mieć pęcherzyki owalne, kuliste lub w kształcie serca;
  • że słońce zanim się schowa maluje wszystkimi odcieniami po wodzie i niebie;
  • że rybka wygląda na ranną jak rusza skrzelami.

Dzieci są wspaniałymi obserwatorami, one chłoną wszystko jak gąbka. Interesują je bardzo szczegóły i drobne sprawy, każdą można się cieszyć lub smucić. Nie ma czasu na obojętność ani takiej możliwości.

Dzieci są tak wnikliwe, że prędzej czy później widzą i naśladują: zachowania nas-rodziców, dziadków, opiekunek, kolegów, sąsiadów, przypadkowych przechodniów.

Dopóki są małymi dziećmi, to głównie nasiąkają naszym sposobem zachowań i bycia, jeśli damy im swój czas, siebie. Bo jeśli oddamy je w ręce babci na większość dnia, to głównie będą się uczyć od babci. Jeśli opiekunka większość czasu będzie spędzać z dzieckiem, to nasiąkają sposobem życia, mówienia, wyborami tejże niani.

Dlatego ceńmy bardzo ten czas, który możemy spędzać z własnymi dziećmi. To czas bezcenny, nie do stracenia. Nigdy już nie wróci do nas.



Morskie fale

Kobieta jest podobna do morza: ze swoim cyklem miesiączkowym, ze zmiennością hormonów i nastrojów. I poród i karmienie piersią przypominają nieco odpływy i przypływy, morskie fale, które zalewają brzeg, żeby znowu uciec. W porodzie skurcze przypływają i odpływają, żeby znów nadciągnąć z jeszcze większą mocą. Gdy skurcze są małe, początkowe, to można je łatwo przyhamować stresem, zmianą miejsca rodzenia, itp., ale gdy są już wielkie i częste, to mało co je powstrzyma. Morza rozszalałego też mało co powstrzyma. Może ktoś widział jedną ocalałą ścianę kościółka w Trzęsaczu, która stała niegdyś kilka kilometrów bodajże od morza (głowy sobie za to nie dam uciąć, bo byłam tam zeszłego lata).

Podobnie fale twórczości macierzyńskiej mogą być niszczące, choć o wiele częściej są budujące i ożywcze. 

Hormon oksytocyna napływa w kobiecym ciele falami i unosi rodzącą matkę w nieznaną stronę macierzyństwa.

Podobnie jest w czasie karmienia piersią. Ta sama oksytocyna wpływająca na kurczliwość mięśni macicy, w czasie karmienia piersią obkurcza komórki mioepitelialne, które powodują wypływ mleka z pęcherzyków do przewodów mlecznych. Tak jak dziecko ssie w sposób falowy, powraca do ssania po częstych przerwach, tak mleko z matczynej piersi wypływa falami: raz więcej, innym razem mniej, potem, gdy damy sobie i dziecku dar ciepliwości znów więcej. Upływający czas, czułość jaką mamy dla dziecka ma zdolność wpływać na to falowanie.

Krótkie powyrywane myśli, bo ciemno, namiot zamoczony, sosny szumią jak szalone, a komputer nie jest moim wiernym towarzyszem na czas urlopu.

Pozdrawiam znad szalonego dziś Bałtyku!



Poród- przygoda życia

Pusto tu na blogu, ale dużo się dzieje u mnie. Urlop to taki owocny czas zmiany i dojrzewania. Mam nadzieję, że nie zmarnuję tej szansy zmiany przede wszystkim siebie.

Dziękuję Monice za przytoczenie takiego ciekawego filmu o porodach:

wieloraczki naturalnie.

Jak mieć budujące spojrzenie na poród, gdy:

  • mama, siostra czy ciocia trąbią o patologiach przychodzenia na świat, chorych matkach i dzieciach „z powodu rodzenia”;
  • gdy podręczniki, książki popularno-naukowe koncentrują się często na tym, co źle może pójść w okresie okołoporodowym;
  • gdy koleżanki, przyjaciółki, fora internetowe trąbią o zagrożeniach, jakie niosą ze sobą narodziny dziecka;
  • gdy samej doznało się traumy doświadczeń porodowych?

Jak odczytywać poród jako dar od Boga, przygodę życia i spotkania, gdy straszą nas nim niemiłosiernie?

Po pierwsze trzeba korzystać z najgłębszego wsparcia, jakiego nikt inny dać nie może, bez którego zawsze jesteśmy jak bańka mydlana. Pan Bóg jest w stanie udzielić nam i w tej głęboko ludzkim doświadczeniu wyjątkowego wsparcia, jakiego nikt inny nie jest w stanie nam dać. Bez Jego wsparcia zawsze będzie uwierać nas gdzieś głęboko samotność, a wsparcie ludzkie będzie zawsze zbyt powierzchowne.

Ludzkie wsparcie też bywa potrzebne i niekiedy warto go poszukać, warto go dawać innym. A może zwłaszcza dawać, bo „dając otrzymujemy, umierając rodzimy się na nowo”.

Czekam niecierpliwie na założenie strony przez Monikę i Kasię (i kogo jeszcze? nie wiem), która to ma być miejscem wsparcia dla kobiet po cesarskim cięciu, a nie porzucających myśli o kolejnych porodach siłami i drogami natury.   

Myślę sobie, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy zbyt często wdzięczne Panu Bogu za ten dar rodzenia wpisany w naszą naturę. Jakoś tak łatwiej ponarzekać na niego, zwrócić na siebie uwagę użalaniem się, jaka to wtedy byłam biedna i nieszczęśliwa (co zresztą nierzadko jest prawdą).

Czy można chwalić to przychodzenie na świat dziecka?

I przyszła mi na myśl, że tej radości życia możemy się uczyć i od świętego Franciszka. Pieśń słoneczna inspiruje do teraz.

Bądź pochwalony Najwyższy Panie,

że chciałeś posłużyć się naszym kruchym ciałem, by nosiło Twoje dzieci, będące naszymi dziećmi. Bądź pochwalony za cud rodzenia, przychodzenia na świat i powolnego cierpliwego otwierania się na Twój dar miłości. 

Pochwalony bądź, Panie, przez położne Twoje siostry, które są pokorne i cenne, i bardzo troskliwe.

Bądź pochwalony, Panie, przez siostry nasze słabość i moc rodzenia, nieporadność, poczucie bezsiły i siłę, by wydawać na świat- od Ciebie je otrzymujemy.

Bądź pochwalony za życie i za śmierć, za zdrowie i chorobę, bo od Ciebie je otrzymujemy i Zmartwychwstanie opromieni je kiedyś wielkim i przejmującym blaskiem.

Ródźcie, siostry drogie, z wielką wdzięcznością za każdy skurcz, z wielką pokorą i radością, bo nie z Was jest owa ogromna moc dawania życia.

Przypomina mi się często świadectwo pewnej mamy dziewięciorga dzieci, która opowiadała mi, że każdy poród to był dla niej czas zanurzenia się w modlitwie, oparcia swojej samotności szpitalnej właśnie na Bożej pomocy. I patrząc na jej dzieci, na jej relację z nimi widzę to. Ta modlitewna więź nie przemija, ta bliskość, która nie jest z nas samych towarzyszy dalej dziecku.



Wielki krzyk

Opowieść Justynki.

Pierwsze cesarskie cięcie i ogromny strach przed drugim porodem naturalnym. Gdy kolejne dziecko poczęło się, mama niewiele myśląc umówiła się na drugą cesarkę na jej życzenie, choć oficjalnie nie istnieją one na liście szpitalnej.

Już po zakończonej operacji w wyznaczonym dniu (bez uprzedniej akcji porodowej) i po wybudzeniu matki dowiaduje się ona od personelu szpitalnego, że po wyjęciu dziecka z brzucha zaczęło ono przeraźliwie krzyczeć, piszczeć do tego stopnia, że przeraziło to nawet personel lekarzy. Bez powodzenia próbowano je uspokoić przez bardzo długi czas.

Dopiero po tym incydencie zakiełkowała refleksja. Jak czuło się moje dziecko, że tak przeraźliwie krzyczało? Co musiało przeżywać, gdy wyciągnięte zostało z brzucha bez żadnego przygotowania, uprzedzenia? Dlaczego było tak przerażone?

Czym jest dla dziecka cesarskie cięcie bez uprzedniej akcji porodowej? Dziecko może np. spać wtedy. Jak my byśmy się czuli, gdyby ktoś nas w czasie snu zaczął wyszarpywać raptownie z naszego domu, odcinać gwałtownie dopływ tlenu? To jest niesłychany koszmar.

Czym innym jest cesarskie cięcie po uprzedniej akcji skurczowej: wówczas i ciało matki, i dziecka przygotowują się do przejścia narodzin. Dziecko jest aktywnym uczestnikiem tego przejścia: ono aktywnie pracuje nad własnym narodzeniem się, odpycha się nóżkami, kręci głową, obraca się całym ciałkiem. Nie śpi w czasie porodu, zwłaszcza jego końcówki, ale aktywnie dąży do wyjścia na świat.

My jako matki powinnyśmy czuć się odpowiedzialne za inne kobiety, by nie powiększać w nich tego strachu przed porodem naturalnym, by oswajać je z tymi przeżyciami w sposób łagodny, spokojny i rozsądny. W przyszłości nasze przeżycia zapewne będą też ważne dla naszych córek, synowych. Czy będziemy umiały je wspierać, dodawać otuchy, a nie straszyć?

Niejedna kobieta właśnie z powodu tego strachu, różnych kłębiących się obaw nie pozwala się rozwierać swojej szyjce macicy. Wtedy łatwo lekarzom postawić diagnozę: dystocja szyjkowa czyli szyjka nie rozwiera się.  Ale dojść do przyczyn takiego stanu rzeczy już jest o wiele trudniej. Która położna i lekarz zatroszczy się o przeżycia rodzącej, zapyta czego się boi, co ją niepokoi? I zaradzi tym lękom?

Warto być odpowiedzialnym za inne kobiety, by nie zarażać ich własnymi obawami, strachami przed naturalnym porodem. Cesarskie cięcie zawsze jednak pozostanie poważną operacją, niezależnie od naszych poglądów na nie.

Przed porodem najstarszej córy też zetknęłam się z radosną niefrasobliwością opowieści. Kobieta, która sama była po cesarskim cięciu (po uprzednich skurczach) zaczęła mnie straszyć, że poród jest jak przeciśnięcie arbuza przez dziurkę od klucza. Zdenerwowała mnie tym strasznie, pamiętam, na szczęście już wtedy pomocą była mi wiedza zwłaszcza dostarczona przez książki prof. Włodzimierza Fijałkowskiego i jego wykłady (na kilku miałam szczęście być). W tym obrazie, który miał mnie przestraszyć nie ma krzty prawdy. Otóż poród nie jest przeciskaniem arbuza przez dziurkę od klucza, bo dziecko ma główkę o wiele mniejszą niż arbuz. Natomiast szyjka macicy rozwiera się do średnicy ok. 10cm, podczas gdy główka dziecka jest niewiele większa, jest adekwatnej wielkości.

Największym wsparciem odnośnie porodu były właśnie rozmowy z ludźmi i lektura książek takich autorów, dla których poród nie jest patologią, ale zjawiskiem fizjologicznym czyli objawem zdrowia. W tym też kierunku warto wspierać inne kobiety ukazując im piękno, radość porodu, zdrowe wzorce postępowania. Oczywiście o możliwych patologiach też można rozmawiać, ale na pewno nie po to, żeby kobiety straszyć, ale żeby miały na tyle odwagi, by stawić czoła możliwym trudom czy nawet przeciwnościom.